niedziela, 12 sierpnia 2018

siła - post scriptum

OSTRZEŻENIE
Jeszcze nie wiem tego na pewno, ale istnieje duże prawdopodobieństwo, że wpis ten będzie naszpikowany idealistycznymi i wzniosłymi hasłami, w których być może będzie można wyczuć spory ładunek emocjonalny. Może też zdarzyć się, że brak zgody na moje słowa może czytającemu grozić nadciśnieniem, a mi z kolei utratą znajomego - istnieje takie ryzyko. Kto więc nie lubi czytać takich tekstów albo widzi jakiś interes w utrzymywaniu ze mną kontaktu, może niech lepiej skończy lekturę właśnie teraz - dla swojego dobra ;)

Tekst, który za chwilę napiszę, powstanie w wyniku dwóch, niezależnych od siebie zdarzeń, które jednakowoż w mojej głowie pobudziły tą samą ścieżkę myślową.
Pierwsze zdarzenie to tekst "siła", który napisałam w wyniku lektury książki o tym samym tytule. Poddawałam tam wątpliwości metody, jakimi kobiety walczą o równe traktowanie i możliwość decydowania o sobie i swoim ciele. Łatwo krytykować - trudniej wskazać alternatywne działania, którymi można dokonywać zmian w społeczeństwie. Chcę tutaj dopełnić dzieła.
Drugim zdarzeniem jest całkiem świeża dzisiaj sprawa - pracownicy poznańskiego MPK wyrazili (podobno na równi z pasażerami) sprzeciw wobec konieczności jeżdżenia tramwajami ozdobionymi tęczowymi flagami. Flagi te pojawiły się na pojazdach MPK w wyniku umowy z grupą Stonewall, która organizuje w Poznaniu Pride Week (Tydzień Równości). Flag już nie ma.

Możesz przeczytać o tym TUTAJ i na przykład TUTAJ.

Obydwa te zdarzenia wymagają odpowiedzi na pytanie: co zrobić, żeby ludzie w końcu dali sobie nawzajem spokój, żeby każdy mógł żyć tak, jak chce? Jakimi sposobami (kolejna demonstracja?, strajk?, billboard?, blokada torów, dróg?, milczenie wobec obelg i poniżania?.......) sprawić, żeby nie dochodziło do aktów nienawiści, dyskryminacji, narzucania swojego światopoglądu innym? A może jest to niemożliwe? Bo tak było, jest i będzie? Więcej - może tak powinno być? Może niektórzy odmienni, ci wszyscy homo, aborcjo, lesbi, czarni, niekato - może oni powinni w końcu nauczyć się, gdzie jest ich miejsce i przestać rzucać się w oczy?
Fakt, że ośmielam się podjąć próbę odpowiedzi na te pytania czynić mnie może w waszych oczach pyszną i wymądrzającą się zanadto - trudno. Jakby co, ostrzegałam i biorę to na bary.

Oto, co uważam.
Każdy człowiek ma prawo być. Każdy. Koniec i kropka. Żaden człowiek nie ma prawa powiedzieć innemu, że ten drugi jest gorszy od niego. Żaden i w żadnym wypadku. Nie ma takiej instancji na ziemi, która miałaby prawo różnicować ludzi na lepszych i gorszych, dobrych i złych, normalnych i nienormalnych. Nie ma i już. Tak uważam.
Taki światopogląd nie pozwala mi czuć się bezradną wobec tego, co dzieje się wokół mnie. Poniżanie ze względu na płeć, orientację seksualną, kolor skóry, uprawiany zawód itp. powoduje we mnie złość i chęć dokonania zmiany. Jaką zatem proponuję drogą, skoro nie chodzę na manifestacje, nie wywieszam flag, nie zapalam światełka?
Otóż proponuję zaczynać od samego początku - zacznijmy od siebie i od edukacji. Fakt - jest to sposób mało spektakularny, nie widać go za bardzo, a na skutki trzeba długo czekać. Jestem jednak przekonana, że jeśli zaczniemy od początku, to skutki takich działań będą trwałe i realnie będą wpływały na zmiany w myśleniu i zachowaniu ludzi w przyszłości.

Jak sobie to wyobrażam? Będę pisała jako człowiek, kobieta, mama i nauczycielka.

Po pierwsze - akceptujmy i nie porównujmy siebie z innymi.
Zacznij od siebie. Na nic będzie gadanie o tolerancji, jeśli sama ze sobą nie będziesz czuła się w porządku. Pozwól sobie być taką, jaka jesteś. Niech taką widzą ciebie ci, na których możesz mieć wpływ. Bez krzyku i przepychania. Niech twój pracodawca wie, że jesteś kompetentną osobą, że nie czujesz potrzeby ścigania się z innymi, żeby coś mu udowadniać. Że potrafisz cenić swoją pracę i wiesz, na co cię stać. Niech twój syn widzi, że nie musisz mieć ochoty na codzienne gotowanie obiadów - niech widzi, że czujesz się z tym w porządku, bo taka jesteś. Niech twoja córka widzi i uczy się od ciebie, że bycie kobietą nie oznacza podobanie się mężczyźnie, że nie potrzebujesz koła adoratorów wokół siebie, żeby czuć się piękną, że nie ma czegoś takiego, jak ładna i brzydka kobieta, że nie to świadczy o jej wartości. Pokaż jej, że czujesz się ze sobą w porządku, że ubierasz się tak, jak chcesz i nie chcesz pytać męża o zdanie, czy tak może być. Niech twój partner/twoja partnerka widzi, że jeśli chcesz powiedzieć nie, to mówisz nie, jeśli masz na coś ochotę, to masz na to ochotę. Niech teściowie widzą, że jeśli nie chcesz, to nie będziesz chodziła do kościoła, bez względu na to, jakiego szantażu będą używać.
O co mi chodzi? Chodzi o to, że wszelkie pogadanki, hasła, pouczanie i rzucanie na prawo i lewo hasłem tolerancji nic nie da, jeśli nie dasz przykładu. A nie dasz prawdziwego przykładu, jeśli nie będziesz wierzyła w to, co robisz. Jeśli będziesz mówiła o tym, że agresja jest zła, a jednocześnie będziesz komentowała na ulicy strój mijającej cię osoby - to wierz mi, to zachowanie, a nie słowa będą tym, co przyswoi sobie dziecko, uczeń, mąż, koleżanka..... Jeśli nie jesteś katoliczką, nie posyłaj dziecka do komunii tylko dlatego, że inni to robią - pokażesz dziecku, że nie trzeba się bać być sobą. Jeśli pokażesz przy tym, że bycie wśród ludzi, którzy idą do komunii jest ok, bo każdy ma prawo do wyboru - będziesz uczyć dziecko tolerancji. I odwrotnie. Jeśli wierzysz szczerze - pokaż tą wiarę swojemu dziecku. Dzięki temu za parę lat wyrosną z nich ludzie nie bojący się żyć w zgodzie z sobą i szanujący innych. Takich przykładów mogłabym wypisać o wiele więcej, właściwie wszelkie postawy można ukształtować w ten sposób. Łatwe?

Po drugie - akceptujmy dzieci takimi, jakimi są.
Jeśli chcesz, żeby dziecko zaczęło czuć do innych odrazę, żeby zaczęło czuć się lepsze lub gorsze od innych (i jedno i drugie jest prostą drogą do nienawiści i agresji) - bez ustanku porównuj je z innymi. Daj mu odczuć, że w porównaniu z innymi wypada gorzej: jest niższe, chudsze, mniej je, ma gorsze oceny, mniej śpi, więcej je, szybciej brudzi ubrania, spędza mniej czasu na nauce, ma większy bałagan w pokoju, jest dziecinne, bardziej delikatne, bardziej lękliwe, jest wolniejsze, bardziej mrukliwe albo bardziej rozgadane.... Uff - rozpędziłam się, a mogłabym jeszcze tak długo.
Możesz też porównywać swoje dziecko na plus: ma lepsze oceny, jest pilniejsze niż...., bardziej męskie niż...., bardziej dziewczęce..., delikatniejsze, mądrzejsze, pilniejsze, grzeczniejsze (w kościele, w szkole, w gościach....) itd. Takie porównywanie to moim zdaniem prosta droga do budowania postawy nietolerancji, poczucia zagrożenia ze strony innych, poczucia, że nie jestem w porządku taki/taka jaki/jaka jestem. Jeśli w porównaniu z kolegą jestem za delikatny, to jaki ze mnie przyszły facet? Jeśli moje włosy są cieńsze niż u koleżanki, to nie jestem piękną dziewczynką. Jeśli łażę po drzewach, to jestem chłopczycą..... Łał, dużo tego - jest nad czym pracować :).
Jeśli chcemy, aby nasz kraj zamieszkiwali ludzie, którzy nie nienawidzą innych za to, kim są, musimy im pokazać, że tacy, jacy są, są w porządku. Że jest tu dla nich miejsce bez względu na to, kogo pokochają, jak się ubierają, w co wierzą, jaki mają kolor skóry, czym się zajmują, co i jak potrafią. Bez porównywania z innymi!
Jest jeszcze jeden myk: oczekiwania wobec dziecka. Czyż nie każdy by chciał, żeby jego syn był mądrym, wysokim, silnym mężczyzną? A córka? Najlepiej, żeby była mądra, ładna, umiała się zachować? Żeby syn w przyszłości miał żonę, dzieci, dobrą pracę? A córka żeby miała męża z dobrą pracą i dzieci? Ok, trochę przerysowałam (a może nie?), żeby pokazać, o co mi chodzi. Jeśli nie akceptujesz dziecka takim, jakie jest, jeśli oczekujesz, że będzie takie, jak oczekujesz - dokładasz cegiełkę do budowania społeczeństwa, w którym, żeby być akceptowanym trzeba być konkretnie jakimś. W Polsce na przykład trzeba być białym, ochrzczonym w kościele katolickim, dobrze uczącym się, szanującym dorosłych i starszych (bezwzględnie), czystym dzieckiem. Jeśli dziecko takim nie jest, to po pierwsze nie lubi siebie, a po drugie zaczyna nienawidzić tych, którzy tacy są. Żeby przetrwać, udaje takiego, jakim powinien być i szuka takich, co odstają, żeby się na nich odegrać.
Jeśli chcemy społeczeństwa bez nienawiści, pozwólmy dzieciom być takimi, jakimi się, kochajmy je takimi, jakimi są. Czynem i słowem.

Te dwa punkty są moim zdaniem podstawą, reszta się zmienia w zależności od okoliczności. Akceptacja siebie i innych - tego nam brakuje. Zamiast tego przeważa wywyższanie się i nienawiść do innych. Ja nie chcę żyć w takim świecie. I choć nie pokazuję tego na manifestacjach, to staram się jak mogę dać sobie wewnętrzne prawo do bycia sobą, żeby mój syn i moi uczniowie to widzieli. Bez nienawiści, bez wytykania innych palcami i bez porównywania się. Robię też wszystko, żeby mój syn wiedział, że jest w porządku taki, jaki jest. Bo przecież tak jest.

I Ty też - jesteś w porządku taka, jaka jesteś.
I Ty - dokładnie taki, jaki jesteś.
Dopóty, dopóki nie czynisz tym krzywdy innym - jesteś ok. :)



sobota, 14 lipca 2018

łódziłam się

Od razu się nie polubiłyśmy. To znaczy, żeby być precyzyjną, ja jej nie polubiłam od pierwszego wyjścia z dworca. Stanęłam na placu nie widząc wyjścia z sytuacji. Zasięgnęłam rady mapy guglowej, ale ona próbowała wywieść mnie w jeszcze większe pole. Byłam zła. Szlag! Mam za sobą ponad cztery godziny jazdy pociągiem, dotarłam w końcu do tej Łodzi i nie mam pojęcia, jak się z tego dworca wydostać! Usiadłam na ławce, rozwinęłam mapę i zaczęłam szukać rozwiązania. Przecież nie mogę siedzieć na tym cholernym dworcu w nieskończoność! Dość powiedzieć, że  - po kilkakrotnym zawracaniu i zaczynaniu od nowa - w końcu dotarłam do hotelu. Zła i zniesmaczona.

Mówiłam sobie, że to minie. Teraz jesteś zmęczona - mówiłam sobie - ale jak odpoczniesz, to na wszystko spojrzysz inaczej.

Wyjazd do Łodzi była moją drugą podróżą w pojedynkę. Mam taką chęć, żeby w każde wakacje pojechać do jakiegoś miasta w Polsce i po prostu po nim połazić. Nie tak do końca bez celu, ale też bez napięcia i odwiedzania muzeów. W tamtym roku byłam z Lublinie i wróciłam stamtąd zachwycona. Do dzisiaj, kiedy myślę o tym mieście, robi mi się przyjemnie i tęskno. Tam też urósł mój apetyt na szukanie w miastach historii, ze szczególnie historii Żydów. To, co słyszałam i czytałam o Łodzi pozwoliło mi myśleć, że będzie świetnym miastem numer dwa na mojej liście.

No cóż...

Nie będę tutaj pisała o Piotrkowskiej, słynnej łódzkiej ulicy. W ogóle nie będę pisała o miejscach wartych i niewartych zobaczenia - to nie jest przewodnik po Łodzi. Napiszę jednak o moim odbiorze tego miasta - tak ku pamięci.

W Lublinie zachwyciło mnie to, że to miasto trwa sobie spokojnie, mieści w sobie to co dawne z tym, co nowe. Można powiedzieć, że w Łodzi jest podobnie - tam też stare, opuszczone kamienice czy fabryki stoją obok nowszych budynków. Nowe i stare obok siebie. W Lublinie jednak czułam, że ten proces dzieje w spokoju, harmonijnie, bez pośpiechu i z pełną zgodą na to, co nieuniknione. Łódź natomiast zrobiła na mnie wrażenie miasta, które wstydzi się tego, co stare, zapuszczone i w ruinie. W porównaniu z Lublinem (nic na to nie poradzę, porównuję te miasta, bo tak czuję) Łódź traktuje budynki z dawnych lat jak meneli, a nikt nie lubi meneli, prawda? Nigdzie, w żadnym innym mieście nie czułam smrodu szczochów tak często, jak tam (a poruszałam się w obrębie tak zwanego centrum). Łódź mydli ludziom oczy ulicą Piotrkowską, żeby nie widzieli, jak to wygląda na ulicy tuż obok.

Swoją drogą jest to ulica zdecydowanie przereklamowana - najzwyklejszy w świecie deptak.

Idąc hałaśliwymi ulicami mijałam sporo zamkniętych osiedli czy budynków odgrodzonych bramami - znowu to wrażenie, że to, co nowe nie chce mieć nic wspólnego z tym, co stare. Słynna Manufaktura - dawna fabryka - gigant zbudowana w XIX wieku przez Izraela Poznańskiego. Miejsce, w którym zrobiono wiele, żeby człowiek czuł się powiew luksusu, wchodząc tam. W moim odczuciu zrujnowano całkowicie klimat tego miejsca, robiąc z niego kolejny dom handlowy, jaki można zobaczyć w każdym chyba już mieście. Że ogromne? Monumentalne wręcz? Przez chwilę poczułam tam kroplę magii, kiedy spróbowałam wyobrazić sobie tą masę ludzi, która przychodziła tu codzienne, żeby pracować, kiedy uzmysłowiłam sobie, jaki musiał tu być hałas, te wielkie maszyny parowe używane we włókiennictwie. Tyle.

Historia, której szukałam? Niewiele tego. Chyba najbliżej tego, co się tam działo w przeszłości byłam na wielkim cmentarzu żydowskim, gdzie - oprócz macew, starych, poniszczonych, często już anonimowych - znajduje się ogromne pole gettowe. Mnóstwo tabliczek wetkniętych w miejsce pochówku ofiar łódzkiego getta. Te myśli, uświadomienie sobie po raz kolejny, jak wiele ludzi zostało zabitych podczas II wojny światowej tylko za to, kim byli. Smutne.

Łódź to taki osobnik, który próbuje perfumami, markowymi ciuchami i panem Tuwimem przykryć to, jaki jest naprawdę. Łódź jakby nie lubiła samej siebie, ale jednocześnie chciała, żeby lubili ją inni. Jeśli nawiązuje do swoich korzeni, swojej historii, to robi to w sposób nienaturalny, koniecznie nowoczesny, dizajnerski, na siłę jakby. Jest chaotyczna, "zasamochodowana", brudna, śmierdzi moczem. Zamiast zainwestować energię w swój prawdziwy stary rynek, zaczerpnąć ze swojej historii, Ona zostawia to miejsce zażenowana i tworzy nowy "rynek". który z rynkiem nie ma nic wspólnego, ale jest nowy i czysty.

Ja nie szukam w miastach czystości, regularności i kolorów - daleka jestem od tego. Szukam spokoju, harmonii, przeszłości, czegoś, co mnie zaskoczy, co znajdę przypadkiem łażąc bez celu. Lubię miejsca, które żyją, nawet w tych dzielnicach, które są stare - może nawet szczególnie w tych miejscach. Nie lubię muzeów, wielkich słów, gablotek - nie trafiają do mnie. Lubię iść ulicą i wyobrażać sobie, jak tu było parędziesiąt lat temu. W Łodzi tak się nie da, przynajmniej ja nie umiałam.

Do Lublina chcę wrócić, tęsknię za tym miejscem. Do Łodzi nie mam ochoty pojechać po raz drugi. Nie polubiłyśmy się od mojego wyjścia z dworca....


jedyne przypadkowe znalezisko 



pole gettowe





sobota, 30 czerwca 2018

siła

Pewnych sytuacji nie mogę zrozumieć. Wywołują one w moim środku oburzenie, sprzeciw i lekkie mdłości. Na przykład wtedy, kiedy kobieta opowiada o tym, jak rano wstaje i idzie do sklepu po świeże bułki, żeby jej syn - student, ponad dwudziestoletni facet - miał świeże pieczywo na śniadanie. Albo porada starszej, bardziej doświadczonej koleżanki, żeby nigdy, przenigdy nie krytykować męża - jakkolwiek coś zrobił, ciesz się, że zrobił, chwal - krytyka może go zniechęcić i już nigdy ci nie odkurzy. MI nie odkurzy. Albo kiedy widzę kobietę w wysokich szpilkach, trzymającą sztywno swoje ciało - nie wiem, żeby nie upaść albo żeby się nie garbić. Albo kiedy mijam na ulicy kolejne billboardy, na których wizerunek kobiety wykorzystywany jest do reklamowania po prostu wszystkiego: od (czyż to nie oczywiste?!) strojów kąpielowych czy innej garderoby przez (a cóż w tym złego?) kluby fitness po (no cóż...) materiały do ocieplania ścian na przykład.
Czy to sprawia, jestem feministką?

Z drugiej strony mam mieszane uczucia, kiedy czytam o kolejnych protestach kobiet, kiedy słucham ich wypowiedzi w radiu czy w internecie. A właściwie inaczej: w pełni popieram fakt, że osoby traktowane niesprawiedliwie, osoby, których prawa są łamane czy ograniczane - że wychodzą na ulicę. Uważam, że nie należy zgadzać się na coś, na co w sobie zgody nie czujemy. Protest - w naszej obecnej sytuacji politycznej - wydaje się jedną z niewielu możliwości i dobrze, że są. Wątpliwości budzi we mnie postawa niektórych osób. Nie umiem utożsamić się z kobietami, które do walki o swoje prawa używają siły, uciekają się do szyderstw czy haseł nawiązujących do konkretnych osób. Coś mi tu nie gra. TAK - jestem za tym, żeby każdy był traktowany z szacunkiem, żeby miał równe prawa, żeby mógł decydować o sobie, swoim losie, ciele, o tym, kogo będzie kochać i z kim stworzy związek (lub go nie stworzy). Bez dwóch zdań - zgadzam się z tym wszystkim i popieram w stu procentach. Nie zgadzam się natomiast ze stosowaniem języka takiego samego, jakiego używają ci, z którymi się nie zgadzamy. Jestem przekonana, że są inne sposoby na to, aby kobiety i mężczyźni byli traktowani z takim samym szacunkiem - nie krzykiem, nie wyśmiewaniem się, nie pokazywaniem "jestem silniejsza". Wrogość zawsze będzie wzbudzała wrogość.
Czy to znaczy, że jednak nie jestem feministką?

Wczoraj skończyłam czytać "Siłę" Naomi Alderman. Książka nie jest z tych, które wciągają mnie w
swój świat i potem długo mnie w nim trzymają. Ma jednak w sobie coś, co trzymało mnie przy jej kartkach do ostatniej kropki. Naomi - dość odważnie i bezkompromisowo moim zdaniem - pokazuje, jak mógłby wyglądać świat, gdyby kobiety poczuły w sobie moc pozwalającą im panować nad innymi. Czy był to lepszy świat? Czy kobiety traktowały mężczyzn z szacunkiem? Czy dobiwszy się do władzy skupiły się głównie na zemście za swoje własne krzywdy i poniżenia, których doznały od mężczyzn czy poszły inną drogą i - zgodnie ze swoimi hasłami - nie dzieliły świata ze względu na płeć? Czy umiały współpracować z mężczyznami tak, jak oczekują od mężczyzn, by współpracowali z nimi? Czy zdobycie władzy przez kobiety jest wyjściem z sytuacji, jaką mamy dzisiaj w wielu miejscach na ziemi, gdzie kobiety traktowane są jak przedmioty, własność mężczyzn? Czy silne kobiety potrafią zamazać historię, w której zawsze na pierwszym planie byli mężczyźni, bo nie widzieli powodu, dla którego mieliby kobietę traktować podmiotowo? Czy historia przez nie tworzona byłaby inna?
Warto przeczytać tę książkę, żeby zobaczyć jedną z alternatyw. Jasne - jest to fikcja. Oczywiście - wcale nie musiałoby być tak, jak w tej książce. Ale mogłoby....

Czy jestem feministką? Czy sama o sobie tak myślę? Szczerze? Nie mam potrzeby definiowania siebie jako za czy przeciw. Jeśli ktoś koniecznie chce mnie gdzieś zakwalifikować - jego problem. Uważam, że każdy człowiek - bez względu na wszystko, co go wyróżnia czy upodabnia do drugiego człowieka - ma prawo być w swoim życiu szczęśliwy. Ma prawo sam/sama wybierać, jak chce żyć. Nikt nie ma prawa ograniczać praw drugiej osoby, w żaden sposób. Nikt nie ma prawa powiedzieć mi, że mam tak czy tak myśleć, że mam w to czy tamto wierzyć, że mam tak a nie inaczej pracować, ubierać się, wychowywać syna - bez względu na to, czy jest to mężczyzna czy kobieta. Po prostu.
Uważam, że nie ma czegoś takiego, jak jeden prawidłowy, jedynie słuszny kierunek, w którym każdy powinien dążyć. Moim zdaniem nikt nie ma patentu na prawdę, na to co właściwe czy na to, jak należy. Każdemu należy się szacunek.

Książka "Siła" daje do myślenia. W sumie polecam :)






niedziela, 17 czerwca 2018

moja walka

A niech cię, Karl Ove Knåusgard, wysoko się cenisz! Sporo musiałam zainwestować, żeby przeczytać sześć części twojej "Mojej walki" - nie dość, że przeczytanie sześciu tomów, gdzie każdy ważył tonę, zabrało mi sporo czasu z życia, to jeszcze musiałam przejść przez całą moją przeszłość, do której to podróży wepchnąłeś mnie z surową bezwzględnością. Dobrze, że wszystkie książki były dostępne w bibliotece - przynajmniej zaoszczędziłam trochę grosza.
I tak, jak koszt czasu poświęconego na przeczytanie opasłych tomów jestem w stanie ci wybaczyć - gdybym nie czytała twojej powieści, czytałabym pewnie coś innego - tak tego przywoływania obrazów z mojej własnej przeszłości nie jest już takie łatwe do wybaczenia.

Wiesz, ja nawet cię nie lubię. Z tego, co napisałeś wynika, że byłeś w młodości i jesteś teraz (a przynajmniej byłeś jakieś 7 - 10 lat temu) osobą, z którą nie miałabym ochoty na bliższą znajomość. W młodości byłeś zapijającym się do utraty świadomości i zarzygania chłopakiem, który później stał się mężczyzną potrafiącym zdradzić swoją żonę (oczywiście po pijaku). Z trudnością czytałam tą część, w której opisywałeś czas, kiedy przyjechałeś do Bergen, żeby studiować  - nie lubię tego typu ludzi.

Tak się jednak zdarzyło, że przy całej tej mojej antypatii do ciebie, znalazłam w tobie człowieka, którego przeżycia i przemyślenia są tak bardzo bliskie moim własnym, że aż trudno uwierzyć, że zdarzyły się dwóm zupełnie niezwiązanym ze sobą osobom. Ty napisałeś opowieść o swoim życiu, ja sięgnęłam po nią i po początkowym oporze wejścia w powieść głębiej, nawet nie wiem kiedy zanurzyłam się w niej i przepłynęłam przez całe sześć części. W tej podróży wiele się działo, a najczęściej były to te przystanki z mojej przeszłości i teraźniejszości, których wolałabym unikać. Jednocześnie nie umiałam przestać czytać, połykałam kartkę za kartką, skończywszy jedną część biegłam do biblioteki po następną, z ulgą zauważając, że nikt jej przede mną nie wypożyczył. Czasami smęciłeś strasznie, niektóre opisy, wędrówki filozoficzne powodowały u mnie znudzenie, gubiłam się w gąszczu twoich przemyśleń. Zaraz jednak zaczynałeś opowiadać o czymś tak, jak ja bym o sobie opowiadała i nie mogłam przestać czytać.

I za to cię właśnie przeklinam. Za to, że przywróciłeś do życia mojego ojca, przypomniałeś mi, że kiedyś był - namacalny, realny, w pokoju tuż obok. Przez ciebie znowu zaczęłam się bać jego złości i czujności. Twoje słowa sprawiły, że znowu stałam się tą dziewczyną, dzieckiem, które poczucia bezpieczeństwa szuka w domach koleżanek, jednocześnie unikając zapraszania kogokolwiek do siebie. Ty sprzątałeś po swoim ojcu po jego śmierci, ja pamiętam, jak musiałam sprzątać po moim kiedy nie panując nad swoją fizjologią raz po raz zasrywał całą ubikację. Mój też już nie żyje, ale podobnie jak twój ojciec, zachował umiejętność odżywania i wracania od czasu do czasu.

Ty masz brata, ja mam siostrę - żadna to jednak różnica, jeśli podobnie jak u was sytuacja w domu pozbawiła nas możliwości uczenia się komunikowania ze sobą, pokazywania sobie nawzajem troski. Tobie trudno było podać Yngvemu rękę na powitanie, unikałeś patrzenia mu w oczy. Ja rękę podam, w oczy spojrzę, ale nie umiem już swobodnie ot tak przytulić swojej siostry i powiedzieć jej, jak bardzo się cieszę, że ją widzę. Yngve, twój brat, przeczytał o tym w twojej książce, moja siostra pewnie przeczyta o tym tutaj.... A niech cię szlag!

Nie podoba mi się to depresja twojej żony. Nie zgadzam się na to, żeby budziła moją własną, tę z przeszłości. Nie chcę tam zaglądać, rozumiesz? Jak to możliwe, że nawet to odgadłeś, że nawet ona pojawiła się w twoim życiu, podobnie jak w moim? Fakt, że to nie ty na nią cierpisz, tylko twoja żona nie jest żadnym usprawiedliwieniem - te fragmenty dotknęły mnie z taką samą mocą, jak te dotyczące ciebie. Jak śmiałeś?!

A najgorsze w tym wszystkim jest to, że jestem do ciebie tak bardzo podobna. Twoje myśli były prawie moimi, na świat patrzysz niemal tak samo, jak ja go postrzegam, też miewam lęki, też łapię się na tym, że nie dostrzegam tego, co mam i nie doceniam szczęścia, jakie mnie spotyka. Podobnie jak ty unikam ludzi - tych, którzy nawet nie znając mnie, patrzą i z całą pewnością oceniają. Też unikam sytuacji, w których musiałabym zagadać do kogoś, być bardziej taką, jakiej się mnie oczekuje. Piszesz, że odpoczywasz będąc sam - ja też tak lubię. Ja też nieraz biłam się (i biję) z myślami, że jestem kiepską matką, że nie troszczę się o syna tak mocno, jak powinnam i że najchętniej zostawiłabym całe to rodzinne życie i zamieszkała sama. I podobnie jak ty nie robię tego, bo te myśli pojawiają się i znikają, tak bardzo zależne od mojego nastroju.
Niby nic nas nie łączy. Ty jesteś mężczyzną, ja jestem kobietą. Ty masz trójkę dzieci, ja mam jedno. Jesteś Norwegiem, ja jestem stąd. Gdybyśmy się spotkali, nie bylibyśmy w stanie nawet sobie porozmawiać - no, chyba, że po angielsku. Skąd więc to poczucie więzi? Jak to możliwe, że przeglądałam jakiś czas temu w internecie twoje zdjęcia i myślałam sobie "ach, więc to ty..."?

A wiesz, co w tym wszystkim jest najdziwniejsze i jednocześnie bardzo okrutne? To, że właśnie skończyłam, przeczytałam całość od początku do końca i będzie mi cholernie tej książki brakowało. A niech cię, Karl Ove Knåusgard!




sobota, 3 marca 2018

zakaz czytania

W trosce o rozwój ludzi młodych i starszych, w imieniu pasji, chęci, zapału i energii, jakie drzemią w każdym homo sapiens WNIOSKUJĘ o poważne ograniczenia w używaniu w stosunku do drugiego człowieka form nakazuję i zakazuję.

UWAŻAM, że formy nakazu i (lub) zakazu powinny być dopuszczalne tylko w prawodawstwie dotyczącym życia i bezpieczeństwa człowieka. Przepisy dotyczące ruchu drogowego, opieki nad własnymi dziećmi, opieki nad zwierzętami czy przyrodą - one, w uzasadnionych przypadkach, mogłyby czegoś zakazywać czy coś nakazywać. Ale na tym koniec!

Zastanawia mnie, jaki upór w człowieku, jaka cecha jego dumna i egocentryczna powoduje, że ciągle czegoś innym zakazuje czy coś komuś każe robić POMIMO braku zadowalających efektów? Stoi taki człowiek przed innym człowiekiem i uznaje, że nie tylko ma prawo czegoś od niego wymagać w postaci nakazu czy zakazu, ale jeszcze ma prawo oczekiwać posłuszeństwa. I owszem - w drodze doświadczania mogłaby taka sytuacja zaistnieć parę razy w życiu tego i owego, po czym powinna jednak zanikać w drodze zwykłego uczenia się: nie działa - nie stosuję.

Obserwuję sobie świat wokół mnie i doprawdy zadziwia mnie to, jak ludzie układają sobie wzajemne stosunki. Wszędzie: w szkole, w pracy, w domu - jakieś napięcie, potrzeba kontroli, sprawowania władzy mniej lub bardziej ukrytej, brak zaufania powodują, że ludzie uciekają się do mówienia innym, co mają robić.

Czuję się w obowiązku nadmienić, że sama nie jestem wolna od tej przypadłości, świadomie ją jednak w sobie obserwuję i staram się minimalizować :)

Chcecie ze mną popodglądać?

Chodźmy tam, gdzie czuję się najlepiej - do szkoły. Tutaj nauczyciele nakazują i zakazują uczniom do woli. Śmiem powiedzieć, że nakazami i zakazami szkoła polska stoi. Wystarczy zapytać pierwszego napotkanego ucznia, czy czuje się w szkole wolny, czy ma wpływ na to, co robi i co chce robić, czy może nie zgodzić się z jakąś "sugestią" nauczyciela - niemal na pewno taki uczeń zapyta, czy jest w ukrytej kamerze.
Patrzę sobie na mojego syna - ucznia publicznej szkoły podstawowej - słucham, co mówi i wynika mi z tego, że sporo czasu musi poświęcić na coś, na co w ogóle nie ma ochoty, co go w ogóle nie interesuje. MUSI, bo mu tak kazano w szkole. Zakazanym jest, aby lekcji nie odrabiać, bez względu na stosunek do podawanych treści (litościwie daje się uczniowi dwie-trzy szanse na zapomnienie, co oczywiście jest skrupulatnie notowane i liczone).

Tutaj należy się szacunek i pokłon w stronę szkół - a są takie - które zmieniają podejście do ucznia i w istocie biorą pod uwagę jego zdanie w kwestii jego własnej edukacji.

Jeśli ktoś myśli, że tylko w stosunku do dzieci dorośli sobie tak pozwalają, to się myli niestety. Zresztą, jak ma taki świeżo upieczony dorosły działać, skoro w szkole go nauczono, że żeby ktokolwiek wziął się do pracy, to trzeba go ograniczyć nakazami i zakazami, karać konsekwentnie i nie ufać za bardzo w jego chęci?
Ograniczony, według mnie, człowiek nie jest w stanie przyjąć do wiadomości, że inni mogą dobrze wykonywać swoją pracę tak po prostu - bo ich ona interesuje, bo są odpowiedzialni za swoje czyny, bo respektują zawartą umowę. Nie, nie! Taki człowiek wierzy w to, że ludzie będą pracować tylko wtedy, kiedy będzie się ich pilnowało, kiedy nakaże im się coś z góry i kiedy będzie się ich rozliczało ze wszystkiego, co zrobili.

Widzicie motywację takiego ucznia czy pracownika? Ta wewnętrzna jest w zaniku, a ta zewnętrzna jest uzależniona od poziomu lęku, stresu czy konieczności zarabiania na rodzinę. Najgorszy rodzaj  motywacji, jaki można mieć. Dodajmy do tego poczucie sukcesu uzależnione od oceny nauczyciela czy pracodawcy, wymieszajmy z robieniem wszystkiego na pokaz (jak zobaczy, że pracuję, to może premię da?) i mamy człowieka, który większą część swojego dnia marnuje na coś, co robić po prostu musi.

Nie rozumiem tego. Dlaczego tak bardzo boimy się zaufać, że drugi człowiek jest w stanie dobrze pracować, uczyć się, rozwijać BEZ zewnętrznych nakazów czy zakazów? Dlaczego ciągle patrzymy innym na ręce, pilnujemy, przypominamy o wytycznych, oczekujemy, że coś będzie zrobione tak i tak i tylko tak. A gdyby tak pracować z ludźmi, którzy lubią to, co robią, mają głowę pełną pomysłów, CHCE im się - i po prostu pozwolić im działać? Czemu nie usiąść wspólnie z tymi ludźmi, pozwolić im powiedzieć o swoich pomysłach, RAZEM ustalić cele, kierunki, możliwości, budżet. Czujecie tą motywację? Mnie by się chciało. Noce bym zarywała, jeśli byłoby trzeba, gdybym tworzyła coś, co mnie pasjonuje, czego jestem ciekawa. Mogłabym to robić za nieduże pieniądze, nie czekałabym na pochwały i premie - przecież wiedziałabym, co robię, ile wkładam w to wysiłku, jak razem się staramy i że nam wychodzi lub nie. Nikt nie musiałby mnie do tego zmuszać, nie musiałby mnie sprawdzać, nie musiałby głośno doceniać mojej pracy.
A w szkole - przecież można powiedzieć uczniom, jaki jest cel działań, na czym nauczycielowi zależy i co uczniowie na to. Niech poczują, że to co robią w szkole jest ICH. Przecież jak coś jest MOJE to dbam o to, cieszę się tym i chcę, żeby odniosło sukces taki, jak JA go rozumiem.

W moim odczucie nakazując czy zakazując zakładam, że człowiek naprzeciwko mnie jest albo leniwy, albo głupi, albo nie zna się, albo kradnie, albo zależy mu tylko na pieniądzach, albo chce mojej porażki, albo..... Nie umiem jakoś pomieścić zaufania i szacunku do drugiej osoby z jednoczesnym dawaniem sobie prawa na zakazywanie i nakazywanie jej czegokolwiek.

A ty? Gdybyś robiła/robił (a może robisz) to, co kochasz - trzeba było by ci "pomagać" nakazami i zakazami? Czy świadomość, że jesteś ciągle pilnowana/pilnowany i linijką mierzona/mierzona byłaby dla ciebie motywująca? Z chęcią wracałabyś/wracałbyś do takiej pracy, szkoły, takiego domu? No powiedz, ale tak szczerze...

Podpisałabyś/podpisałbyś moją petycję?


Pozdrawiam :)



poniedziałek, 1 stycznia 2018

pozytywnie od A do Z

To będzie mój alfabet. Kto wie, może uda mi się znaleźć coś dla siebie czy o sobie przy każdej literze alfabetu 
(pomijając ą i ę, bo taka "ąę" raczej nie jestem ;))
Postanowiłam, że będą to rzeczy kojarzące mi się pozytywnie - jęczeć na swój temat umiem bezbłędnie, żadna to dla mnie sztuka. Ten alfabet ma być wyzwaniem - będę szukała takich wyrazów, które będą mi przyjemne. Z pełną świadomością pominę wszystkie te, które i tak już zajęły dużo miejsca w pisaninie.



Y, Z, Ź, Ż

youtube
Coś, co powstaje w czasie twojego życia i rozwija się w tempie zawrotnym, zasługuje na to, by znaleźć się w jakimś tekście. Pamiętam, jak dawno, dawno temu mój przyszły obecny mąż opowiadał mi o takiej stronie, na której można sobie filmiki przeróżne oglądać. Za darmo! Fajnie, fajnie, ale jakoś tak mnie wtedy nie wzięło.
Zaczęło się od szukania sposobu, w jaki należy nakładać na twarz kolorowe korektory. Aaa, bo kupiłam sobie i nie wiedziałam, co i jak. Po tym filmiku był następny i następny - wiadomo, wciągnęło mnie tak bardzo w temat makijażu, że bloga stworzyłam 😆.
Z makijażem mi minęło, z youtubem nie. Teraz szukam tam materiałów w języku angielskim - świetny sposób, żeby się tego języka w sposób miły i przyjemny uczyć. Oglądam też klipy muzyczne, szukam materiałów na lekcje z uczniami...
Pomyśleć, że jak byłam w wieku mojego syna, to youtube (ba! internet nawet!) nie istniał. To niesamowite ile i jakich zmian się dokonało w ciągu życia jednego pokolenia.


zdrobnienia
Drodzy Dorośli, dlaczego wasze dzieci dotykają rączką policzka, a mamusia sprawdza, czy nie ma tam jakiegoś ałka lub kuku? Z jakiej przyczyny kosmetyczka prosi, żeby zamknąć oczka, bo będziemy malować rzęski? Skąd pomysł, że zdrobnienie spowoduje, że zraniona osoba mniej będzie cierpiała, jeśli zamiast krwi poleci jej krewka z malutkiej ranki? Nie wiem.
Dla mnie słowa mają dużą moc. Sposób, w jaki się do innej osoby zwracamy przekazuje nie tylko to, co słowa niosą, ale też sporo tego, co "pomiędzy". Nie lubię zdrobnień, bo w mim odczuciu osoba ich używająca ma w stosunku do adresata stosunek co najmniej lekceważący. W najlepszej wierze oczywiście, z intencjami iście dobrotliwymi. Mówię do ciebie malutkimi słowami, żebyś poczuł się jeszcze mniejszy niż jesteś, a dzięki temu ja wydam ci się większa i poczujesz się bezpieczniej. Poczujesz się taki słodki, piękny, kochana i przyjemniejsza, kiedy nie płaczesz. Tak na przykład.
Nie lubię zdrobnień.


zima
O zimie pozytywnie? W sensie znaleźć pozytywne strony tego, że jest zimniej i ciemniej? Pomyślmy... O, mam! Niech będzie. Uwaga, piszę pozytyw zimy: samochód na parkingu nie nagrzewa się do temperatury 100 st.C i kierownica nie parzy w ręce, kiedy ruszasz. Fajnie, nie? 😄


zakupy
Ech, najlepiej bym się wcale do tego nie przyznawała.... I wcale nie chodzi o to, że lubię chodzić po sklepach i wydawać na prawo i lewo. Wcale nie! Powiem nawet, że wręcz przeciwnie - nie cierpię chodzić po sklepach, przymierzać, rozbierać się i ubierać, oglądać i wybierać. Bardziej chodzi tu o to, że internet tak wiele ułatwia, a ja, jak mam doła czy coś w tym rodzaju, to czuję, że jedna, mała, nowa rzecz tak wiele by zmieniła.... Nie, nie trzeba mi mówić, że to bzdura wierutna, że pustki w środku w ten sposób nie zapełnię, że to ślepa uliczka i tak dalej i tak dalej. Ja to wiem przecież. Ba! Zauważyłam już trzeźwym okiem, że trochę dużo mam tych t-shitrów, nie zdążam kolejki zrobić, a już te pierwsze są wyprane... Zaczęłam na spód stosika sobie te wyprane wkładać, żeby żadnej nie było przykro, że długi nienoszona jest 😈.
Tylko, że to takie przyjemne wejść na stronę internetową sklepu, wyszukać zajefajną koszulkę, kupić i czekać na pana kuriera. Potem otwierasz, przymierzasz - jest! pasuje! - i taka to radość. Krótkotrwała wprawdzie, ale zawsze.
No ok. Muszę znaleźć innym sposób pocieszania się w dołowaniu. Niech będzie.


żelki
Emilio, to hasło dedykuję Tobie.
Spróbujcie tylko postawić torebkę żelków przede mną. Nie da rady, nie powstrzymam się przed zjedzeniem tego pierwszego. Z całą pewnością sięgnę po żółty, pomarańczowy albo biały. Potem zapodam sobie drugiego, trzeciego, czwartego.... Lubię jeść je parami albo grupami. Mieszać w jamie ustnej na przykład zielony z białym. Albo czerwony z żółtym - czy powstanie pomarańczowy? Jedząc żelki grupami już się nie bawię w mieszanie barw. Jeśli jem grupami, to znaczy, że dojadłam się tego stadium, w którym nie kontroluję tego, co robię. Fakt, zdarzało mi się poczuć sytość żelkową, kiedy to - sama siebie zadziwiając - odstawiałam paczuszkę na bok, na później. Zdarza się najlepszym ;)


koniec


sobota, 2 grudnia 2017

pozytywnie od A do Z

To będzie mój alfabet. Kto wie, może uda mi się znaleźć coś dla siebie czy o sobie przy każdej literze alfabetu 
(pomijając ą i ę, bo taka "ąę" raczej nie jestem ;))
Postanowiłam, że będą to rzeczy kojarzące mi się pozytywnie - jęczeć na swój temat umiem bezbłędnie, żadna to dla mnie sztuka. Ten alfabet ma być wyzwaniem - będę szukała takich wyrazów, które będą mi przyjemne. Z pełną świadomością pominę wszystkie te, które i tak już zajęły dużo miejsca w pisaninie.



U

Uprzejmie informuję, że hasła na "U", jakie przychodziły mi do głowy nie zainspirowały mnie w żaden sposób, znudziły zanim pisać zaczęłam, więc daruję sobie tę samogłoskę.



W

włosy
Z hasłem tym cofam się w dość odległą przeszłość. Nie chcę pisać o włosach moich współczesnych - byłoby to nudne i w sumie nie ma nad czym się rozwodzić. Za to włosy moje w czasach dawnych, za lat moich nastoletnich - to dopiero jest historia! 😄
Kiedyś usłyszałam, że brzydkim dziewczynom, jak już bardzo chcesz powiedzieć komplement, to powiedz, że mają ładne oczy i (lub) włosy. No cóż.... jeśli słyszałam jakiś komplement, to właśnie taki 😕 - zdarza się. Włosy... miałam długie, naturalnie w kolorze takim nijakim (ni to blond, ni to szarość...) i kręcące się na końcach. Nie muszę chyba wspominać, że marzyłam o prostych, pięknie kasztanowych, prawda? Nie farbowałam ich chyba do czasu 4. klasy liceum - religia mi nie pozwalała... Zdarza się.
Wszystko to byłabym w stanie jakoś przeżyć, gdyby nie deszczowe lub wilgotne dni. Wystarczyło trochę wody w powietrzu lub z nieba, a moje włosy zaczynały żyć własnym życiem. Zaczynały puszyć się od nasady po same końce, ich objętość rosła co najmniej dwukrotnie i nienawidziłam ich wtedy całą swoją nastoletnią duszą. W mojej głowie głowa moja była wtedy wielka, chciałam się schować przed światem i tęskniłam za moimi wymarzonymi, prostymi i pięknie kasztanowymi. Zdarza się....


wartości
Moje są dla mnie najważniejsze 😇. Trzymam się ich i jak trzeba to walczę w ich imieniu.


właściwe
Słowo, które obok innych jeszcze sobie podobnych, sprawia, że włącza się we mnie czujność i podejrzliwość. No bo jak można stwierdzić z całą pewnością, że coś jest właściwe? Owszem, coś może być właściwe, ale jedynie z czyjejś perspektywy, z perspektywy czyjegoś doświadczenia, wiary, wartości, podejścia do sprawy. Jeśli czytam, że to i to jest jedynie właściwe, to zawsze rodzi się we mnie pytanie: skąd to wiadomo? Jeśli ktoś mi mówi, że tak trzeba, to pytam dlaczego? Co to znaczy, że ta książka jest właściwa, że to podejście jest właściwe, że takie, a nie inne zachowanie jest właściwe? Kto tak twierdzi? Inny człowiek? No cóż, właściwie nie mam już w takim razie nic do dodania.


widoczek
Sis, no powiedz, że robiło się kiedyś widoczki. Jak pytam czasami ludzi tutaj, w Poznaniu, to nie wiedzą, o czym mówię. Pamiętasz? Najważniejszą sprawą i połową sukcesu było znalezienie dobrego kawałka szkła - musiał być jasny i prosty. Tak, tak - kiedyś na dworze można było znaleźć, wziąć do ręki i użyć do zabawy kawałki szkła! Takie szkło było obiektem zazdrości, a szczęśliwy znalazca mógł czuć się wyróżniony przez los.
Jak już miałaś szkło, przystępowałaś do szukania elementów zdobniczych: sreberka i złotka po cukierkach, płatki kwiatów lub całe kwiatki nawet, trawa, liście - wszystko, co udało się znaleźć. Kiedyś dzieciom wolno było łazić po trawach, zrywać, podnosić z ziemi...
Kolejnym etapem było zrobienie z tego wszystkiego widoczku właśnie. Człowiek znajdywał jakieś dobre miejsce pokryte ziemią, wykopywał rękami głęboki dół i pięknie uklepywał dno tego dołu (tak, tak - kiedyś dzieci mogły grzebać w czarnej ziemi gołymi rękami). Na tym dnie z zebranych skarbów układał widoczek - kompozycję według własnego pomysłu i przykrywał ją szczelnie szkłem. Taki widoczek zakopywało się potem i pokazywało tylko tym, którzy w naszej ocenie byli tego warci. Do dzisiaj pamiętam to fajne uczucie odkopywania widoczku - trzeba było usunąć całą ziemię ze szkła, żeby ukazać całe piękno obrazu.


wzruszanie się
Nie lubię. Unikam wszelkich filmów, które grożą wzruszeniem się. W sytuacjach życiowych wzruszam się rzadko i z ogromnym trudem. Czasami aż mi głupio, że taka niewzruszona jestem 😉.


Wilki
Zobacz, tańczą policjanci,
facet z teczką trochę krwawi,
tu jest ławka, zdejmij bluzkę,
wypalimy całą trawę...

Do dzisiaj, jak mi się przypomni i w głowie zagra, stare piosenki Wilków zabierają mnie w sentymentalną podróż w miejsca, w których byłam, kiedy słuchałam ich w liceum. Płyty "Wilki" i "Przedmieścia" - ciągle reaguję tak samo, choć daaaawno nie słuchałam. W sumie.... muszę sobie chyba zapodać 😕


c.d.n....