niedziela, 18 listopada 2018

poważnie o lalkach

Przyklejona do żeber kaloryfera próbuję sobie przypomnieć swoje zabawy lalkami. Wierzyłam, że są żywe? Nie, raczej nie. Mhm.... wkładałam jednak w ich usta słowa, w ich głowy wkładałam myśli, w przekonaniu, że zmarzną ubierałam je cieplej w chłodne dni. Czyli jakby wierzyłam, że są żywe. Albo inaczej - pozwalałam im w doskonały sposób zastępować mi brak takiej czy innej osoby i nie miało wtedy znaczenia, że są zbudowane z plastiku. Po prostu się nimi (z nimi) bawiłam. Co ciekawe - żadne ze spotkanych dzieci czy dorosłych nie widziało niczego dziwnego w tym, że traktuję je jak istoty żywe. Z tymi pierwszymi zresztą tworzyliśmy świat, w którym wszystkie nasze zabawki miały status żywych, pełnoprawnych towarzyszy zabaw. Żadnej Ameryki zresztą nie odkrywam - pokażcie mi dziecko, które nie tworzy swojego świata przy udziale istot, które dziecko uważa za żywe, widzialne, w które nierzadko samo się zamienia. Jest jak jest.

Z latami przychodzi dorosłość ze swoim "bądźmy poważni", człowiek zapomina o magii zabawek, wyobraźni i udawania. Ta przeklęta dorosłość powodowała, że czułam na początku zażenowanie czytając "Lalkarza z Krakowa" R.M. Romero. Dla kogo jest ta książka?! Dla dzieci czy dla dorosłych?! Ciągnąć to czy dać sobie spokój i chwycić za poważniejszą książkę? Chyba nacięłam się na dobry PiAr tej książki nie doczytawszy, czy oby na pewno nie jest ona przeznaczona dla młodszego czytelnika.... Ta mówiąca lalka. Magia. Ten prosto przedstawiony świat, wszystko biało - czarne. Nie ma miejsca na zastanawianie się, kto jest dobry, a kto zły. Wszystko podane na tacy. Bohater pozytywny i negatywny. Książka wręcz stworzona do wypracowań szkolnych. "Scharakteryzuj głównego bohatera książki. Jak oceniasz jego postawę i dlaczego możemy nazwać go bohaterem pozytywnym?". Albo "Lalkarz i Brandt - znajdź różnice między dobrem a złem". Proste. Nie trzeba za dużo myśleć, książka tego nie wymaga.

A jednak doczytałam do końca. I myślę o niej. Bo magiczny, niemożliwy przecież świat, zmieszał się w niej z czasem II wojny światowej, getta w Krakowie i obozu w Oświęcimiu. Tak - dałam się przyłapać na "zabawie lalkami", wchodząc w nią z zaangażowaniem dziecka. Być może właśnie z myślą o czytelnikach dużo młodszych ode mnie, autorka świetnie w wyidealizowany świat ludzkich charakterów wplotła grozę czasu wojny. Razem z Karoliną, lalką zresztą, patrzyłam przez okno sklepu lalkarza na krakowski rynek i z przerażeniem obserwowałam, jak Niemcy wypełniają go strachem ludzi, łapankami i nienawiścią do Żydów. Z czasem przestałam wzdrygać się na górnolotne słowa lalki, przestały chyba razić zrównoważone nienawiścią, rasizmem, śmiercią i głodem. Takiej książki o wojnie jeszcze nie czytałam.

Kto mnie zna, ten wie, że nie lubię pięknych, miłosnych, idealistycznych, szczęśliwie kończących się, przesłodzonych (czy to w jedną czy w drugą stronę) książek. Ta książka momentami taka jest, przynajmniej w mojej ocenie, a mimo to potrafiła tak na mnie zadziałać, że ciągle noszę ją w głowie po skończeniu. Mówiłam sobie "dobra, jest lalką, więc ma prawo tak chrzanić" i czytałam dalej, bo chciałam. Autorka nie raczyła nas bowiem ugładzonym obrazem wojny - nie, ten obraz był w mojej ocenie jak najbardziej realistyczny i bolesny. I chyba ta równowaga, ten szacunek dla czytelnika, żeby nie wciskać mu kitu o bohaterach-bogach uratowała tą książkę w moich oczach. Nawet, jeśli jest to książka dla dzieci.

Polecam. Każdemu.

czwartek, 1 listopada 2018

rozmowa

Musimy pogadać. Serio. Wystarczy tego bezczynnego leżenia tam, głęboko. Leżysz tak dzień i noc, miesiąc za miesiącem od pierwszego do pierwszego. Zresztą spoko - jak już sobie pójdę, będziesz mógł znowu spokojnie leżeć.

Stała nad grobem i mówiła, kierując swoje słowa ku dołowi. Wiedziała, że to trochę bez znaczenia, bo jeśli ją słyszy, to nie tymi uszami z ciała i kości (teraz to już pewnie tylko z kości...), tylko tymi duchowymi, które - jak można by przypuszczać - odbierają dobrze nawet myśli. Takie tam ludzkie przyzwyczajenie, patrzenie w oczy rozmówcy.

Mam notatnik. Zapiszę sobie, jeśli powiesz mi coś ważnego, coś, co będzie mi potrzebne, żeby wytrwać. Wiesz, czasami wydaje się człowiekowi, że zapamięta, bo to takie ważne, a potem okazuje się, że ni w ząb nie może sobie przypomnieć. Dlatego nie denerwuj się, jeśli co jakiś czas będę notować - nie będzie to wcale znaczyło, że przestałam słuchać. Patrz, mam nawet podkładkę! Niezła jestem, co? Przewidująca.
Dobra, bo robi się zimno. Tak, wiem, tam pod ziemią pewnie cieplutko i przytulnie, ale tutaj na górze mamy już listopad, a wiesz, że w listopadzie robi się już zimno. Przejdę więc do tematu. Mam kilka pytań i liczę na twoją współpracę. Musisz wiedzieć, że nie jesteś pierwszym, którego proszę o pomoc - pozostali jednak nie mieli tego doświadczenia co ty, byli żywi i nie mogli zrozumieć, o co mi chodzi. Pomyślałam więc, że może ty - skoro masz to już za sobą - pomożesz mi w tych życiowych pytaniach.

Roześmiała się.

Czujesz? Zadaję umarłemu życiowe pytania! Ech, niezła jestem, naprawdę no. Czasami ma się jeszcze ten polot językowy.

- Zobacz na tą. Gada i śmieje się do siebie.
- Może ćpała? A może nienormalna jakaś...
- Kto wie, może umarł ktoś dla niej ważny i rozmawia z tym kimś. 
- Ty też będziesz ze mną rozmawiała, jak już będę w grobie?
- Zwariowałeś?! Żeby mnie za wariatkę brali?

Wiesz, bo mam problem z życiem. Nie bardzo mi wychodzi. Niby czasami jakaś mądra myśl się pojawi, jakiś koncept, ale potem nie umiem się w sobie zebrać. Tak wiesz, jakbym żyć nie umiała w pełni. Czytałam milion książek o tym, jak żyć, ale ci co nie umarli często się powtarzają i myślą, że wszystko jest takie proste. Gówno, nie jest! Przepraszam za to gówno, ale wnerwia mnie to. Powiedz, warto? Teraz, kiedy tam leżysz.... myślisz, że było warto? Jakbyś miał wybór i mógł wstać stamtąd i pożyć jeszcze trochę, skorzystałbyś?
................................................................................................................................................
Powiedz, skorzystałbyś?! Jakbym ci powiedziała, że znam magiczne słowo, które budzi umarłych i pozwala im przeżyć w zdrowiu jakieś, powiedzmy, 5-10 lat, aż do drugiej śmierci. Wstałbyś? Gdybym ci powiedziała, że czasami myślę, żeby już z tym skończyć, żeby ulżyć i sobie i innym - próbowałbyś mnie powstrzymać czy raczej pochwaliłbyś taką decyzję? Co?! Powiedz coś! Powiedz, co myślisz o życiu teraz, kiedy już go nie masz? Tęsknisz za życiem? Uważasz, że to był najlepszy moment twojego ciała? Życie?

Znowu się zaśmiała.

"Najlepszy moment twojego ciała...." Nie no, niezła jestem. To dobre. Muszę sobie zapisać, bo to dobre było. A ty nie leż tak w milczeniu. Kurwa, nie leż tak bez słowa! Jesteś moją ostatnią nadzieją, wiesz? Nie pytałam, kiedy żyłeś, pytam teraz, kiedy już umarły jesteś i masz pewną perspektywę. Możesz porównać życie z nieżyciem. Które lepsze? Które byś wybrał? Fajnie tam się leży? Nic ci nie cierpnie, nic nie boli, dusza nie boli, życie nie uwiera.... W porządku jest?
Fuck, stoję tutaj i gadam do ciebie, ludzie się gapią jak na wariatkę, a ty nic? Nie rób mi tego.

Zaczyna rysować labirynty na kartce.

Nie wiem, jak to robić.... Nie wychodzi mi, wiesz? I jak czasami mi tak nie wychodzi kilka razy pod rząd, to zastanawiam się, czy nie fajniej byłoby iść tam, gdzie ty jesteś. Tam, gdzie idzie się po śmierci. Gdzie ty właściwie teraz jesteś? Jest tam jakieś niebo, piekło, jakiś kurwa czyściec? Ha! Ha! Ha! Nie śmiej się ze mnie, jak człowiek taki żywy jest, to nic nie wie o byciu nieżywym. Zresztą sam wiesz, też tak miałeś przecież.
Nie, nie opowiadaj mi o tym, czy jest światło czy nie. Czy jakiś tunel, jakieś wrota, czy się nad ciałem swoim człowiek unosi i widzi siebie z góry. To mnie nie interesuje. Bardziej ciekawi mnie, czy lepiej jest nie żyć. Nie chcę wpadki. Nie chcę, żeby okazało się, że tam jest jeszcze gorzej niż tutaj - wtedy to by była klęska na całego.

Siedzi.

Serio?! Nic?! To ja ci tu znicz piękny przyniosłam... Gadaj, słyszysz?! No powiedz coś!! Proszę!  Chyba nie zostawisz mnie z tym najlepszym momentem ciała i bazgrołami na kartce?! Miałam tutaj odpowiedzi zapisywać! Złote myśli twoje! A ty jak ten Wołodyjowski, żałosne nic!

Kopnęła nagrobek. Chyba ma w nosie, że ludzie się patrzą.

Nie, to nie! Poradzę sobie.

Podeszła do grobu obok.

O, kobieta! Może pani ze mną porozmawia, bo ten facet obok języka w gębie zapomniał. My, kobiety, potrafimy się dogadać, prawda? Ile pani miała lat? No proszę, w chwili zaczęcia nieżycia była pani nieco starsza ode mnie, to może nam pomóc w rozmowie. Mam notatnik, na wypadek gdyby powiedziała pani coś, co warto zapamiętać - lubię mieć ważne rzeczy na piśmie. Możemy mówić sobie po imieniu? To zmniejsza dystans, pomaga zaufać sobie nawzajem. Mam kilka pytań.............................




niedziela, 26 sierpnia 2018

z serii: wyszperane w bibliotece

Jestem zła. Normalnie dałam się zrobić w konia i nie bardzo wiem, na kogo teraz zwalić winę: na bibliotekę, że wystawiła tą książkę na półkę? Na wydawcę, że postanowił tą książkę wydać w języku polskim? Na autorkę, że tak przebiegle stosując słowa przykuła moją uwagę i bezczelnie zajęła mój cenny czas? Tak, wiem - pewnie ja sama nie jestem bez winy - w końcu wiem, co czytam, mam władze nad książką, która będąc przedmiotem względnie lekkim i niegroźnym, z łatwością pozwoli się odłożyć na półkę. Mam jednak sporo argumentów na swoje usprawiedliwienie, więc siebie winiłabym najmniej ;).

Zacznijmy od okładki, a konkretnie od tytułu książki:


No? Kogo z was nie zaintrygowałaby książka pod tytułem "Mam łóżko z racuchów"? Kiedy trafiła w moje ręce, nie miałam żadnych wątpliwości, że chcę ją przeczytać. To nic, że nazwisko autorki nic mi nie mówiło - przekartkowałam, rzuciłam okiem na streszczenie z tyłu okładki i niczym niezaniepokojona wypożyczyłam ją zgodnie z regułami Biblioteki Raczyńskich w Poznaniu.

Zaczęłam czytać. Już od pierwszego rozdziału (rozdziały są tu krótkie, więc można rzec, że od pierwszych zdań) spodobał mi się styl autorki. Pisała nieco tajemniczo, jakby kawałkami oderwanymi od nieznanej mi jeszcze całości, które to kawałki zamieszkiwali intrygujący ludzie. Pani Moriarty bawiła się językiem, wykorzystywała nieporozumienia w komunikowaniu się między bohaterami książki, żeby tworzyć humorystyczne (ale nie śmieszne) sytuacje. Uwielbiam czytać książki tak napisane, zachwyca mnie takie pisarstwo. Nic więc dziwnego, że weszłam w ten australijski świat (bo wszystko dzieje się w Australii) bez najmniejszych oporów.

Pierwsze przeczucia pojawiły się jakby niechcący i zignorowałam je naprędce jako przypadkowe. Kolejne koleje losu bohaterów zaczynały jednak potwierdzać moje podejrzenia coraz wyraźniej, aż w końcu musiałam spojrzeć prawdzie w oczy: czytam najzwyklejsze w świecie romansidło!😧 Tak - napisane z pomysłem, oryginalnie, ale jednak romansidło! Więcej - przeczytałam tę książkę - z jej romansami, wybaczeniami, zdradami, powrotami i szczęśliwymi zakończeniami - do końca. ponosząc tego pełne konsekwencje! 😭

Konsekwencja nr 1
Motylki w brzuchu oraz ulatujące ku nierealnemu światu, cholernie romantyczne myśli. Brrr.....

Konsekwencja nr 2
Marzenie, żeby się pojawił, żeby mnie porwał, żeby zwrócił na mnie uwagę w tłumie i zdobywał mnie w dokładnie tak oryginalny sposób, jak to się działo w książce. Albo nie, nie musi mnie odnajdywać, może się okazać, że już się znamy i że on wyznaje mi, że nie może się przy mnie na niczym skupić, że mam być silna za nas oboje, bo i on zajęty i ja zamężna. 😂

Konsekwencja nr 3
Nierealne poczucie, że romans jest możliwy nawet w tak nudnym, normalnym świecie, jak mój. Że nawet ja mogę być dla kogoś piękna. 😁

Konsekwencja nr 4
Junior zobaczył właśnie ten tekst przez moje ramię (a bestia potrafi dobrze czytać) i teraz muszę się tłumaczyć, co to znaczy "żeby się pojawił" 😉. Pewnie jeszcze czeka mnie komentarz Mystera, jak to przeczyta...

I na co mi to wszystko?! Przecież właśnie dlatego nie czytam żadnych romansów! Nie lubię takich książek! Śmieszą mnie swoją naiwnością i nierealnością. Śmieszą mnie osoby (z całym szacunkiem, rzecz jasna), które takie książki czytają i się nimi zachwycają, że takie życiowe. Śmieszą mnie pisarki, które na romansach zarobiły krocie, wydając milion tomów o Niej i o Nim. Nie cierpię takich książek, takich filmów, takich seriali. Nie, nie, nie! A dzisiaj co? Dzisiaj przeczytałam ostatnie stronice "Mam łóżko z racuchów" i myślę sobie FUCK! Ale się dałam! Przecież nic, co było w tej książce nie mogłoby zdarzyć się w prawdziwym świecie prawdziwych ludzi! Po co, ja się pytam, po co to czytałam? I kto jest temu winny? Kogo mam sądzić za moje krzywdy, za głupie myśli, za motylki i stracony czas?! No?!
Książka ta powinna stać na półce w dziale Romanse, wtedy na pewno bym jej nie znalazła, bo się w te rejony nie zapuszczam. A więc winna jest biblioteka! Och, gdyby nie fakt, że jest tam mnóstwo książek i ciągle dokupują nowe, to bym się obraziła i nigdy już tam nie poszła. No cóż - nie pozostaje mi nic innego, jak szybko przykryć Konsekwencje treściami innych książek, dobranych ostrożniej i z większą uwagą.

A tak w ogóle - ale tylko dla wielbicieli gatunku - i owszem, polecam ;)


P.S. Myster, jeśli to czytasz - nie przejmuj się, minie ;)




Jaclyn Moriarty, Mam łóżko z racuchów, Wydawnictwo W.A.B.









niedziela, 12 sierpnia 2018

siła - post scriptum

OSTRZEŻENIE
Jeszcze nie wiem tego na pewno, ale istnieje duże prawdopodobieństwo, że wpis ten będzie naszpikowany idealistycznymi i wzniosłymi hasłami, w których być może będzie można wyczuć spory ładunek emocjonalny. Może też zdarzyć się, że brak zgody na moje słowa może czytającemu grozić nadciśnieniem, a mi z kolei utratą znajomego - istnieje takie ryzyko. Kto więc nie lubi czytać takich tekstów albo widzi jakiś interes w utrzymywaniu ze mną kontaktu, może niech lepiej skończy lekturę właśnie teraz - dla swojego dobra ;)

Tekst, który za chwilę napiszę, powstanie w wyniku dwóch, niezależnych od siebie zdarzeń, które jednakowoż w mojej głowie pobudziły tą samą ścieżkę myślową.
Pierwsze zdarzenie to tekst "siła", który napisałam w wyniku lektury książki o tym samym tytule. Poddawałam tam wątpliwości metody, jakimi kobiety walczą o równe traktowanie i możliwość decydowania o sobie i swoim ciele. Łatwo krytykować - trudniej wskazać alternatywne działania, którymi można dokonywać zmian w społeczeństwie. Chcę tutaj dopełnić dzieła.
Drugim zdarzeniem jest całkiem świeża dzisiaj sprawa - pracownicy poznańskiego MPK wyrazili (podobno na równi z pasażerami) sprzeciw wobec konieczności jeżdżenia tramwajami ozdobionymi tęczowymi flagami. Flagi te pojawiły się na pojazdach MPK w wyniku umowy z grupą Stonewall, która organizuje w Poznaniu Pride Week (Tydzień Równości). Flag już nie ma.

Możesz przeczytać o tym TUTAJ i na przykład TUTAJ.

Obydwa te zdarzenia wymagają odpowiedzi na pytanie: co zrobić, żeby ludzie w końcu dali sobie nawzajem spokój, żeby każdy mógł żyć tak, jak chce? Jakimi sposobami (kolejna demonstracja?, strajk?, billboard?, blokada torów, dróg?, milczenie wobec obelg i poniżania?.......) sprawić, żeby nie dochodziło do aktów nienawiści, dyskryminacji, narzucania swojego światopoglądu innym? A może jest to niemożliwe? Bo tak było, jest i będzie? Więcej - może tak powinno być? Może niektórzy odmienni, ci wszyscy homo, aborcjo, lesbi, czarni, niekato - może oni powinni w końcu nauczyć się, gdzie jest ich miejsce i przestać rzucać się w oczy?
Fakt, że ośmielam się podjąć próbę odpowiedzi na te pytania czynić mnie może w waszych oczach pyszną i wymądrzającą się zanadto - trudno. Jakby co, ostrzegałam i biorę to na bary.

Oto, co uważam.
Każdy człowiek ma prawo być. Każdy. Koniec i kropka. Żaden człowiek nie ma prawa powiedzieć innemu, że ten drugi jest gorszy od niego. Żaden i w żadnym wypadku. Nie ma takiej instancji na ziemi, która miałaby prawo różnicować ludzi na lepszych i gorszych, dobrych i złych, normalnych i nienormalnych. Nie ma i już. Tak uważam.
Taki światopogląd nie pozwala mi czuć się bezradną wobec tego, co dzieje się wokół mnie. Poniżanie ze względu na płeć, orientację seksualną, kolor skóry, uprawiany zawód itp. powoduje we mnie złość i chęć dokonania zmiany. Jaką zatem proponuję drogą, skoro nie chodzę na manifestacje, nie wywieszam flag, nie zapalam światełka?
Otóż proponuję zaczynać od samego początku - zacznijmy od siebie i od edukacji. Fakt - jest to sposób mało spektakularny, nie widać go za bardzo, a na skutki trzeba długo czekać. Jestem jednak przekonana, że jeśli zaczniemy od początku, to skutki takich działań będą trwałe i realnie będą wpływały na zmiany w myśleniu i zachowaniu ludzi w przyszłości.

Jak sobie to wyobrażam? Będę pisała jako człowiek, kobieta, mama i nauczycielka.

Po pierwsze - akceptujmy i nie porównujmy siebie z innymi.
Zacznij od siebie. Na nic będzie gadanie o tolerancji, jeśli sama ze sobą nie będziesz czuła się w porządku. Pozwól sobie być taką, jaka jesteś. Niech taką widzą ciebie ci, na których możesz mieć wpływ. Bez krzyku i przepychania. Niech twój pracodawca wie, że jesteś kompetentną osobą, że nie czujesz potrzeby ścigania się z innymi, żeby coś mu udowadniać. Że potrafisz cenić swoją pracę i wiesz, na co cię stać. Niech twój syn widzi, że nie musisz mieć ochoty na codzienne gotowanie obiadów - niech widzi, że czujesz się z tym w porządku, bo taka jesteś. Niech twoja córka widzi i uczy się od ciebie, że bycie kobietą nie oznacza podobanie się mężczyźnie, że nie potrzebujesz koła adoratorów wokół siebie, żeby czuć się piękną, że nie ma czegoś takiego, jak ładna i brzydka kobieta, że nie to świadczy o jej wartości. Pokaż jej, że czujesz się ze sobą w porządku, że ubierasz się tak, jak chcesz i nie chcesz pytać męża o zdanie, czy tak może być. Niech twój partner/twoja partnerka widzi, że jeśli chcesz powiedzieć nie, to mówisz nie, jeśli masz na coś ochotę, to masz na to ochotę. Niech teściowie widzą, że jeśli nie chcesz, to nie będziesz chodziła do kościoła, bez względu na to, jakiego szantażu będą używać.
O co mi chodzi? Chodzi o to, że wszelkie pogadanki, hasła, pouczanie i rzucanie na prawo i lewo hasłem tolerancji nic nie da, jeśli nie dasz przykładu. A nie dasz prawdziwego przykładu, jeśli nie będziesz wierzyła w to, co robisz. Jeśli będziesz mówiła o tym, że agresja jest zła, a jednocześnie będziesz komentowała na ulicy strój mijającej cię osoby - to wierz mi, to zachowanie, a nie słowa będą tym, co przyswoi sobie dziecko, uczeń, mąż, koleżanka..... Jeśli nie jesteś katoliczką, nie posyłaj dziecka do komunii tylko dlatego, że inni to robią - pokażesz dziecku, że nie trzeba się bać być sobą. Jeśli pokażesz przy tym, że bycie wśród ludzi, którzy idą do komunii jest ok, bo każdy ma prawo do wyboru - będziesz uczyć dziecko tolerancji. I odwrotnie. Jeśli wierzysz szczerze - pokaż tą wiarę swojemu dziecku. Dzięki temu za parę lat wyrosną z nich ludzie nie bojący się żyć w zgodzie z sobą i szanujący innych. Takich przykładów mogłabym wypisać o wiele więcej, właściwie wszelkie postawy można ukształtować w ten sposób. Łatwe?

Po drugie - akceptujmy dzieci takimi, jakimi są.
Jeśli chcesz, żeby dziecko zaczęło czuć do innych odrazę, żeby zaczęło czuć się lepsze lub gorsze od innych (i jedno i drugie jest prostą drogą do nienawiści i agresji) - bez ustanku porównuj je z innymi. Daj mu odczuć, że w porównaniu z innymi wypada gorzej: jest niższe, chudsze, mniej je, ma gorsze oceny, mniej śpi, więcej je, szybciej brudzi ubrania, spędza mniej czasu na nauce, ma większy bałagan w pokoju, jest dziecinne, bardziej delikatne, bardziej lękliwe, jest wolniejsze, bardziej mrukliwe albo bardziej rozgadane.... Uff - rozpędziłam się, a mogłabym jeszcze tak długo.
Możesz też porównywać swoje dziecko na plus: ma lepsze oceny, jest pilniejsze niż...., bardziej męskie niż...., bardziej dziewczęce..., delikatniejsze, mądrzejsze, pilniejsze, grzeczniejsze (w kościele, w szkole, w gościach....) itd. Takie porównywanie to moim zdaniem prosta droga do budowania postawy nietolerancji, poczucia zagrożenia ze strony innych, poczucia, że nie jestem w porządku taki/taka jaki/jaka jestem. Jeśli w porównaniu z kolegą jestem za delikatny, to jaki ze mnie przyszły facet? Jeśli moje włosy są cieńsze niż u koleżanki, to nie jestem piękną dziewczynką. Jeśli łażę po drzewach, to jestem chłopczycą..... Łał, dużo tego - jest nad czym pracować :).
Jeśli chcemy, aby nasz kraj zamieszkiwali ludzie, którzy nie nienawidzą innych za to, kim są, musimy im pokazać, że tacy, jacy są, są w porządku. Że jest tu dla nich miejsce bez względu na to, kogo pokochają, jak się ubierają, w co wierzą, jaki mają kolor skóry, czym się zajmują, co i jak potrafią. Bez porównywania z innymi!
Jest jeszcze jeden myk: oczekiwania wobec dziecka. Czyż nie każdy by chciał, żeby jego syn był mądrym, wysokim, silnym mężczyzną? A córka? Najlepiej, żeby była mądra, ładna, umiała się zachować? Żeby syn w przyszłości miał żonę, dzieci, dobrą pracę? A córka żeby miała męża z dobrą pracą i dzieci? Ok, trochę przerysowałam (a może nie?), żeby pokazać, o co mi chodzi. Jeśli nie akceptujesz dziecka takim, jakie jest, jeśli oczekujesz, że będzie takie, jak oczekujesz - dokładasz cegiełkę do budowania społeczeństwa, w którym, żeby być akceptowanym trzeba być konkretnie jakimś. W Polsce na przykład trzeba być białym, ochrzczonym w kościele katolickim, dobrze uczącym się, szanującym dorosłych i starszych (bezwzględnie), czystym dzieckiem. Jeśli dziecko takim nie jest, to po pierwsze nie lubi siebie, a po drugie zaczyna nienawidzić tych, którzy tacy są. Żeby przetrwać, udaje takiego, jakim powinien być i szuka takich, co odstają, żeby się na nich odegrać.
Jeśli chcemy społeczeństwa bez nienawiści, pozwólmy dzieciom być takimi, jakimi się, kochajmy je takimi, jakimi są. Czynem i słowem.

Te dwa punkty są moim zdaniem podstawą, reszta się zmienia w zależności od okoliczności. Akceptacja siebie i innych - tego nam brakuje. Zamiast tego przeważa wywyższanie się i nienawiść do innych. Ja nie chcę żyć w takim świecie. I choć nie pokazuję tego na manifestacjach, to staram się jak mogę dać sobie wewnętrzne prawo do bycia sobą, żeby mój syn i moi uczniowie to widzieli. Bez nienawiści, bez wytykania innych palcami i bez porównywania się. Robię też wszystko, żeby mój syn wiedział, że jest w porządku taki, jaki jest. Bo przecież tak jest.

I Ty też - jesteś w porządku taka, jaka jesteś.
I Ty - dokładnie taki, jaki jesteś.
Dopóty, dopóki nie czynisz tym krzywdy innym - jesteś ok. :)



sobota, 14 lipca 2018

łódziłam się

Od razu się nie polubiłyśmy. To znaczy, żeby być precyzyjną, ja jej nie polubiłam od pierwszego wyjścia z dworca. Stanęłam na placu nie widząc wyjścia z sytuacji. Zasięgnęłam rady mapy guglowej, ale ona próbowała wywieść mnie w jeszcze większe pole. Byłam zła. Szlag! Mam za sobą ponad cztery godziny jazdy pociągiem, dotarłam w końcu do tej Łodzi i nie mam pojęcia, jak się z tego dworca wydostać! Usiadłam na ławce, rozwinęłam mapę i zaczęłam szukać rozwiązania. Przecież nie mogę siedzieć na tym cholernym dworcu w nieskończoność! Dość powiedzieć, że  - po kilkakrotnym zawracaniu i zaczynaniu od nowa - w końcu dotarłam do hotelu. Zła i zniesmaczona.

Mówiłam sobie, że to minie. Teraz jesteś zmęczona - mówiłam sobie - ale jak odpoczniesz, to na wszystko spojrzysz inaczej.

Wyjazd do Łodzi była moją drugą podróżą w pojedynkę. Mam taką chęć, żeby w każde wakacje pojechać do jakiegoś miasta w Polsce i po prostu po nim połazić. Nie tak do końca bez celu, ale też bez napięcia i odwiedzania muzeów. W tamtym roku byłam z Lublinie i wróciłam stamtąd zachwycona. Do dzisiaj, kiedy myślę o tym mieście, robi mi się przyjemnie i tęskno. Tam też urósł mój apetyt na szukanie w miastach historii, ze szczególnie historii Żydów. To, co słyszałam i czytałam o Łodzi pozwoliło mi myśleć, że będzie świetnym miastem numer dwa na mojej liście.

No cóż...

Nie będę tutaj pisała o Piotrkowskiej, słynnej łódzkiej ulicy. W ogóle nie będę pisała o miejscach wartych i niewartych zobaczenia - to nie jest przewodnik po Łodzi. Napiszę jednak o moim odbiorze tego miasta - tak ku pamięci.

W Lublinie zachwyciło mnie to, że to miasto trwa sobie spokojnie, mieści w sobie to co dawne z tym, co nowe. Można powiedzieć, że w Łodzi jest podobnie - tam też stare, opuszczone kamienice czy fabryki stoją obok nowszych budynków. Nowe i stare obok siebie. W Lublinie jednak czułam, że ten proces dzieje w spokoju, harmonijnie, bez pośpiechu i z pełną zgodą na to, co nieuniknione. Łódź natomiast zrobiła na mnie wrażenie miasta, które wstydzi się tego, co stare, zapuszczone i w ruinie. W porównaniu z Lublinem (nic na to nie poradzę, porównuję te miasta, bo tak czuję) Łódź traktuje budynki z dawnych lat jak meneli, a nikt nie lubi meneli, prawda? Nigdzie, w żadnym innym mieście nie czułam smrodu szczochów tak często, jak tam (a poruszałam się w obrębie tak zwanego centrum). Łódź mydli ludziom oczy ulicą Piotrkowską, żeby nie widzieli, jak to wygląda na ulicy tuż obok.

Swoją drogą jest to ulica zdecydowanie przereklamowana - najzwyklejszy w świecie deptak.

Idąc hałaśliwymi ulicami mijałam sporo zamkniętych osiedli czy budynków odgrodzonych bramami - znowu to wrażenie, że to, co nowe nie chce mieć nic wspólnego z tym, co stare. Słynna Manufaktura - dawna fabryka - gigant zbudowana w XIX wieku przez Izraela Poznańskiego. Miejsce, w którym zrobiono wiele, żeby człowiek czuł się powiew luksusu, wchodząc tam. W moim odczuciu zrujnowano całkowicie klimat tego miejsca, robiąc z niego kolejny dom handlowy, jaki można zobaczyć w każdym chyba już mieście. Że ogromne? Monumentalne wręcz? Przez chwilę poczułam tam kroplę magii, kiedy spróbowałam wyobrazić sobie tą masę ludzi, która przychodziła tu codzienne, żeby pracować, kiedy uzmysłowiłam sobie, jaki musiał tu być hałas, te wielkie maszyny parowe używane we włókiennictwie. Tyle.

Historia, której szukałam? Niewiele tego. Chyba najbliżej tego, co się tam działo w przeszłości byłam na wielkim cmentarzu żydowskim, gdzie - oprócz macew, starych, poniszczonych, często już anonimowych - znajduje się ogromne pole gettowe. Mnóstwo tabliczek wetkniętych w miejsce pochówku ofiar łódzkiego getta. Te myśli, uświadomienie sobie po raz kolejny, jak wiele ludzi zostało zabitych podczas II wojny światowej tylko za to, kim byli. Smutne.

Łódź to taki osobnik, który próbuje perfumami, markowymi ciuchami i panem Tuwimem przykryć to, jaki jest naprawdę. Łódź jakby nie lubiła samej siebie, ale jednocześnie chciała, żeby lubili ją inni. Jeśli nawiązuje do swoich korzeni, swojej historii, to robi to w sposób nienaturalny, koniecznie nowoczesny, dizajnerski, na siłę jakby. Jest chaotyczna, "zasamochodowana", brudna, śmierdzi moczem. Zamiast zainwestować energię w swój prawdziwy stary rynek, zaczerpnąć ze swojej historii, Ona zostawia to miejsce zażenowana i tworzy nowy "rynek". który z rynkiem nie ma nic wspólnego, ale jest nowy i czysty.

Ja nie szukam w miastach czystości, regularności i kolorów - daleka jestem od tego. Szukam spokoju, harmonii, przeszłości, czegoś, co mnie zaskoczy, co znajdę przypadkiem łażąc bez celu. Lubię miejsca, które żyją, nawet w tych dzielnicach, które są stare - może nawet szczególnie w tych miejscach. Nie lubię muzeów, wielkich słów, gablotek - nie trafiają do mnie. Lubię iść ulicą i wyobrażać sobie, jak tu było parędziesiąt lat temu. W Łodzi tak się nie da, przynajmniej ja nie umiałam.

Do Lublina chcę wrócić, tęsknię za tym miejscem. Do Łodzi nie mam ochoty pojechać po raz drugi. Nie polubiłyśmy się od mojego wyjścia z dworca....


jedyne przypadkowe znalezisko 



pole gettowe





sobota, 30 czerwca 2018

siła

Pewnych sytuacji nie mogę zrozumieć. Wywołują one w moim środku oburzenie, sprzeciw i lekkie mdłości. Na przykład wtedy, kiedy kobieta opowiada o tym, jak rano wstaje i idzie do sklepu po świeże bułki, żeby jej syn - student, ponad dwudziestoletni facet - miał świeże pieczywo na śniadanie. Albo porada starszej, bardziej doświadczonej koleżanki, żeby nigdy, przenigdy nie krytykować męża - jakkolwiek coś zrobił, ciesz się, że zrobił, chwal - krytyka może go zniechęcić i już nigdy ci nie odkurzy. MI nie odkurzy. Albo kiedy widzę kobietę w wysokich szpilkach, trzymającą sztywno swoje ciało - nie wiem, żeby nie upaść albo żeby się nie garbić. Albo kiedy mijam na ulicy kolejne billboardy, na których wizerunek kobiety wykorzystywany jest do reklamowania po prostu wszystkiego: od (czyż to nie oczywiste?!) strojów kąpielowych czy innej garderoby przez (a cóż w tym złego?) kluby fitness po (no cóż...) materiały do ocieplania ścian na przykład.
Czy to sprawia, jestem feministką?

Z drugiej strony mam mieszane uczucia, kiedy czytam o kolejnych protestach kobiet, kiedy słucham ich wypowiedzi w radiu czy w internecie. A właściwie inaczej: w pełni popieram fakt, że osoby traktowane niesprawiedliwie, osoby, których prawa są łamane czy ograniczane - że wychodzą na ulicę. Uważam, że nie należy zgadzać się na coś, na co w sobie zgody nie czujemy. Protest - w naszej obecnej sytuacji politycznej - wydaje się jedną z niewielu możliwości i dobrze, że są. Wątpliwości budzi we mnie postawa niektórych osób. Nie umiem utożsamić się z kobietami, które do walki o swoje prawa używają siły, uciekają się do szyderstw czy haseł nawiązujących do konkretnych osób. Coś mi tu nie gra. TAK - jestem za tym, żeby każdy był traktowany z szacunkiem, żeby miał równe prawa, żeby mógł decydować o sobie, swoim losie, ciele, o tym, kogo będzie kochać i z kim stworzy związek (lub go nie stworzy). Bez dwóch zdań - zgadzam się z tym wszystkim i popieram w stu procentach. Nie zgadzam się natomiast ze stosowaniem języka takiego samego, jakiego używają ci, z którymi się nie zgadzamy. Jestem przekonana, że są inne sposoby na to, aby kobiety i mężczyźni byli traktowani z takim samym szacunkiem - nie krzykiem, nie wyśmiewaniem się, nie pokazywaniem "jestem silniejsza". Wrogość zawsze będzie wzbudzała wrogość.
Czy to znaczy, że jednak nie jestem feministką?

Wczoraj skończyłam czytać "Siłę" Naomi Alderman. Książka nie jest z tych, które wciągają mnie w
swój świat i potem długo mnie w nim trzymają. Ma jednak w sobie coś, co trzymało mnie przy jej kartkach do ostatniej kropki. Naomi - dość odważnie i bezkompromisowo moim zdaniem - pokazuje, jak mógłby wyglądać świat, gdyby kobiety poczuły w sobie moc pozwalającą im panować nad innymi. Czy był to lepszy świat? Czy kobiety traktowały mężczyzn z szacunkiem? Czy dobiwszy się do władzy skupiły się głównie na zemście za swoje własne krzywdy i poniżenia, których doznały od mężczyzn czy poszły inną drogą i - zgodnie ze swoimi hasłami - nie dzieliły świata ze względu na płeć? Czy umiały współpracować z mężczyznami tak, jak oczekują od mężczyzn, by współpracowali z nimi? Czy zdobycie władzy przez kobiety jest wyjściem z sytuacji, jaką mamy dzisiaj w wielu miejscach na ziemi, gdzie kobiety traktowane są jak przedmioty, własność mężczyzn? Czy silne kobiety potrafią zamazać historię, w której zawsze na pierwszym planie byli mężczyźni, bo nie widzieli powodu, dla którego mieliby kobietę traktować podmiotowo? Czy historia przez nie tworzona byłaby inna?
Warto przeczytać tę książkę, żeby zobaczyć jedną z alternatyw. Jasne - jest to fikcja. Oczywiście - wcale nie musiałoby być tak, jak w tej książce. Ale mogłoby....

Czy jestem feministką? Czy sama o sobie tak myślę? Szczerze? Nie mam potrzeby definiowania siebie jako za czy przeciw. Jeśli ktoś koniecznie chce mnie gdzieś zakwalifikować - jego problem. Uważam, że każdy człowiek - bez względu na wszystko, co go wyróżnia czy upodabnia do drugiego człowieka - ma prawo być w swoim życiu szczęśliwy. Ma prawo sam/sama wybierać, jak chce żyć. Nikt nie ma prawa ograniczać praw drugiej osoby, w żaden sposób. Nikt nie ma prawa powiedzieć mi, że mam tak czy tak myśleć, że mam w to czy tamto wierzyć, że mam tak a nie inaczej pracować, ubierać się, wychowywać syna - bez względu na to, czy jest to mężczyzna czy kobieta. Po prostu.
Uważam, że nie ma czegoś takiego, jak jeden prawidłowy, jedynie słuszny kierunek, w którym każdy powinien dążyć. Moim zdaniem nikt nie ma patentu na prawdę, na to co właściwe czy na to, jak należy. Każdemu należy się szacunek.

Książka "Siła" daje do myślenia. W sumie polecam :)






niedziela, 17 czerwca 2018

moja walka

A niech cię, Karl Ove Knåusgard, wysoko się cenisz! Sporo musiałam zainwestować, żeby przeczytać sześć części twojej "Mojej walki" - nie dość, że przeczytanie sześciu tomów, gdzie każdy ważył tonę, zabrało mi sporo czasu z życia, to jeszcze musiałam przejść przez całą moją przeszłość, do której to podróży wepchnąłeś mnie z surową bezwzględnością. Dobrze, że wszystkie książki były dostępne w bibliotece - przynajmniej zaoszczędziłam trochę grosza.
I tak, jak koszt czasu poświęconego na przeczytanie opasłych tomów jestem w stanie ci wybaczyć - gdybym nie czytała twojej powieści, czytałabym pewnie coś innego - tak tego przywoływania obrazów z mojej własnej przeszłości nie jest już takie łatwe do wybaczenia.

Wiesz, ja nawet cię nie lubię. Z tego, co napisałeś wynika, że byłeś w młodości i jesteś teraz (a przynajmniej byłeś jakieś 7 - 10 lat temu) osobą, z którą nie miałabym ochoty na bliższą znajomość. W młodości byłeś zapijającym się do utraty świadomości i zarzygania chłopakiem, który później stał się mężczyzną potrafiącym zdradzić swoją żonę (oczywiście po pijaku). Z trudnością czytałam tą część, w której opisywałeś czas, kiedy przyjechałeś do Bergen, żeby studiować  - nie lubię tego typu ludzi.

Tak się jednak zdarzyło, że przy całej tej mojej antypatii do ciebie, znalazłam w tobie człowieka, którego przeżycia i przemyślenia są tak bardzo bliskie moim własnym, że aż trudno uwierzyć, że zdarzyły się dwóm zupełnie niezwiązanym ze sobą osobom. Ty napisałeś opowieść o swoim życiu, ja sięgnęłam po nią i po początkowym oporze wejścia w powieść głębiej, nawet nie wiem kiedy zanurzyłam się w niej i przepłynęłam przez całe sześć części. W tej podróży wiele się działo, a najczęściej były to te przystanki z mojej przeszłości i teraźniejszości, których wolałabym unikać. Jednocześnie nie umiałam przestać czytać, połykałam kartkę za kartką, skończywszy jedną część biegłam do biblioteki po następną, z ulgą zauważając, że nikt jej przede mną nie wypożyczył. Czasami smęciłeś strasznie, niektóre opisy, wędrówki filozoficzne powodowały u mnie znudzenie, gubiłam się w gąszczu twoich przemyśleń. Zaraz jednak zaczynałeś opowiadać o czymś tak, jak ja bym o sobie opowiadała i nie mogłam przestać czytać.

I za to cię właśnie przeklinam. Za to, że przywróciłeś do życia mojego ojca, przypomniałeś mi, że kiedyś był - namacalny, realny, w pokoju tuż obok. Przez ciebie znowu zaczęłam się bać jego złości i czujności. Twoje słowa sprawiły, że znowu stałam się tą dziewczyną, dzieckiem, które poczucia bezpieczeństwa szuka w domach koleżanek, jednocześnie unikając zapraszania kogokolwiek do siebie. Ty sprzątałeś po swoim ojcu po jego śmierci, ja pamiętam, jak musiałam sprzątać po moim kiedy nie panując nad swoją fizjologią raz po raz zasrywał całą ubikację. Mój też już nie żyje, ale podobnie jak twój ojciec, zachował umiejętność odżywania i wracania od czasu do czasu.

Ty masz brata, ja mam siostrę - żadna to jednak różnica, jeśli podobnie jak u was sytuacja w domu pozbawiła nas możliwości uczenia się komunikowania ze sobą, pokazywania sobie nawzajem troski. Tobie trudno było podać Yngvemu rękę na powitanie, unikałeś patrzenia mu w oczy. Ja rękę podam, w oczy spojrzę, ale nie umiem już swobodnie ot tak przytulić swojej siostry i powiedzieć jej, jak bardzo się cieszę, że ją widzę. Yngve, twój brat, przeczytał o tym w twojej książce, moja siostra pewnie przeczyta o tym tutaj.... A niech cię szlag!

Nie podoba mi się to depresja twojej żony. Nie zgadzam się na to, żeby budziła moją własną, tę z przeszłości. Nie chcę tam zaglądać, rozumiesz? Jak to możliwe, że nawet to odgadłeś, że nawet ona pojawiła się w twoim życiu, podobnie jak w moim? Fakt, że to nie ty na nią cierpisz, tylko twoja żona nie jest żadnym usprawiedliwieniem - te fragmenty dotknęły mnie z taką samą mocą, jak te dotyczące ciebie. Jak śmiałeś?!

A najgorsze w tym wszystkim jest to, że jestem do ciebie tak bardzo podobna. Twoje myśli były prawie moimi, na świat patrzysz niemal tak samo, jak ja go postrzegam, też miewam lęki, też łapię się na tym, że nie dostrzegam tego, co mam i nie doceniam szczęścia, jakie mnie spotyka. Podobnie jak ty unikam ludzi - tych, którzy nawet nie znając mnie, patrzą i z całą pewnością oceniają. Też unikam sytuacji, w których musiałabym zagadać do kogoś, być bardziej taką, jakiej się mnie oczekuje. Piszesz, że odpoczywasz będąc sam - ja też tak lubię. Ja też nieraz biłam się (i biję) z myślami, że jestem kiepską matką, że nie troszczę się o syna tak mocno, jak powinnam i że najchętniej zostawiłabym całe to rodzinne życie i zamieszkała sama. I podobnie jak ty nie robię tego, bo te myśli pojawiają się i znikają, tak bardzo zależne od mojego nastroju.
Niby nic nas nie łączy. Ty jesteś mężczyzną, ja jestem kobietą. Ty masz trójkę dzieci, ja mam jedno. Jesteś Norwegiem, ja jestem stąd. Gdybyśmy się spotkali, nie bylibyśmy w stanie nawet sobie porozmawiać - no, chyba, że po angielsku. Skąd więc to poczucie więzi? Jak to możliwe, że przeglądałam jakiś czas temu w internecie twoje zdjęcia i myślałam sobie "ach, więc to ty..."?

A wiesz, co w tym wszystkim jest najdziwniejsze i jednocześnie bardzo okrutne? To, że właśnie skończyłam, przeczytałam całość od początku do końca i będzie mi cholernie tej książki brakowało. A niech cię, Karl Ove Knåusgard!