Ogłaszam wyprzedaż garażową! To nic, że w naszym kraju się nie praktykuje - ja tam zdesperowana jestem, przestrzeń wokół siebie lubię oczyszczać z niepotrzebnych rzeczy, więc ogłaszam i już. Fakt, żal me serce ściska, kiedy sprzedaję przedmioty tak mi drogie - nie tyle ze względu na ich estetykę, krój czy przydatność, ale dlatego, że niosą za sobą wspomnienia o tym, co zdaje się powoli rzadkością i luksusem stawać. Nie lubię takich rozstań, które emocje me poruszają. Nie lubię być smutna, a smutna jestem, kiedy przed garaż mój TE właśnie rzeczy wystawiam.
I kto by pomyślał, że właśnie za życie mego i mojego pokolenia takie nieodwracalne straty będziemy obserwować. O wiośnie i lecie dzieciom swym opowiadać będziemy, próbując dobrać słowa i obrazy, które najlepiej uzmysłowią im piękno ciepłych dni. Kaloryfer dzieci będą z zamkniętymi oczami głaskać, podczas gdy mama będzie tęsknym głosem mówiła "taki właśnie ciepły był w dotyku piasek nad morzem latem, czasami trzeba było szybko biec po nim bosymi stopami, tak parzyło" I uśmiechnie się do swoich myśli. Czasami tata szybko weźmie syna na ręce, krzycząc w podnieceniu "Patrz, tam w górze! Widzisz? To SŁOŃCE! Kiedyś, kiedy byłem mały takie słońce świeciło całą wiosnę i lato..." A na pytanie "co to jest wiosna, tatusiu?" opuści z rezygnacją syna na podłogę, westchnie cicho i ze łzami w oczach spojrzy na chowające się za chmury słońce....
No nic, ja tu gadu gadu, a towar czas wystawiać, bo śnieg w każdej chwili może znowu zacząć padać i wszystko mi przysypie. Mhm, co my tu mamy...
SPRZEDAM
opony letnie
leżak, parasol przed słońcem chroniący dodam gratisowo (inaczej nikt nie weźmie, a tak jest szansa...)
sukienki letnie, prawie jak nowe
wiosenne nakrycia wierzchnie, tanio sprzedam
depilator (zimą z włosami na nogach cieplej)
rower
hulajnogę dla dziecka
rowerek dla dziecka na sanki zamienię
krem do opalania (wysoka ochrona)
koc plażowo - piknikowy
namiot
bikini
za to chętnie przyjmę, wezmę na wymianę lub kupię ewentualnie futro ciepłe i nieprzejednane
Tylko kto to ode mnie kupi? Może poczekam, założą w przyszłości muzeum ku pamięci wiosny i lata i takie eksponaty na wagę złota będą?
Z ciepłymi pozdrowieniami, spod koca i z kubkiem ciepłej herbaty
autor tego tekstu
wtorek, 19 marca 2013
niedziela, 17 marca 2013
z dedykacją dla Patrycji M-S :)
Znowu będzie o książce. Wpadła w moje ręce przypadkiem, w bibliotece - przekartkowałam od niechcenia, a że druk był zachęcający do czytania, to wzięłam. To była dobra decyzja.
Chyba po raz pierwszy czytałam książkę nie psychologiczną, która była nie tylko o tym, o czym była. Wrażenie pogłębia fakt, że książka ta jest wspomnieniem, opisem sytuacji i emocji, które wydarzyły się kiedyś naprawdę. W innym czasie, w innymi mieście, innej osobie i w innej rodzinie - ale BYŁY.
Kilka pierwszych kartek i już wiedziałam - ta książka jest o R.
R też jest rzeczywista - żyje w innym czasie, w innym mieście i miała inne dzieciństwo, ale myśli, uczucia i pewne sytuacje miała dokładnie takie same, jak Roma - bohaterka i jednocześnie autorka książki.
R. doskonale wie, że nie jest wyjątkowa, niepowtarzalna. Wiele osób jej mówiło, że ją rozumie, że wie, co ona przeżywa i że wie, jak jej pomóc. Ale jeszcze nikt nie opisał jej sytuacji tak, jak Roma Ligocka. Ją i R dzielą pokolenia, a jednak ta druga poczuła, że znalazła duszę pokrewną, bliźniaczą w przeżytych we wczesnej młodości emocjach i myślach. Zarówno jedna jak i druga nie miała ojca, choć R nie miała go w inny sposób. R za to ma rodzeństwo, podczas gdy Roma (też R., niesamowite!) jest jedynaczką. Roma nie potrzebowała wielu koleżanek, aby czuć się dobrze - wystarczyły książki, coś do rysowania, maszyna do pisania. R. podobnie - koleżanek miała niewiele i gdy tylko mogła, to wybierała towarzystwo książki albo notatnika, w którym pisała takie tam swoje literki.
Roma mieszkała sama z matką. Mówiła do niej "mamusiu". Mamusia nie szczędziła córce użalań i płaczów "że jej też się coś od życia należy", "że ta wojna....", "że chciałaby jeszcze założyć rodzinę i mieć normalne dzieci"(!!!!). Słowa jak żywe, ciągle w pamięci - R też takie pamięta, nie da się czegoś takiego zapomnieć.
Wstręt do mężczyzny, z którym spotykała się mamusia. Wstręt do wszystkich mężczyzn. Mocne postanowienie, że "nigdy w życiu, żaden mężczyzna mnie nie dotknie". Roma o tym pisze, R też to pamięta.
Pragnienie śmierci, żeby już nikomu nie sprawiać kłopotu, żeby już było dobrze. Roma nie jadła, postanowienie, żeby umrzeć ciągle wracało do niej w trudnych chwilach. R też nie jadła...
Mamusia Romy postanowiła wysłać ją z okropną (jak się później okazało) kobietą na wakacje, żeby samej móc bez problemów spędzać sobie czas ze swoim mężczyzną. On tego chciał, mamusia też. Wyjazd był dla Romy traumatyczny, bała się, nie wiedziała, czy mama po nią przyjedzie czy nie. R wie, że jej mama też chętnie by tak zrobiła.
itd...
Książkę czytałam z lękiem, trochę w teraźniejszości, a trochę w przeszłości. Nie mogłam się od niej oderwać, a pani Roma Ligocka stała mi się dziwnie bliska. Koniecznie muszę sięgnąć po inne jej książki, ale ta jedna pozostanie we mnie na zawsze. Nie wiem, jak się ją czyta bez własnych podobnych wspomnień - myślę, że dobrze, bo pani Roma pisze ciekawie. Kto chce - niech sprawdzi. Tytuł książki: " Dobre dziecko"
Chyba po raz pierwszy czytałam książkę nie psychologiczną, która była nie tylko o tym, o czym była. Wrażenie pogłębia fakt, że książka ta jest wspomnieniem, opisem sytuacji i emocji, które wydarzyły się kiedyś naprawdę. W innym czasie, w innymi mieście, innej osobie i w innej rodzinie - ale BYŁY.
Kilka pierwszych kartek i już wiedziałam - ta książka jest o R.
R też jest rzeczywista - żyje w innym czasie, w innym mieście i miała inne dzieciństwo, ale myśli, uczucia i pewne sytuacje miała dokładnie takie same, jak Roma - bohaterka i jednocześnie autorka książki.
R. doskonale wie, że nie jest wyjątkowa, niepowtarzalna. Wiele osób jej mówiło, że ją rozumie, że wie, co ona przeżywa i że wie, jak jej pomóc. Ale jeszcze nikt nie opisał jej sytuacji tak, jak Roma Ligocka. Ją i R dzielą pokolenia, a jednak ta druga poczuła, że znalazła duszę pokrewną, bliźniaczą w przeżytych we wczesnej młodości emocjach i myślach. Zarówno jedna jak i druga nie miała ojca, choć R nie miała go w inny sposób. R za to ma rodzeństwo, podczas gdy Roma (też R., niesamowite!) jest jedynaczką. Roma nie potrzebowała wielu koleżanek, aby czuć się dobrze - wystarczyły książki, coś do rysowania, maszyna do pisania. R. podobnie - koleżanek miała niewiele i gdy tylko mogła, to wybierała towarzystwo książki albo notatnika, w którym pisała takie tam swoje literki.
Roma mieszkała sama z matką. Mówiła do niej "mamusiu". Mamusia nie szczędziła córce użalań i płaczów "że jej też się coś od życia należy", "że ta wojna....", "że chciałaby jeszcze założyć rodzinę i mieć normalne dzieci"(!!!!). Słowa jak żywe, ciągle w pamięci - R też takie pamięta, nie da się czegoś takiego zapomnieć.
Wstręt do mężczyzny, z którym spotykała się mamusia. Wstręt do wszystkich mężczyzn. Mocne postanowienie, że "nigdy w życiu, żaden mężczyzna mnie nie dotknie". Roma o tym pisze, R też to pamięta.
Pragnienie śmierci, żeby już nikomu nie sprawiać kłopotu, żeby już było dobrze. Roma nie jadła, postanowienie, żeby umrzeć ciągle wracało do niej w trudnych chwilach. R też nie jadła...
Mamusia Romy postanowiła wysłać ją z okropną (jak się później okazało) kobietą na wakacje, żeby samej móc bez problemów spędzać sobie czas ze swoim mężczyzną. On tego chciał, mamusia też. Wyjazd był dla Romy traumatyczny, bała się, nie wiedziała, czy mama po nią przyjedzie czy nie. R wie, że jej mama też chętnie by tak zrobiła.
itd...
Książkę czytałam z lękiem, trochę w teraźniejszości, a trochę w przeszłości. Nie mogłam się od niej oderwać, a pani Roma Ligocka stała mi się dziwnie bliska. Koniecznie muszę sięgnąć po inne jej książki, ale ta jedna pozostanie we mnie na zawsze. Nie wiem, jak się ją czyta bez własnych podobnych wspomnień - myślę, że dobrze, bo pani Roma pisze ciekawie. Kto chce - niech sprawdzi. Tytuł książki: " Dobre dziecko"
poniedziałek, 11 marca 2013
kolejna próba
No i co ja mam z Tobą zrobić? Jak do ciebie mówić? Próbuję układać się z Tobą jakieś dwadzieścia lat i mi nie idzie. Sposobów szukałam różnych, lenistwa czy braku wyobraźni zarzucić mi raczej nie można. Pamiętasz, jak próbowałam udawać, że Ciebie nie ma?
Albo jak atakowałam Cię przez moje ciało, mocno i głęboko, żebyś poczuł, żeby ciebie też zabolało?
A tabletki? Pigułki - cud, które miały cię jeśli nie unicestwić, to przynajmniej tak tobą zakręcić, żebyś nie wiedział, jak się nazywasz i po co istniejesz. Uśpić ciebie i twoją moc.
Czasami, żeby cię nie czuć, przekuwałam doznania od ciebie w moc nienawiści do innych, a jeszcze częściej do samej siebie. Jak nienawidziłam mocno, to nie czułam ciebie.
Perfekcjonizm też był dobry na jakiś czas - człowiek doskonały, człowiek sukcesu, wzór do naśladowania! Ochy i achy innych zagłuszały twój głos, nie pozwalały ci mówić głośno, a mnie dawało to krótkie i złudne poczucie siły i stabilizacji.
Próbowałam wziąć cię naukowo, teoretycznie, według wskazówek zawartych w literaturze. Też starczało na krótko.
Mówiłam do ciebie, nadawałam ci imię, wyobrażałam sobie, jak wyglądasz... próbowałam cię oswoić, znajomych podobno człowiek boi się mniej.
Miotam się tak od sposobu do sposobu. Szukam. Czasami już nie szukam, bo przestaję wierzyć. A potem szukam znowu, bo wiara wraca. Ping - pong mojego życia. Mam już ciebie po dziurki w moim dużym nosie, wiesz? A ty przykleiłeś się do moich wnętrzności, tych fizycznych i duchowych. Mam wrażenie, że wrosłeś już nie tylko w mózg, myśli, ducha i psychikę - ty obklejasz moje jelita, żołądek, głowę, kości czy jajniki. Zabierasz mi powoli, po kawałku wszystko co mam. Jesteś jak ta kropla drążąca skałę - już nie czuję, co mi konkretnego obgryzasz, mam po prostu nie dające się nigdzie umiejscowić poczucie straty. Pytam się ciebie, gdzie są moje mięśnie? Gdzie poczucie smaku i umiaru? Gdzie schowałeś czujnik przyjemności?? Jak śmiałeś ukraść moje dźwięki?!
O wszystko, co moje, muszę walczyć. Muszę się starać. I jedno wiem na pewno: nie mogę pozwolić tobie na to, żebyś zabrał mi poczucie odpowiedzialności. Wtedy będzie po wszystkim. Będzie po mnie.
Chcesz iść ze mną do grobu? Naprawdę? Już wyobrażam sobie napis na nagrobku:
Albo jak atakowałam Cię przez moje ciało, mocno i głęboko, żebyś poczuł, żeby ciebie też zabolało?
A tabletki? Pigułki - cud, które miały cię jeśli nie unicestwić, to przynajmniej tak tobą zakręcić, żebyś nie wiedział, jak się nazywasz i po co istniejesz. Uśpić ciebie i twoją moc.
Czasami, żeby cię nie czuć, przekuwałam doznania od ciebie w moc nienawiści do innych, a jeszcze częściej do samej siebie. Jak nienawidziłam mocno, to nie czułam ciebie.
Perfekcjonizm też był dobry na jakiś czas - człowiek doskonały, człowiek sukcesu, wzór do naśladowania! Ochy i achy innych zagłuszały twój głos, nie pozwalały ci mówić głośno, a mnie dawało to krótkie i złudne poczucie siły i stabilizacji.
Próbowałam wziąć cię naukowo, teoretycznie, według wskazówek zawartych w literaturze. Też starczało na krótko.
Mówiłam do ciebie, nadawałam ci imię, wyobrażałam sobie, jak wyglądasz... próbowałam cię oswoić, znajomych podobno człowiek boi się mniej.
Miotam się tak od sposobu do sposobu. Szukam. Czasami już nie szukam, bo przestaję wierzyć. A potem szukam znowu, bo wiara wraca. Ping - pong mojego życia. Mam już ciebie po dziurki w moim dużym nosie, wiesz? A ty przykleiłeś się do moich wnętrzności, tych fizycznych i duchowych. Mam wrażenie, że wrosłeś już nie tylko w mózg, myśli, ducha i psychikę - ty obklejasz moje jelita, żołądek, głowę, kości czy jajniki. Zabierasz mi powoli, po kawałku wszystko co mam. Jesteś jak ta kropla drążąca skałę - już nie czuję, co mi konkretnego obgryzasz, mam po prostu nie dające się nigdzie umiejscowić poczucie straty. Pytam się ciebie, gdzie są moje mięśnie? Gdzie poczucie smaku i umiaru? Gdzie schowałeś czujnik przyjemności?? Jak śmiałeś ukraść moje dźwięki?!
O wszystko, co moje, muszę walczyć. Muszę się starać. I jedno wiem na pewno: nie mogę pozwolić tobie na to, żebyś zabrał mi poczucie odpowiedzialności. Wtedy będzie po wszystkim. Będzie po mnie.
Chcesz iść ze mną do grobu? Naprawdę? Już wyobrażam sobie napis na nagrobku:
TU LEŻY R.R. I JEJ NIEODŁĄCZNY TOWARZYSZ ŻYCIA - STRACH
niedziela, 10 lutego 2013
problemy z czasem
Czas leci, płynie, mija, posuwa się naprzód, przecieka przez palce, leczy rany. I choć jest przecież cały czas, odczuwa się jego obecność, choćby kontrolując jego stan w kalendarzu, to ja mam takie poczucie, że jego stan płynący nie dotyczy mnie. Zaskakuje mnie za każdym razem, stawiając na mojej drodze okoliczności czy przypadki pokazujące mi, że już tyle życia mi minęło i mija cały czas, dzień za dniem.
Mojemu synowi wypadł pierwszy ząb. Najpierw radość ogólna, brawo!, jak to się stało?, schowamy ten ząb na pamiątkę! Tak, tak, jasne, że wróżka zębuszka przyjdzie, tylko musisz poczekać do wieczora... A potem jak mnie nie łupnie - co??? mój syn jest już tak duży, że wypadł mu pierwszy ząb? Matko, kiedy to się stało, jak to możliwe? Aż człowiek chciałby językiem pomacać swoje własne żeby, czy aby ząb czasu nie zaczął nimi też poruszać... No nie chce być inaczej - jestem mamą dziecka, które jest już w wieku wypadania pierwszych mleczaków. A nie oszukujmy się - nie urodziłam, jak tylko wianuszek straciłam, tylko nieco (tak bardziej nieco) później... Czyli czas mój leci.
W drogerii R., jestem tam co piątek z takich, a nie innych przyczyn. Czasami tylko łażę między półkami, kosmetyki oglądam, promocje sprawdzam i wychodzę bez niczego. Czasami jednak muszę coś kupić, wiadomo. Ostatnio był to krem do twarzy. Zaszalałam nawet, bo z okazji korzystnej (ba!) promocji kupiłam dwa kremy: jeden na noc i jeden na dzień. I czas znowu dał o sobie znać i musiałam spojrzeć jego prawdzie w oczy - sięgnęłam po kremy 35+. Na opakowaniu piszą, że na pierwsze zmarszczki. Co? Wiek się zgadza, nie będę czarować, ale że pierwsze zmarszczki? Już? Nie zauważyłam. A może źle patrzyłaś? - pan czas pyta sugestywnie. Może. Po powrocie do domu patrzę na swoje odbicie i jakoś nie widzę kobiety w takim to a takim wieku, nie widzę zmarszczek. Widzę siebie, nie wiem, może się zmieniłam, ale nie zauważam tego, nie umiem ocenić. Ostatnio jedna osoba, która nie widziała mnie już sporo czasu, powiedziała, że wyszczuplałam na twarzy. Czy to TO? Czy jak się na twarzy szczupleje, to znaczy, że się człowiekowi pierwsze zmarszczki zaczynają pojawiać? Czyli że co - mój czas jednak leci?
No ale jak leci, skoro czuję się tak... no nie wiem, tak normalnie, tak sobą, niezmiennie od lat. Wiadomo, raz jest lepiej, raz gorzej - jak u każdego, ale generalnie nie czuję, żebym się jakoś szczególnie w czasie posuwała. Na przykład ostatnio poczułam się wyjątkowo młoda. Nabiłam sobie otóż guza. Tak, nabiłam śliwę na czole, jak nie przymierzając młokos jakiś. Walnęłam w futrynę i poczułam ten ból. Och, jak dawno nie czułam, jak bolesnym jest nabicie sobie guza. Kwintesencja młodości, szczeniactwa rzekłabym nawet. No i gdzie ten czas?
O, albo inny przykład. Ciągle potrafię się "zakochać" w wokaliście jakiegoś zespołu. Słuchać jego piosenek, choć wcześniej nie podejrzewałabym siebie o słuchanie takiej właśnie muzyki. Szukać tłumaczeń tekstów, śpiewać sobie z nim na cały głos, tańczyć do jego głosu. Zupełnie jak dawniej, nic się we mnie nie zmieniło. Byłam i jestem nadal podatna na urok artystów. Czas biegnie? Naprawdę?
Osoba z moje rodziny zachorowała na nowotwór. Czasem tak się zdarza. I w takich momentach zaczynam inaczej patrzeć na czas. Nie, że mija, nie, że młodość mi ucieka, ale że póki go mam, to warto wykorzystywać go w pełni. Na dobre rzeczy, na głupie rzeczy, na rzeczy nieprzemyślane i te robione z przekonaniem. Czemu by go nie przetestować na różne sposoby? Wycisnąć czas. Po co się bać, krygować, ograniczać, wstydzić? Może warto próbować? Bo tak mi się wydaje (choć jeszcze tego nie wiem na pewno), że nawet jeśli się jest starym, coraz starszym, to zawsze jest coś, co można zrobić ze swoim czasem, żeby tak głupio nie płynął.
A kremy mi służą :)
Mojemu synowi wypadł pierwszy ząb. Najpierw radość ogólna, brawo!, jak to się stało?, schowamy ten ząb na pamiątkę! Tak, tak, jasne, że wróżka zębuszka przyjdzie, tylko musisz poczekać do wieczora... A potem jak mnie nie łupnie - co??? mój syn jest już tak duży, że wypadł mu pierwszy ząb? Matko, kiedy to się stało, jak to możliwe? Aż człowiek chciałby językiem pomacać swoje własne żeby, czy aby ząb czasu nie zaczął nimi też poruszać... No nie chce być inaczej - jestem mamą dziecka, które jest już w wieku wypadania pierwszych mleczaków. A nie oszukujmy się - nie urodziłam, jak tylko wianuszek straciłam, tylko nieco (tak bardziej nieco) później... Czyli czas mój leci.
W drogerii R., jestem tam co piątek z takich, a nie innych przyczyn. Czasami tylko łażę między półkami, kosmetyki oglądam, promocje sprawdzam i wychodzę bez niczego. Czasami jednak muszę coś kupić, wiadomo. Ostatnio był to krem do twarzy. Zaszalałam nawet, bo z okazji korzystnej (ba!) promocji kupiłam dwa kremy: jeden na noc i jeden na dzień. I czas znowu dał o sobie znać i musiałam spojrzeć jego prawdzie w oczy - sięgnęłam po kremy 35+. Na opakowaniu piszą, że na pierwsze zmarszczki. Co? Wiek się zgadza, nie będę czarować, ale że pierwsze zmarszczki? Już? Nie zauważyłam. A może źle patrzyłaś? - pan czas pyta sugestywnie. Może. Po powrocie do domu patrzę na swoje odbicie i jakoś nie widzę kobiety w takim to a takim wieku, nie widzę zmarszczek. Widzę siebie, nie wiem, może się zmieniłam, ale nie zauważam tego, nie umiem ocenić. Ostatnio jedna osoba, która nie widziała mnie już sporo czasu, powiedziała, że wyszczuplałam na twarzy. Czy to TO? Czy jak się na twarzy szczupleje, to znaczy, że się człowiekowi pierwsze zmarszczki zaczynają pojawiać? Czyli że co - mój czas jednak leci?
No ale jak leci, skoro czuję się tak... no nie wiem, tak normalnie, tak sobą, niezmiennie od lat. Wiadomo, raz jest lepiej, raz gorzej - jak u każdego, ale generalnie nie czuję, żebym się jakoś szczególnie w czasie posuwała. Na przykład ostatnio poczułam się wyjątkowo młoda. Nabiłam sobie otóż guza. Tak, nabiłam śliwę na czole, jak nie przymierzając młokos jakiś. Walnęłam w futrynę i poczułam ten ból. Och, jak dawno nie czułam, jak bolesnym jest nabicie sobie guza. Kwintesencja młodości, szczeniactwa rzekłabym nawet. No i gdzie ten czas?
O, albo inny przykład. Ciągle potrafię się "zakochać" w wokaliście jakiegoś zespołu. Słuchać jego piosenek, choć wcześniej nie podejrzewałabym siebie o słuchanie takiej właśnie muzyki. Szukać tłumaczeń tekstów, śpiewać sobie z nim na cały głos, tańczyć do jego głosu. Zupełnie jak dawniej, nic się we mnie nie zmieniło. Byłam i jestem nadal podatna na urok artystów. Czas biegnie? Naprawdę?
Osoba z moje rodziny zachorowała na nowotwór. Czasem tak się zdarza. I w takich momentach zaczynam inaczej patrzeć na czas. Nie, że mija, nie, że młodość mi ucieka, ale że póki go mam, to warto wykorzystywać go w pełni. Na dobre rzeczy, na głupie rzeczy, na rzeczy nieprzemyślane i te robione z przekonaniem. Czemu by go nie przetestować na różne sposoby? Wycisnąć czas. Po co się bać, krygować, ograniczać, wstydzić? Może warto próbować? Bo tak mi się wydaje (choć jeszcze tego nie wiem na pewno), że nawet jeśli się jest starym, coraz starszym, to zawsze jest coś, co można zrobić ze swoim czasem, żeby tak głupio nie płynął.
A kremy mi służą :)
środa, 6 lutego 2013
dzień kobiet(y)
Szlag! Znowu to samo! Dzisiaj wracam do pracy po dłuższym "mnie-nie-byciu" tam i problem powraca.
W CO JA MAM SIĘ DZISIAJ UBRAĆ??!!
I w takich chwilach żałuję, że nie jestem facetem. Fakt, nie mam aż tak dużego doświadczenia ze światem męskim, ogranicza się właściwie do męża w sumie (mhm, maluuutkie), ale mam taki pogląd, że mężczyzna wstaje rano, ubiera dżinsy, jakiś t-shirt, ewentualnie koszulę, na to sweter jakiś narzuca i gotowy. Przedtem się ogoli, umyje zęby, antyperspirant pod paszkę lewą, pod paszkę prawą (BŁAGAM, RÓBCIE TO) i gotowy. Zadowolony, gotowy, zapomina, co i dlaczego ma na sobie.
TELEGRAM: Każdy mężczyzna, który ma inaczej, bardziej jak ja to zaraz opiszę, proszony jest o cynka. Tak dla mnie, dla celów statystycznych i żebym sobie horyzonty mogła poszerzyć.
A ja? Po kolei, bez zmyślania, dzisiejszy poranek.
Po pierwsze, bardzo trudno mi się rano wstawało, bo się przyzwyczaiłam, że mogę spać tak długo, aż się wyśpię. Ważną jest też uwaga, że nie uszykowałam sobie wczoraj rzeczy na dzisiaj (tak, tak - robię to), bo skoro nie idę do pracy na 6:30, to mam więcej czasu po obudzeniu się. To plus uwaga poprzednia spowodowały, że czas mój poranny skurczył się nieco o paręnaście minut.
Nawet w te dni muszę się wyrobić w czasie określonym, gdyż zaprowadzam syna do przedszkola.
Początek podobny, jak u mężczyzn (czy ja już gdzieś o tym nie pisałam?). Czyli poranna toaleta, nad którą zastanawiać się za bardzo nie trzeba, bo co zrobić się powinno, to się robi.
Dopiero potem się zaczyna.
Analiza czekającego mnie dnia, coby ubiór w miarę do możliwych okoliczności dopasować:
1. Jaką zapowiadali pogodę? Bo jeśli ma wiać wiatr, to nie mogę założyć spódnicy - już nie raz trzymałam ją w przestrachu i z zażenowaniem przy nogach, żeby idący z naprzeciwka ludzie nie widzieli tego, czego widzieć nie mieli. No więc ważnym jest, żeby wiedzieć, czy zapowiadali wiatr. Mróz? Ma być mróz? Bo jeśli ma być, to on i owszem, spódnicy nie wyklucza, ale trzeba pomyśleć, czy kurtka na mróz będzie pasowała do owej spódnicy. Bo tak - za krótka kurtka wygląda źle, że nie wspomnę o za długiej spódnicy w stosunku do kurtki. Poza tym kurtki ze ściągaczem na dole deformują fason spódnicy i człowiek wygląda jak niebożę jakieś. No tak się nie godzi. Ok, jeśli mam kurtkę na mróz (bądź na "nie-mróz", w zależności od prognoz), która pasowałaby do upatrzonej spódnicy, to ok. Może być. No, chyba, że zapowiadali taki mróz, że w spódnicy może być mi za zimno....
2. Co dzisiaj w pracy? Czy istnieje szansa, że będzie mi gorąco i fajnie byłoby mieć coś na krótki rękaw na sobie? Czy może raczej zanosi się na posiadówkę i zagrzanie się raczej mi nie grozi? Wtedy mogę sobie ubrać jakąś fajną bluzkę na długi rękaw. Ale która jest fajniejsza na dziś? Opłaca mi się brudzić tę fajniejszą? Pomyślmy, czy spotkam dziś kogoś, komu chciałabym się pokazać w fajnej bluzce czy raczej niekoniecznie? A może zostawię ją sobie na jutro, idę do lekarza w końcu, z nim tak rzadko się widzę, niech zobaczy, jakie mam fajne ciuchy... A może jednak będzie mi gorąco? Może lepiej jakiś t-shirt, a na to sweter albo bluzę? Ale którą bluzę, KTÓRY SWETER????!!!! Aaaaaaa!!! Fuck! Już ta godzina??? W co ja mam się ubrać???!! Fajnie by było TEN t-shirt z TYM swetrem, ale przecież ten sweter jest czerwony, a do tego t-shirta fajnie pasowałyby czerwone spodnie, no to jak - tak cała na czerwono??!!
I DLACZEGO DO CHOLERY PRZESTALI ZAZNACZAĆ W RAJTUZACH, GDZIE JEST PRZÓD, A GDZIE TYŁ??
A zegar robi tik-tak, tik-tak, wkurzające tik-tak
A jeszcze umalować się? Uczesać? Okulary mam zapaćkane, trzeba je wyczyścić! Ręce kremem, usta kremem. Kurtkę zmieniam, więc trzeba wszystko z kieszeni tej poprzedniej przełożyć. Buty przydałoby się wyczyścić, ale już nie mam na to czasu (i tak od tygodnia te buty czyszczę...), trudno.
I proszę o odrobinę szacunku. To, co tu napisałam, to, może stawiająca mnie w bardzo złym świetle, ale prawda i cała prawda. Niestety...
W CO JA MAM SIĘ DZISIAJ UBRAĆ??!!
I w takich chwilach żałuję, że nie jestem facetem. Fakt, nie mam aż tak dużego doświadczenia ze światem męskim, ogranicza się właściwie do męża w sumie (mhm, maluuutkie), ale mam taki pogląd, że mężczyzna wstaje rano, ubiera dżinsy, jakiś t-shirt, ewentualnie koszulę, na to sweter jakiś narzuca i gotowy. Przedtem się ogoli, umyje zęby, antyperspirant pod paszkę lewą, pod paszkę prawą (BŁAGAM, RÓBCIE TO) i gotowy. Zadowolony, gotowy, zapomina, co i dlaczego ma na sobie.
TELEGRAM: Każdy mężczyzna, który ma inaczej, bardziej jak ja to zaraz opiszę, proszony jest o cynka. Tak dla mnie, dla celów statystycznych i żebym sobie horyzonty mogła poszerzyć.
A ja? Po kolei, bez zmyślania, dzisiejszy poranek.
Po pierwsze, bardzo trudno mi się rano wstawało, bo się przyzwyczaiłam, że mogę spać tak długo, aż się wyśpię. Ważną jest też uwaga, że nie uszykowałam sobie wczoraj rzeczy na dzisiaj (tak, tak - robię to), bo skoro nie idę do pracy na 6:30, to mam więcej czasu po obudzeniu się. To plus uwaga poprzednia spowodowały, że czas mój poranny skurczył się nieco o paręnaście minut.
Nawet w te dni muszę się wyrobić w czasie określonym, gdyż zaprowadzam syna do przedszkola.
Początek podobny, jak u mężczyzn (czy ja już gdzieś o tym nie pisałam?). Czyli poranna toaleta, nad którą zastanawiać się za bardzo nie trzeba, bo co zrobić się powinno, to się robi.
Dopiero potem się zaczyna.
Analiza czekającego mnie dnia, coby ubiór w miarę do możliwych okoliczności dopasować:
1. Jaką zapowiadali pogodę? Bo jeśli ma wiać wiatr, to nie mogę założyć spódnicy - już nie raz trzymałam ją w przestrachu i z zażenowaniem przy nogach, żeby idący z naprzeciwka ludzie nie widzieli tego, czego widzieć nie mieli. No więc ważnym jest, żeby wiedzieć, czy zapowiadali wiatr. Mróz? Ma być mróz? Bo jeśli ma być, to on i owszem, spódnicy nie wyklucza, ale trzeba pomyśleć, czy kurtka na mróz będzie pasowała do owej spódnicy. Bo tak - za krótka kurtka wygląda źle, że nie wspomnę o za długiej spódnicy w stosunku do kurtki. Poza tym kurtki ze ściągaczem na dole deformują fason spódnicy i człowiek wygląda jak niebożę jakieś. No tak się nie godzi. Ok, jeśli mam kurtkę na mróz (bądź na "nie-mróz", w zależności od prognoz), która pasowałaby do upatrzonej spódnicy, to ok. Może być. No, chyba, że zapowiadali taki mróz, że w spódnicy może być mi za zimno....
2. Co dzisiaj w pracy? Czy istnieje szansa, że będzie mi gorąco i fajnie byłoby mieć coś na krótki rękaw na sobie? Czy może raczej zanosi się na posiadówkę i zagrzanie się raczej mi nie grozi? Wtedy mogę sobie ubrać jakąś fajną bluzkę na długi rękaw. Ale która jest fajniejsza na dziś? Opłaca mi się brudzić tę fajniejszą? Pomyślmy, czy spotkam dziś kogoś, komu chciałabym się pokazać w fajnej bluzce czy raczej niekoniecznie? A może zostawię ją sobie na jutro, idę do lekarza w końcu, z nim tak rzadko się widzę, niech zobaczy, jakie mam fajne ciuchy... A może jednak będzie mi gorąco? Może lepiej jakiś t-shirt, a na to sweter albo bluzę? Ale którą bluzę, KTÓRY SWETER????!!!! Aaaaaaa!!! Fuck! Już ta godzina??? W co ja mam się ubrać???!! Fajnie by było TEN t-shirt z TYM swetrem, ale przecież ten sweter jest czerwony, a do tego t-shirta fajnie pasowałyby czerwone spodnie, no to jak - tak cała na czerwono??!!
I DLACZEGO DO CHOLERY PRZESTALI ZAZNACZAĆ W RAJTUZACH, GDZIE JEST PRZÓD, A GDZIE TYŁ??
A zegar robi tik-tak, tik-tak, wkurzające tik-tak
A jeszcze umalować się? Uczesać? Okulary mam zapaćkane, trzeba je wyczyścić! Ręce kremem, usta kremem. Kurtkę zmieniam, więc trzeba wszystko z kieszeni tej poprzedniej przełożyć. Buty przydałoby się wyczyścić, ale już nie mam na to czasu (i tak od tygodnia te buty czyszczę...), trudno.
I proszę o odrobinę szacunku. To, co tu napisałam, to, może stawiająca mnie w bardzo złym świetle, ale prawda i cała prawda. Niestety...
czwartek, 31 stycznia 2013
aborcja
Normalnie smutnym jest dla mnie, że nic mnie nie rusza, nic do pisania nie popycha. Moje oburzenie nie jest wystarczająco silne, moje obserwacje nie poruszają mnie aż tak bardzo... Skończyłam książkę, przyjemnie się czytało, nawet trochę śmieszna, ale żeby o niej napisać? Jakoś nie rwę się szczególnie. Nijak u mnie. Zero barw i życia - przenośnie i dosłownie.
A przecież na początku było gorąco. Bardzo. Moje ciało rozpalone, mimo mrozu na zewnątrz doprowadzało mnie do spazmów i dreszczy. Mówiłam sama do siebie, żeby nie stracić kontaktu z rzeczywistością i żeby samą siebie jakoś uspokoić. Bałam się tego, co nadchodzi. Nie bardzo pomagało, musiałam się położyć. Pani Grypa nie miała ochoty na eksperymenty i nowe pozycje - chciała na leżąco. O jakże nieposkromiona była w swojej chorej namiętności. Nie chciała przestać, ciągle było jej mało. Dzień, noc, dzień, noc - moje ciało buntowało się. No ileż można? A Ona ssała ze mnie nienasycona, bawiła się mną. Dopiero później zorientowałam się, że nawet nie zapytała czy mam ochotę spróbować czegoś nowego, z Nią. Dopiero potem dotarło do mnie, że to był gwałt, wtargnięcie w moje ciało bez słowa zapytania. Bawiła się mną do upadłego, cała mokra od potu i gorąca od żaru nie miałam siły się bronić. Czekałam, aż jej się znudzi. Byłam zdana na jej decyzję, że to już koniec, ode mnie nic nie zależało.
Skończyła. Temperatura ciała opadła. Już nie drżę. Nie leżę. Podniosłam się po tej orgii z postanowieniem powrotu do świata żywych. Okazało się jednak, że Grypa zostawiła w moim ciele ślad, jakby zapłodniła mnie swoją naturą i czy mi się to podoba czy nie, muszę ją donosić do końca. Mam leki, jak pigułkę "po". One mają pomóc mi pozbyć się niechcianych cząstek choroby w mojego ciała. Brak mi energii. Brak mi kolorów. Czuję się jak odpad na lekarstwa, zalegają w moim żołądku pod pozorem pomagania mi. Dzień w dzień głowa boli mnie bólem odpornym na ibupromy i pyralginy. Próbuję odbudowywać bakterie, które niszczy antybiotyk. I trudno mi uwierzyć, że jeszcze miesiąc temu żyłam w miarę normalnie.
w sejmie debata o związkach partnerskich....... Ministerstwo Edukacji chce dokonać kolejnych zmian..... mąż ciągle w domu nie sprząta....
A ja nic. Nie chce mi się pisać. Pozbywam się niechcianej ciążącej mi choroby, potrzebuję czasu....
A przecież na początku było gorąco. Bardzo. Moje ciało rozpalone, mimo mrozu na zewnątrz doprowadzało mnie do spazmów i dreszczy. Mówiłam sama do siebie, żeby nie stracić kontaktu z rzeczywistością i żeby samą siebie jakoś uspokoić. Bałam się tego, co nadchodzi. Nie bardzo pomagało, musiałam się położyć. Pani Grypa nie miała ochoty na eksperymenty i nowe pozycje - chciała na leżąco. O jakże nieposkromiona była w swojej chorej namiętności. Nie chciała przestać, ciągle było jej mało. Dzień, noc, dzień, noc - moje ciało buntowało się. No ileż można? A Ona ssała ze mnie nienasycona, bawiła się mną. Dopiero później zorientowałam się, że nawet nie zapytała czy mam ochotę spróbować czegoś nowego, z Nią. Dopiero potem dotarło do mnie, że to był gwałt, wtargnięcie w moje ciało bez słowa zapytania. Bawiła się mną do upadłego, cała mokra od potu i gorąca od żaru nie miałam siły się bronić. Czekałam, aż jej się znudzi. Byłam zdana na jej decyzję, że to już koniec, ode mnie nic nie zależało.
Skończyła. Temperatura ciała opadła. Już nie drżę. Nie leżę. Podniosłam się po tej orgii z postanowieniem powrotu do świata żywych. Okazało się jednak, że Grypa zostawiła w moim ciele ślad, jakby zapłodniła mnie swoją naturą i czy mi się to podoba czy nie, muszę ją donosić do końca. Mam leki, jak pigułkę "po". One mają pomóc mi pozbyć się niechcianych cząstek choroby w mojego ciała. Brak mi energii. Brak mi kolorów. Czuję się jak odpad na lekarstwa, zalegają w moim żołądku pod pozorem pomagania mi. Dzień w dzień głowa boli mnie bólem odpornym na ibupromy i pyralginy. Próbuję odbudowywać bakterie, które niszczy antybiotyk. I trudno mi uwierzyć, że jeszcze miesiąc temu żyłam w miarę normalnie.
w sejmie debata o związkach partnerskich....... Ministerstwo Edukacji chce dokonać kolejnych zmian..... mąż ciągle w domu nie sprząta....
A ja nic. Nie chce mi się pisać. Pozbywam się niechcianej ciążącej mi choroby, potrzebuję czasu....
Subskrybuj:
Posty (Atom)