Pan Polak nie ma za sobą łatwych i przyjemnych przeżyć, to fakt. Długo się biedak błąkał, bo dom mu zabrali ci, co silniejsi byli. Zresztą, kto wie, czy silniejsi. Może mądrzejsi? Może widzieli, że Pan Polak to świata poza własnym nosem nie widzi, a takiego to łatwo wykiwać? Trudno to teraz ocenić, zresztą nie ma to najmniejszego znaczenia. Jak cię wywalą z domu własnego, to zawsze trochę przykro, prawda? Nic nie jest twoje. Nawet w języku własnym mówić nie do końca możesz, bo jak ci silniejsi usłyszą, to mogą się wkurzyć. Udajesz wtedy potulnego, poddanego jego woli, żeby siebie i rodzinę w miarę dobrych warunkach utrzymać. Tak też robił Pan Polak, ten statystyczny oczywiście. Bo byli tacy, którzy na przykład buntowali się piórem i atramentem. Pisywali podnoszące na duchu poematy, długie, wierszem pisane, niezmiennie przypominające innym Panom Polakom, że jednak Polakami są i żeby w duchu choć swym się nie poddawali. Jeden z drugim pan poeta zajeżdżali chrystusem narodów, żeby Pan Polak tak łatwo ziemi skąd nasz ród nie oddawał. Ja to może i nawet mogę zrozumieć, a przynajmniej spróbować. Jak człowiek nie ma domu, to chwyta się wszystkiego, co trochę wypcha szpary między ścianami kartonowych granic państwa, bo te murowane przecież zabrali. No i może ten chrystus, ta martyrologia tak w oczach Pana Polaka jego samego dumą narodową wypychała, że przez szpary mniej wiało. Może...
Szkoda tylko, że owo wątpliwej jakości ciepło trochę Pana P. zamuliło i przestał odbierać sygnały z własnego ciała. Nadmiar dumy ewidentnie mu nie służył. To, że kwasy samouwielbienia zaczęły podchodzić mu do gardła i zgagą się odbijać, to jeszcze nic. To wręcz łechtało jeszcze bardziej jego poczucie krzywdy, cierpienia i niezasłużonego wygnania. O wiele gorsze było to, że gazy, które zaczęły się z niego wydobywać podtruwały jego bogu ducha winne dzieci, które znowu zarażały swoje dzieci i tak dalej. Żaden espumisan mądrości czy refleksji nie pomagał. Gazy rozdmuchiwały ego Pana Polaka i jego potomnych do rozmiarów znacznie przewyższających możliwość pomieszczenia w słabych granicach. Pan P. pluł do tego żółcią, słowa nienawiści, pogardy i lżenia wroga płynęły rzekami, bo w nich właśnie płukał z gorzkiej żółci jamę ustną Pan Polak.... Oj, źle zaczęło się wtedy dziać, ja wam to mówię.
Różnie bywało, dzieje Pana Polaka można śledzić na kartach wielu książek historycznych. Bo to niby już historia, już minęło. Dom Pan Polak odzyskał, mowę swoją ma jak chciał, nikt już karabinem w twarz mu nie celuje. Niby tak...
Żaden lekarz nie umiał i nie umie do tej pory sobie z tym poradzić. Żółć płynącą z ust Pana Polaka, szczególnie w początkach listopada, poddano bardzo szczegółowym badaniom. Proszono o pomoc Amerykanów, ich super maszyny miały sobie z tym poradzić. Nic z tego. Żółć sączy się z Pana Polaka jak z niekończącego się źródła, nie można jej zatrzymać, Polak nie chce słuchać, że może gdyby mniej nienawidził... Nie, on wie lepiej i niech się od niego odpieprzą Amerykanie i inne murzyny. To jest jego żółć, dzięki niej jest sobą i jest silny. On wie, że chcą mu ją zabrać, żeby znowu był słaby. O, takiego wała!
A najgorsze jest to, że ta niestrawność, ślad czegoś, co było dawno temu i czego już dawno dawno nie ma - więc najgorsze jest to, że owe trudności z trawieniem inności, spokoju i tolerancji przenosi się cały czas, z pokolenia na pokolenie. Ludzie są zbyt ciężcy, żeby się cieszyć, zbyt przyzwyczajeni do swojego cierpienia, żeby dostrzec, że te ongiś słabe granice są teraz mocnymi, dającymi bezpieczeństwo ścianami. Są szczelne, jest ciepło. Chyba jest się z czego cieszyć, prawda?
kiedy widzę te poważne twarze przed pomnikami...
kiedy słyszę krzyki nienawiści
flagi biało-czerwone nad twarzami skrzywionymi przekleństwami...
Tak... Polak w istocie potrafi...
niedziela, 10 listopada 2013
niedziela, 3 listopada 2013
halloween
Różnie o niej mówili. Jedni twierdzili, że zwariowała, ot, po prostu, do czubków by ją trzeba zamknąć. Inni ze współczuciem kiwali głowami wypowiadając słowa "biedactwo, nikt sobie nie zasługuje na takie cierpienie". Jeszcze inni bali się jej, omijali z daleka, przechodzili na drugą stronę ulicy na jej widok. Różnie o nie mówili. Że z szatanem ma konszachty, że depresja ją dopadła, że wymyśla niedojrzała smarkula i sama sobie problemy stwarza. Że to wina tego, że od kościoła się odwróciła, że księżom nie wierzy i ma, na co zasługuje. Tak mówili. I choć różnie mówili, to najczęściej każdy coś mówił. Nic w końcu dziwnego - nie da się nie zauważyć, tego, jak ktoś uparcie twierdzi, że umarły dawno człowiek wciąż jeszcze żyje.
Włos się na głowie jeży...
rok 1994
Pogrzeb. Ludzi przyszło nie za dużo nie za mało - tak średnio. Nie umarł w końcu człowiek, który zostawia na świecie wielu przyjaciół i kochającą rodzinę. Ona tam była oczywiście. Płakała. Trochę. Bardziej płakała przed pogrzebem i po nim, niż na samej ceremonii. No ale każdy zaświadczy, że widziała ciało w trumnie, widziała, jak w dół ją wsuwają i zakopują. Przecież widziała pusty pokój, porzucone przedmioty, słyszała ciszę - wszelkie ślady wielkiej nieobecności. Tej ostatecznej. Mówią, że wtedy pewnie jeszcze wierzyła w jego śmierć, wtedy jeszcze wszystko było po bożemu. Nie chodziła wprawdzie na czarno, no ale młodzież tak już ma, że musi się wyłamywać.
rok 1996
Zaczęło się dziać z nią coś niedobrego. Tak, jakby, w imię ojca i syna, chciała połączyć się z tym, który odszedł dwa lata temu. Przestała jeść. Jakby nie musiała, tak jak trupy nie muszą. Bo nie muszą przecież, toż każdy to wie. Ale żeby tak samemu sobie, za życia? Była coraz chudsza, sama skóra i kości. Chciała do niego, tak mówili. To szatan spowodował takie grzeszne czyny - tak mówili. A ona zapadała się w ciemność, jakby pod tą ziemię, co zasypała trumnę. Jasną, sosnową chyba - tego już ludzie dobrze nie pamiętali. A jej zapytać nie mogli, bo i nie wypada i wiadomo, że nie zna się na tym i wiedzieć nie będzie. Kościotrup. Zero ciała. Zero kobiecości. Samotne czekanie na śmierć, na spotkanie z nim. No tak mówili.
lata 1997-2010
Różnie było. No nie umarła. Czasami jadła, czasami nie. Czasami żyła bardziej, czasami mniej. Raz żyła z ochotą, raz żyła jakby musiała, choć nie chciała. Ludzie mówią, że już jednak nigdy nie była taka, jak wcześniej. Trochę się jej bali, nigdy nie było wiadomo, kiedy znowu zacznie wyglądać jak truposz. Nikt jej nie widział na cmentarzu, przynajmniej nie za dnia. Jakby zapomniała, niewdzięcznica. Nawet 1 listopada nie przychodziła na jego grób, jak tak można? Nie każdy jednak dał się temu zwieść. Mówili, że nocą przychodzi na cmentarz, nie zawsze, czasami, jak zacznie jej się wydawać, że on żyje. Wtedy w nocy przychodzi, nadludzką siłą płytę nagrobną odsuwa, gołymi rękami dokopuje się do trumny. Naprawdę wierzy, że on żyje. Otwiera trumnę i krzyczy do niego, żeby w końcu odszedł, umarł, żeby przestał ją prześladować. Że ma dość, że jego obecność ją dusi, że nie umie bez niego żyć, że nie umie z nim żyć. Nie boi się, gadają. Jak kto z diabłem konszachty trzyma, to się nie boi - mówią inni. Jak można umarłego jak żywego traktować. Jak można pamięć bezcześcić, grób rujnować! Nie wszyscy w to wierzą, bo jak: niby w nocy kopie, a w dzień grób nieruszony? Sama tak potem sprząta po sobie? Panie, jak diabeł...... I tak dalej, i tak dalej. Wiadomo, ludzie lubią gadać.
lata 2010-2013
Jakby lepiej. sprawa ucichła, część z tych, co gadali, umarła i temat nieco ucichł. Czasami, zwłaszcza z początkiem listopada sobie niektórzy o niej przypominają. Że była taka jedna diablica, czarownica jakaś, ale coraz mniej ludzi w te opowieści wierzy. Jak nie ma tematu w internecie, to nie ma...
Znowu był u mnie. Znowu we śnie. Coraz rzadziej przychodzi w ciągu dnia, kiedy oczy mam otwarte. Czasami mam wrażenie, że przybrał inną postać i przyszedł na chwilę, żeby mnie zobaczyć: jak wyglądam, jak sobie radzę w życiu. Za każdym razem bardzo to przeżywam. To uczucie jest tak samo silne jak 20 lat temu, kiedy wydawało mi się, że umarł na zawsze. Każdy sen, przewidzenie, przedmiot z nim związany, moje myśli i moje istnienie - to wszystko ciągle mnie upewnia, że jednak się myliłam. On nie umarł. Żyje uparcie długo i skutecznie. Czasami myślę jak inni, że zwariowałam, ale taka myśl szybko mija w konfrontacji z życiem. On żyje, a jego grób jest dla mnie pusty. Pochowam go, jak będę gotowa, muszę mieć pewność, że nie żyje naprawdę.
Włos się na głowie jeży...
rok 1994
Pogrzeb. Ludzi przyszło nie za dużo nie za mało - tak średnio. Nie umarł w końcu człowiek, który zostawia na świecie wielu przyjaciół i kochającą rodzinę. Ona tam była oczywiście. Płakała. Trochę. Bardziej płakała przed pogrzebem i po nim, niż na samej ceremonii. No ale każdy zaświadczy, że widziała ciało w trumnie, widziała, jak w dół ją wsuwają i zakopują. Przecież widziała pusty pokój, porzucone przedmioty, słyszała ciszę - wszelkie ślady wielkiej nieobecności. Tej ostatecznej. Mówią, że wtedy pewnie jeszcze wierzyła w jego śmierć, wtedy jeszcze wszystko było po bożemu. Nie chodziła wprawdzie na czarno, no ale młodzież tak już ma, że musi się wyłamywać.
rok 1996
Zaczęło się dziać z nią coś niedobrego. Tak, jakby, w imię ojca i syna, chciała połączyć się z tym, który odszedł dwa lata temu. Przestała jeść. Jakby nie musiała, tak jak trupy nie muszą. Bo nie muszą przecież, toż każdy to wie. Ale żeby tak samemu sobie, za życia? Była coraz chudsza, sama skóra i kości. Chciała do niego, tak mówili. To szatan spowodował takie grzeszne czyny - tak mówili. A ona zapadała się w ciemność, jakby pod tą ziemię, co zasypała trumnę. Jasną, sosnową chyba - tego już ludzie dobrze nie pamiętali. A jej zapytać nie mogli, bo i nie wypada i wiadomo, że nie zna się na tym i wiedzieć nie będzie. Kościotrup. Zero ciała. Zero kobiecości. Samotne czekanie na śmierć, na spotkanie z nim. No tak mówili.
lata 1997-2010
Różnie było. No nie umarła. Czasami jadła, czasami nie. Czasami żyła bardziej, czasami mniej. Raz żyła z ochotą, raz żyła jakby musiała, choć nie chciała. Ludzie mówią, że już jednak nigdy nie była taka, jak wcześniej. Trochę się jej bali, nigdy nie było wiadomo, kiedy znowu zacznie wyglądać jak truposz. Nikt jej nie widział na cmentarzu, przynajmniej nie za dnia. Jakby zapomniała, niewdzięcznica. Nawet 1 listopada nie przychodziła na jego grób, jak tak można? Nie każdy jednak dał się temu zwieść. Mówili, że nocą przychodzi na cmentarz, nie zawsze, czasami, jak zacznie jej się wydawać, że on żyje. Wtedy w nocy przychodzi, nadludzką siłą płytę nagrobną odsuwa, gołymi rękami dokopuje się do trumny. Naprawdę wierzy, że on żyje. Otwiera trumnę i krzyczy do niego, żeby w końcu odszedł, umarł, żeby przestał ją prześladować. Że ma dość, że jego obecność ją dusi, że nie umie bez niego żyć, że nie umie z nim żyć. Nie boi się, gadają. Jak kto z diabłem konszachty trzyma, to się nie boi - mówią inni. Jak można umarłego jak żywego traktować. Jak można pamięć bezcześcić, grób rujnować! Nie wszyscy w to wierzą, bo jak: niby w nocy kopie, a w dzień grób nieruszony? Sama tak potem sprząta po sobie? Panie, jak diabeł...... I tak dalej, i tak dalej. Wiadomo, ludzie lubią gadać.
lata 2010-2013
Jakby lepiej. sprawa ucichła, część z tych, co gadali, umarła i temat nieco ucichł. Czasami, zwłaszcza z początkiem listopada sobie niektórzy o niej przypominają. Że była taka jedna diablica, czarownica jakaś, ale coraz mniej ludzi w te opowieści wierzy. Jak nie ma tematu w internecie, to nie ma...
Znowu był u mnie. Znowu we śnie. Coraz rzadziej przychodzi w ciągu dnia, kiedy oczy mam otwarte. Czasami mam wrażenie, że przybrał inną postać i przyszedł na chwilę, żeby mnie zobaczyć: jak wyglądam, jak sobie radzę w życiu. Za każdym razem bardzo to przeżywam. To uczucie jest tak samo silne jak 20 lat temu, kiedy wydawało mi się, że umarł na zawsze. Każdy sen, przewidzenie, przedmiot z nim związany, moje myśli i moje istnienie - to wszystko ciągle mnie upewnia, że jednak się myliłam. On nie umarł. Żyje uparcie długo i skutecznie. Czasami myślę jak inni, że zwariowałam, ale taka myśl szybko mija w konfrontacji z życiem. On żyje, a jego grób jest dla mnie pusty. Pochowam go, jak będę gotowa, muszę mieć pewność, że nie żyje naprawdę.
sobota, 5 października 2013
droga
Dopiero teraz doceniam czas edukacji przedszkolnej mojego syna. Nie chodzi mi o kształcenie jakichś umiejętności czy wykorzystywanie strategicznych momentów w rozwoju dziecka. Nic z tych rzeczy, przynajmniej nie tym razem. Mam na myśli CZAS. Czas dla siebie. Móc przyjechać z pracy, wejść do pustego mieszkania i chwilę tak pobyć. Poczytać. Pomyśleć. Posiedzieć, poleżeć, polenić się, sobie pofolgować. POMILCZEĆ.
I od razu apel do rodziców dzieci, które chodzą jeszcze do przedszkola. Doceńcie ten czas. Rozkoszujcie się cudownym od 8:00 do 15:00. Wasze dziecko spędza fajnie czas, bawi się z kolegami, nic złego mu się nie dzieje - czas beztroski dla ciebie i dla niego. Bezcenne.
Mnie się skończyło. Nie ma czasu wolnego. Teraz prosto z pracy jadę po Kamila, bo lekcje skończył właśnie w tej chwili albo już jakiś czas temu i siedzi teraz w świetlicy. Prosto z pracy. Mijam mieszkanie, kusząco puste, ciche. Jadę mimo parkingu pod blokiem, żeby wciskać się między samochody innych rodziców odbierających dzieci ze szkoły. Szkoda. Zwłaszcza, że to nie koniec obowiązków. Trzeba jeszcze przysiąść z dzieckiem (oczywiście rzecz względna, zależna od dziecka - ja przysiąść muszę), żeby lekcje odrobiło na dzień następny.
A na półce stoją książki, które już przeczytałam...
Biblioteka i owszem, niedaleko...
A czas ucieka i budynek biblioteki staje się dziwnie coraz bardziej nieosiągalny, daleko jak diabli...
Wczoraj nie wytrzymałam. Głód książki nowej, nieprzeczytanej stał się nie do zniesienia. Już mnie nogi rwą, już mnie nic nie obchodzi, już głowa skupić się na niczym innym nie może. JA MUSZĘ IŚĆ DO BIBLIOTEKI - oznajmiam rodzinie, ubieram się i wychodzę. NARESZCIE!
Idę.
Po drodze mijam kobietę, wiek trudny do określenia, pewnie mniej niż można by wnioskować po wyglądzie. Wiadomo, twarz spalona solarium nie odmładza. Idzie sobie owa pani, włosy zafarbowane na czarną czerń czarności, wspomniana twarz potraktowana sowicie promieniami UVA i UVB, obcisłe dżinsy, kozaczki czarne na szpilce, równie obciśle opinające łydki, krótka kurteczka skóropodobna - nie uwierzycie - CZARNA. Taki look, można lubić lub nie, pani pewnie czuła się seksi laseczką - no cóż, ma prawo. Ma pełne prawo. To jednak nie koniec obrazka sytuacyjnego. Za ową kobietą idzie oto trzech (i tu już nie zamierzam być delikatna, oceniajcie mnie jak chcecie, niech będę stronnicza, niesprawiedliwa - nie umiem inaczej) obleśnych, starych, podpitych facetów. Proszę mi wierzyć - te twarze niemało w siebie wlały w życiu, te barwy nie były już efektem solarium, to już "opalenizna poalkoholowa", której się człowiek nabawia nie w rok czy dwa. I otóż ci maczos idą za panią i gwiżdżą. Gwizd ów oczywiście ma wyrażać podziw, zapewne tyłek tej pani się im podoba. I myślą, że są cool, bo gwiżdżą, pokrzykują - tacy wyluzowani. Ta scena, której byłam wczoraj świadkiem pozostawiła we mnie poczucie obrzydzenia facetami i współczucia dla tej pani, jakkolwiek oceniałabym jej wygląd - nikt nie ma prawa za nikim gwizdać na ulicy.
Dalsza droga do biblioteki minęła mi spokojnie, tradycyjnie. Krok za krokiem, na tramwaj nie musiałam długo czekać, w bibliotece wybór książek wyśmienity, wyszłam z niej z podniecająco przyjemnym łupem.
Spokój biblioteki przerywa dzwonek mojej komórki w torbie. Komórka w bibliotece - to nie wypada, więc ja wypadam na zewnątrz i odbieram...
Małe wyjaśnienie.
Owego dnia syn mój pierworodny przyszedł ze szkoły bez następujących przedmiotów:
a) piórnika,
b) dzienniczka z informacjami od nauczycielki,
c) t-shirt-a, który jeszcze rano miał na sobie,
dziwne.
Koniec wyjaśnienia
No i ów telefon jest właśnie ze szkoły. Że Kamil zostawił rzeczone przedmioty w szkole, że są bezpieczne, do odbioru w poniedziałek. I jeszcze pani była tak miła, że przeczytała mi z dzienniczka, co Kamil ma przynieść w poniedziałek na angielski, żeby nie miał niepotrzebnie nieprzyjemności, że się nie przygotował. Ten telefon wzmocnił moją wiarę w ludzi, tak się ucieszyłam, że piórnik się znalazł, że ta pani zadzwoniła do mnie i że właśnie taką szkołę wybraliśmy dla syna. Tak sobie właśnie myślałam, czując na ramieniu ciężar ośmiu książek.
A potem spotkałam kolegę Kamila z przedszkola z jego mamą. Chłopiec ów chciałby odwiedzić mojego syna, wymieniłyśmy się z jego mamą numerami telefonów, przy okazji przechodząc na "ty" (po trzech wspólnych latach przedszkolnych naszych dzieci). Fajnie.
Teraz na moje półce są książki, których jeszcze nie czytałam. Patrzę na nie i jest mi dobrze. Zaczęłam od "Więźnia nieba" Zafona. Jak mi się spodoba i mnie poruszy szczególnie, to może o tym napiszę. Teraz nie mam na to czasu, teraz będę czytać.
Pozdrawiam
I od razu apel do rodziców dzieci, które chodzą jeszcze do przedszkola. Doceńcie ten czas. Rozkoszujcie się cudownym od 8:00 do 15:00. Wasze dziecko spędza fajnie czas, bawi się z kolegami, nic złego mu się nie dzieje - czas beztroski dla ciebie i dla niego. Bezcenne.
Mnie się skończyło. Nie ma czasu wolnego. Teraz prosto z pracy jadę po Kamila, bo lekcje skończył właśnie w tej chwili albo już jakiś czas temu i siedzi teraz w świetlicy. Prosto z pracy. Mijam mieszkanie, kusząco puste, ciche. Jadę mimo parkingu pod blokiem, żeby wciskać się między samochody innych rodziców odbierających dzieci ze szkoły. Szkoda. Zwłaszcza, że to nie koniec obowiązków. Trzeba jeszcze przysiąść z dzieckiem (oczywiście rzecz względna, zależna od dziecka - ja przysiąść muszę), żeby lekcje odrobiło na dzień następny.
A na półce stoją książki, które już przeczytałam...
Biblioteka i owszem, niedaleko...
A czas ucieka i budynek biblioteki staje się dziwnie coraz bardziej nieosiągalny, daleko jak diabli...
Wczoraj nie wytrzymałam. Głód książki nowej, nieprzeczytanej stał się nie do zniesienia. Już mnie nogi rwą, już mnie nic nie obchodzi, już głowa skupić się na niczym innym nie może. JA MUSZĘ IŚĆ DO BIBLIOTEKI - oznajmiam rodzinie, ubieram się i wychodzę. NARESZCIE!
Idę.
Po drodze mijam kobietę, wiek trudny do określenia, pewnie mniej niż można by wnioskować po wyglądzie. Wiadomo, twarz spalona solarium nie odmładza. Idzie sobie owa pani, włosy zafarbowane na czarną czerń czarności, wspomniana twarz potraktowana sowicie promieniami UVA i UVB, obcisłe dżinsy, kozaczki czarne na szpilce, równie obciśle opinające łydki, krótka kurteczka skóropodobna - nie uwierzycie - CZARNA. Taki look, można lubić lub nie, pani pewnie czuła się seksi laseczką - no cóż, ma prawo. Ma pełne prawo. To jednak nie koniec obrazka sytuacyjnego. Za ową kobietą idzie oto trzech (i tu już nie zamierzam być delikatna, oceniajcie mnie jak chcecie, niech będę stronnicza, niesprawiedliwa - nie umiem inaczej) obleśnych, starych, podpitych facetów. Proszę mi wierzyć - te twarze niemało w siebie wlały w życiu, te barwy nie były już efektem solarium, to już "opalenizna poalkoholowa", której się człowiek nabawia nie w rok czy dwa. I otóż ci maczos idą za panią i gwiżdżą. Gwizd ów oczywiście ma wyrażać podziw, zapewne tyłek tej pani się im podoba. I myślą, że są cool, bo gwiżdżą, pokrzykują - tacy wyluzowani. Ta scena, której byłam wczoraj świadkiem pozostawiła we mnie poczucie obrzydzenia facetami i współczucia dla tej pani, jakkolwiek oceniałabym jej wygląd - nikt nie ma prawa za nikim gwizdać na ulicy.
Dalsza droga do biblioteki minęła mi spokojnie, tradycyjnie. Krok za krokiem, na tramwaj nie musiałam długo czekać, w bibliotece wybór książek wyśmienity, wyszłam z niej z podniecająco przyjemnym łupem.
Spokój biblioteki przerywa dzwonek mojej komórki w torbie. Komórka w bibliotece - to nie wypada, więc ja wypadam na zewnątrz i odbieram...
Małe wyjaśnienie.
Owego dnia syn mój pierworodny przyszedł ze szkoły bez następujących przedmiotów:
a) piórnika,
b) dzienniczka z informacjami od nauczycielki,
c) t-shirt-a, który jeszcze rano miał na sobie,
dziwne.
Koniec wyjaśnienia
No i ów telefon jest właśnie ze szkoły. Że Kamil zostawił rzeczone przedmioty w szkole, że są bezpieczne, do odbioru w poniedziałek. I jeszcze pani była tak miła, że przeczytała mi z dzienniczka, co Kamil ma przynieść w poniedziałek na angielski, żeby nie miał niepotrzebnie nieprzyjemności, że się nie przygotował. Ten telefon wzmocnił moją wiarę w ludzi, tak się ucieszyłam, że piórnik się znalazł, że ta pani zadzwoniła do mnie i że właśnie taką szkołę wybraliśmy dla syna. Tak sobie właśnie myślałam, czując na ramieniu ciężar ośmiu książek.
A potem spotkałam kolegę Kamila z przedszkola z jego mamą. Chłopiec ów chciałby odwiedzić mojego syna, wymieniłyśmy się z jego mamą numerami telefonów, przy okazji przechodząc na "ty" (po trzech wspólnych latach przedszkolnych naszych dzieci). Fajnie.
Teraz na moje półce są książki, których jeszcze nie czytałam. Patrzę na nie i jest mi dobrze. Zaczęłam od "Więźnia nieba" Zafona. Jak mi się spodoba i mnie poruszy szczególnie, to może o tym napiszę. Teraz nie mam na to czasu, teraz będę czytać.
Pozdrawiam
niedziela, 15 września 2013
litania
chcę,
mogę
ale nie muszę,
mam prawo
- odmówić
- mieć swoje zdanie
- nie lubić
czegoś
kogoś
- lubić
coś
kogoś
nawet, jeśli źle to wygląda
nie podoba się komuś
MAM PRAWO BYĆ
czy się to komuś podoba
czy nie
taka, jaka jestem
inni też mają prawo być
czy mi się to podoba
czy nie
tacy jacy są
nikt nie ma prawa mnie krzywdzić
ja nie mam prawa krzywdzić innych
jest dla mnie miejsce
na świecie
wśród innych
jestem
oddycham
czuję
widzę
słyszę
smakuję
tańczę
czytam
czeszę włosy
boję się czasami
uśmiecham się do siebie
czasami...
kupiłam sobie kapelusz
i będę go nosić
bo chcę
i mogę
MOGĘ
tak mi dopomóż...
mogę
ale nie muszę,
mam prawo
- odmówić
- mieć swoje zdanie
- nie lubić
czegoś
kogoś
- lubić
coś
kogoś
nawet, jeśli źle to wygląda
nie podoba się komuś
MAM PRAWO BYĆ
czy się to komuś podoba
czy nie
taka, jaka jestem
inni też mają prawo być
czy mi się to podoba
czy nie
tacy jacy są
nikt nie ma prawa mnie krzywdzić
ja nie mam prawa krzywdzić innych
jest dla mnie miejsce
na świecie
wśród innych
jestem
oddycham
czuję
widzę
słyszę
smakuję
tańczę
czytam
czeszę włosy
boję się czasami
uśmiecham się do siebie
czasami...
kupiłam sobie kapelusz
i będę go nosić
bo chcę
i mogę
MOGĘ
tak mi dopomóż...
piątek, 13 września 2013
w drodze na szczyty
Oto jestem. Kobieta. Widzicie mnie? KOBIETA. Mam już swoje lata na karku, nie jestem dziewczynką, która musi ubierać się skromnie, w mundurku kroczyć przez niespodzianki dojrzewania. Spójrzcie na mnie. Czy czegoś mi brakuje? Owszem, są na świecie kanony piękna, do których daleko mi tak, jak stąd do kosmosu i z powrotem. Doskonale o tym wiem i nie trzeba mnie w tym względzie uświadamiać. No ale przecież chyba nie tylko doskonałe piękności, kroczące po czerwonym dywanie sławy, oświetlające blaskiem fleszy marzenia szarych, zwykłych kobiet codzienności - chyba nie tylko one zasługują na waszą przychylność??! Dobrze wiecie, że marzę o tym, by zasłużyć na waszą łaskę, by czuć w sobie tę siłę i pewność siebie, jaką daje kobiecie wasze wsparcie. Chcecie, żebym przed wami padła na kolana? Na klęczkach mam wam wyznawać, jak mogłybyście być dla mnie ważne? Tego chcecie? Przecież jestem, cała przed wami i cała dla was. Gotowa przyjąć każde wyzwanie, jeśli tylko skiniecie swymi noskami na znak zgody. Co tam zgody - wystarczy niewielki błysk aprobaty waszych lakierowanych oblicz, by nadzieja moja nie umarła.
Najgorzej jest, kiedy mijam ze smutkiem wasz przybytek, rzesze waszych wyznawczyń i misjonarek, godnie prezentujących was na ulicach. Wtedy boli najbardziej, bo widzę, czego mi się żałuje, na co mi się nie pozwala. W takich chwilach najsmutniejszych zamykam oczy i widzę: wy i ja. Razem, jak przyjaciółki (w marzeniach śmiałości mi przybywa), bez zgrzytów. Przepełniona waszą mocą idę ulicą wśród innych, które, tak jak ja w rzeczywistości, nie mają odwagi czy woli nawrócić się na was. Czuję to wtedy. Mężczyźni patrzą na mnie, moja z wami jedność powoduje u nich myśli lubieżne. A mnie to kręci. Jestem seksem, który nie boi się pokazać innym. Z wami jestem zdobywczynią, zwyciężczynią w odwiecznym pojedynku o samca alfa. Kiedy jesteście ze mną, w moich marzeniach nie tyle przeistaczam się w kogoś innego, co pozwalam ukrytej głęboko w płaskich butach mojej drugiej naturze wzbić się na wysokość szpilek. Rozkwitam. I nie wstydzę się tego. A kobiety? Ich zazdrość spływa po mnie, nawet im trochę współczuję, bo wierzę, że w nich skrywa się takie samo pragnienie, ja we mnie. A jeśli się mylę, jakie to ma znaczenie? Kiedy idę w szpilkach, nie ma żadnego.
Otwieram oczy, które od razu zerkają na moje trampki. Moja wieczna ochrona, mur, za którym uwięziłam jakąś część mojej kobiecości. Płaskie buty trzymają moją seksualną część na poziomie tak niskim, że buty na obcasach jej nie zauważają. I w nią nie wierzą.
No, może kiedyś się nauczę...
Najgorzej jest, kiedy mijam ze smutkiem wasz przybytek, rzesze waszych wyznawczyń i misjonarek, godnie prezentujących was na ulicach. Wtedy boli najbardziej, bo widzę, czego mi się żałuje, na co mi się nie pozwala. W takich chwilach najsmutniejszych zamykam oczy i widzę: wy i ja. Razem, jak przyjaciółki (w marzeniach śmiałości mi przybywa), bez zgrzytów. Przepełniona waszą mocą idę ulicą wśród innych, które, tak jak ja w rzeczywistości, nie mają odwagi czy woli nawrócić się na was. Czuję to wtedy. Mężczyźni patrzą na mnie, moja z wami jedność powoduje u nich myśli lubieżne. A mnie to kręci. Jestem seksem, który nie boi się pokazać innym. Z wami jestem zdobywczynią, zwyciężczynią w odwiecznym pojedynku o samca alfa. Kiedy jesteście ze mną, w moich marzeniach nie tyle przeistaczam się w kogoś innego, co pozwalam ukrytej głęboko w płaskich butach mojej drugiej naturze wzbić się na wysokość szpilek. Rozkwitam. I nie wstydzę się tego. A kobiety? Ich zazdrość spływa po mnie, nawet im trochę współczuję, bo wierzę, że w nich skrywa się takie samo pragnienie, ja we mnie. A jeśli się mylę, jakie to ma znaczenie? Kiedy idę w szpilkach, nie ma żadnego.
Otwieram oczy, które od razu zerkają na moje trampki. Moja wieczna ochrona, mur, za którym uwięziłam jakąś część mojej kobiecości. Płaskie buty trzymają moją seksualną część na poziomie tak niskim, że buty na obcasach jej nie zauważają. I w nią nie wierzą.
No, może kiedyś się nauczę...
środa, 14 sierpnia 2013
historia wstydu
Mój mąż naprawił drzwi do naszej łazienki. O, przepraszam - mój mąż "naprawił" drzwi do naszej łazienki. Ja tego chciałam. Tak to zresztą bywa w związkach heteroseksualnych - kobieta dostrzega potrzebę zmiany na lepsze, nie godzi się na półśrodki i przymykanie oka, a mężczyzna - po wielu miesiącach wykręcania się, "zapominania", szukania powodów przeciwko - w końcu bierze się za naprawianie. O ile kobieta:
a) sama nie weźmie się za to wcześniej,
b) nie wezwie fachowca, który zrobi to za pieniądze, szybko i bezboleśnie (no, powiedzmy).
Zarówno jedno, jak i drugie rozwiązanie oczywiście nie podoba się mężczyźnie, bo obydwa godzą w jego poczucie męskości i odpowiedzialności za "swoją" kobietę. Mówi się trudno.
Natomiast mój mąż w końcu postanowił wziąć się za te nieszczęsne drzwi. Co z nimi było nie tak? Otóż drzwi owych nie dało się zamknąć tak, żeby osoba druga albo nie daj boże jeszcze trzecia nie mogła tam wejść nieproszona. No nie wiem, jak to nazwać - zamek, skobelek, ta mała klameczka pod tą dużą - no nie działała. Zacinała się w połowie drogi, tkwiąc w drzwiach zupełnie bez sensu. No, ale skoro tam była, myślę sobie, to została zamontowana, by działać. Ba, może nawet działała, kiedy była młoda i nowa, ale teraz jest zupełnie do niczego.
A ja w łazience lubię być sama. Nazywajcie to jak chcecie - przesadna wstydliwość, pruderia, kompleksy. Nie znoszę, kiedy ktoś wchodzi mi do łazienki, i to nie tylko wtedy, kiedy jestem jak mnie pan bóg stworzył, choć, ze względu na charakter miejsca, często taka właśnie tam jestem. Do pasji doprowadza mnie pukanie do drzwi, kiedy ja po prostu chcę być tam sama, bez względu na staż naszego małżeństwa i że "już tyle razy się widzieliśmy". Nie i już. Koniec i kropka. Tyle że męski umysł, choć ma to powtarzane z uporem mym kobiecym, śpiewnie i wrogo, łagodnie i ostro, szeptem i krzykiem - no nie rozumie. I ciągle puka, włazi, bo on chciał tylko.... Szlag! No to pomyślałam, że może bardziej komunikatywnym będzie "napraw skobelek w drzwiach od łazienki".
Naprawił.
Praca odbywała się etapowo. Najpierw ogląd. Podnoszenie drzwi i obniżanie. Wyciąganie z zawiasów i nakładanie ich ponownie. Jak rozmowa wstępna u lekarza - co pani dolega, a czy tu boli, a tutaj?
Tiaaaak, to zapewne zbyt niskie osadzenie drzwi na zawiasach - drzwi w związku z tym są za nisko, dziurka, w którą skobelek powinien wejść wraz z drzwiami za bardzo opada, co czyni skobelek zbyt wysoko usadowionym, żeby mógł wejść w dziurkę. Mhm, to proste - trzeba włożyć coś w zawiasy, co podniesie drzwi, a tym samym podniesie dziurkę dla skobelka. Skobelek się z dziurką zrówna i będzie gładko wchodził do środka. Brawo!
Zakup blaszek trwał jakieś dwa tygodnie.
Po zakupie okazało się, że nie pasują.
Ale nic to! Przecież to wcale nie muszą być blaszki! Do zawiasów można w sumie włożyć cokolwiek, co podniesie drzwi, podnosząc tym samym dziurkę...... Wymyślone zostało zastosowane.
Teraz trudno jest drzwi otworzyć, nawet kiedy skobelek nie jest w dziurce. Jak by to wytłumaczyć. Wchodzisz do naszej łazienki, np. umyć zęby i odruchowo zamykasz za sobą drzwi, normalnie, na klamkę. Po umyciu zębów chcesz z łazienki wyjść. Naciskasz klamkę, a drzwi nic. Ani drgną. Szarpiesz. Nic. W lekkiej już panice zaczynasz napierać na drzwi, bo choć łazienka nasza jest wręcz nieproporcjonalnie do mieszkania duża, to w poczuciu zamknięcia zaczyna się jakoś wokół ciebie kurczyć. Naciskasz klamkę i łup, łup - z ramienia ją. Pomagasz sobie nogą, wypychając drzwi kolanem. Już, już chcesz wzywać pomocy na zewnątrz (o ile masz szczęście i ktoś tam w pokoju siedzi) kiedy drzwi puszczają, a raczej wypuszczają cię na zewnątrz. Uff. Przyrzekasz sobie, że nie będziesz zamykać za sobą drzwi, żeby się znowu nie męczyć, po czym znowu to odruchowo robisz.
P.S. Mąż problem zauważa, mówi, że w istocie - nie jest dobrze.
a) sama nie weźmie się za to wcześniej,
b) nie wezwie fachowca, który zrobi to za pieniądze, szybko i bezboleśnie (no, powiedzmy).
Zarówno jedno, jak i drugie rozwiązanie oczywiście nie podoba się mężczyźnie, bo obydwa godzą w jego poczucie męskości i odpowiedzialności za "swoją" kobietę. Mówi się trudno.
Natomiast mój mąż w końcu postanowił wziąć się za te nieszczęsne drzwi. Co z nimi było nie tak? Otóż drzwi owych nie dało się zamknąć tak, żeby osoba druga albo nie daj boże jeszcze trzecia nie mogła tam wejść nieproszona. No nie wiem, jak to nazwać - zamek, skobelek, ta mała klameczka pod tą dużą - no nie działała. Zacinała się w połowie drogi, tkwiąc w drzwiach zupełnie bez sensu. No, ale skoro tam była, myślę sobie, to została zamontowana, by działać. Ba, może nawet działała, kiedy była młoda i nowa, ale teraz jest zupełnie do niczego.
A ja w łazience lubię być sama. Nazywajcie to jak chcecie - przesadna wstydliwość, pruderia, kompleksy. Nie znoszę, kiedy ktoś wchodzi mi do łazienki, i to nie tylko wtedy, kiedy jestem jak mnie pan bóg stworzył, choć, ze względu na charakter miejsca, często taka właśnie tam jestem. Do pasji doprowadza mnie pukanie do drzwi, kiedy ja po prostu chcę być tam sama, bez względu na staż naszego małżeństwa i że "już tyle razy się widzieliśmy". Nie i już. Koniec i kropka. Tyle że męski umysł, choć ma to powtarzane z uporem mym kobiecym, śpiewnie i wrogo, łagodnie i ostro, szeptem i krzykiem - no nie rozumie. I ciągle puka, włazi, bo on chciał tylko.... Szlag! No to pomyślałam, że może bardziej komunikatywnym będzie "napraw skobelek w drzwiach od łazienki".
Naprawił.
Praca odbywała się etapowo. Najpierw ogląd. Podnoszenie drzwi i obniżanie. Wyciąganie z zawiasów i nakładanie ich ponownie. Jak rozmowa wstępna u lekarza - co pani dolega, a czy tu boli, a tutaj?
Tiaaaak, to zapewne zbyt niskie osadzenie drzwi na zawiasach - drzwi w związku z tym są za nisko, dziurka, w którą skobelek powinien wejść wraz z drzwiami za bardzo opada, co czyni skobelek zbyt wysoko usadowionym, żeby mógł wejść w dziurkę. Mhm, to proste - trzeba włożyć coś w zawiasy, co podniesie drzwi, a tym samym podniesie dziurkę dla skobelka. Skobelek się z dziurką zrówna i będzie gładko wchodził do środka. Brawo!
Zakup blaszek trwał jakieś dwa tygodnie.
Po zakupie okazało się, że nie pasują.
Ale nic to! Przecież to wcale nie muszą być blaszki! Do zawiasów można w sumie włożyć cokolwiek, co podniesie drzwi, podnosząc tym samym dziurkę...... Wymyślone zostało zastosowane.
Teraz trudno jest drzwi otworzyć, nawet kiedy skobelek nie jest w dziurce. Jak by to wytłumaczyć. Wchodzisz do naszej łazienki, np. umyć zęby i odruchowo zamykasz za sobą drzwi, normalnie, na klamkę. Po umyciu zębów chcesz z łazienki wyjść. Naciskasz klamkę, a drzwi nic. Ani drgną. Szarpiesz. Nic. W lekkiej już panice zaczynasz napierać na drzwi, bo choć łazienka nasza jest wręcz nieproporcjonalnie do mieszkania duża, to w poczuciu zamknięcia zaczyna się jakoś wokół ciebie kurczyć. Naciskasz klamkę i łup, łup - z ramienia ją. Pomagasz sobie nogą, wypychając drzwi kolanem. Już, już chcesz wzywać pomocy na zewnątrz (o ile masz szczęście i ktoś tam w pokoju siedzi) kiedy drzwi puszczają, a raczej wypuszczają cię na zewnątrz. Uff. Przyrzekasz sobie, że nie będziesz zamykać za sobą drzwi, żeby się znowu nie męczyć, po czym znowu to odruchowo robisz.
P.S. Mąż problem zauważa, mówi, że w istocie - nie jest dobrze.
czwartek, 8 sierpnia 2013
pragnienie
Arbuz - tam jest woda! Dużo słodkiej, ożywczej wody. Kupuję pół arbuza, będzie na dwa dni. Kroję na kawałki - arbuz przyjemnie chrobocze pod nożem, ale wbrew pozorom kroi się łatwo. Sok. Mmmm, wypływa duuużo soku. Wszędzie jest mokro i lepko od soku arbuzowego - na blacie, na podłodze, na mnie. Nie mogę nad nim zapanować, pryska, cieknie, wypływa, spływa po nożu. Dużo soku. Całe moje "ja" woła PIĆ! Usta otwieram bezwiednie, gotowa przyjąć w siebie ten kuszący dar natury. Ale nie, jeszcze nie teraz. Chcę więcej pić, samo gryzienie i zlizywanie soku z dłoni mi nie wystarczy. Wrzucam kawałki czerwonego owocu do wysokiego naczynia. Długim, przyjemnie ergonomicznym blenderem rozgniatam te kawałki. Na początku muszę poruszać nim delikatnie - góra, dół, powoli naciskam do dołu, trochę do góry i znowu naciskam. Gdybym zachłannie chciała wycisnąć arbuzowe cudeńka szybko, mogłyby uciec z naczynia i rozbiec się po całej kuchni. A tego nie chcę, nie jestem gotowa na takie straty, nie teraz, kiedy jestem już tak daleko... Mój blender dochodzi.... do dna pojemnika. To musi oznaczać, że kawałki są już zgniecione. Zerknę. Włożę palec, posmakuję, powącham. Tak, to jest to. Ale ja jeszcze nie skończyłam. Teraz czas na banana i maliny. Połączę je z sokiem z arbuza. Będzie gęsty, słabe zasysanie przez słomkę nie przejdzie. Język i policzki, aby ochłodzić gardło i przynieść ukojenie spragnionemu ciału, będą musiały się napracować, zasysać mocno i długo.
Cytryna ma wodę! Szukam wśród wielu żółtych kształtów dwóch w miarę takich samych. Nie wiem, czemu - lubię, kiedy obydwie mają zbliżony kształt i wielkość. Pragnienie symetrii, tu akurat zupełnie nieuzasadnione. Znajduję dwie, nie za duże, nie za małe - takie rozmiar miseczki B. Przyjemnie mieszczą się w dłoniach, charakterystyczne wypustki na czubkach. Żółta skóra niesie obietnicę ukrytych w środku kanalików kwaśnym sokiem płynących. Pełnia urodzaju, życie, kwitnienie, energia i witalność. Obmycie skórki przed przekrojeniem owocu jest jak rytuał, obracam owoc pod strumieniem wody (ooo, pragnienie, wytrzymaj jeszcze trochę) delikatnym masażem oczyszczając pory w cytrynowej cerze. Sadystyczne przekrojenie cytryny na pół powoduje u mnie przyjemny dreszcz. Druga cytryna - ponowny dreszcz. Podobnie mocne i stanowcze wyciskanie. Czuję słabość w rękach, cytryna broni się przed totalnym wykrwawieniem, pewnie gdyby mogła krzyczałaby na cały głos wzywając pomocy. "Ratunku! Mordują! Niech mi ktoś pomoże! Dam ci wszystko co chcesz, bierz, co mam, ale nie zabijaj mnie, proszę!" Ha, a cóż ty masz oprócz soku, który chcę pić?! Nic i nikt nie jest w stanie ciebie uratować! Muszę dociskać dz...ę do ścian naczynia, żeby wycisnąć ją do cna. Wszystkie cztery połówki. Teraz woda, miód - muszę trochę przydusić naturalny smak mojej ofiary, w naturze nieco wykręca mi trzewia.
Nie wie, jak długo jeszcze wytrzyma. Pot zalewa jej ciało, czuje, że wypływa z każdego zakamarka, zagniecenia skóry, wszystkie gruczoły są jej wrogami. Dusi się własnym smrodem, smrodem potu, stojącego powietrza, nory, w której musi siedzieć. Nieustająca lepkość, którą czuje na własnej skórze rozłazi się po kątach i stoi na straży. Żadne świeże powietrze, żaden podmuch wiatru czy kropla wody nie da nawet rady zbliżyć się do niej. Nie wie, skąd się tu wzięła, niczego nie pamięta. Gorąco, jest bardzo gorąco. Ona jest gorąca. Pić! Proszę, pić!
Słońce........... Świat stoi, nie rusza się. Wszystko stanęło. Żaden podmuch. Zero ruchu. Chmury zamarły. Deszcz kiedyś był, ale już go nie ma. Nie ma...
Cytryna ma wodę! Szukam wśród wielu żółtych kształtów dwóch w miarę takich samych. Nie wiem, czemu - lubię, kiedy obydwie mają zbliżony kształt i wielkość. Pragnienie symetrii, tu akurat zupełnie nieuzasadnione. Znajduję dwie, nie za duże, nie za małe - takie rozmiar miseczki B. Przyjemnie mieszczą się w dłoniach, charakterystyczne wypustki na czubkach. Żółta skóra niesie obietnicę ukrytych w środku kanalików kwaśnym sokiem płynących. Pełnia urodzaju, życie, kwitnienie, energia i witalność. Obmycie skórki przed przekrojeniem owocu jest jak rytuał, obracam owoc pod strumieniem wody (ooo, pragnienie, wytrzymaj jeszcze trochę) delikatnym masażem oczyszczając pory w cytrynowej cerze. Sadystyczne przekrojenie cytryny na pół powoduje u mnie przyjemny dreszcz. Druga cytryna - ponowny dreszcz. Podobnie mocne i stanowcze wyciskanie. Czuję słabość w rękach, cytryna broni się przed totalnym wykrwawieniem, pewnie gdyby mogła krzyczałaby na cały głos wzywając pomocy. "Ratunku! Mordują! Niech mi ktoś pomoże! Dam ci wszystko co chcesz, bierz, co mam, ale nie zabijaj mnie, proszę!" Ha, a cóż ty masz oprócz soku, który chcę pić?! Nic i nikt nie jest w stanie ciebie uratować! Muszę dociskać dz...ę do ścian naczynia, żeby wycisnąć ją do cna. Wszystkie cztery połówki. Teraz woda, miód - muszę trochę przydusić naturalny smak mojej ofiary, w naturze nieco wykręca mi trzewia.
Nie wie, jak długo jeszcze wytrzyma. Pot zalewa jej ciało, czuje, że wypływa z każdego zakamarka, zagniecenia skóry, wszystkie gruczoły są jej wrogami. Dusi się własnym smrodem, smrodem potu, stojącego powietrza, nory, w której musi siedzieć. Nieustająca lepkość, którą czuje na własnej skórze rozłazi się po kątach i stoi na straży. Żadne świeże powietrze, żaden podmuch wiatru czy kropla wody nie da nawet rady zbliżyć się do niej. Nie wie, skąd się tu wzięła, niczego nie pamięta. Gorąco, jest bardzo gorąco. Ona jest gorąca. Pić! Proszę, pić!
Słońce........... Świat stoi, nie rusza się. Wszystko stanęło. Żaden podmuch. Zero ruchu. Chmury zamarły. Deszcz kiedyś był, ale już go nie ma. Nie ma...
Subskrybuj:
Posty (Atom)