sobota, 1 lutego 2014

gOŚCIe w dom....

Parę słów o mnie. Tak, wiem - prawie każdy wpis na moim blogu jest o mnie, ale staram się kamuflować,
w historie niby zmyślone wplatać, żeby po oczach za bardzo nie biło. Tutaj też pojawi się historia, niestety zmyślona, ale zanim o zmyśleniu, czy raczej powinnam napisać, fikcji, trochę musi być reporterskiego spojrzenia na mnie samą. No kontekst taki jest tutaj niezbędny, przykro mi.

Mam problem z ludźmi (nie umiem stwierdzić, czy to powoduje, że ludzie mają problem ze mną - o to już by trzeba tych ludzi zapytać; wielu ich nie ma, więc jak ktoś ma ochotę, niech w detektywa się pobawi, poszuka i zapyta: czy ma pan(i) problem z taką to a taką?). Mój problem polega na unikaniu.

UNIKAĆ czasownik (1.1) starać się nie mieć kontaktu z kimś lub czymś; odmiana(1.1) unik|ać, koniugacja I; aspekt dokonany uniknąćskładnia: (1.1) unikać + D; kolokacje(1.1) kontroli, ludzi, płacenia, komisji, sądu, zagrożeń, manipulacji, pokarmów, błędów, pułapek, strat, stresu, przemęczania się, pracysynonimy: (1.1) omijać, stronić, wystrzegać sięwyrazy pokrewne:  rzecz. unik m, unikanie n, uniknięcie przym. nieunikniony;

(żródlo: http://pl.wiktionary.org/wiki/unika%C4%87#cite_note-1)




Żeby nie być jednak posądzoną o samotność z wyboru lub z poczucia konieczności unikania ludzi, od razu wyłuszczę, że zdarza mi się poznać nowa osobę. I lubię bardzo poznać kogoś, z kim "jest mi po drodze". Przyjemnym są mi rozmowy z innymi osobnikami płci obojga. Problem leży u mnie w podtrzymywaniu tych znajomości. Bez owijania w bawełnę - nie po drodze jest mi z telefonem.

Telefon (z gr. tele – daleko oraz phone – głos) – urządzenie końcowe dołączane do zakończenia łącza telefonicznego

Nienawidzę telefonów. Inaczej - nie mam nic do samego przedmiotu, jakim jest telefon, obecnie występujący już prawie tylko pod postacią telefonu komórkowego. Przedmiot sam w sobie, jako martwy i bezduszny, odczłowieczony, w niczym mi nie przeszkadza i do niego samego, bez kontekstu społecznego, nic nie mam. Niestety, telefon ożywiony palcami człowieka, wybierającego numer identyfikujący drogę do mnie prowadzącą, do mojego telefonu na szafce leżącego, staje mi się przedmiotem wrogim i wielce niepożądanym. I, o ironio, mimo, iż preferuję kontakt z drugim człowiekiem w cztery oczy, na tak zwanego żywca, to bez pośrednictwa telefonu takie spotkanie staje się mało prawdopodobnym. I ta właśnie zależność stoi u źródła mego unikania, a raczej, żeby być precyzyjną, niezabiegania. Nie lubię telefonem inicjować, nie lubię też inicjacji telefonicznej podejmować. Znajomości moje się spłycają, podsycane jedynie przypadkowymi, krótkim spotkaniami gdzieś tam a propos, przypadkiem, bez umówienia. W ten oto prosty ciąg przyczynowo-skutkowy krąg mych bliskich znajomych jest mały i nie powiększa się znacząco mimo upływu lat moich i znajomych, których to przy okazji (w tym przydługim zdaniu) przepraszam, jeśli nie zadzwoniłam, choć mówiłam, że zadzwonię. Tak się mówi, tak i ja mówię, choć z góry wiem, że raczej tego nie zrobię. Oszustwo doskonałe, perfidne i świadczące o złym wychowaniu. Tak, wiem.

A po co ta wycieczka osobista jak numer telefonu? Bo oto przeżywam stan do tej pory jakoś mało przeze mnie poznany. Odczuwam brak osób, które dane mi było niedawno poznać, a których poznawać dalej nie mogę z przyczyn, o których za chwilę. I gdybym tylko mogła choć do jednego z nich zadzwonić, to zrobiłabym to, bo czuję brak tak duży, że strach przed telefonowaniem przy owym braku znika, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki postępu (jak cudownie, że mam telefon; dzięki ci, o panie Bell za ten zbliżający ludzi wynalazek!).


Alexander Graham Bell (ur. 3 marca 1847 w Edynburgu, zm. 2 sierpnia 1922 w Beinn Bhreagh, Nowa Szkocja w Kanadzie) – szkocki wynalazca telefonu i kilkudziesięciu innych wynalazków telekomunikacyjnych. Z zawodu był logopedą i nauczycielem muzyki. Graham Bell był też współzałożycielem dwóch znanych czasopism Science i National Geographic. Na jego cześć nazwano jednostkę miary – bel (1 B). W 1912 IEEE uhonorowało go Medalem Edisona za wybitne osiągnięcia przy wynalezieniu telefonu.
(źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Alexander_Graham_Bell).

Ci bezwstydnie przeze mnie zawłaszczeni znajomi to bohaterowie książki "Ości" Ignacego Karpowicza. Nie wszyscy przypadli mi do serca tak bardzo, że zdolna bym była do nich zadzwonić, ale z niektórymi z nich chętnie bym się umówiła, a nawet ograniczyła do pogawędki telefonicznej, co u mnie rzadkie, jak śnieg tej zimy. Ja przez telefon nie gawędzę, ja co najwyżej streszczam moją potrzebę spotkania się i szybko się rozłączam. Do Mai bym jednak zadzwoniła. Żeby pogadać. Jejku, ależ chętnie bym posłuchała zdań przez nią stwarzanych. Bo Maja zdań nie konstruuje, u niej nie polega to na budowie podmiot - orzeczenie - dopełnienia. Nie, Maja zdania tworzy, one je kreuje, wymyśla dopiero znaczenia, cudownie zestawiając ze sobą cząstki języka tak, że one mnie po prostu zachwycają. Pobawiłabym się z nią  w takie językowe malowanie. Chętnie dałabym się zaskoczyć pytaniem, które ni z gruszki ni z pietruszki Maja lubi zadawać. Chciałabym, żeby mi nawijała, jak to u niej wszystko się psuje, o czy rozmawiała ostatnio ze Sławojem, swoja tchórzofretką i czy Sławoj w końcu dokonał coming out'u z szafy. Ta kobieta w każdej sytuacji umiała się odnaleźć słownie, pięknie zestawiała ze sobą wyrazy, a ja po prostu takich ludzi ubóstwiam. Siebie ubóstwiam, jeśli uda mi się czasem jakiś słowny majstersztyk ułożyć. Mam takie odczucie, że mimo swojej depresyjnej natury (hej, Maja, gdzie jesteś??), uzależnienia od e-papierosa i inhalatora na astmę, mimo swego dziwnego (czytaj: słabo udanego) małżeństwa, umiała tak o tym opowiadać i tak to przyjmować, że ja w jej depresyjność uwierzyć nie chciałam, ja takiej depresyjności bym sobie życzyła.
A Franek i jego romans z Mają? Szybko zawiązany, mocno. Franek i jego asymetryczne zakupy, żeby być bardziej dla Mai i jak Maja (staram się za wiele nie ujawniać, żeby nie popsuć wam zabawy podczas czytania książki,bo to zrobić po prostu musicie).
Norbert. Uwielbiam Norberta, choć pewnie fizycznie wcale by mi się nie spodobał. W ogóle pewnie na pierwszy rzut oka uznałabym go za prostaka, gbura, chama, wieśniaka i takie tam. 

"A dlaczego to ty mówisz poprawnie, a ja nie? Bo mi rodzice są spod Lublina? Bo jestem mężczyzną? Kurwa. A może ja ten pierdolony zakres jebany pojęciowy czy chuj wie rozszerzam, a nie, że mylę, co?!"
(Norbert, źródło: I Karpowicz: Ości, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013, s. 309)

A  tu nagle to, co dzieje się na kartach książki, jakim człowiekiem okazuje się być Norbert naprawdę... Norbert, no dlaczego urywasz ze mną znajomość? Dlaczego książka się skończyła i nie wiem, co u was wszystkich? Jak twój związek z Ninel, Co u Andrzeja? Maria i jej nietypowa rodzina? Będzie mi was brakowało. Cholera, bardzo. Nie powinno się takich książkę pisać, nie powinno wymyślać się aż tak dobrze skrojonych bohaterów. Przecież tacy nie istnieją, prawda? 

A może gdzieś tam jesteście? Zadzwońcie czasami....




niedziela, 26 stycznia 2014

CZIK

Tak się jakoś nieprzyjemnie składa, że od jakiegoś czasu jestem w rękach Dosyć Ekspansywnego Przypadku Recesji Endorfin Siejącego Jawną Apatię we mnie właśnie. Podczas takiego okresu życiowej niewydolności największym mym wrogiem jest czas. Jest to wróg dość niejednoznaczny i choć wrogo to jednak potrzebny. Czasu bowiem potrzeba, żeby (D.E.P.)Recesja(E.S.J.A.) stopniowo odpuściła. Czas jest niezbędny, żeby do życia wrócić połową, a nawet całą gębą. Czasu mi trzeba. Ale to z jednej strony, bo z drugiej ten sam czas jest moim wrogiem, prześladowcą używającym wszystkich sobie dostępnych narzędzi, żebym tylko nie zapomniała, jak bezproduktywnie czas życia mi danego na tej ziemi przepuszczam przez palce, marnując bezpowrotnie potencjalne szanse na przeżycie czegoś pięknego.
I tak, zakleszczona między potrzebą czasu a ledwo dającym się wytrzymać bólem czasu tego, staram się coś ze sobą zrobić. Byle przetrwać, byle nie myśleć za dużo i możliwie, choć przecież iluzorycznie, bieg czasu przyspieszyć.
Trochę pomagają filmy. Kryteria wyboru są różne. Raz są to komedie lekkie, żeby nie powiedzieć żenująco lekkie - po to, żeby się pośmiać, jak głupi do sera. Innym razem włączam film, w którym gra przystojny aktor, z takim spojrzeniem i uśmiechem, że po prostu przyjemnie czas płynie, choć fabuła filmu do łatwych i relaksujących nie należy. Albo nieco ambitniejsze kino - że gdzieś mi się o uszy obiło, na plakatach filmowych widziałam, może nawet do kina się wybierałam, a teraz mi pudełko z filmem do ręki wpada. To biorę, włączam i oglądam.
I choć oglądanie filmu wymaga nieco mniejszego wysiłku intelektualnego niż czytanie książki (bo np: wyobraźnia może sobie trochę przy filmie odpocząć), to jakoś tak nie zadowala mnie zastępowanie książek filmami. Natura moja, choć pozbawiona endorfin i przytłoczona ciężarem mało dla otoczenia widocznym, pragnęła książki. Okazało się jednak, że przeceniłam swoje możliwości, mierząc je miarą SPRZED. Napiszę bez ogródek: dawno nie poległam na polu książek niedokończonych tak, jak ostatnimi dniami.
Głupio mi wobec książek, które z nadzieją na ucztę intelektualną, wypożyczyłam i z lekkim uśmiechem (tak, czułam w sobie uśmiech) taszczyłam je pod pachą do domu. Bo ja hurtowo, tak, jakby nigdy nic, jakby mojej psyche nic a nic nie dolegało.
Zaczęłam od tej najcieńszej, o Janie Himilsbachu, żeby horyzonty swoje poszerzyć, odchamić się nieco, zobaczyć, jak w PRL-u środowisko aktorów, malarzy i innych artystów znad kieliszka widziało rzeczywistość. Przepraszam cię książko, nie dałam rady. Nie wciągnął mnie świat przez ciebie przedstawiany, druk był nieprzyjemny, format odpychający. Odłożyłam ją  na półkę. W połowie, co tam - na początku prawie czytania.
Nie poddałam się jednak, z zachłannością chwyciłam po "Morfinę". Czaiłam się na tę książkę od dawna, a tu proszę - leży sobie na półce bibliotecznej, płacić nie trzeba, można czytać do woli... Panie Twardoch, przepraszam. Wiem, że książka poczytna, nagradzana, wiem, że napisał pan dzieło zauważone, docenione, sprzedające się w wielu egzemplarzach. Ale nie na moją głowę w stanie dzisiejszym pana język skomplikowany, bawi się pan słowem jednym w zdaniu po stokroć, a ja przy trzecim powtórzeniu już jestem zmęczona. Zdania mi się dłużą, odmieniane przez osoby w liczbie pojedynczej i mnogiej powodują, że zatracam się w sensie książki, w jej treści. A ja chcę treści, chcę obrazów, akcji, postaci mniej rozwleczonych, mnie rozebranych i naćpanych. Boże, czymże jestem, żeby się za tę książkę zabierać, jak śmiałam otwierać jej stronice tylko po to, żeby z CZASEM sobie lepiej radzić. Nie dla smutnych jest to książka, nie dla ludzi na lekach, którzy sami ze swoimi wielokrotnie powtarzanymi zdaniami w głowie muszą sobie radzić. Po co im jeszcze zdania z "Morfiny"?
Odłożyłam na półkę, trzęsącą się ręką wyjmując zakładkę ze środka. Nie dałam rady.
Nie dałam też razy z "7 lat później", odłożyłam w trakcie czytania "Dom tajemnic". Jedna i druga wydały mi się niewarte, po prostu...
Zalepiałam dziury w czasie prasą kobiecą i nie tylko. To mi jakoś wchodziło, choć nie zadowalało.
Z rezygnacją chodziłam po księgarniach, oglądałam, przeglądałam, przewracałam ze strony na stronę. Próbowałam znaleźć tę, której w końcu dam radę, która będzie dla mnie właśnie teraz. Gdzieś przecież musi być taka książka, jest ich tak wiele.
Książka "Czik" zwróciła moja uwagę okładką. Taka retro, skojarzyła mi się ze starymi dobrymi, dawnymi czasami. Wzięłam ją do ręki, jak już wiele książek wcześniej, bez przekonania, choć z zaciekawieniem. Opis z tyłu nie zniechęcił mnie, a wręcz przeciwnie, wzięłam ją z pewnością osoby zdrowej na duszy i poszłam do kasy za nią zapłacić.
Zaczęłam czytać wczoraj, dzisiaj skończyłam. Nie jest to żadnym wyczynem, bo książka nie jest gruba. Proszę mnie jednak dobrze zrozumieć - przeczytałam ją od początku do końca. Z przyjemnością.
Z lubością. Rozkoszując się przystępnym językiem, jakim została napisana. Zbratałam się z dwoma nastolatkami, którzy odważyli się na działania i szaleństwa, na jakie ja nigdy, będąc w ich wieku, bym się nie odważyła. Dialogi między nimi są wyśmienite - proste, zdaniami nierozwiniętymi, trafiającymi w sedno. Jadą chłopaki starą ładą przez Niemcy, niby mają plan, ale go nie mają, niby mają cel, a nie wiedzą, jak tam dojechać. I wcale nie chodzi o to, że podczas drogi dochodzą do jakichś prawd życiowych, jakichś odkryć czy inicjacji. Nie. Oni po prostu jadą, po drodze dzieją się im różne rzeczy, spotykają różnych ludzi i różnie się to dla nich kończy. Zero przesłania. Cudnie. Cudna książka. Polecam. I tym z depresją i tym bez. Dla zachęty przepiszę nawet jeden z dialogów głównych bohaterów książki.

(...)
- Dokąd ty w ogóle chcesz jechać?
- Wszystko jedno przecież.
- Jak się gdzieś wyjeżdża, nie jest źle wiedzieć dokąd.
- Możemy odwiedzić moich krewnych. Mam dziadka w Siedmiogrodzie.
- A gdzie mieszka?
- Co: gdzie mieszka. W Siedmiogrodzie.
- Gdzieś daleko czy jak?
- Nie gdzieś daleko, człowieku. W Siedmiogrodzie.
- Przecież to to samo.
- Co jest to samo?
- Gdzieś daleko i "za siódmą górą" to jest to samo.
- Nie rozumiem.
(...)
- Bo to tak, jakbyś miał dziadka w Pipidówce. Czy w Honolulu.
- A co w tym śmiesznego?
- Pipidówki nie ma, człowieku! W Pipidówce znaczy b a r d z o  b a r d z o  d a l e k o. I Siedmiogrodu też nie ma. Kiedy mówisz, że ktoś mieszka za siódmą górą, masz na myśli, że mieszka na wygwizdowie.
- I Wygwizdowa też nie ma?
- Nie.
- Ale mój dziadek tam mieszka.
- Na wygwizdowie?
- Nie wkurzaj mnie (...)


Cudo. miałabym ochotę pisać dalej, ale po pierwsze nie chce mi się, a po drugie - przeczytajcie tę książkę.

piątek, 24 stycznia 2014

sesja

- A gdybyś się nie bała?

- Gdybym się nie bała? Skąd to pytanie?

- Tak się zastanawiam, czy myślałaś o tym, jak wyglądałoby twoje życie, twój dzisiejszy, jutrzejszy dzień, gdybyś się nie bała. Myślałaś o tym?

- Mój dzień bez lęku? Dzień bez małej białej tabletki? Tak, jak u zwykłych ludzi?

- Dokładnie. Bez konieczności łykania tabletek przeciwlękowych, bez myśli o bezsensie jakiekolwiek ruchu. Tak, jak się wyraziłaś, jak u normalnych ludzi. Zwykłych ludzi. Myślałaś o tym, jak wyglądałoby twoje życie, gdyby nie było potrzeby naszych cotygodniowych spotkań?

- Szczerze mówiąc, nie.

- A mogłabyś spróbować teraz?

- Teraz? Tutaj? Przy tobie?

- Tak, teraz, przy mnie. Spotykamy się już jakiś czas, chyba moja obecność nie jest dla ciebie krępująca.

- Nie,  nie jest.

- No więc....?

- Mhm, gdybym się nie bała...

Zawiesza głos. Obserwuję jej twarz, jej usta, oczy. Uśmiecha się lekko. To zadziwiające, jak samo wyobrażenie sobie czegoś przyjemnego zmienia twarz człowieka. Nie miałem żadnych wątpliwości, że to, o czym właśnie myśli, jest dla niej przyjemne. Nie patrzy na mnie, jej wzrok jest skierowany gdzieś poza - nie, nie ponad mnie, nie za mnie, ale gdzieś zupełnie poza. Tam, gdzie nie będę miał wstępu, jeśli mi o tym POZA nie opowie. A myślę, że opowie. Chce tego, widzę, jak zaczyna oddychać - swobodniej, jakby z przyjemnością nabiera powietrza i je wypuszcza z płuc. O fuck, gdybym jej nie znał, pomyślałbym, że ta oto pani siedząca przede mną za chwilę spróbuje przekroczyć ową nieprzekraczalną granicę dzielącą psychoterapeutę od klienta. Więcej - czuję, że gdyby chciała to zrobić, to byłoby mi trudno jej się oprzeć. Co tam w sobie chowasz? No, powiedz mi w końcu. Czyżby to niewinne pytanie o życie bez lęku otworzyło w niej drzwi, o których nie miałem zielonego pojęcia?

Poprawia się na fotelu, prostuje plecy, zakłada nogę na nogę. Wzrok z POZA przenosi na swoją prawą dłoń. Zaczerpuje powietrza.

- Gdybym się nie bała, pomalowałabym dzisiaj paznokcie na czerwono. Albo nie. Dzisiaj wybrałabym kolor wiśniowy, mocny, wiesz, taki ciemny czerwony, jakby z brązem zmieszany.

- No cóż, szczerze mówiąc musiałbym ten kolor zobaczyć, nie mam za dobrej wyobraźni, jeśli chodzi o kolory...

- Może, kiedyś... Może kiedyś przyjdę na nasze spotkanie z tak właśnie pomalowanymi paznokciami. Mam taki lakier w domu, tylko, że.... się boję...

Na chwilę wraca dobrze znana mi niby kobieta, a jakby dziewczynka, która nie wie, co ma ze sobą począć, jak żyć i co zrobić, żeby żyć jak najmniej. Nie mogę pozwolić na ten powrót, chcę tej kobiety, której obecność groziła mi przekroczeniem linii etyki zawodowej.

- Czy coś jeszcze?

- Słucham?

- Czy tylko paznokcie? To wszystko, co  byś zrobiła dzisiaj, gdybyś się nie bała?

- Nie, no co pan. To tylko taka pierwsza rzecz, jaka przyszła mi do głowy.

Uśmiech kobiety wraca. Miło.

- Możesz mi wierzyć lub nie, ale suszyłabym te paznokcie tańcząc. Nie można wierzyć etykietom na buteleczkach, kiedy piszą, że lakier wysycha w 45 sekund. Może wysycha szybciej niż tradycyjny, ale nie ma co spieszyć się z wykonywaniem innych czynności, Trzeba poczekać, żeby dobrze wysechł. Włączyłabym muzykę, głośno. Nie bałabym się sąsiadów, że za głośno. Tańczyłabym, śpiewała. Wyobrażałabym sobie, że jestem tą gwiazdą, że jestem na scenie i tańcząc śpiewałabym na głos. Wiesz, że ja mam całkiem niezły głos? I tańczę też nieźle.

Mówi to w taki sposób, uśmiecha się do mnie tak, że nie mam najmniejszej wątpliwości, że mówi prawdę.

- Wiesz, gdybym się nie bała, to chodziłabym do pracy. Robiłabym to bez zastanawiania się, czy to ma sens czy nie. Umiałabym podejść do pracy racjonalnie, bez lęku, bez roztrząsania każdego zdarzenia, czy było klęską wielką czy tylko po prostu klęską. Nie bałabym się ludzi. Nie słyszałabym ich myśli, ich śmiechu wewnętrznego z tego, co zrobiłam źle, nie tak. Ich złość powoduje, że nie umiem być przy nich sobą, staram się ich wszystkich zadowolić...

- Zaraz, zaraz, zapędziła się pani trochę. Nie o tym mieliśmy rozmawiać - nie o tym, czego się boisz, ale o tym, jakby to było nie bać się tych wszystkich rzeczy.

- Tak, wiem. Gdybym się nie bała, nie byłoby tego wszystkiego, tej schizy całej mojej prywatnej. Wchodziłbym do pracy odważna, raz uśmiechnięta raz nie - w zależności od nastroju. Witałabym się ze wszystkimi, zrobiłabym sobie kawę bez przepraszania, że istnieję. Nie czułabym na sobie obowiązku być zawsze dowcipną. Byłabym taką, jaką bym była. Rozumiesz mnie?

- Myślę, że tak.

Znowu jej ze mną nie ma, znowu jest POZA. Nie jest wyzywająca, nie robi z siebie gwiazdy, ale widzę w niej pewne poczucie pewności siebie, co czyni ja atrakcyjną i pociągającą. Zdumiewające, jak wiele zabiera sobie pozwalając, żeby lęk rządził jej życiem. Chciałbym zrobić jej teraz zdjęcie i pokazać jej, jak świetnie wygląda. Nie urodą zewnętrzną,zresztą brak makijażu, niedbała fryzura i przypadkowo założone rzeczy nie czynią jej dla otoczenia szczególnie atrakcyjną. Mimo t jestem przekonany, że niejedna osoba zobaczyłaby w niej to COŚ. Teraz, w tej ulotnej chwili, kiedy pozwala sobie wyobrazić, jakby to było, gdyby się nie bała.

- Chciałabyś tak?

- Słucham?

- Pytałem, czy chciałaby pani tak żyć? Tak, jak mi przed chwilą opowiedziałaś, choć pewnie to jest dopiero pierwszy rozdział opowiadania o życiu bez lęku. Chciałabyś tak?

- Co za głupie pytanie, panie mój psychoterapeuto. Czyż to nie oczywiste? Każdy chciałby tak żyć.

- Nie pytam o każdego, pytam o panią. Proszę odpowiedzieć: tak czy nie?


Wyszła nie odpowiadając




poniedziałek, 20 stycznia 2014

z "Morfiną" w głowie

Siedzę. Siedzi. Czas płynie - niby to mój, jej czas, ale jakby nie mój, nie jej. Czas bez znaczenia. Bez właściciela. Szkoda czasu, bo podobno czas to pieniądz, a tego w błoto nikt nie chce wrzucać. Z błotem mieszać. Ale mnie - jej tego czasu nie szkoda. A może szkoda trochę, jak o tym zacznie myśleć i przejmować się sobą - przejmować się nią. Szybko jednak dochodzę do wniosku, że nie ma co płakać nad rozlanym czasem, bo zlizać się już go z przeszłości nie da - co było minęło. Tak już zostanie na zawsze, wiadomo.
Byłoby mi łatwiej, byłoby jej łatwiej, gdyby nie ciało. Całe jej ciało, a jakby nie jej. Wypatroszone, wycięli z niej - wycięli ze mnie wszystko. wszystko, co czuje. Wątroba nie czuje, żołądek nie czuje, nawet serce - choć bije jeszcze, a jakby nie bije - też nie czuje. To, co nie czuje, czego nie czuć - to mi - jej zostawili. Wycięli wszystko to, co czuć może pomóc. Dziwne, bo wycięte mam - ona ma wszystko to, czego jakby wyciąć się nie da. Życie jakby z ciała zabrali. nie organiczne, ale życie człowiecze. Palcami moimi się muszę - musi ona przekonywać, że człowiekiem jeszcze jest, że czuje, choć jakby wypatroszona. Szczypię ciało moje, a jakby nie moje, uderzam, boleć mu karzę, czuć, krzyczeć, śmiać się - niech się śmieje, niech ja się śmieję, do kurwy nędzy. Niech się śmieje, psia jego mać!
Wiem, ona wie, że ludzie, że wy możecie - oni mogą pomóc. Jeśli zechcą. Wiem, że dwóch, może trzech z nich - z was chce. Nie wolno mi nie wierzyć, chociaż wiarę też wycięli. Nożem jakimś tępym, brudnym, bo jakby gangrena się wdała i ropieje. We mnie - w niej ta wiara ropieje. Żółta, śmierdząca odorem starego już, zaniedbanego ropnia. Nie ma wiary w niej - we mnie, wycięli. Ja wycięłam - ona wycięła. Pozbyła się, ale nie umiała tego dobrze zrobić i teraz ropieje. Musi uciekać od ludzi, żeby nie czuli smrodu, jaki w sobie nosi. Muszę uciekać.
Ale nogi nie chcą uciekać, brzuch, ręce, palce, stopy - moje stopy, a jakby nie moje. Bo nie chcą słuchać. Ciało nie chce uciekać. Nie mogę - nie może ze swoim ciałem nic zrobić, tylko ból może mu sprawiać, może poczuć, że boli. Ale nie ruszyć. Jej - moje to ciało, a jakby nie moje. Siedzi. Leży. Kiwa się przód - tył. Tył - przód. Oczy zamykam, ale spać nie mogę. Nie może. I tak tkwi w miejscu, u siebie w mieszkaniu, ale jakby nie u siebie. Nie wiadomo gdzie. Ktoś ją tam - mnie tam umieścił, udekorował jak mieszkanie jej własne, ale ona wie, ja wiem, że coś tu jest nie tak. Że to nie tak było. Nie tak miało być. Nie tak sobie wymarzyła - nie tak sobie wymarzyłam przecież...

środa, 11 grudnia 2013

origami

czasem zdarza się na świecie,
że gdy jesteś ojcem, matką
zachoruje twoje dziecię
no i wtedy nie jest łatwo...

Spojrzenie w lustro. Ech, wzdycham z rezygnacją. Przynajmniej włosy odpoczną od prostownicy, a cera od makijażu, choć nie ukrywam, że przyjemnie byłoby być naturalnie piękną. Niektóre tak mają - wstają rano, myją zęby, przeczesują włosy, może jakiś krem na twarz i gotowe do wyjścia. Piękne, świeże i zawsze gotowe. Ja, gdybym teraz miała gdziekolwiek wyjść, to po krótkiej panice najpierw bym się mocno zastanowiła, czy naprawdę wyjść muszę. Bo może tak się zdarzyć, że potrzeba, która wydaje się człowiekowi paląca, po krótkim zastanowieniu się już taką być przestaje. Jestem mistrzem w oddalaniu od siebie zbędnych (i nie-) potrzeb. No, ale gdyby okazało się (wracam do sytuacji zmuszającej do wyjścia), że muszę i już, to nie obyłoby się bez drobnych zabiegów oszukujących innych, a przede wszystkim mnie. Mały kamuflarz - niezbędny.

Tak się jednak składa, że ani dzisiaj, ani w najbliższych dniach nigdzie się nie wybieram. Jestem na tak zwanej opiece nad dzieckiem chorym. ZUS mi później za to zwróci moje marne pieniądze. Takie jest prawo. I dlatego wyglądam, jak wyglądam. Trudno, najwyżej przestraszę listonosza.

Na takiej opiece generalnie jest nudno. Jeśli dziecko śpi, to jeszcze pół biedy, bo można sobie wtedy poczytać, w necie posiedzieć czy obejrzeć ulubiony film. Moje dziecko ma to do siebie, że podczas swych chorób nie sypia w ogóle albo bardzo rzadko. Zdarza się. Wtedy jest:
a) nie do wytrzymania,
b) nudno,
c) brakuje człowiekowi powietrza,
d) wszystkie powyższe punkty na raz.

Moje dziecko na przykład bez przerwy coś mówi. I ma taką tendencję do powtarzania jednego zdania czy słowa tak długo, aż mu się nie przytaknie albo nie da jakiegokolwiek znaku, że się usłyszało i że się zgadza. Albo że się czymś zachwyciło. Albo że coś jest zaskakujące, nowe, niezwykłe i godne słownego komentarza. Cały boży dzień. Mówi... Czasami jak temperatura jego ciała jest dodstatecznie wysoka, to mówić przestaje, albo przynajmniej mówi mniej. Ale to tylko czasami.

Postanowiłam więc syna czymś zająć. Pomyślałam ORIGAMI! Fantastyczny pomysł, prawda? Coś nowego, zabiera sporo czasu, a poza tym, jak się człowiek skupia nad papieru zginaniem to mówi mniej, prawda? A że los człowiekowi czasami sprzyja, nawet jeśli wygląda tak, jak ja dzisiaj, to znalazłam origami STAR WARS! Cudownie! Teraz mam jak w banku, że to będzie hitem tego chorowania.

Dobrze, na początku mama trochę pomoże, pokaże na czym owa sztuka zginania papieru polega, jak czytać instruckje i tak dalej. Pozwalam synowi wybrać pierwszy model, który chciałby mieć. Pomijam w książce pokaz podstawowych zgięć, w razie czego się do nich wróci, i biorę się za jakiegoś tam myśliwca - kto by te wszystkie maszyny spamiętał.

Poznaję pierwsze fachowe określenia, jak dolinka, górka, zagięcie takie i owakie. Idzie mi nieźle, brawo mamuśka! Kwadrat zginam tak, potem tak, teraz odwróc na drugą stronę, dolinka, dolinka do połowy odcinka AB..... górka.... do wewnątrz odcinek AB aby, wierzchołek A był w połowie odcinka CD.... teraz królicze uszy.... CO?! wróć! Królicze uszy??!! O czym oni do mnie mówią? Wracam do odcinka CD, analizuję sytuację porównując tę w książce z tą u mnie, na papierze. No stoi jak byk: królicze uszy. Wracam na początek książki, do przewodnika - mam! jest instrukcja, jak zrobić królicze uszy. Zaraz... W instrukcji pokazują jak je zrobić z kwadrata, podczas gdy ja mam tutaj trójkąt! Jak do cholery mam zrobić królicze uszy na trójkącie??!! Wracam do instrukcji myśliwca, może jak się dobrze przyjrzę, to coś zakombinuję. No przecież syn siedzi i patrzy, jaki ja mu wzór daję? Że nie umiem zrobić głupiego myślica, bo się na króliczych uszach wyłożyłam? Niedoczekanie, czekaj no karteczko, już ja ci takie uszy wywinę, że słuch po nich długo nie zaginie, zobaczysz!

Spokojnie, bez nerwów, no po co się denerwować? To ma być zabawa, przyjemność, prawda? Luzik, dziecko chciałoby myśliwca, jest chore, postaraj się.

Przestań do mnie gadać, milutki głosie, przecież widzisz, że się staram! Staram się, jak jasna cholera! Jak jasna CHOLERA!
Cholera, nigdy tego nie zrobię! No nie wiem, jak, nie dam rady. Tak mi przykro syneczku, mama nie umie, nie rozumie tych króliczych uszu.. Niech szlag trafi wszystkie króliki świata! Tfu!

Ale synek nie odpuszcza. Modele z książki kuszą pięknym wykonaniem, aż się chce je mieć. Noc przespałam spokojnie, odpoczęłam i rano, ze wznowionymi siłami wzięłam się za origami. Poszło mi lepiej. Zrobiłam z powodzeniem Dartha Vadera, Imperatora i piaskoczołga. Z poziomu łatwego. I niech mi internet będzie świadkiem - jeszcze nie powiedziałam ostatniego słowa... :)

no a z dzieckiem z chorobami
bywa tak, jak z origami
z pierwszym trudno jest wytrzymać
w drugim - odpowiednio zginać
....


wtorek, 26 listopada 2013

badanie naukowe

Cel badania:
zidentyfikowanie modeli wychowywania dziecka w przeciętnej polskiej rodzinie

Metoda badania:
obserwacja

Technika badania:
obserwacja w terenie

Narzędzie badawcze:
ze względu na ryzyko zaburzenia naturalności sytuacji badawczej, badacz nie użył żadnego narzędzia.

Hipoteza:
Metody wychowawcze w rodzinach są różne, ale celem ich jest zawsze zaspokajanie najważniejszych potrzeb dziecka.

Przebieg badania.
Obszarem, na którym dokonano obserwacji była poczekalnia w poradni pediatrycznej. Badacz, aby sytuacja była w pełni naturalna, przybył na miejsce z dzieckiem w wieku lat siedmiu niejako na wizytę do lekarza. Recepcjonistka nie była w badanie wtajemniczona, podobnie jak lekarz - osoby te nie były świadome przeprowadzonego badania. Badacz siedział trzymając dziecko na kolanach, od czasu do czasu markował zabawę z dzieckiem w łapki, przez cały czas dokładnie obserwując obecne na poczekalni osoby z dziećmi, zwane dalej podmiotami badania (celowo nie użyto słowa przedmiot badań, obserwowani bowiem byli istotami ludzkimi).

Obserwacja.
Podmiot nr 1
Tutaj zasadnym byłoby użyć liczby mnogiej, ponieważ z dwójką dzieci (jedno w wieku przedszkolnym, drugie dopiero co uczące się chodzić) przyszły jak następuje: matka tych dzieci, ich babcia i opiekunka młodszego z rodzeństwa. Sumując - z dwójką dzieci były 3 dorosłe osoby. Na początku dziwiło to (bezstronnie) badacza, ale sytuacja szybko się wyjaśniła. Otóż:
- matka weszła z dziećmi do gabinetu lekarskiego, wizyta trwała około 20 minut, babcia i opiekunka w tym czasie rozmawiały sobie swobodnie na poczekalni,
-  babcia miała za zadanie po wizycie zawieść starsze dziecko do przedszkola (była godzina ok. 11:00, dziecko z pewnością spóźniło się na II śniadanie, nie mówiąc już o zajęciach; ponadto należy wysnuć wniosek, że zabierając ze sobą babcię dziecka matka założyła, że dziecko nie będzie na tyle chore, żeby nie iść do przedszkola),
- zadaniem opiekunki było zająć się młodszym chłopcem (po wyjściu z gabinetu matka od razu oddała syna w jej ręce, ona zabrała się za pojenie dziecka, podczas gdy mama zaczęła się ubierać).
Finał sytuacji był taki, że pierwsza wyszła matka, zostawiając dzieci ze starszymi paniami, one natomiast zajęły się ubieraniem dzieci. Babcia wyszła pierwsza, opiekuna z maluchem ostatnia. Przed wyjściem z poczekalni matka zapytała jeszcze opiekunkę, czy mogłaby dzisiaj dłużej zostać i odebrać starszą córkę z przedszkola.

Podmiot nr 2
Ojciec z córką w młodszym wieku szkolnym, tak na oko (choć dzisiaj te dzieci tak szybko rosną, że równie dobrze mógł to być starszy przedszkolak). Najpierw córka bawiła się sama w kąciku dla dzieci, tata w tym czasie wykonał dwa telefony. Potem córka podeszła do taty, ten wziął ją na kolana i tak siedząc razem bawili się jakąś grą na smartfonie, śmiejąc się głośno. Szybko do gabinetu weszli, szybko wyszli, po minach obydwojga można było odczytać, że ze zdrowiem dziecka wszystko w porządku. Wyszli razem.

Podmiot nr 3
Młoda mama z chłopcem w wieku przedszkolnym (tym razem zdecydowanie młodszym wieku przedszkolnym). Mama od razu zaczęła się z dzieckiem bawić w kąciku dla dzieci. Wypytywała go skrupulatnie, jakiego koloru jest dana figura i jak ta figura się nazywa. Chłopiec, najwidoczniej już wcześniej wyuczony przez tego i owego dorosłego, pięknie cytował "niebieski kwadrat", "fioletowy trójkąt", nie zawsze prawidłowo wymawiając te trudne dla niego słowa. Potem była zabawa liczbami. Dziecko było rozmowne, nawet jak weszli do gabinetu, to ewidentnie zdominowało wizytę. Było go słychać na korytarzu, coś tam spadło, dziecko oznajmiło, że chce już iść i w ogóle było bardzo zabawnie (wnioskując ze śmiechu przebywających tam matki i lekarki).

Podmiot nr 4
Mama z najmłodszym na poczekalni dzieckiem. Maleństwo siedziało już, ale jeszcze nie chodziło i właściwie nic nie mówiło. Obydwoje, matka i dziecko, siedziały spokojnie na sofie. Mama wpatrzona w latorośl z nieustającym kojącym uśmiechem matki pełnej spokoju na twarzy. Dziecko siedzące, nikomu nie wadzące, spokojnie czekające.

Wnioski z badania.
Nie ma jednego sposobu wychowywania dziec wśród rodziców z różnych domów i środowisk. Co rodzina, to inne zupełnie postępowanie z dzieckiem.
1. Są rodzice, którzy i owszem, pójdą z dzieckiem do lekarza, ale zrobią to w przerwie na lunch i z obstawą opiekunek i babć. Nie ma mowy o braniu opieki nad dzieckiem chorym, nie ma mowy o daniu dziecku dnia wolnego od przedszkola. Wszystko szybko, szybko, rozdzielenie dzieci między inne osoby i na odchodnym jeszcze zawiadomienie opiekunki, że dzisiaj się pani domu spóźni.
2. Ojcowie mają większy dystans - skoro dziecko jest chore, to się idzie z nim do lekarza, bez zbędnych ceregieli, załatwia się sprawę szybko i sprawnie i pięknie mówi innym do widzenia. Po dziecku nie widać, żeby czuło się w takiej jasnej sytuacji źle.
3. Są mamy małych geniuszy, a przynajmniej takimi chcą być. Dziecko odkąd zaczyna mówić, a nawet jeszcze wcześniej, uczone jest geometrii, tabliczki mnożenia, liczenia w zakresie 100, że o kolorach nie wspomnę. Oklaski otoczenia w pełni usprawiedliwiają roszczeniową postawę dziecka, jego poczucie bycia ważnym, ba - najważniejszym, tak, że nawet jak u lekarza mama powinna rozmawiać, to on opanowuje całą sytuację. Jest przecież taki mądry!
4. I są mamy dzieci małych. Takie bobo jeszcze  nie mówi, więc mu dają spokój na razie z pisaniem i czytaniem. Mama póki co jest na urlopie macierzyńskim, więc o opiekunce jeszcze nie myśli, jeszcze jest mamą na pełen etat. A tata? No cóż, teraz to głównie ona zajmuje się dzieckiem, no przecież to jasne. Jak będzie później? Tego nie wiemy.

Nasza hipoteza brzmiała, że każdy rodzic chce dla swojego dziecka jak najlepiej, chce zapewnić mu poczucie bezpieczeństwa poprzez zaspokajanie jego najważniejszych potrzeb. Jak to zrobić - recepty nie ma, nie dało też się zauważyć jakichś prawidłowości w postępowaniu obserwowanych opiekunów i ich dzieci.
Badaczowi jednak nasuwa się inne pytanie: czyje potrzeby zaspokajali głównie obserwowani rodzice - potrzeby dzieci czy własne?




niedziela, 24 listopada 2013

dużo wody jeszcze upłynie...

Dzisiaj byłam w kinie. Sama. Lubię chodzić do kina sama. Miałam iść wczoraj i na zupełnie inny film, ale byłam dzisiaj. Zdarza się.

Wyszłam z kina z  jednej strony zauroczona, z drugiej zasmucona. To był film o miłości. Z reguły nie chodzę na takie, nie mam potrzeby oglądania ckliwych i przewidywalnych romansów na wielkim ekranie. A wydaje mi się, że niestety takich jest coraz więcej. One oraz zapychające kinowe ekrany filmy akcji ze świetnymi efektami specjalnymi spowodowały, że już dawno na niczym w kinie nie byłam. No, ale odbiegam od tematu.

No to od początku.

Film był o miłości. Mogłam zobaczyć, jak się rodzi (ta miłość, nie film). Od przypadkowej znajomości, przez wspólne palenie trawki po bardzo pięknie pokazany proces budzenia się głębszego uczucia aż do jego spełnienia w zbliżeniu cielesnym.  Aktorzy grający główne role byli w tej całej swojej miłości przepiękni. Tak nieśmiali na początku, a jednak dość otwarcie do siebie ciągnący. Bojący się przyznać do tego, co jedno czuje do drugiego, a tak bardzo w tym szczerzy, bez oszustw, głupich podchodów, bezsensownych uników. Wiem, sztampa - każda miłość na początku wygląda tak samo. Te osławione motylki w brzuchu, te kwiaty, długie rozmowy przez telefon albo pod blokiem, pierwszy pocałunek gdzieś tam w bramie, no, chyba, że starych nie ma w domu. Nic nowego pod słońcem, wiem. Ale właśnie dlatego, że to było takie prawdziwe, że grało mi na moich uczuciach i rezonowało z nimi idealnie, właśnie dlatego było takie inne od romansideł przewidywalnych. Tutaj niczego nie dało się przewidzieć. To, co było między dwojgiem kochanków, było piękne, no dla mnie po prostu piękne, ale to, co wokół nich już tak piękne nie było.

Jedno z nich miało partnera od dwóch lat. I choćby nie wiem, jak nowa miłość była silniejsza i prawdziwsza, to przecież nie da się wymazać od tak dwóch lat bycia z kimś w związku. Przecież nadal się tą osobę kocha, a przynajmniej nie chce się jej zranić. Ha, jasnym jest również, że dotychczasowy partner życia przez dwa lata zdążył również pokochać, wiadomość, że się jest zdradzanym może być doprawdy druzgocąca. I taka zresztą dla tej osoby była.

Rodzice. Nie można przy tym filmie pominąć tego tematu. Bo są niestety rodzice, którzy nie są w stanie przyjąć, że jego dziecko dopuściło się zdrady na swojej partnerce/partnerze, nie będą żadną miarą tolerować takiej postawy u własnego dziecka i zrobią wszystko, żeby dziecko, choć dorosłe, wybiło sobie głupoty z głowy. Choćby  to była pożal się boże miłość.

Wyjście z sytuacji? Och, stare jak świat - stała partnerka oznajmia, że jest w ciąży i nie ma gadania. Nie spotkasz się więcej z tym chłopakiem i już, rozumiesz?

Miłość między Kubą a Michałem mnie zachwyciła. Po raz pierwszy zobaczyłam pięknie rodzącą się miłość między dwojgiem mężczyzn. Nie wiem, czy tak to wygląda naprawdę, ale w sumie czemu nie, czemu rodzenie się miłości hetero miałoby przebiegać inaczej, niż miłości homoseksualnej? I czemu do cholery miałoby to komuś przeszkadzać? Ok, dziewczyna Kuby została zdradzona, ale co jej z tego, że trzyma go przy sobie uwiązanego ciążą, skoro wie, widzi, bo wszyscy to widzą, że on jej nie kocha, że jest z nią nieszczęśliwy i że ona też będzie nieszczęśliwa. Kuba żegna się z Mateuszem przez telefon, mówi, że nigdy się z nim nie zobaczy, więcej nie wyjaśnia. A mnie wkurza, że matka, w imię cholernego "co ludzie powiedzą", niszczy życie własnemu synowi.

Film kończy się prawdziwie smutno, nie powiem, jak.


Acha, jeszcze jedno. Już mi tam wpadły w oko jakieś recenzje filmu. Nie czytam, więc nie powiem, czy film jest górnych lotów, czy reżyser wspiął się na wyżyny swej twórczości. Nie wiem, czy nie pozostawił niczego wyobraźni widza, czy środki przekazu były zbyt oczywiste czy może zbyt zagmatwane. Nie będę czytać, czy sceny seksu były tam potrzebne czy nie (moim zdaniem były pokazane po prostu ładnie, choć nie bano się bezpośredniości). Nie umiem pisać recenzji, nie rozumiem większości z nich, gdzie zagęszczenie słów niezrozumiałych dla mnie na linijkę przerasta możliwości mojej percepcji. Tak więc powyższy tekst nie jest recenzją w żadnym tego słowa znaczeniu. Ja piszę tylko, że mi się podobał. koniec.

Tytuł filmu: "Płynące wieżowce"