37 lat na karku
Naukowcy nie są zgodni co do tego, czy jest to dużo czy mało. Według biologów jest to już posunięte w czasie stadium starzenia się organizmu, zdecydowanie w dół niż w górę. Wszelkie funkcje organizmu człowieczego są w fazie zaniku, demencji, wyniszczania, zastania się, przykurczu, marszczenia, na świetnej drodze do reumatyzmu. Człowiek może jeszcze nie maleje, nie garbi się - jeśli tylko dba o siebie, ale nie ma co się oszukiwać, czasu nie da się zatrzymać. Przy dobrych rokowaniach nie jest to jeszcze połowa życia, ale jest to do połowy życia się zbliżanie. Innego zdania są psychologowie. Według nich będąc w wieku 37 lat można być jeszcze całkowicie młodym - wszystko zależy od tego, jak człowiek się czuje. Uważają oni, że wieku człowieka nie należy wypatrywać w metryce i sprawności fizycznej, ale w stanie ducha, podejściu do życia, optymizmie. Psychologowie uważają, że postawa optymistycznego patrzenia na świat może w sposób widoczny cofać efekty starzenia się człowieka, bez względu na jego wiek biologiczny. Dlatego też, w tym przypadku, nie jest wskazanym pytanie "ile masz lat?", a "na ile lat się czujesz?". Socjolodzy uważają, że pojęcie starości jest uzależnionym od wielu czynników. Są na przykład zawody, gdzie bycie 37- latkiem predestynuje daną osobę na pozycję emeryta (np: w modelingu), podczas, gdy w innych zawodach może oznaczać dopiero początek dojrzałej kariery zawodowej (prawnik, lekarz i inne). Kobieta w tym wieku uważana bywa za kroczącą ku menopauzie, podczas gdy mężczyzna niespełna czterdziestoletni traktowany jest jako już nie głupi chłopiec, ale jeszcze nie "stary" - można by rzec "w rozkwicie". Naukowcy są jednak zgodni, że zdecydowanie nie jest to wiek, w którym należy uznać, że na wszystko jest za późno. Mając 37 lat można jeszcze wiele w swoim życiu zmienić. To właśnie wtedy człowiek jest w stanie powiedzieć, czego naprawdę pragnie, co go ciekawi, jak chciałby pokierować swoim życiem.
Bezsilność
Są na świecie rzeczy, wobec których jesteśmy bezsilni. Można te rzeczy poznawać, nazywać, obserwować
i zapisywać wyniki tych obserwacji, ale nie możemy tych rzeczy zmienić. Nie jest to w naszej mocy, jesteśmy wobec nich bez siły. Przykładów można podać tutaj wiele. W kategorii tej bez wątpienia mieszczą się wszelkie zjawiska pogodowe. Śnieg, deszcz, upał, słońce, mgła, mróz, silny wiatr - możemy te zjawiska przeklinać, szczerze ich nienawidzić, ale nie możemy ich zmienić. Żadną miarą. One są, niewzruszone, pojawiają się bez naszej woli i poza naszą kontrolą. Możemy tylko pogodzić się z tym, jak dzisiaj jest na zewnątrz i odpowiednio się ubrać. Rzecz tak się ma nie tylko z pogodą. Żeby tylko wymienić głupotę ludzką, polityków, zbyt szybko jeżdżących kierowców, naszą przeszłość, rodzinę, mijający czas naszego życia. Nie mamy na to wpływu, choć niestety mogą one mieć wpływ na nas. Jakkolwiek by jednak tupać nóżką, ilekolwiek by litrów łez wylewać, jakąkolwiek by ilość guzów nabijać waląc głową w ścianę, to głupi wokół nas zawsze pozostaną głupimi (w naszej ocenie, rzecz jasna), nasza przeszłość pozostanie niezmienna, a deszcz jak padał, tak będzie padać.
Bezradność
Jednak, nawiązując do hasła powyżej, czy jesteśmy wobec tych różnych czynników, mniej lub bardziej dokuczliwych, bezradni? Czy nie możemy nic poradzić na to, aby, mimo powyższych niezmiennych, poprawić jakość naszego życia? Pada deszcz? Jesteś wobec tego bezsilny. Czy jednak możesz coś na to poradzić? Zdaje się, że tak. Możesz zostać w domu, żeby się nie zmoczyć, możesz wziąć parasol, jeśli już musisz wyjść, możesz też zamówić taksówkę, żeby w miarę suchym dotrzeć tam, gdzie chcesz dotrzeć. Nie jesteś więc bezradny, jak się okazuje. Możesz albowiem coś na to poradzić. Spotykasz się z głupotą ludzką? No cóż, stoimy na stanowisku, że jesteś tutaj bezsilny. Człowieka nie zmienisz, jest jaki jest i takim pozostanie, póki sam nie zechce czegoś u siebie zmienić. Ale czy musisz na to bezradnie czekać? Nie, nie musisz. Możesz na przykład zerwać kontakt z taką osobą albo przynajmniej unikać jej tak, jak się da. Możesz udawać głuchego na jego słowa, ignorować. Masz głupiego szefa? Nie jesteś tutaj bezradny, choć wielu osobom wygodniej jest tak myśleć. Możesz pracę zmienić, a jeśli w niej pozostajesz, to nie łudź się - to jest twoja decyzja, twoje radzenie sobie z tą sytuacją. Jesteś tu bezsilny, ale nie jesteś bezradny. Nie jesteś.
Są osoby z tak zwaną wyuczoną bezradnością - im łatwiej jest myśleć, że nic nie mogą zmienić, że tak musi być, że muszą znosić swój przeklęty los. Siedzą tak, kiwają głowami w zadumie i cieszą się kiedy znajdzie się ktoś, kto pogłaszcze ich po głowie i przyklaśnie ich bezradności. Czują się wtedy tacy bardzo biedni, tacy warci uwagi innych, tacy godni pożałowania. W istocie - jest to postawa godna pożałowania. Ale ponieważ jesteśmy wobec niej bezsilni, zostawmy ją i odejdźmy na bezpieczną odległość.
Uczenie dzieci zabawy tematycznej przez dorosłych - ja bardzo przepraszam, ale to jest jakby oksymoron, nie będę komentować (choć nie zarzekam się, że nie napiszę kiedyś o tym dłuższego tekstu...).
Powyższe zestawienie pokazuje moje myśli dzisiaj. Nie przy okazji urodzin, raczej tak obok nich.
środa, 5 marca 2014
sobota, 1 marca 2014
nerwowe rozmyślania
Dzisiaj mnie roznosi, od samego rana jestem chodzącą bombą zegarową. Nie wiem czemu - TEN dzień cyklu, stres przed powrotem do pracy, niezamykająca się buzia mojego syna, atakująca pytaniami, opowiadaniami, samymi ważnymi spostrzeżeniami od wczesnego rana? Tra ta ta ta tra ta ta - osłaniam głowę, uciekam w bezpieczne miejsce, szukam jakiegoś cichego, pustego schronu. Nie ma, nie mogę znaleźć, nie mogę uciec. Aaaaaa!!!! Szlag mnie zaraz trafi! Ktoś najwyraźniej chce zmusić mnie do wyciągnięcia broni, ucieczka nie przejdzie tak łatwo. Chcesz spokoju? Huknij jakąś bombą, wrzeszcz, niech się wszyscy odpieprzą choć na jedną godzinkę!!
Musicie wiedzieć, że w takim oto nastroju jestem, bo choć już wieczór za oknem, ja ciągle czuję wibrowanie ciała, ręce trzęsą się niecierpliwie na widok każdej przeszkody. W głowie kotłują się myśli złorzeczące na najmniejszy przejaw głupoty, bezmyślności, zbyt głośnej zabawy czy wiecznie źle mi się wciskających klawiszy w tym idiotycznym komputerze. Szlag niech wszystko trafi. Jak czuję się tak, jak dzisiaj, moje zmysły działają na zwiększonych obrotach. Słuch słyszy każdy niepotrzebny szmer, dźwięk przekraczający tolerowaną przeze mnie częstotliwość, głos zbyt niski, zbyt roześmiany czy zbytnie rozgadanie innego osobnika budzi we mnie odruch zakrywania uszu i chęć ucieczki. Wzrok dostrzega każą anomalię w otoczeniu, wszelkie krzywizny, odchyły, gest zbyt szeroki, wzrok zbyt wpatrzony we mnie czy ubiór zdecydowanie nie na miejscu, wybrany bez gustu budzi we mnie odrazę czystej postaci. Dotyk zbyt nachalny, za słaby, za mocny, za mokry, za suchy są nie do zniesienia. Smród wszelki, zapach za mocny, za słodki, za kwaśny czy zbyt pospolity budzą we mnie instynkt zabójcy. Cały świat generalnie źle się wtedy kręci.
I w takim oto nastroju, będąc z synem na spacerze (myślałam, że może to pomoże) minęłam pewne przedszkole. W przedszkolu tym zawsze, bo mijałam je niejednokrotnie, okna są pozawieszane różnorakimi ozdobami. Widać, że panie się starają, kalkują starannie, wycinają, przyklejają tak, żeby z zewnątrz i od wewnątrz było ładnie. Niektórzy tak lubią, pewnym osobom tak się podoba. Według nich przedszkole to miejsce, gdzie infantylizm musi wyłazić każą dziurą - jak jeże to w bucikach i z parasolką, jak bocian leci do nas na wiosnę, to koniecznie z plecaczkiem na piórach. I dużo kolorów, tablic, gazetek, ozdóbek - niech dzieci oczopląsu dostaną, a nauczycielki z dumy pękają, że tak się napracowały.
Wyjdźmy jednak z tych dygresji i powróćmy do sceny, w której mijam z synem owo przedszkole. Syn okien nie zauważył, bo mknął dużo przede mną na rowerze. Ja natomiast, i owszem, na okienka sobie spojrzałam. No i mnie w tym dniu cyklu szlag trafił mały. Bo na oknach dumnie stoją przyklejone taśmą klejącą bałwany białe, śnieżki, jakieś sanki chyba - generalnie zima w pełni.
I zaraz po tym, jak minął mi mały wstrząs zwojów nerwów dziś i tak napiętych do granic możliwości, to nie wiedziałam, co czuć dalej: załamać się, śmiać się głośno czy rzucić tę robotę w cholerę. Bo nie wiem, czy tkwienie w tak skostniałym, chodzącym utartymi od wieków ścieżkami towarzystwie nie zaszkodzi za bardzo mojej inteligencji. A jak mi też tak się stanie? Jeśli ja też będę uparcie uczyła dzieci, że są cztery pory roku, które wyglądają tak i tak, podczas gdy za oknem będzie coś zupełnie innego? Nie, muszę się przed tym bronić całą siłą mego zdrowego rozsądku. No bo proszę mi wyjaśnić - po co wciskać dzieciom obrazki śnieżne i bałwany białe, jeśli od jakiegoś czasu zima przestaje przypominać siebie z dawnych lat, bo klimat się po prostu zmienia? Jaką skuteczność będą miały nasze rozmowy z dziećmi, jeśli za przykład dobrego zachowania będziemy mu dawać jakiegoś chłopczyka pięknie uczesanego, mówiącego ładne słowa z bajeczki wymyślonej 50 lat temu, jeśli dla takiego pięciolatka bohaterem jest Scooby czy Luke Skywalker? Po cholerę co roku budować ludziki z kasztanów (to chyba nasze babki już robiły, co?) skoro o wiele ciekawsze rzeczy można odkryć w jesieni? Ale nie - tak zawsze było w uświęconym naszym systemie przedszkolnym i tak być musi. Koniec i kropka. Bo tak mówi starsza koleżanka po fachu, bo tak mówi pani dyrektor, bo tak mówi najmądrzejsza na świecie pani kurator. Pokłony i posłuszeństwo. Zimą mają być bałwany i śnieg, jesienią ludziki z kasztanów, wiosną koniecznie sadzenie kwiatów, a latem o morzu i górach. I tak rok w rok, od wielu wielu lat. Dzieci się zmieniają, czasy się zmieniają, zmieniają się zabawki, jakimi dzieci się bawią, zmienia się sposób, w jaki spędzają wolny czas, zmieniają się ich zainteresowania, ale to nie ma znaczenia, bo gazetka zawsze w przedszkolach była i zawsze ma być. I nie pytać po co! (Ja raz zapytałam i nie uzyskałam odpowiedzi....). Dość gadania, proszę wycinać jeżyka w bucikach!
I potem to już tak idzie. W szkole trzeba się uczyć tego, co trzeba i koniec. Bo tak. Nauczyciel ma zawsze rację, bo tak. Macie ubierać się tak i tak, bo TAK. Wkuwać, zapamiętywać i piąteczki zbierać, bo tak. A jak nie, to po sprawowaniu polecimy. Bo tak.
Nienawidzę, powtarzam NIENAWIDZĘ (i to bez względu na dzień cyklu mojego), jak ktoś każe innym robić coś, bo tak ma być i już. To jest dla mnie marnowanie czasu na rzeczy nieważne kosztem tych, które naprawdę maja znaczenie w rozwoju młodego człowieka. Już od przedszkola. Nie znoszę ubierania głupot w ciuszki Autorytetu, Doświadczenia i wszędobylskiego JaWiemLepiej. Głupota zawsze pozostanie głupotą, bez względu na to, w co się przyodzieje. I tego się trzymajmy i głupoty się wystrzegajmy. Amen.
Już mi trochę lepiej.... :)
Musicie wiedzieć, że w takim oto nastroju jestem, bo choć już wieczór za oknem, ja ciągle czuję wibrowanie ciała, ręce trzęsą się niecierpliwie na widok każdej przeszkody. W głowie kotłują się myśli złorzeczące na najmniejszy przejaw głupoty, bezmyślności, zbyt głośnej zabawy czy wiecznie źle mi się wciskających klawiszy w tym idiotycznym komputerze. Szlag niech wszystko trafi. Jak czuję się tak, jak dzisiaj, moje zmysły działają na zwiększonych obrotach. Słuch słyszy każdy niepotrzebny szmer, dźwięk przekraczający tolerowaną przeze mnie częstotliwość, głos zbyt niski, zbyt roześmiany czy zbytnie rozgadanie innego osobnika budzi we mnie odruch zakrywania uszu i chęć ucieczki. Wzrok dostrzega każą anomalię w otoczeniu, wszelkie krzywizny, odchyły, gest zbyt szeroki, wzrok zbyt wpatrzony we mnie czy ubiór zdecydowanie nie na miejscu, wybrany bez gustu budzi we mnie odrazę czystej postaci. Dotyk zbyt nachalny, za słaby, za mocny, za mokry, za suchy są nie do zniesienia. Smród wszelki, zapach za mocny, za słodki, za kwaśny czy zbyt pospolity budzą we mnie instynkt zabójcy. Cały świat generalnie źle się wtedy kręci.
I w takim oto nastroju, będąc z synem na spacerze (myślałam, że może to pomoże) minęłam pewne przedszkole. W przedszkolu tym zawsze, bo mijałam je niejednokrotnie, okna są pozawieszane różnorakimi ozdobami. Widać, że panie się starają, kalkują starannie, wycinają, przyklejają tak, żeby z zewnątrz i od wewnątrz było ładnie. Niektórzy tak lubią, pewnym osobom tak się podoba. Według nich przedszkole to miejsce, gdzie infantylizm musi wyłazić każą dziurą - jak jeże to w bucikach i z parasolką, jak bocian leci do nas na wiosnę, to koniecznie z plecaczkiem na piórach. I dużo kolorów, tablic, gazetek, ozdóbek - niech dzieci oczopląsu dostaną, a nauczycielki z dumy pękają, że tak się napracowały.
Wyjdźmy jednak z tych dygresji i powróćmy do sceny, w której mijam z synem owo przedszkole. Syn okien nie zauważył, bo mknął dużo przede mną na rowerze. Ja natomiast, i owszem, na okienka sobie spojrzałam. No i mnie w tym dniu cyklu szlag trafił mały. Bo na oknach dumnie stoją przyklejone taśmą klejącą bałwany białe, śnieżki, jakieś sanki chyba - generalnie zima w pełni.
I zaraz po tym, jak minął mi mały wstrząs zwojów nerwów dziś i tak napiętych do granic możliwości, to nie wiedziałam, co czuć dalej: załamać się, śmiać się głośno czy rzucić tę robotę w cholerę. Bo nie wiem, czy tkwienie w tak skostniałym, chodzącym utartymi od wieków ścieżkami towarzystwie nie zaszkodzi za bardzo mojej inteligencji. A jak mi też tak się stanie? Jeśli ja też będę uparcie uczyła dzieci, że są cztery pory roku, które wyglądają tak i tak, podczas gdy za oknem będzie coś zupełnie innego? Nie, muszę się przed tym bronić całą siłą mego zdrowego rozsądku. No bo proszę mi wyjaśnić - po co wciskać dzieciom obrazki śnieżne i bałwany białe, jeśli od jakiegoś czasu zima przestaje przypominać siebie z dawnych lat, bo klimat się po prostu zmienia? Jaką skuteczność będą miały nasze rozmowy z dziećmi, jeśli za przykład dobrego zachowania będziemy mu dawać jakiegoś chłopczyka pięknie uczesanego, mówiącego ładne słowa z bajeczki wymyślonej 50 lat temu, jeśli dla takiego pięciolatka bohaterem jest Scooby czy Luke Skywalker? Po cholerę co roku budować ludziki z kasztanów (to chyba nasze babki już robiły, co?) skoro o wiele ciekawsze rzeczy można odkryć w jesieni? Ale nie - tak zawsze było w uświęconym naszym systemie przedszkolnym i tak być musi. Koniec i kropka. Bo tak mówi starsza koleżanka po fachu, bo tak mówi pani dyrektor, bo tak mówi najmądrzejsza na świecie pani kurator. Pokłony i posłuszeństwo. Zimą mają być bałwany i śnieg, jesienią ludziki z kasztanów, wiosną koniecznie sadzenie kwiatów, a latem o morzu i górach. I tak rok w rok, od wielu wielu lat. Dzieci się zmieniają, czasy się zmieniają, zmieniają się zabawki, jakimi dzieci się bawią, zmienia się sposób, w jaki spędzają wolny czas, zmieniają się ich zainteresowania, ale to nie ma znaczenia, bo gazetka zawsze w przedszkolach była i zawsze ma być. I nie pytać po co! (Ja raz zapytałam i nie uzyskałam odpowiedzi....). Dość gadania, proszę wycinać jeżyka w bucikach!
I potem to już tak idzie. W szkole trzeba się uczyć tego, co trzeba i koniec. Bo tak. Nauczyciel ma zawsze rację, bo tak. Macie ubierać się tak i tak, bo TAK. Wkuwać, zapamiętywać i piąteczki zbierać, bo tak. A jak nie, to po sprawowaniu polecimy. Bo tak.
Nienawidzę, powtarzam NIENAWIDZĘ (i to bez względu na dzień cyklu mojego), jak ktoś każe innym robić coś, bo tak ma być i już. To jest dla mnie marnowanie czasu na rzeczy nieważne kosztem tych, które naprawdę maja znaczenie w rozwoju młodego człowieka. Już od przedszkola. Nie znoszę ubierania głupot w ciuszki Autorytetu, Doświadczenia i wszędobylskiego JaWiemLepiej. Głupota zawsze pozostanie głupotą, bez względu na to, w co się przyodzieje. I tego się trzymajmy i głupoty się wystrzegajmy. Amen.
Już mi trochę lepiej.... :)
czwartek, 27 lutego 2014
prezent
"Pamiętaj, że wszystko w twoim życiu jest w nim tylko i wyłącznie z jednego powodu: aby dać ci możliwość przemiany"
(Yehuda Berg "The Power of Kabbalah")
środa, 26 lutego 2014
o człowieku - wprawka nr 1
Zacznę od wstępu, celem wyjaśnienia tudzież wytłumaczenia się. Aby część ta była również wizualnie oddzielona od klu tego wpisu, napisze ją kursywą. Oto i ono - wyjaśnienie.
Nie lubię nie pisać, nie lubię mieć długiej przerwy między jednym a drugim wpisem. Nie po to założyłam tego bloga - żeby pisać od czasu do czasu. Moim zamiarem było wprawiać się w pisaniu, ćwiczyć tę umiejętność pisząc krótkie teksty na tematy różne. Chciałam też te teksty publikować - marzy mi się być pisarka z prawdziwego zdarzenia albo panią od felietonów w jakimś szanującym się piśmie. No naprawdę, tak mi się marzy. Żeby więc to swoje marzenie choć troszeczkę urealnić, to postanowiłam publikować własnym sumptem, co w czasach internetu jest po prostu bardzo łatwe. Stąd tu jestem. Z "pracą" taką niepłatną jest jednak różnie. Bata nad głową nie ma, nikt terminów nie wyznacza, szef wkurzony nie dzwoni - słowem, to ja decyduję o częstotliwości pojawiania się moich wpisów. I tak jak łatwizną jest napisać tekst o czymś co mnie poruszy, wzruszy, wkurzy lub ucieszy, tak o wiele trudniej jest pisać, kiedy nic szczególnego się wokół nie dzieje. Jasne, mogłabym pisać tylko pod natchnieniem. Ale nie zależy mi na takim po najmniejszej linii oporu chodzeniu, ja chcę doskonalić swój warsztat, a nic nie czyni z człowieka mistrza tak, jak nieustanne ćwiczenie. Podobno. Gdzieś kiedyś usłyszałam, że pisanie nie polega tylko na czekaniu na natchnienie, ale na siadaniu przed czystą kartką i po prostu pisaniu. Tak więc, kończąc to przydługie wyjaśnienie, postanowiłam siadać i pisać, nawet jak mi się nie chce, nawet wtedy, kiedy żaden szczególny temat mnie w głowę moją utlenioną nie rąbnie. Oto więc i jestem. Będę się wprawiać. Dzisiaj o człowieku trochę napiszę, mam w planie napisać kilka tekstów o człowieku, co mnie w nim zastanawia, dziwi, bulwersuje, skąd się u niego różne rzeczy biorą. I tak.
Kursywę tymi słowy zamykam.
Proszę sobie wyobrazić człowieka. A jako że jestem kobietą i sposób myślenia osobników płci żeńskiej jest mi bliższy, to proszę sobie wyobrazić kobietę. Już? Dobrze. Niech stoi sama, przynajmniej na razie. I bardzo proszę, żeby była naga. Tak, tak - ma być naga. Proszę się nie dziwić ani nie bulwersować - to jest tylko hipotetyczna kobieta, w hipotetycznym miejscu, bez hipotetycznego ubrania na sobie. Kobieta ta nie ma sobie nic do zarzucenia. Jest taka, jak ją pan bóg stworzył. Dba o siebie i swoje potrzeby - gdy jest głodna, to je, gdy chce jej się spać, to idzie spać, gdy czuje się brudna, to się myje, gdy brakuje jej pieniędzy, to... No właśnie, gdy brakuje jej pieniędzy, to postanawia znaleźć sobie pracę. Jakąś przyjemną w miarę, żeby spędzanie w niej czasu nie było udręką. Nie ma powodu, żeby sobie niepotrzebnych trosk w życiu nakładać, prawda? Kobieta wie, że aby znaleźć pracę, trzeba się ubrać, podobno to jest bardzo ważne, żeby się ubrać. Tak więc kobieta idzie do sklepu z ubraniami. Pracująca tam inna kobieta (zbieg okoliczności) podnosi głowę znad czytanej gazety i omiata krytycznym wzrokiem przybyłą. Kobieta nasza naga czuje się nieswojo. Coś ze mną nie tak? Jestem brudna, śmierdzę? Spostrzega lustro za wieszakami, idzie do niego powoli, żeby sprawdzić, czy coś jest na rzeczy. Spogląda w wielkie lustro, które odbija całą jej sylwetkę. Mhm, wszystko w porządku - jestem czysta, w nic nie wdepnęłam, generalnie jest ok. No nic, może się jej zdawało, może ekspedientka wcale na nią krzywo nie patrzyła?
Podchodzi do lady.
- Chciałabym się ubrać.
- W to nie wątpię - powiedziała jednak niezbyt uprzejmie ekspedientka - a jakie ubrania konkretnie panią interesują?
- Ładne. Chciałabym znaleźć pracę, a podobno to bardzo ważne, żeby do pracy się odpowiednio ubierać.
- Mhm, rozumiem. Niestety, obawiam się, że źle pani trafiła. Szczerze wątpię, żeby znalazła pani tutaj coś odpowiedniego dla siebie.
Kobieta naga rozejrzała się po sklepie.
- Przecież tutaj jest mnóstwo ubrań - zauważyła zdziwiona
- No tak - westchnęła sprzedawczyni, a jej mina mówiła "a zapowiadał się taki spokojny dzień" - ale nie sądzę, żeby którekolwiek z nich pasowały na panią.
- Dlaczego? Nie ma tutaj ubrań, które pasują do pracy?
- Są, i owszem, ale....
Kobieta w ubraniu odetchnęła głęboko, policzyła w myśli do dziesięciu i tchnięta tą pewnego specyficznego rodzaju litością i poczuciem misji, najspokojniej, jak mogła, powiedziała:
- Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale jest pani za gruba na te ubrania. Pani sylwetka, no cóż, jest daleko poza normą, z myślą o której szyto tę kolekcję.
Kobieta naga spojrzała na ekspedientkę tak, jakby ta dopiero co wysiadła z latającego krążka i przywitała ją w języku marsjańskim.
- Słucham??!! - zapytała zaskoczona
Ekspedientka "mam tu misję" pomyślała, że trafił jej się trudny przypadek. No cóż, nie takie się w życiu rzeczy robiło, prawda? W końcu po to są kobiety, żeby sobie nawzajem pomagać, kto wie, może będzie jej to policzone w dniach sądu ostatecznego.
- Nie ma co gadać, pokażę pani. - powiedziała i pociągnęła swoją klientkę w stronę lustra. - Proszę spojrzeć. Jest pani dużo za duża! Uda - za grube, w ogóle nogi jakby bez grama mięśni, za to tłuszczem oblane. Zresztą -cała jest pani, za przeproszeniem, w tłuszczu. Ten brzuch, proszę spojrzeć na swój brzuch. Niech pani stanie bokiem. Widzi to pani? Wystaje pani wielki brzuch! W jaką spódnicę chciałaby pani ten brzuch zmieścić? Ciążowe ciuchy to nie w tym sklepie. A piersi?! - rozochociła się sprzedawczyni - No kochana, w naszych czasach takie rzeczy można chirurgicznie korygować - można zmniejszyć, zwiększyć, ujędrnić. Bo wie pani, pewnych rzeczy to nawet porządny stanik nie ukryje!
Kobieta nasza hipotetyczna nagle poczuła się brzydka. Im bardziej dostrzegała rzeczy, o których mówiła jej ta obca kobieta, tym trudniej jej było na siebie patrzeć. Jak mogła do tej pory nie zauważyć, że ma za dużo tłuszczu? Jak mogła tolerować u siebie taki obtłuszczony brzuch?! Nogi - ma brzydkie, krzywe i grube nogi! Faktycznie, nie da się ukryć. Jak z takim obleśnym wyglądem znajdzie jakąś pracę? Gdzie ona miała oczy?? Zachciało jej się płakać, chciała się schować, nagle poczuła się bardzo naga. Zakryła twarz dłońmi i zaszlochała. Przykucnęła, żeby już ta kobieta ze sklepu przestała na nią patrzeć, żeby jej nie widziała. Taki wstyd! Takie upokorzenie!
Kobieta w ubraniu w słusznym jedynie rozmiarze zamilkła. Postanowiła pomóc tej kobiecie, bo wygląda na to, że nie była świadoma swoich mankamentów.
- Spokojnie - powiedziała - proszę się opanować. Niech pani usiądzie i popatrzy na mnie. No już. Moja droga, jest źle, ale może być lepiej. Wystarczy wziąć się za siebie. Grunt to dieta i porządna porcja ćwiczeń. O, już wiem - kobieta w ubraniu wstała, podeszła do lady i wzięła leżącą tam gazetę - Proszę popatrzeć na te zdjęcia - takie kobiety są piękne. Tak należy wyglądać, a wtedy może sobie pani kupować w moim sklepie ile dusza zapragnie.
Kobieta w okrutny sposób naga spojrzała na zdjęcia w czasopiśmie. Przedstawiały one kobiety nad wyraz szczupłe, wysokie i pięknie ubrane. Wyglądały zjawiskowo. Kobieta bez ubrania postanowiła, że będzie wyglądać tak, jak one. Będzie piękna. Będzie podobać się sprzedawczyni i innym kobietom. Będzie mogła spokojnie na siebie patrzeć w lustrze. I nigdy przenigdy nie dopuści to takiego upokorzenia, jakie spotkało ją dzisiaj. To jej ostatni dzień bycia tłustą. Od tej chwili zrobi wszystko, żeby schudnąć.
I wyszła ze sklepu.
I już nic nie było takie, jak przedtem.
Mimo głodu kobieta nie jadła, mimo zmęczenia nie odpoczywała, głosy bliskich mimo uszu puszczała. Tłumaczyła sobie, że jej zazdroszczą. Tłuszczu w jej ciele nie było wcale, zamiast nich uwidoczniły się kości, ścięgna, skóra. Czuła się piękna, wiedziała, że jest piękna. Bo tak mówi sprzedawczyni, bo tak mówi wiele innych kobiet, bo tak napisali w czasopiśmie. Po jakimś czasie została stałą klientką owego sklepu, który będąc na początku świadkiem jej upadku, był teraz świadkiem jej odrodzenia.
Co ja widzę w człowieku, co widzę w sobie? Widzę wielką potrzebę podobania się innym, chęć bycia jak inni, żeby zdobyć ich uznanie. Lubimy myśleć, że nam zazdroszczą, nie lubimy myśleć, że uważają nas za brzydkie, nieatrakcyjne. Dlaczego my kobiety wiecznie się odchudzamy? Dlaczego tak bardzo zależy nam na byciu pięknym w ogólnie uznany sposób? Skąd ta podatność na presję otoczenia? Kto mi powie?
Nie lubię nie pisać, nie lubię mieć długiej przerwy między jednym a drugim wpisem. Nie po to założyłam tego bloga - żeby pisać od czasu do czasu. Moim zamiarem było wprawiać się w pisaniu, ćwiczyć tę umiejętność pisząc krótkie teksty na tematy różne. Chciałam też te teksty publikować - marzy mi się być pisarka z prawdziwego zdarzenia albo panią od felietonów w jakimś szanującym się piśmie. No naprawdę, tak mi się marzy. Żeby więc to swoje marzenie choć troszeczkę urealnić, to postanowiłam publikować własnym sumptem, co w czasach internetu jest po prostu bardzo łatwe. Stąd tu jestem. Z "pracą" taką niepłatną jest jednak różnie. Bata nad głową nie ma, nikt terminów nie wyznacza, szef wkurzony nie dzwoni - słowem, to ja decyduję o częstotliwości pojawiania się moich wpisów. I tak jak łatwizną jest napisać tekst o czymś co mnie poruszy, wzruszy, wkurzy lub ucieszy, tak o wiele trudniej jest pisać, kiedy nic szczególnego się wokół nie dzieje. Jasne, mogłabym pisać tylko pod natchnieniem. Ale nie zależy mi na takim po najmniejszej linii oporu chodzeniu, ja chcę doskonalić swój warsztat, a nic nie czyni z człowieka mistrza tak, jak nieustanne ćwiczenie. Podobno. Gdzieś kiedyś usłyszałam, że pisanie nie polega tylko na czekaniu na natchnienie, ale na siadaniu przed czystą kartką i po prostu pisaniu. Tak więc, kończąc to przydługie wyjaśnienie, postanowiłam siadać i pisać, nawet jak mi się nie chce, nawet wtedy, kiedy żaden szczególny temat mnie w głowę moją utlenioną nie rąbnie. Oto więc i jestem. Będę się wprawiać. Dzisiaj o człowieku trochę napiszę, mam w planie napisać kilka tekstów o człowieku, co mnie w nim zastanawia, dziwi, bulwersuje, skąd się u niego różne rzeczy biorą. I tak.
Kursywę tymi słowy zamykam.
Proszę sobie wyobrazić człowieka. A jako że jestem kobietą i sposób myślenia osobników płci żeńskiej jest mi bliższy, to proszę sobie wyobrazić kobietę. Już? Dobrze. Niech stoi sama, przynajmniej na razie. I bardzo proszę, żeby była naga. Tak, tak - ma być naga. Proszę się nie dziwić ani nie bulwersować - to jest tylko hipotetyczna kobieta, w hipotetycznym miejscu, bez hipotetycznego ubrania na sobie. Kobieta ta nie ma sobie nic do zarzucenia. Jest taka, jak ją pan bóg stworzył. Dba o siebie i swoje potrzeby - gdy jest głodna, to je, gdy chce jej się spać, to idzie spać, gdy czuje się brudna, to się myje, gdy brakuje jej pieniędzy, to... No właśnie, gdy brakuje jej pieniędzy, to postanawia znaleźć sobie pracę. Jakąś przyjemną w miarę, żeby spędzanie w niej czasu nie było udręką. Nie ma powodu, żeby sobie niepotrzebnych trosk w życiu nakładać, prawda? Kobieta wie, że aby znaleźć pracę, trzeba się ubrać, podobno to jest bardzo ważne, żeby się ubrać. Tak więc kobieta idzie do sklepu z ubraniami. Pracująca tam inna kobieta (zbieg okoliczności) podnosi głowę znad czytanej gazety i omiata krytycznym wzrokiem przybyłą. Kobieta nasza naga czuje się nieswojo. Coś ze mną nie tak? Jestem brudna, śmierdzę? Spostrzega lustro za wieszakami, idzie do niego powoli, żeby sprawdzić, czy coś jest na rzeczy. Spogląda w wielkie lustro, które odbija całą jej sylwetkę. Mhm, wszystko w porządku - jestem czysta, w nic nie wdepnęłam, generalnie jest ok. No nic, może się jej zdawało, może ekspedientka wcale na nią krzywo nie patrzyła?
Podchodzi do lady.
- Chciałabym się ubrać.
- W to nie wątpię - powiedziała jednak niezbyt uprzejmie ekspedientka - a jakie ubrania konkretnie panią interesują?
- Ładne. Chciałabym znaleźć pracę, a podobno to bardzo ważne, żeby do pracy się odpowiednio ubierać.
- Mhm, rozumiem. Niestety, obawiam się, że źle pani trafiła. Szczerze wątpię, żeby znalazła pani tutaj coś odpowiedniego dla siebie.
Kobieta naga rozejrzała się po sklepie.
- Przecież tutaj jest mnóstwo ubrań - zauważyła zdziwiona
- No tak - westchnęła sprzedawczyni, a jej mina mówiła "a zapowiadał się taki spokojny dzień" - ale nie sądzę, żeby którekolwiek z nich pasowały na panią.
- Dlaczego? Nie ma tutaj ubrań, które pasują do pracy?
- Są, i owszem, ale....
Kobieta w ubraniu odetchnęła głęboko, policzyła w myśli do dziesięciu i tchnięta tą pewnego specyficznego rodzaju litością i poczuciem misji, najspokojniej, jak mogła, powiedziała:
- Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale jest pani za gruba na te ubrania. Pani sylwetka, no cóż, jest daleko poza normą, z myślą o której szyto tę kolekcję.
Kobieta naga spojrzała na ekspedientkę tak, jakby ta dopiero co wysiadła z latającego krążka i przywitała ją w języku marsjańskim.
- Słucham??!! - zapytała zaskoczona
Ekspedientka "mam tu misję" pomyślała, że trafił jej się trudny przypadek. No cóż, nie takie się w życiu rzeczy robiło, prawda? W końcu po to są kobiety, żeby sobie nawzajem pomagać, kto wie, może będzie jej to policzone w dniach sądu ostatecznego.
- Nie ma co gadać, pokażę pani. - powiedziała i pociągnęła swoją klientkę w stronę lustra. - Proszę spojrzeć. Jest pani dużo za duża! Uda - za grube, w ogóle nogi jakby bez grama mięśni, za to tłuszczem oblane. Zresztą -cała jest pani, za przeproszeniem, w tłuszczu. Ten brzuch, proszę spojrzeć na swój brzuch. Niech pani stanie bokiem. Widzi to pani? Wystaje pani wielki brzuch! W jaką spódnicę chciałaby pani ten brzuch zmieścić? Ciążowe ciuchy to nie w tym sklepie. A piersi?! - rozochociła się sprzedawczyni - No kochana, w naszych czasach takie rzeczy można chirurgicznie korygować - można zmniejszyć, zwiększyć, ujędrnić. Bo wie pani, pewnych rzeczy to nawet porządny stanik nie ukryje!
Kobieta nasza hipotetyczna nagle poczuła się brzydka. Im bardziej dostrzegała rzeczy, o których mówiła jej ta obca kobieta, tym trudniej jej było na siebie patrzeć. Jak mogła do tej pory nie zauważyć, że ma za dużo tłuszczu? Jak mogła tolerować u siebie taki obtłuszczony brzuch?! Nogi - ma brzydkie, krzywe i grube nogi! Faktycznie, nie da się ukryć. Jak z takim obleśnym wyglądem znajdzie jakąś pracę? Gdzie ona miała oczy?? Zachciało jej się płakać, chciała się schować, nagle poczuła się bardzo naga. Zakryła twarz dłońmi i zaszlochała. Przykucnęła, żeby już ta kobieta ze sklepu przestała na nią patrzeć, żeby jej nie widziała. Taki wstyd! Takie upokorzenie!
Kobieta w ubraniu w słusznym jedynie rozmiarze zamilkła. Postanowiła pomóc tej kobiecie, bo wygląda na to, że nie była świadoma swoich mankamentów.
- Spokojnie - powiedziała - proszę się opanować. Niech pani usiądzie i popatrzy na mnie. No już. Moja droga, jest źle, ale może być lepiej. Wystarczy wziąć się za siebie. Grunt to dieta i porządna porcja ćwiczeń. O, już wiem - kobieta w ubraniu wstała, podeszła do lady i wzięła leżącą tam gazetę - Proszę popatrzeć na te zdjęcia - takie kobiety są piękne. Tak należy wyglądać, a wtedy może sobie pani kupować w moim sklepie ile dusza zapragnie.
Kobieta w okrutny sposób naga spojrzała na zdjęcia w czasopiśmie. Przedstawiały one kobiety nad wyraz szczupłe, wysokie i pięknie ubrane. Wyglądały zjawiskowo. Kobieta bez ubrania postanowiła, że będzie wyglądać tak, jak one. Będzie piękna. Będzie podobać się sprzedawczyni i innym kobietom. Będzie mogła spokojnie na siebie patrzeć w lustrze. I nigdy przenigdy nie dopuści to takiego upokorzenia, jakie spotkało ją dzisiaj. To jej ostatni dzień bycia tłustą. Od tej chwili zrobi wszystko, żeby schudnąć.
I wyszła ze sklepu.
I już nic nie było takie, jak przedtem.
Mimo głodu kobieta nie jadła, mimo zmęczenia nie odpoczywała, głosy bliskich mimo uszu puszczała. Tłumaczyła sobie, że jej zazdroszczą. Tłuszczu w jej ciele nie było wcale, zamiast nich uwidoczniły się kości, ścięgna, skóra. Czuła się piękna, wiedziała, że jest piękna. Bo tak mówi sprzedawczyni, bo tak mówi wiele innych kobiet, bo tak napisali w czasopiśmie. Po jakimś czasie została stałą klientką owego sklepu, który będąc na początku świadkiem jej upadku, był teraz świadkiem jej odrodzenia.
Co ja widzę w człowieku, co widzę w sobie? Widzę wielką potrzebę podobania się innym, chęć bycia jak inni, żeby zdobyć ich uznanie. Lubimy myśleć, że nam zazdroszczą, nie lubimy myśleć, że uważają nas za brzydkie, nieatrakcyjne. Dlaczego my kobiety wiecznie się odchudzamy? Dlaczego tak bardzo zależy nam na byciu pięknym w ogólnie uznany sposób? Skąd ta podatność na presję otoczenia? Kto mi powie?
sobota, 8 lutego 2014
lista S
Lubicie stereotypy? Nie, na pewno nie. To nie jest modne lubić stereotypy. Nawet, jeśli się je niechcący czy z przyzwyczajenia wyznaje i uznaje, to na pewno nie jest dobrze się do nich przyznawać. Ja oczywiście też nie lubię stereotypów i choć piszę to jakby z pełnym przekonaniem, to nie łudzę się, że jestem od stereotypowego myślenia zupełnie wolna.
Dlaczego o stereotypach? Bo właśnie przeczytałam książkę, która oprócz tego, że stała się dla mnie źródłem wiedzy geograficznej i historycznej, oprócz tego, że czytało się ją doskonale, że poruszała moją wyobraźnię, duszę i emocje, spać nie dawała, to jeszcze na dodatek można tą opowieścią sporo stereotypów złamać.
A przynajmniej przyjąć do wiadomości, że to wcale nie musi tak być, jak ludzie myślą, że być musi.
Stereotyp nr 1
Miałaś (łamane przez miałeś) trudne dzieciństwo? Oho, to z całą pewnością będziesz miała (łamane przez miał) trudne życie. Bez psychoterapeuty, zaufanego przyjaciela czy bloga ani rusz. Złe dzieciństwo łamie życie. Na pewno. Nie masz szans być silną osobą i wyjść na prostą, jeśli na przykład:
a) twój ojciec był alkoholikiem i zgwałcił cię po pijanemu,
b) matka zaniedbywała cię nieustannie, nie dbając o trzy posiłki dziennie w twoim menu,
c) przeżyłaś wojnę, powódź, pożar, trzęsienie ziemi lub też komornik wywalił twoją rodzinę na bruk,
d) jakieś inne niewyobrażalnie trudne przeżycie.
Teraz, będąc dorosłą, możesz tylko ciągnąć swój żywot jako tako, cierpiąc wewnętrzne katusze i zazdroszcząc innym ich sielankowego życia. Teraz, jako dorosła (łamane przez dorosły) nie masz szans najmniejszych na szczęście, nie łudź się - trauma swoje zrobiła, czasu nie cofniesz. No, może jak dokopiesz się do źródła swego nieszczęście w toku wieloletniej psychoterapii (nie krótszej, nigdy nie krótszej!), przerobisz to, przeżyjesz raz jeszcze i uporządkujesz, to może sny będą piękniejsze. Ale nie łudź się - będziesz już wtedy zbyt stara (łamane przez stary), żeby coś ze sobą jeszcze pożytecznego zrobić.
Stereotyp nr 2
Matka zawsze kocha swoje dzieci bezgranicznie i bezinteresownie. Już w momencie porodu ma uczucie uczestniczenia w cudzie, którego żadem mężczyzna nie jest w stanie zrozumieć. I nigdy nie zrozumie. Te małe stópki, ciałko pomarszczone, krwią jeszcze umazane, ten płacz pierwszy, położenie na piersi, przytulenie. Ta ulga po godzinach pełnych bólu - bólu, którego już się nie pamięta, kiedy patrzy się na to cudowne, małe stworzenie. Czy to możliwe, że ja je wydałam na świat? - pyta siebie pełna wzruszenia matka. Od teraz już nic nie będzie takie samo. Już nic z tego, co ważne dotąd było ważnym nie będzie. Bo cóż może konkurować w życiu kobiety z tą małą istotką, z tym potencjałem, nad którym od teraz trzeba czuwać, troszczyć się i chronić przed złem tego świata? Nie, nie ma takiej rzeczy w życiu matki, dla matki najważniejsze jest jej dziecko. Matka, która stawić by śmiała cokolwiek innego ponad dobro swego dziecka i nad własne dla niego poświęcenie, jest złą matką, niegodną i złe dzieciństwo temu dziecku serwuje, które potem zniszczy mu życie (patrz stereotyp nr 1).
Matka potrafi też w naturalnie dany jej sposób kochać każde ze swoich dzieci jednakowo. Nie wyróżnia żadnego z nich kosztem drugiego, żadnego też z nich nie krzywdzi bardziej niż pozostałych. Ani świadomie, ani przez pomyłkę czy niedopatrzenie. Matkom się to po prostu nie zdarza. Pokłady miłości są w niej ogromne, źródłem niewyczerpanym płyną ku każdej latorośli, którą pod sercem przecież przez 9 miesięcy nosiła. I tak, jak ojca da się zastąpić innym opiekunem, tak matka była, jest i zawsze będzie tylko jedna.
Stereotyp nr 3
Osobie w wieku sędziwym należy się szacunek. Pokłady mądrości życiowej, doświadczeń, lat i zmarszczek, a także słabości ciała, jakie w sobie i na sobie nosi - nie godzi się takiej osobie ubliżać, mówić prawdy prosto w oczy, jeśli jest bolesna czy nie ustępować miejsca w autobusie. Więcej, młodzi nie tylko powinni takie osoby szanować, ale też możliwie brać garściami z tej studni dobrych i złych doświadczeń, rad sprawdzonych, bo wypróbowanych, zanim źródło zaschnie i zostanie piachem przysypane. Seniorzy zresztą chętnie się tym, co mają, podzielą. Są osobami otwartymi, spokojnymi, łagodnie nastawionymi do innych. Klną mało lub nie klną wcale - toż to nieocenione źródło poprawnego języka ojczystego. Dobrze, są może trochę staroświeccy - nie można z nimi porozmawiać o seksie, zapalić razem papieroska, poserfować po necie czy założyć konta na facebooku, ale czyż nie na tym między innymi polega ich urok? Już nie ma wielu takich ludzi, są jak rzadkie eksponaty w muzeum. Czemu by nie skorzystać? Owszem, bywają też marudni, oczekują, że wszyscy dookoła muszą się nimi zajmować, bo są starzy i niedołężni, chcą litości, nurzają się w tej swojej starości traktując ją jak przywilej. Ale na to trzeba przystać, zapłacić tę niewielką ostatecznie cenę, żeby w zamian dostać znacznie więcej.
Stereotyp nr 4
Starsze osoby nie znają się na komputerze. Nie są w stanie zrozumieć takich słów jak internet, komunikator, e-mail czy portal społecznościowy. Są na to za głupi.
Wiecie, co na tą listę "S" prawdopodobnie powiedziałaby bohaterka książki "Kobieta w 1000 st. C", siedemdziesięcioletnia Herra? Myślę, że powiedziałaby "gówno prawda!". Leżąc w swoim łóżku, w wynajmowanym garażu, ze swoim rakiem i nałogowym paleniem papierosów zaśmiałaby się na tyle, na ile pozwoliłoby jej zdrowie i powiedziałaby "gówno prawda! co wy tam wiecie! pieprzenie takie...". Kobieta ta na ponad 400 stronach książki H. Helgasona opowiada o swoim życiu. Niełatwym, wojennym, gwałconym, osieracanym i w sumie samotnym. Masakra, materiał na trwającą całe życie i nie rokującą dobrze psychoterapię wspomaganą farmakologią. Ha, chcielibyście! To niesamowite, ile ta dziewczynka, kobieta i staruszka zniosła. I to z podniesioną głową.
Historia choć w sumie smutna to piękna. Choć rozdzierająca momentami serce, to jednak podnosząca jakoś na duchu. Choć jakby nieprawdopodobna, a jednak podobno wydarzyła się naprawdę. Polecam mocno.

Dlaczego o stereotypach? Bo właśnie przeczytałam książkę, która oprócz tego, że stała się dla mnie źródłem wiedzy geograficznej i historycznej, oprócz tego, że czytało się ją doskonale, że poruszała moją wyobraźnię, duszę i emocje, spać nie dawała, to jeszcze na dodatek można tą opowieścią sporo stereotypów złamać.
A przynajmniej przyjąć do wiadomości, że to wcale nie musi tak być, jak ludzie myślą, że być musi.
Stereotyp nr 1
Miałaś (łamane przez miałeś) trudne dzieciństwo? Oho, to z całą pewnością będziesz miała (łamane przez miał) trudne życie. Bez psychoterapeuty, zaufanego przyjaciela czy bloga ani rusz. Złe dzieciństwo łamie życie. Na pewno. Nie masz szans być silną osobą i wyjść na prostą, jeśli na przykład:
a) twój ojciec był alkoholikiem i zgwałcił cię po pijanemu,
b) matka zaniedbywała cię nieustannie, nie dbając o trzy posiłki dziennie w twoim menu,
c) przeżyłaś wojnę, powódź, pożar, trzęsienie ziemi lub też komornik wywalił twoją rodzinę na bruk,
d) jakieś inne niewyobrażalnie trudne przeżycie.
Teraz, będąc dorosłą, możesz tylko ciągnąć swój żywot jako tako, cierpiąc wewnętrzne katusze i zazdroszcząc innym ich sielankowego życia. Teraz, jako dorosła (łamane przez dorosły) nie masz szans najmniejszych na szczęście, nie łudź się - trauma swoje zrobiła, czasu nie cofniesz. No, może jak dokopiesz się do źródła swego nieszczęście w toku wieloletniej psychoterapii (nie krótszej, nigdy nie krótszej!), przerobisz to, przeżyjesz raz jeszcze i uporządkujesz, to może sny będą piękniejsze. Ale nie łudź się - będziesz już wtedy zbyt stara (łamane przez stary), żeby coś ze sobą jeszcze pożytecznego zrobić.
Stereotyp nr 2
Matka zawsze kocha swoje dzieci bezgranicznie i bezinteresownie. Już w momencie porodu ma uczucie uczestniczenia w cudzie, którego żadem mężczyzna nie jest w stanie zrozumieć. I nigdy nie zrozumie. Te małe stópki, ciałko pomarszczone, krwią jeszcze umazane, ten płacz pierwszy, położenie na piersi, przytulenie. Ta ulga po godzinach pełnych bólu - bólu, którego już się nie pamięta, kiedy patrzy się na to cudowne, małe stworzenie. Czy to możliwe, że ja je wydałam na świat? - pyta siebie pełna wzruszenia matka. Od teraz już nic nie będzie takie samo. Już nic z tego, co ważne dotąd było ważnym nie będzie. Bo cóż może konkurować w życiu kobiety z tą małą istotką, z tym potencjałem, nad którym od teraz trzeba czuwać, troszczyć się i chronić przed złem tego świata? Nie, nie ma takiej rzeczy w życiu matki, dla matki najważniejsze jest jej dziecko. Matka, która stawić by śmiała cokolwiek innego ponad dobro swego dziecka i nad własne dla niego poświęcenie, jest złą matką, niegodną i złe dzieciństwo temu dziecku serwuje, które potem zniszczy mu życie (patrz stereotyp nr 1).
Matka potrafi też w naturalnie dany jej sposób kochać każde ze swoich dzieci jednakowo. Nie wyróżnia żadnego z nich kosztem drugiego, żadnego też z nich nie krzywdzi bardziej niż pozostałych. Ani świadomie, ani przez pomyłkę czy niedopatrzenie. Matkom się to po prostu nie zdarza. Pokłady miłości są w niej ogromne, źródłem niewyczerpanym płyną ku każdej latorośli, którą pod sercem przecież przez 9 miesięcy nosiła. I tak, jak ojca da się zastąpić innym opiekunem, tak matka była, jest i zawsze będzie tylko jedna.
Stereotyp nr 3
Osobie w wieku sędziwym należy się szacunek. Pokłady mądrości życiowej, doświadczeń, lat i zmarszczek, a także słabości ciała, jakie w sobie i na sobie nosi - nie godzi się takiej osobie ubliżać, mówić prawdy prosto w oczy, jeśli jest bolesna czy nie ustępować miejsca w autobusie. Więcej, młodzi nie tylko powinni takie osoby szanować, ale też możliwie brać garściami z tej studni dobrych i złych doświadczeń, rad sprawdzonych, bo wypróbowanych, zanim źródło zaschnie i zostanie piachem przysypane. Seniorzy zresztą chętnie się tym, co mają, podzielą. Są osobami otwartymi, spokojnymi, łagodnie nastawionymi do innych. Klną mało lub nie klną wcale - toż to nieocenione źródło poprawnego języka ojczystego. Dobrze, są może trochę staroświeccy - nie można z nimi porozmawiać o seksie, zapalić razem papieroska, poserfować po necie czy założyć konta na facebooku, ale czyż nie na tym między innymi polega ich urok? Już nie ma wielu takich ludzi, są jak rzadkie eksponaty w muzeum. Czemu by nie skorzystać? Owszem, bywają też marudni, oczekują, że wszyscy dookoła muszą się nimi zajmować, bo są starzy i niedołężni, chcą litości, nurzają się w tej swojej starości traktując ją jak przywilej. Ale na to trzeba przystać, zapłacić tę niewielką ostatecznie cenę, żeby w zamian dostać znacznie więcej.
Stereotyp nr 4
Starsze osoby nie znają się na komputerze. Nie są w stanie zrozumieć takich słów jak internet, komunikator, e-mail czy portal społecznościowy. Są na to za głupi.
Wiecie, co na tą listę "S" prawdopodobnie powiedziałaby bohaterka książki "Kobieta w 1000 st. C", siedemdziesięcioletnia Herra? Myślę, że powiedziałaby "gówno prawda!". Leżąc w swoim łóżku, w wynajmowanym garażu, ze swoim rakiem i nałogowym paleniem papierosów zaśmiałaby się na tyle, na ile pozwoliłoby jej zdrowie i powiedziałaby "gówno prawda! co wy tam wiecie! pieprzenie takie...". Kobieta ta na ponad 400 stronach książki H. Helgasona opowiada o swoim życiu. Niełatwym, wojennym, gwałconym, osieracanym i w sumie samotnym. Masakra, materiał na trwającą całe życie i nie rokującą dobrze psychoterapię wspomaganą farmakologią. Ha, chcielibyście! To niesamowite, ile ta dziewczynka, kobieta i staruszka zniosła. I to z podniesioną głową.
Historia choć w sumie smutna to piękna. Choć rozdzierająca momentami serce, to jednak podnosząca jakoś na duchu. Choć jakby nieprawdopodobna, a jednak podobno wydarzyła się naprawdę. Polecam mocno.
piątek, 7 lutego 2014
mała różnica
Właśnie się dowiedziałam (piątek, 7 lutego 2014 roku, godzina ok. 18:15), że mój 7-letni syn nie zna znaczenia słowa "pijany" Dziwne - ja w jego wieku znałam znaczenie tego słowa aż nadto dobrze. Na pewno nie wynika to z różnicy między moją dawną, 7-letnią inteligencją a inteligencją mojego syna w obecnym momencie jego rozwoju. Z obiektywizmem, na jaki tylko mnie stać z pozycji matki, mogę stwierdzić, że mój syn jest dzieckiem niegłupim. Więcej, miał on od najwcześniejszych lat swoich i ma nadal zadziwiający pociąg do słów. Lubi wiedzieć, co znaczy każde nowo napotkane słowo na jego drodze. Pyta. Sporo. Czasami zapyta o takie słowo, że mam spory problem z wyjaśnieniem jego znaczenia na takim poziomie, żeby mały chłopiec je zrozumiał. Słowem - K. lubi słowa. Słowa usłyszane, przeczytane w książce przez siebie samego czy przez inną osobę, słowa zobaczone na ekranie telewizora czy monitorze komputera. Zaczepił już o słowa w języku angielskim, niemieckim, francuskim i rosyjskim. Nie, nie, nie uczy się tych wszystkich języków, ale jak zdarzy mu się na przykład gdzieś zobaczyć cyrylicę, to nie omieszka zapytać, co tam jest napisane i co oznacza (dzięki ci miniony systemie, że uczyłam się rosyjskiego w szkole i dzięki ci rozumie mój, że jeszcze coś z tego pamiętasz).
Nie pamiętam, żebym ja tak miała, nie umiem więc siebie do niego tutaj przyrównać. Wiem jednak na pewno, że w wieku siedmiu lat wiedziałam, co znaczy słowo "pijany".
Wiedziałam, ja to słowo wygląda. Patrzyło na mnie swoim specyficznym, zamglonym nieco wzrokiem, stało niestabilnie,chwiejąc się na swoich lichych literkach, czasami śmiało się bez kontekstu, czasami wybuchało agresją i gniewem. Słowo to było chude, tak - zdecydowanie brakowało mu ciała. Najwidoczniej kalorie alkoholowe nie utuczą słowa "pijany" tak, jak tłuszcz powoduje nadwagę w słowie "pączek". Kolory miało różne - na początku bardziej czerwone, później stawało się sine, blade, prześwitujące żyłam, czasami przybierało kolor fioletowy. Tutaj nie było stałości, jak zresztą w wielu aspektach tego słowa.
Wiedziałam, jak to słowo brzmi. Brzmień miało wiele, jak na takie marne słowo. Potrafiło na przykład brzdękać, grać jak dzwonki. Bim - bam, brzdęk - brzdęk, dzyń - dzyń. Wysoko lub nisko, grubo i cienko, w zależności od stopnia napełnienia butelek. Butelka upada na podłogę - bach! Czasami się zbije - tadam! Taka orkiestra dzwonkowa, bez pałeczek, wystarczy odpowiednio duża ilość rozmaitego szkła. Brawa dla słowa "pijany"! Cóż za talent, jaka fantazja, rzekłbyś eufonia dźwięków. Ale to nie wszystko, słowo "pijany" potrafi też brzmieć inaczej. Zupełnie inaczej. Potrafi bełkotać. Nie jesteś wtedy w stanie zrozumieć jego mowy, ta muzyka jest jak z innej planety, wydaje się, że "pijany" chce coś powiedzieć, ale nie jest w stanie ułożyć tego w słowa zrozumiałe dla otoczenia. Słowa "dziecko", "rodzina" czy "sprzedawca" nie są w stanie go zrozumieć, choć wyraźnie chce im coś powiedzieć. To już raczej nie muzyka, to wyraźne zaburzenie funkcji komunikacyjnej. Mało tego, słowo "pijany" potrafi rzygać tak, jak żadne inne słowo na świecie. Tych towarzyszących mu wtedy odgłosów nie da się pomylić z niczym innym. Potrafi być przy tym wytrwałe uporem przypisanym kompozytorom, muzykom czy malarzom, którzy długo nie potrafią oznajmić, że oto ich dzieło jest skończone. Kto by pomyślał: słowo "pijany" tak bliskie słowu "twórca"... "Trzeźwy" by się uśmiał wprawdzie, ale tu nie ma co się śmiać. "Pijany" potrafi bowiem jeszcze jęczeć, stękać, bekać, głośno sikać, chrapać, majaczyć, ciałem swym uderzać o podłoża różnego rodzaju, a każde podłoże inny dźwięk wydaje, chrzęstowi kości towarzysząc.
Wiedziałam, ja słowo "pijany" pachnie. Zaraz - napisałam pachnie? Przepraszam słowo "pachnieć" z całego serca. Ono tutaj niewinne, ma niepodważalne alibi, że ze słowem "pijany" nie ma nic wspólnego. "Pijany" nie pachnie. "Pijany" śmierdzi. Cuchnie różnie, zależy z czym tworzy zdanie. Może zalatywać wódką, winem, piwem, moczem, gównem, wodą kolońską, smrodem długo niemytego ciała. Różnie.
Wiedziałam też, jak to słowo się odczuwa. Nie było przyjemne ani dla zmysłów, ani dla skóry, ani dla duszy. Oko nie chciało na nie patrzeć, ucho nie chciało go słyszeć, a nos nie chciał go czuć. Skóra jeżyła się na widok słowa "pijany", pewnie jakby miała kolce, to uruchamiałaby je w obronie własnej i nie zawahałaby się ich użyć. Dusza więdła. Chowała się w najdalszy kąt czeluści duchowych, żeby nie cierpieć albo żeby inni nie widzieli, że cierpi. Generalnie słowa "pijany" unikano, jak się dało.
Tylko, że się nie dało...
I ja to wszystko w wieku mojego syna będąc wiedziałam. Znałam słowo "pijany", jako jedno z pierwszych z mojego osobistego elementarza. A mój syn go nie zna. Mała WIELKA różnica. Jedno słowo. Tylko i aż.
Nie wiem, komu powinnam dziękować. Sobie? Mężowi? Bogu? Ślepemu trafowi? Szczęściu? Na wszelki wypadek kłaniam się w podzięce wszystkim tym osobom i nieosobom - dziękuję z całego serca za tę małą różnicę.
Nie pamiętam, żebym ja tak miała, nie umiem więc siebie do niego tutaj przyrównać. Wiem jednak na pewno, że w wieku siedmiu lat wiedziałam, co znaczy słowo "pijany".
Wiedziałam, ja to słowo wygląda. Patrzyło na mnie swoim specyficznym, zamglonym nieco wzrokiem, stało niestabilnie,chwiejąc się na swoich lichych literkach, czasami śmiało się bez kontekstu, czasami wybuchało agresją i gniewem. Słowo to było chude, tak - zdecydowanie brakowało mu ciała. Najwidoczniej kalorie alkoholowe nie utuczą słowa "pijany" tak, jak tłuszcz powoduje nadwagę w słowie "pączek". Kolory miało różne - na początku bardziej czerwone, później stawało się sine, blade, prześwitujące żyłam, czasami przybierało kolor fioletowy. Tutaj nie było stałości, jak zresztą w wielu aspektach tego słowa.
Wiedziałam, jak to słowo brzmi. Brzmień miało wiele, jak na takie marne słowo. Potrafiło na przykład brzdękać, grać jak dzwonki. Bim - bam, brzdęk - brzdęk, dzyń - dzyń. Wysoko lub nisko, grubo i cienko, w zależności od stopnia napełnienia butelek. Butelka upada na podłogę - bach! Czasami się zbije - tadam! Taka orkiestra dzwonkowa, bez pałeczek, wystarczy odpowiednio duża ilość rozmaitego szkła. Brawa dla słowa "pijany"! Cóż za talent, jaka fantazja, rzekłbyś eufonia dźwięków. Ale to nie wszystko, słowo "pijany" potrafi też brzmieć inaczej. Zupełnie inaczej. Potrafi bełkotać. Nie jesteś wtedy w stanie zrozumieć jego mowy, ta muzyka jest jak z innej planety, wydaje się, że "pijany" chce coś powiedzieć, ale nie jest w stanie ułożyć tego w słowa zrozumiałe dla otoczenia. Słowa "dziecko", "rodzina" czy "sprzedawca" nie są w stanie go zrozumieć, choć wyraźnie chce im coś powiedzieć. To już raczej nie muzyka, to wyraźne zaburzenie funkcji komunikacyjnej. Mało tego, słowo "pijany" potrafi rzygać tak, jak żadne inne słowo na świecie. Tych towarzyszących mu wtedy odgłosów nie da się pomylić z niczym innym. Potrafi być przy tym wytrwałe uporem przypisanym kompozytorom, muzykom czy malarzom, którzy długo nie potrafią oznajmić, że oto ich dzieło jest skończone. Kto by pomyślał: słowo "pijany" tak bliskie słowu "twórca"... "Trzeźwy" by się uśmiał wprawdzie, ale tu nie ma co się śmiać. "Pijany" potrafi bowiem jeszcze jęczeć, stękać, bekać, głośno sikać, chrapać, majaczyć, ciałem swym uderzać o podłoża różnego rodzaju, a każde podłoże inny dźwięk wydaje, chrzęstowi kości towarzysząc.
Wiedziałam, ja słowo "pijany" pachnie. Zaraz - napisałam pachnie? Przepraszam słowo "pachnieć" z całego serca. Ono tutaj niewinne, ma niepodważalne alibi, że ze słowem "pijany" nie ma nic wspólnego. "Pijany" nie pachnie. "Pijany" śmierdzi. Cuchnie różnie, zależy z czym tworzy zdanie. Może zalatywać wódką, winem, piwem, moczem, gównem, wodą kolońską, smrodem długo niemytego ciała. Różnie.
Wiedziałam też, jak to słowo się odczuwa. Nie było przyjemne ani dla zmysłów, ani dla skóry, ani dla duszy. Oko nie chciało na nie patrzeć, ucho nie chciało go słyszeć, a nos nie chciał go czuć. Skóra jeżyła się na widok słowa "pijany", pewnie jakby miała kolce, to uruchamiałaby je w obronie własnej i nie zawahałaby się ich użyć. Dusza więdła. Chowała się w najdalszy kąt czeluści duchowych, żeby nie cierpieć albo żeby inni nie widzieli, że cierpi. Generalnie słowa "pijany" unikano, jak się dało.
Tylko, że się nie dało...
I ja to wszystko w wieku mojego syna będąc wiedziałam. Znałam słowo "pijany", jako jedno z pierwszych z mojego osobistego elementarza. A mój syn go nie zna. Mała WIELKA różnica. Jedno słowo. Tylko i aż.
Nie wiem, komu powinnam dziękować. Sobie? Mężowi? Bogu? Ślepemu trafowi? Szczęściu? Na wszelki wypadek kłaniam się w podzięce wszystkim tym osobom i nieosobom - dziękuję z całego serca za tę małą różnicę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)