wtorek, 6 stycznia 2015

uratowana (o książce)

Szczerze - bałam się, że w takim stanie już przyjdzie mi żyć, że już nie ma dla mnie nadziei. Bałam się kolejnej, w połowie porzuconej książki. Nie mogłam znaleźć. Snułam się po bibliotece niczym zjawa jakaś, która wprawdzie rzuca cień, temperaturę ma wyższą niż otoczenie i ewidentnie JEST, ale nie ma mocy chwycić w dłonie książki. Brałam to jedną, to drugą, decydowałam się nawet na to, żeby wziąć co to niektórą do domu, ale żal ściskał moje gardło, kiedy po dwóch - trzech rozdziałach czułam wyraźnie, że to nie TO. W głowie się nie mieści, ile trupów niedoczytanych książek zostawiłam po sobie w ostatnim czasie. Zupełnie jakby depresja zagnieździła się w mojej głowie i sercu i czyniła bezsilną wobec zadania doczytania książki do końca.
Przeczytałam Sposób na trudne dziecko, ale cóż to za książka - nauczycielka bardziej niż przyjaciółka. Potrzebna, cieszę się, że ją poznałam, służyć mi ona będzie jednak do zdawania kolejnych egzaminów w pracy i w domu, a nie do przeżywania cudownej podróży GDZIEŚ. Już niemal stawałam z rozpartymi ramionami i zaczynałam wrzeszczeć gdzie moja Dina? gdzie Królowe Polskie? dokąd odeszłaś Królowo Południa? Nie ma? Nie pomogła pani sławna Chutnik i jej Kraina Czarów, nie pomógł Nobel Vargasa Llosa, na nic Nabokov, a nawet Munro. No nie wchodziło, nie mogłam, opuszczałam i po angielsku wychodziłam. Coraz mocniej zaczynając wierzyć, że to, co najpiękniejsze w przeżywaniu książek jest już prawdopodobnie za mną. Smutne, ale może tak musi być.
Snując się po empiku w nadziei na jakiś ZNAK, przerzucając w rękach kartki różnych książek, z przerażeniem kończąc na cenie, zobaczyłam Miniaturzystkę. Coś tam gdzieś o tej książce czytałam, ale nie bardzo kojarzyłam. Zaciekawiła mnie, pomyślałam, że chciałabym ją przeczytać. Cena, niespełna 50 zł, powiedziała do mnie wyraźnie, że kupię ją w internecie za mniej. I kupiłam, i odczekałam swoje.
Przyszła, jak to ma w zwyczaju, zawinięta w papier, niepozorna, ot paczka z książką. Otworzywszy ją i zacząwszy czytać, wpuściłam ją do życia, jak przede mną zrobiło wiele kobiet, dawno, dawno temu. Tamtym kobietom dawała laleczki, figurki, miniatury ich życia - mi dała po raz kolejny poczuć, że jednak są jeszcze książki, przez które mogę przejść gdzieś indziej i znowu poczuć tą niemoc przerwania, powrotu do własnej rzeczywistości.
Chłonęłam. Zostałam przez miniaturzystkę wciągnięta w jej grę, podobnie jak Nella, jedna z bohaterek książki. Inaczej niż ona, która nie podejrzewała jak "znajomość" z miniaturzystką może się skończyć, ja od razu poczułam, że zostałam obezwładniona i bez lęku poddałam się temu. Dziwność, tajemnica - jedna za drugą odkrywana przez NIĄ za pośrednictwem liter - miniatur, zmieniała moje emocje, myśli, grała na moich potrzebach. Już nie musiałam pisać, już nie siedziałam w necie w poszukiwaniach czegoś - już należałam do NIEJ, mogła robić ze mną, co chciała po ostatnią literę. Czułam zimno Amsterdamu, to przenikliwe i paraliżujące, czułam smród ryb - tych świeżych i tych zepsutych. Ogrzewałam się w cieple pieca w cukierni, błądziłam w ciemnościach po wielkim, chłodnym domu, opatulona w szal, słyszałam nawoływania kupców i śmiech dzieci ślizgających się po zamarzniętym kanale. Czekałam z Nellą na jej męża w alkowie, razem z nią pogrążyłam się w rozpaczy odkrywszy jego sekret, zbrodnię i potrzeby. Razem z nią przez dziurkę od klucza podglądałam Marin, szwagierkę, która nago wydała się zupełnie inną osobą i która, podobnie jak chyba wszyscy mieszkańcy tego domu, kryła w trzewiach kolejna tajemnicę. Obserwowałam ohydne zachowania mieszkańców Amsterdamu na widok czarnoskórego Ottona.
A wszystko kryło się w domku dla lalek, konstrukcji wielkości, którą trudno nam sobie dzisiaj wyobrazić. Zabawka dla bogaczy, to pewne. Jak miniaturzystka dowiadywała się o wszystkim, jak do cholery potrafiła, niczym prorokini, przewidzieć dzieje tego domu i jego mieszkańców? Każda laleczka, każda figurka mówiła o tym, co będzie z bezwzględnością lalki, tworu, który nie ma duszy ni serca, więc nie boi się niczego. Skąd wiedziała, jak skończy pies, skąd wiedziała, co ukrywa Marin? Jak to zrobiła, że zgubiłam się z lubością jeszcze raz w świecie książki, choć nie udało się to wcześniej najlepszym?

Może sam odważysz się sprawdzić?
Polecam.


Jessie Burton Miniaturzystka, Wydawnictwo Literackie.


poniedziałek, 29 grudnia 2014

reportaż

- Kochana, ja wiem, co tam się dzieje.. Ją opanował demon PRZESZŁOŚCI

- Tak mówią

- Pani wie, co tam się dzieje? Po nocach, w snach swoich wskrzesza dawno umarłych, przywołuje ludzi ze swojej przeszłości, żeby przeżywać to, co było ciągle i ciągle.

- Jak to, wskrzesza umarłych?

- No, nie że naprawdę, po ziemi przecież nie mogą chodzić ci, co umarli, prawda? Ona jak wiedźma, w nocy to robi, w swojej głowie. Mówią, że cała mokra się w nocy robi, poci się znaczy bardzo. mąż musi co rano zmieniać pościel, tak cuchnie jej potem. Bo ona w nocy przechodzi w świat zaprzeszły, ten co był w jej młodości. Spotyka tych, co już dawno pomarli, żeby z nimi rozmawiać, żeby spróbować naprawić to, co było dawno temu.

- Eeee, to inaczej jest. Ona nie próbuje naprawiać, ona chce tam ŻYĆ. Nie umie się odnaleźć w swojej teraźniejszości, ciągle tęskni za tym, co było i dlatego tam wraca. Podobno nie umie znaleźć się w tym, co jest teraz, nie umie zapomnieć. Wie pani, czasami człowiek myśli, co by było, gdyby to czy tamto, gdzie by się teraz było - człowiek pomyśli, poduma i żyje dalej. A ona nie umie tak. Ona duma i duma, tylko najbardziej we śnie. Ale podobno w ciągu dnia też nie umie się pozbierać.

- Tak, wpatruje się w zdjęcia z młodości swojej, w zdjęcia ludzi, których wtedy spotkała i podobno bardzo tęskni. Nie umie zrozumieć, że tak się nie da. Podobno jej mąż po lekarzach z nią chodził, pytał, co to, czy nie jaka choroba psychiczna, ale lekarze co tam wiedzą - jak zdrowa na płucach i w gardle, to nijak nie umieją choroby zobaczyć.

- Ale w psychiatryku też z nią był, bo podobno dziecko zaniedbuje, bo za bardzo jest teraźniejsze. Tam dali jej jakieś leki na sen, żeby spała spokojnie. Nic nie dało. Biedny chłop już nie wie, co ma robić. Każdy by się przeraził, gdyby z wiedźmą w łóżku jednym spał. Bo to wiadomo, czy jej co kiedy nie strzeli do głowy i nie zrobi krzywdy komuś w nocy?

- Ale o co chodzi a tymi snami?

- No cały czas spotyka w nich ludzi z przeszłości. Próbuje z nimi rozmawiać, prosi o przebaczenie, prosi, żeby się z nią skontaktowali, żeby ją znowu polubili -bo ja wiem? Podobno jej mąż popalił wszystkie zdjęcia z dawna, pokasował jej konta na tych fejsbukach i internetach, żeby się z ludźmi nie próbowała kontaktować, żeby ją odciąć od wszystkich źródeł łączących z przeszłością. Bo ona nawet dawnych kochanków wspominała, ciągle myśląc, czemu z nimi zerwała, może by lepsi byli, może gorsi. Mówią, że jak jest dzień i ona jest taka całkiem, całkiem, to próbuje sobie tłumaczyć, że to bez sensu, że tak nie można, że się nie da. Podobno nawet próbowała kiedyś nie spać, żeby nie wspominać, ale kto tak potrafi? Widać, nawet wiedźmy nie umieją bez spania, bo jej się nie udało. A jak tylko zaśnie, to klops.

- Mnie to najbardziej tego dzieciaka szkoda i chłopa, bo co oni winni, że taka się okazała. Trzeba by ją odizolować, niech w szpitalu poleży, niech ją obserwują, to może co zobaczą. Mają przecież te maszyny, co w śnie człowiekowi można podłączyć do głowy. Przecie dziecko niewinne, że mama wiedźma, a jak ludzie zaczną przy nim gadać, to tylko wstydu się naje i jeszcze też się jakiś dziki zrobi. Bo ona podobno coraz dłużej śpi, coraz mniej je i coraz dziwniejsza się robi. Bo to się pogłębia, pani wie? Mnie to się widzi, że jak pewnego dnia zaśnie, to już się nie obudzi - nie umrze, tylko spać będzie w przeszłości i przeżywać wszystko jeszcze raz i tak raz za razem. Dla mnie to chłop powinien zwinąć manatki, dziecko zabrać i się wynieść stamtąd. Byle dalej od czarownicy. Tfu!

- A tam, głupoty gadasz! Może i chora jest, ale przecie nie można kobiety samej zostawić, bo se co złego zrobi, albo z głodu umrze. Teraz są takie różne choroby, trzeba leczyć, szukać specjalisty, co od tęsknot za przeszłością wyleczy. Bo dla mnie to ona potrzebuje pomocy, tylko nie wiadomo do końca, jak to zrobić, żeby się nie śniło. Widziała pani ich dom? Mają wszystko - pracę, dom, samochód, zdrowe dziecko. Trzeba być chorym poważnie, żeby nie widzieć tego, co się ma i tęsknić za czymś, co się nie wróci, Wiadomo przecież, że nie da się czasu cofnąć. Dla mnie to jakaś schizofrenia czy depresja jakaś, a to się przecież leczy. Wy tam o wiedźmach, czarownicach! Przecież to nie średniowiecze, żeby wiedźmy były, teraz mamy METODY, sposoby, wszystko się da!


Próbowałam dostać się do domu, który pokazały mi kobiety. Poszłam we wskazanym kierunku. Dziwne, bo nie znalazłam tam żadnego zamieszkanego budynku, Stała tylko stara rudera, pod którą ktoś dawno dawno temu zostawił samochód - stary, zardzewiały fiat. Obeszłam wszystko dookoła, nic... Tylko bardzo dawna, anonimowa, milcząca przeszłość....


sobota, 29 listopada 2014

schodząc ze schodów patrz pod nogi

Ne wiem, czy wy też tak macie, ale jej zdarza się to często. Mówiąc "często" nie mam na myśli, że regularnie, dajmy na to codziennie, co godzinę czy raz w tygodniu. Pisząc "często" mam na myśli, że za każdym razem, kiedy nadarzy się ku temu okazja.
Zanim wyjaśnię, o co mi właściwie chodzi i w czym sęk, pozwólcie, że trochę wam o niej powiem. Niewiele, tyle zaledwie, ile musicie wiedzieć, żeby pojąć, w czym rzecz.

Na pewno nie jest alfą i omegą (któż zresztą jest), nie jest nawet wybitnie utalentowana w żadnej dziedzinie. Ot, przeciętna Ona, choć nie można jej odmówić pewnych sprawności. Są takie dziedziny życia, jej życia, z którymi czuje się dobrze. Lubi być blisko tego, co sprawia jej przyjemność i wtedy własnie czuje się kimś, kto ma coś do powiedzenia. Ostrożna byłabym w szafowaniu słowami, ale są nawet momenty, takie ciche i raczej dość osobiste i samotne, kiedy czuje się nawet wyjątkowa, UMIEJĄCA. Nie lubi o tym mówić, choć przecież każdemu z nas sprawia przyjemność usłyszeć, że coś tam nam się udaje i to nawet całkiem dobrze.
Niestety, brakuje jej cechy, która chroniłaby ją w tych momentach, o których zaraz opowiem - nie ceni sama siebie. Nie potrafi być POMIMO. Te przyjemne momenty, w których zaczyna czuć, że coś potrafi, bardzo łatwo ulatują w PORÓWNANIU.

Oj tak, niewiele trzeba. Zdarzyło wam się (pewnie parę razy), że zabrakło stopnia tam, gdzie się go spodziewaliście? Schodzicie po schodach, miarowo, bez namysłu - organizm zapamiętuje wysokość stopni, przyzwyczaja się do ich powtarzalności i tylko w pewnym momencie myli się w rachunkach - myśli, że stopni jest 9, a jest ich o jeden mniej. Mieliście tak kiedyś? Ten krótki moment przestrachu, przyspieszenie oddechu, jakby groził nam upadek do jakiejś głębokiej dziury. A to tylko stopnia brak. Na nasze szczęście po sekundzie, góra trzech, parametry wracają do normy i zapominamy o incydencie.

Ona tak nie umie. Nie, nie, nie mam na myśli, że przejmuje się brakującymi stopniami dłużej niż zwykły śmiertelnik. Ze schodami akurat radzi sobie podobnie jak większość z nas. Chodzi mi raczej o to uczucie ZAGROŻENIA spadkiem, które pojawia się na sekundę. A jej  to zdarza się często. Zawsze wtedy, kiedy w swojej małej szczęśliwości poczucia bycia kimś nagle odkrywa kogoś, coś, co świadczy o tym, że jest ktoś lepszy, śmielszy, bardziej pomysłowy, bardziej energiczny, bardziej oczytany, osłuchany, ubrany, wygadany... Właściwie trzeba by tutaj wymienić wszystkie przymioty, jakimi może szczycić się człowiek. I niewiele jej trzeba - wystarczy impuls, wzrokowy, słuchowy, działający na węch, na dotyk. Nagle, bez ostrzeżenia, jej niskie poczucie własnej wartości wali ją z pięści prosto w brzuch. Boleśnie. I czuje, że spada. za każdym razem cholera tak samo. Niczego się nie uczy, na nic nie uodparnia, niczego nie przesiewa przez sito własnego rozumu. W sekundzie czuje, że znika wszystko, na czym zbudowała swój świat, swoją osobę, swoje życie. Cieniutko, prawda? Żyć na czymś, czego nie ma? Budować z cienkich patyczków dobrego samopoczucia, które z łatwością łamią się pod ciężarem tego, co potrafią inni ludzie? Jebs! I leży, skulona w embrionie swojej małości, miałkości i żałości.

Spokojnie, wstanie. Zapomni jako tako. Na tyle, że da się jakoś z dnia na dzień.... I śmiech mnie tylko ogarnia, jak sobie pomyślę, że ten scenariusz NA PEWNO się powtórzy. Głupiutka ona znowu za jakiś czas zacznie układać swoje patyczki w szałas, w którym zacznie tworzyć swoje koraliki, wierszyki i szkice. I jak już poczuje, tak troszeczkę, że może coś tam umie, że nie jest beznadziejna... Wiecie, co chcę dalej napisać, prawda?

Macie dla niej jakąś radę? Jakieś słowo? Nie żeby mi jakoś zależało, ale w sumie, jak już jest na tej ziemi i żyć jej przyszło, to szkoda, żeby się powietrze niepotrzebnie marnowało... Niech się tak ze sobą nie męczy. No nie wiem - niech siebie polubi? Jak mówicie?



niedziela, 16 listopada 2014

looking for

Poszukiwaczka - chyba tym zawsze była, jest i, nie daj boże, będzie. Zaczęło się jakieś 20 lat temu, może trochę później, ale jak już, to niewiele. Zaczęła nieświadoma swego szukania - tak to zwykle bywa u nastolatek. Niejako biologicznie są do tego predestynowane, żeby szukać: swojego stylu, znajomych, ulubionych książek - no słowem, jak to mówią, zaczynają szukać siebie. Tylko, że celem natury jest raczej, żeby znaleźć, przynajmniej na jakiś czas, coś, co będzie na pewno SWOJE, prawdziwe. Wiadomo, człowiek przechodzi przez różne fazy w swoim życiu, często to, co znalazł wcześniej przestaje mieć znaczenie, no nie wiem, ze względu na wiek, przeprowadzkę, skończone studia czy zaczętą pracę. Sprawa oczywista. Wtedy człowiek musi zaczynać poszukiwania od nowa, choć już nie z punktu zerowego, wchodzi wyżej, głębiej, w nową jakość, ale i z owym bagażem doświadczeń, które go definiują i pomagają szukać. Kto wie, może kolejne poszukiwania są łatwiejsze -  w końcu nie raz się już szukało, prawda?

A (nigdy nie zaczynaj zdania od "A") z Poszukiwaczką jest problem. Problem, który zwie się BRAKIEM. Rezultatu, olśnienia, ulgi, dojścia do celu, znalezienia. Ona, mili czytacze, nigdy nie znalazła. Proszę nie mieć wątpliwości - ona naprawdę szukała wszędzie. Wprawdzie z początku nie martwiła się tym wcale - nie bardzo była świadoma tego, że szuka, więc niejako jasnym jest, że brak znalezienia nie obchodził jej zbytnio. Do czasu. Bo Poszukiwaczka głupia nie jest. Zaczęła dostrzegać, że inni jakby szukają i jakby znajdują. Takich łatwo w tłumie zobaczyć. Nie szamoczą się na co dzień z życiem, są z nim jako tako dogadani. Nie popadają w płacz bez powodu, nie siedzą w ciemnościach w nadziei, że nikt do pokoju nie wejdzie, nie biorą wszystkiego, co napotkają, tylko dokonują WYBORU. Poszukiwaczka zaczęła się z tym czuć naprawdę źle, zwłaszcza, że dobiegała wieku, w którym z reguły ludzie mają ODNALEZIONE.

Jako się rzekło, szukała wszędzie. Zaglądała w pudło gitary, w dziurki we flecie, próbowała wystukać na klawiszach pianina. Nic. Szukała w jedzeniu i w niejedzeniu. We włosach koloru rudego, czarnego i blond. Zgoliła nawet głowę, bo pomyślała, że może to coś jest tuż przy skórze głowy. I znowu pudło. Szukała w muzyce takiej, śmakiej i owakiej - znowu nic. Ok, pomyślała, może dadzą mi to dzieci, one są takie niewinne, radosne, nieskażone jakby. Najpierw spróbowała z dziećmi cudzymi, pomyślała, że tak bezpieczniej. A potem przyszło jej do głowy, że może to chodzi o to właśnie, żeby bezpiecznie nie było i wydała na świat dziecko własne. Szukała w jego oczach, rączkach malutkich, stópkach. Nic. Czekała, dziecko rosło - zaglądała w jego pierwsze kroki, w pierwsze słowo "mama", jego przedszkolne dzieła i szkolne sukcesy - a tam śmiech pustki tylko i nic więcej. I proszę jej nie osądzać, kochała i kocha swe dziecko, ale faktem jest, że w nim nie znalazła tego, czego szukała.
Pomyślała, że może chodzi w złych butach - zmieniła na inne. Potem zaczęła się malować - twarz podkładem, oczy cieniami i tuszem, kości policzkowe zaznaczała tak, by twarz wydawała się szczuplejsza, kupiła nawet błyszczyk do ust. Dołożyła pomalowane paznokcie i rąk i stóp, stanęła taka wypacykowana i krzyknęła głośno do siebie, ale nie do siebie, szeptem "jestem TU, kurwa, a gdzie TY jesteś? KIM jesteś? JESTEŚ w ogóle? HEJ!!" Cisza. Tylko kawałek emalii z paznokcia odpadł.
Szuka wciąż. W internecie, w książkach, w czasopismach. Na YouTube, na Facebooku, na koncie bankowym i w skrzynce mailowej. W rozmowach z innymi, z samą sobą, z psychoanalitykiem. Szuka w pigułkach, tych ze szczęściem i tych ze snem. W kofeinie i teinie.

Poszukiwaczka nie jest kimś dziwnym czy niezwykłym. Prowadzi swoje codzienne życie tak, żeby wyglądać na taką, co ZNALAZŁA. Pracuje - choć każdego dnia marzy o innej pracy, z innymi ludźmi, w inny sposób. Czyta - choć wydaje jej się, że nie powinna. Zaprowadza dziecko do szkoły, odbiera je ze szkoły. Pomaga w odrabianiu lekcji. Czasami gotuje, czasami nie. Czasami je, częściej nie je. Czasami oddaje swoje ciało mężczyźnie, choć niczego wtedy nie czuje. Przyzwyczaiła się.
Czasami tylko napada ją paniczny strach, że życie ucieka, a ona nie może znaleźć. Nie chce umierać bez TEGO, nie TAK, nie do końca.

I szuka.... swojego życia.


wtorek, 4 listopada 2014

powrót do przeszłości

Powiem Wam coś - myślałam, że w oświacie (również w przedszkolu) pracują ludzie dojrzali, którzy głupawki szkolnych (i przedszkolnych) lat mają już za sobą. No, wiecie, co mam na myśli: to staranie się na piątkę, zbieranie pochwał od pani w worku "jestem wzorowym uczniem", zbieranie punktów, plusów, spisywanie prac domowych na kolanie na przerwie, bo przyznanie się do jej braku groziło pałą. To wszystko jest normalne, ale w życiu ucznia (dziecka) Takie zachowania zostawiamy za sobą jako całkiem fajne wspomnienia wchodząc w dorosłe życie PRACOWNIKA.

Ha! Naprawdę tak myślicie? No cóż, nie wiem, jak jest w firmach prywatnych, nie pracowałam w takowych i nie wiem, cz będzie mi dane. Ale zapraszam na mały spacer w "przeszłość" do placówki, gdzie pracują takie jak ja - nauczycielki przedszkola. Zapnijcie pasy, bo za chwilę poczujecie na sobie ten dreszcz strachu, ściskający brzuch przed klasówką z matematyki. Za chwilę zaczniecie się modlić tak jak kiedyś "żeby tylko mnie nie wybrała, żeby tylko nie mnie...". Tutaj można być wyrwanym do odpowiedzi jak jakiś uczniak, bez względu na lata doświadczeń czy staż pracy, a zdania w wypracowaniu dziennikowym będą poddane wnikliwej analizie literackiej. Gotowi? Zapraszam.

Otóż w mojej pracy musisz się mieć na baczności przed tak zwanym kuratorium, ewentualnie "tymi z oświaty". Jak by ci to wyjaśnić... Wyobraź sobie, że to towarzystwo to nauczyciele, siedzący przy biurkach w swoim "pokoju nauczycielskim". Wychodzą z niego, gdy usłyszą dzwonek "czas kogoś skontrolować" i wyruszają do klas - przedszkoli, żeby zrobić im sprawdzian. Powszechnie wiadomym jest, że ci nauczyciele znawcami są miernymi, mało który przepracował choć parę lat w przedszkolu, znają się na tym jak ja na programowaniu, ale papier mają i się swoją ignorancją nie przejmują. Jest im ze sobą dobrze, a gdy widzą, jak dyrektorzy przedszkoli trzęsą się przed nimi ze strachu, to nie widzą powodu, żeby coś w temacie swych kompetencji zmieniać. Mają wytyczne (czytaj: tony papieru, formularzy, ankiet i testów), skostniałe ciała i lubią, jak się ich częstuje kawą i ciasteczkami. Pokłony wskazane.

W każdym przedszkolu (klasie) mamy nauczycielki i tak zwany personel administracyjny (uczniowie) i dyrektorkę (przewodnicząca klasy). Przewodnicząca ma wtyki - wie, kiedy należy się spodziewać kontroli (a nawet jeśli nie wie, to i tak jej się ciągle spodziewa...). Zależy jej, żeby wypaść jak najlepiej, bo jeśli jej klasa dostanie piątkę, to ona dostanie pochwałę i będzie się miała czym pochwalić mamie i tacie. Uwierzcie mi - gdyby mogła, to zapędziłaby uczniów do malowania trawy na zielono, żeby tylko zadowolić panią z "pokoju nauczycielskiego". Owszem, można by powiedzieć, że klasa - przedszkole ma duże sukcesy na polu wychowawczym, że radzi sobie z różnymi problemami w sposób celujący, ale KOGO TO OBCHODZI?! O wiele ważniejsze jest, czy:
- dzieci w przedszkolu mają zwierzątko? (jeśli nie, to wierzcie bądź nie, ale uczniaki z przewodniczącą na czele szybko zamawiają na allegro patyczaka, żeby zwierzątko BYŁO - piąteczka murowana!),
- czy zdanie w dzienniku brzmi "układanie puzzli Bob Budowniczy" czy "Bob Budowniczy - układanie puzzli" - uwierzcie mi, te zdania się między sobą różnią, i TYLKO jedno jest prawidłowe (pytanie, czy w ogóle pisać o tym, że się puzzle układało? bo może nie pisać...),
- dzieci w przedszkolu były na dworze godzinę czy 45 minut,
- czy siedząc przy stole trzymają łokcie:
a) na stole,
b) pod stołem,
c) odkładają łokcie na bok
i tak dalej, i tak dalej.

Dorośli, zdawałoby się, ludzie... Zamiast robić swoje najlepiej jak się da, pracować z dziećmi tak, żeby przedszkole spełniało swoje funkcje - przerabiają jedno zdanie 100 razy, żeby przewodniczącą zadowolić, żeby w porównaniu z innymi klasami - przedszkolami wypaść lepiej i żeby dostać wymarzone A. Powiem szczerze, że już nie wiem, czy płakać nad tym wszystkim czy śmiać się z tego. Ucieczka jest trudna, przewodnicząca dopadnie cię wszędzie. I nawet jeśli jesteś dobrym uczniem (nauczycielką), to jeśli nie masz na to papieru, setek ewaluacji i nie potrafisz sklecić zdania tak, żeby się przewodniczącej podobało, to gówno twoje zdolności znaczą. Ot co. Szkółka dla dorosłych. Niczym koszmarny sen o maturze....

Czy ktoś ze zwiedzających ma jakieś pytania czy wątpliwości? To proszę ich BROŃ BOŻE NIE ZADAWAĆ!


niedziela, 5 października 2014

szalejąc za facetem z Bridget Jones

kilogramy: nie wiem i wolę nie sprawdzać; liczba myśli o tym, czy malować dzisiaj oczy czy nie: 15; ilość godzin w soczewkach kontaktowych: 4; ilość powtórzeń alfabetu z Kamilem: 5; liczba stron przeczytanych w książce: wszystkie, skończyłam

14: 10 No i po jaką cholerę kobieta kobiecie robi coś takiego? Po co pisać książkę, która rozgrzebuje, rozbudza w czytelniczce najskrytsze i zamknięte na siedem spustów pod hasłem, którego nikt już  nie pamięta, marzenia i potrzeby? "Patrzcie na mnie, jestem Helen Fielding i sprzedaję wam trzecią część książki o Bridget - wszystko, co tam napisałam nigdy się wam nie zdarzy, możecie mnie pocałować głęboko gdzieś! A, i dzięki za zakup książki."
Chcecie wiedzieć, co o tym sądzę? Ta cała Bridget miała nam chyba pokazać, że wcale nie musimy być piękne, zawsze czyste i uczesane, żeby coś nas w życiu fajnego spotkało. No na przykład jakiś facet, zawsze pięknie umięśniony, czasem młodszy od nas, czasem nie. Do tego dowcipny, łapiący nasze poczucie humoru w lot, pojawiający się zawsze wtedy, kiedy znajdujemy się w tarapatach. Proste, prawda? No bo przecież na co najłatwiej złapać zapracowaną, zmęczoną, nie zawsze idealnie wystylizowaną kobietę, matkę, żonę czy singielkę? Dajmy jej na tacy taką Ją, ale przerysowaną, groteskową do granic możliwości. Niech jej się nic nie udaję, niech zawsze popełnia jakieś towarzyskie gafy i.... niech ma dzieci. Tak - dzieci to świetny motyw, bo one zawsze coś mogą przeskrobać, przez co nasza bohaterka będzie wyglądała jeszcze nędzniej. Poplamiona przez dziecko sukienka czy płaszcz, wszy przyniesione z przedszkola, ogólny bałagan i rozgardiasz w domu. Bohaterka jest oczywiście samotną matką, wdową, bo mąż zginął w wypadku, osierocając dwójkę dzieci (oczywiście chłopczyka i dziewczynkę). Matka to tyje, to chudnie, w rozmowach z pracodawcą ciągle coś ją rozprasza, ot choćby na przykład gdakający telefon w jej torebce. Śmiesznie, nie? No bo jak jest śmiesznie, to łatwiej da się przełknąć te klimaty niczym z harlequina.

14:30 Ok, pisarka ma łatwe pióro. Gagi potrafi takie stworzyć, że człowiek nie raz roześmieje się nad książką w głos. I to dobrze. Ale na miłość boską, jak można tworzyć postać tak nieprawdopodobnie, tak mocno i z uporem maniaka "bridgetowego"? No naprawdę nie można było trochę tej kobiecie odpuścić? Ma 50-tkę na karku, a człowiek czytając tę książkę ma wrażenie, że czyta o perypetiach ciągle tej samej 30-latki, jaką była w dwóch poprzednich książkach. Wszystko się wali, pali, piloty od telewizora są niemożliwe do opanowania (ale pojawi się mężczyzna, który za pierwszym razem wszystko uruchomi bez problemu, oczywiście!), przedmioty lecą z rąk, pomadka myli się z tuszem do rzęs... I TAK DALEJ. No błagam! I ci faceci w jej życiu.... Jeden przystojniejszy od drugiego, inteligentni, silni i kochający w Bridget wszystko, łącznie z jej poplamionym płaszczem. Po prostu nie znoszę książek, w których już od pierwszych stron człowiek wie, z którym z facetów bohaterka skończy w szczęśliwym związku. No proszę, trochę szacunku dla czytelniczek.

Czyta się szybko, gładko i w miarę przyjemnie, choć czasem może zemdlić. Mdłości jednak nie będą raczej przykre, bo jak się człowiek śmieje, to ich nie zauważa. Ja się śmiałam w drugiej połowie książki, a w trakcie pierwszej walczyłam ze sobą, żeby nie przerwać w trakcie czytania. Ale skończyłam i dlatego winna jestem OSTRZEŻENIE: jeśli jesteś kobietą wrażliwą, szukającą szczęścia, miłości i takie tam, to nie czytaj - zdołuje Cię bowiem fakt, że innym, mnie czystym od Ciebie kobietom tak łatwo zdarza się miłość, podczas gdy Ty, całkiem atrakcyjna, sobie nie radzisz. Po co Ci to?

Helen Fielding Bridget Jones. Szalejąc za facetem.


czwartek, 14 sierpnia 2014

czy ja jestem Dina?

Nie daje mi spokoju, odkąd zaczęłam ją poznawać. Wchodzi we mnie na jawie, odwiedza mnie w snach. Nie widzę jej, a wyraźnie jest. Czuję ją w moich trzewiach, w mojej kobiecości, w dziwnym pożądaniu, które pojawia się teraz częściej, odkąd ją poznałam. Jam jest Dina. jam jest tą, która czyta jej księgę i nie umie powiedzieć, dlaczego te kartki tak mnie pociągają.

Ja i Dina jesteśmy tak różne. Ona żyje tak, ja chce. Robi rzeczy, które w jej czasach nie przystoją kobiecie, za nic mając to, co inni o niej pomyślą. Dzięki temu raz ją lubię i podziwiam, a raz mam ochotę krzyknąć, żeby się opamiętała i choć przez chwilę pomyślała o innych. Ale ona jest Dina - gdy kocha, to zabija z miłości, jej wzrok, słowa, które mówi potrafią doprowadzić człowieka do samobójstwa. Przyjmuje te wszystkie śmierci ze spokojem, bo tak przecież musiało być. Kiedy pożąda, jej ciało pochłania kochanka łapczywie, po czym wypluwa z równą łatwością, jeśli za seksem nie kryje się miłość. A nie zawsze się kryje w Dinie miłość. Czasami jest to po prostu zwierzęcy instynkt, wściekłość lub rozpacz.

Dina pięknie gra na wiolonczeli. Ja nie potrafię. Powiadają, że kiedy gra to wszelkie życie mające uszy zatrzymuje się, by posłuchać. I wybaczają jej wtedy wszystko. To, że jako wdowa po zmarłym gospodarzu nie zajmuje się w ogóle domem, choć jest to każdej kobiety świętym obowiązkiem. To, że siada razem z mężczyznami w salonie po posiłku i paląc fajkę rozmawia na męskie tematy. To, że siada okrakiem na koniu i pędzi przed siebie z rozwianym włosem tam, gdzie niejeden bałby się wybrać konno. I te włosy, wiecznie rozpuszczone, poplątane - przecież nie tak powinna wyglądać dama, prawda? Ale Dina gra pięknie i ludzie wszystko to jej wybaczają, przyzwyczajają się i przyjmują do siebie. Dina żyje jak chce.

Dina jest duża, podobno piękna. Zupełnie inna niż ja. Ma w sobie coś, co powoduje, że mężczyźni, jeśli już zakochują się w niej to do szaleństwa. Potrafi opanować umysł i serce nieboraka tak, że nie ów nie umie myśleć o niczym i nikim innym. Mimo tych włosów. Mimo ciętego języka i niesamowitego uporu. Mimo fajki i tego, że posługuje się bronią jak mężczyzna. Jej duże ciało, pełne piersi, białe uda, którymi mocno ściska wiolonczelę podczas grania wzbudzają w mężczyznach bolesne pożądanie, bezsenność, tęsknotę za spełnieniem. A ona po nich sięga, jeśli ma ochotę, pozwala im wejść w siebie w dzikiej ekstazie w miejscach najmniej do tego odpowiednich, nie martwiąc się o konsekwencje. Nie troszcząc się o to, że biedak potem będzie chciał jej więcej, będzie chciał miłości i uwagi. Może ją dostanie, a może nie. Będzie tak, jak zechce Dina.

Dina zabija z miłości. Ja tak nie potrafię.

Dina opuszcza dom i syna, jeśli czuje taką potrzebę. Ja tak nie potrafię.

Dina nie boi się morza i duchów zmarłych. Widzi ich wszystkich, rozmawia z nimi. Ja nie widzę, choć czasami czuję.

Ja nie jestem Dina. Jestem tymi mężczyznami, którzy nie potrafili o niej długo zapomnieć. Jestem jej synem, Beniaminem, którzy zabiega o jej uwagę bezskutecznie, krzycząc, płacząc i klnąc w głos. Pragnę Diny, ale jej to nie obchodzi. Odwraca się do mnie swoimi dużymi plecami i odchodzi. Idzie tam, gdzie ma teraz ochotę być.



POLECAM GORĄCO książkę Herbjorg Wasmo "Księga Diny". A przy okazji również książkę tej samej autorki pt. "Stulecie".