piątek, 10 lipca 2015

jezioro, burza i szyszki

Niech się czytelnik  nie spodziewa ładu i składu w słowach poniżej. Są one raczej mało uczesane i poukładane - dokładnie tak, jak jej włosy na wszelkich wyjazdach. Brak odpowiednio miękkiej wody w kranach wynajmowanych na tydzień, prostownica wisząca na haku w łazience w domu, bezczynnie i bezużytecznie, próbki szamponów z gazet - włosy nigdy nie są dobrze ułożone na wakacjach. Kiedyś, kiedy była młodsza, przejmowała się tym nawet, zabierała ze sobą cały zestaw małego fryzjera domowego, żeby w drodze nad jezioro czy na plażę nadmorską, co liczy się w metrach od 30 do może 500, otóż żeby w drodze tej krótkiej czuć się pięknie, czuć się UCZESANIE. Teraz z tego wyrosła, dojrzała i śmieje się tylko z siebie, że taka głupia była. Która z nas tak nie ma?

Tym razem będzie dane czytelnikowi nad jeziorem pobyć. Pogoda kapryśna, było już gorąco, burza była, było zimno i wietrznie, teraz się wypogadza. Co przyniesie jutro nie wiadomo. Jezioro jest średnio czyste, ośrodek przyjemnie nie wypełniony po brzegi ludźmi, co sobie nasza bohaterka chwali. I nie tylko dlatego, że mało ludzi jej włosy zobaczy - choć to, mimo dojrzałości wcześniej wspomnianej chodzi jej po głowie - ale też dlatego, że ludzie na wakacjach generalnie jej przeszkadzają. Te ich brzuchy wielkie, owłosione niczym nie przykryte, te piersi wielkie, w stroje wciśnięte, upchane, na widok wystawione. Łażą tak dnie całe, nieważne, czy akurat są na plaży czy też przed domkiem swoim siedzą, wcale nie na słońcu, bo domki wśród drzew stoją. Niby mówi wszystkim, że jest tolerancyjna, że po wyglądzie ludzi nie ocenia, że niech każdy wygląda, jak chce i tak dalej, ale na wyjazdach wakacyjnych jej tolerancja chyba z prostownicą na haku w łazience wisi. I się kisi. No więc ludzi nie lubi, generalnie, choć nie bez wyjątków. Zdarza się jej znajomość wakacyjna, przelotna, słoneczna, krótka, ale przyjemna. Nie mówi wtedy nie. I owszem, chętnie sobie od czasu do czasu z kimś porozmawia - nie za długo i nie za często, ale z przyjemnością i ochotą. Wyjątek ten musi jednak spełniać pewne kryteria, inaczej nie ma szans. Nie może mieć dużego brzucha. To znaczy brzuch mieć może, ale musi go chować będąc w miejscach innych niż plaża - porządek musi być. Po drugie Wyjątek nie może grillować. Grill i brzuch stanowią dla niej kombinację nie do przyjęcia, no nie jest w stanie się przemóc. Żadna ilość piwa przy brzuchu i grillu nie pomoże, każda ilość piwa za to zaszkodzić może, pogorszyć znaczy.

W nocy była burza. Silna i głośna. Pioruny huczały nad dachem domku, grzmoty waliły z nieba wywołując u niej ból głowy, Nie miała wyjścia - musiała wstać, poszukać torebki, w torebce poszukać tabletek przeciwbólowych, potem poszukać butelki z wodą  i połknąć pigułkę. Kubka do wody już jej się szukać nie chciało, wypiła z gwinta. Teraz wystarczy położyć się, swoje odczekać, aż tabletka zacznie działać i może dopiero wtedy zaśnie. Jeszcze nigdy nie udało jej się zasnąć z bólem głowy - taki defekt i taka wrażliwość na ból tej właśnie części ciała. Grzmoty nie pomagały, każde walnięcie trafiało jakby prosto w lewy oczodół, gdzie tym razem zagnieździł się ból. Sprawę pogarszały szyszki. Tak, szyszki. Pełno ich na drzewach, wśród których postawiono domki w ośrodku. Silny wiatr te szyszki z drzew strącał, a one ŁUP! ŁUP! o dach waliły, a jakby chciały dziurę w czole zrobić, dostać się do mózgu i pogrzebać w nim trochę, żeby bardziej bolało. Chociaż podobno mózg nie boli, to była przekonana, że jej własny zemściłby się na niej bólem okrutnym. Za co ta zemsta? A kto go tam wie.... Przycisnęła mocno dłonie do skroni, zamknęła oczy i czekała – to wszystko, co mogła zrobić.
W końcu zasnęła, a kiedy otworzyła oczy na zewnątrz było jasno i cicho.

Żeby kupić chleb trzeba iść do miasteczka. Można samochodem, można też pieszo, wzdłuż jeziora. Dzisiaj poszła pieszo. Pogoda nieciekawa, z gorąca człowiek nie padnie, a może się trochę rozgrzeje. Na ścieżce ludzi mało, pochowali się po domach i domkach, nikomu nie chce się nosa na dwór wyciągać. Urlop, cholera! Pieprzone lato! Niech to szlag! Podciągnęła zamek od bluzy wyżej, żeby w szyję jej nie wiało i przyspieszyła. Liczyła na to, że energia ruchu (jak się ona nazywa?) przemieni się w energię cieplną. Pamięta ze szkoły, że taki proces jest możliwy. Kiedy weszła w miasteczko pierwszą rzeczą, jaką zobaczyła, był kościół. Mhm, stoi w każdej mieścinie – pomyślała. Taki nasz folklor polski i taka uroda. Nie przepadała za takim obrazem Polski – obsianej kościołami, źle jej się to kojarzyło. Ale dzisiaj, mijając ten mały, całkiem ładny kościół, nie wiedzieć czemu, pomyślała, że jest jak jest i nic na to nie poradzi. Potrzebują kościołów to sobie je budują. Stoją w tylu miejscach, bo najwidoczniej tyle ich ludziom potrzeba. Szkoda nerwów na przejmowanie się takimi rzeczami.
Tak sobie myślała idąc po chleb, dokładnie tak.

Kupiła oczywiście dużo więcej niż bochenek chleba. Zawsze tak jest – jak już znajdzie się w sklepie, to nie umie nie przejść pomiędzy wszystkimi półkami. A jak już między nimi przechodzi, to zauważa to i owo. A jak już zauważy, to nie potrafi do koszyka nie włożyć. Kupiła więc nie tylko chleb, ale także czereśnie, nektarynki i ogórki. Dołożyła też jogurty, wafelki o smaku chałwowym, dietetyczne wafelki kukurydziane (zero cukru, zero tłuszczu, zero wyrzutów sumienia z zjedzenia całej paczki na raz) i paczkę słonecznika łuskanego. Sporo było do niesienia w drodze powrotnej. Uwielbia zakupy!

Ciało ma białe jak jasna mąka i nic nie zapowiada, żeby się podczas tego urlopu opaliła. Pogoda pod psem, słońca jak na lekarstwo, a przy jej tendencji do się-nie-opalania potrzebowała tego słońca dużo i konsekwentnie. No trudno. Nad tym płakać nie będzie, bo i ciałem nie zamierza nigdzie świecić – ani tym białym ani tym hipotetycznie opalonym. Natomiast z braku ciepła cierpi bardzo. Chłód od niej bije, wali z ciała jak z armatki śnieżnej i znikąd ciepła nie może zaczerpnąć. Uwielbia ciepło, lubi grzać się w bardzo wysokich temperaturach, za to nie znosi zimna. Już mała jego dawka powoduje u niej zamarzanie poczucia przyjemności, chęci do życia i działania. Z każdym minusem proces postępuje, tak, że zimą to najchętniej zapadłaby w sen zimowy, żeby utrzymać ciało przy życiu. Dlatego w takie dni, jak te teraz bardzo cierpi. Czeka na lato cały rok, odlicza miesiące jesienne i zimowe, skreśla Marzanny, wymazuje kolorowe liście z krajobrazu, żeby tylko doczekać końca marca, potem kwietnia, maja.... Krew zaczyna jej w żyłach znowu krążyć, odmarza ciało, centymetr po centymetrze, zaczyna różowieć w środku. Lato powinno być ciepłe, gorące. Tak było i powinno być nadal. Nie wolno zmieniać świata, tak się nie robi. Żadne ocieplenie klimatu, żadne zmiany klimatyczne nie powinny mieć miejsca! Jak się komuś obiecuje cztery pory roku, jak się komuś każe przeżywać zimę i jesień, to wiosna i lato powinny po nich następować!
Do kogo ma napisać ta petycję?

..........................................................


No nie – jak już tyłek zaczyna marznąć w ubikacji, to znak, że czas pakować manatki

..................................................



sobota, 27 czerwca 2015

moje SiWi

Rzuciłam pracę. Legalnie, zgodnie z prawem, pod postacią pięknie napisanego wypowiedzenia. Pytają, czy aby nie postąpiłam zbyt pochopnie, czy dobrze to przemyślałam. Mhm, pomyślmy.
Czy była to decyzja pochopna? To zależy, co rozumiemy pod tym pojęciem i czy okres około 5-letni w pochopności jako takiej się mieści. Nie, moi drodzy, to nie była decyzja pochopna. Chodziłam z nią, schowaną w głowie i innych częściach ciała ta długo, że dokładnie wiosną tego roku zakwitła razem z przebiśniegami i w odróżnieniu od nich już pozostała. W pełni świadoma, ugruntowana i niezachwiana.
Czy dobrze to przemyślałam? To zależy, co rozumiemy pod tym pojęciem. Iloma myślami, analizami i lękami mierzymy dobre czegoś przemyślenie. Ja moją decyzję przemyślałam dogłębnie. Ulokowałam się nawet na łożu śmierci i zapytałam samą siebie, czy cieszę się z tego, że zostałam tu, gdzie jestem. Nie byłam. Żałowałam jak cholera, że przez całe życie pracowałam w miejscu, gdzie toksyczność pewnych osób wyssała ze mnie wszelką pasję, radość z dobrze zrobionej roboty i chęć wstawania co rano, żeby tam wrócić. Musiałam powiedzieć DOŚĆ, żeby ta umierająca staruszka mogła sobie samej powiedzieć zrobiłam to i nie żałuję.
Porzuciłam więc ciepłą posadkę, stałą płacę i - nie boję się tego powiedzieć, znając realia - nietykalność. Podziękowałam i wyszłam. Na powietrze. Głęboki wdech.................. i od razu lepiej. Szkoda, że dopiero po tylu latach. Dobrze, że nie później.

Teraz szukam pracy. Jakiejś innej, niż ta, którą uprawiałam przez ostatnie 10 lat. Chociaż trochę innej. Łatwo nie jest, nikt mnie z otwartymi ramionami nie przyjmuje, sprawdzają, pytają, a potem nie oddzwaniają. Nie powiem, że mnie to nie tyka, ale staram się patrzeć ciągle do przodu. Szukam, wysyłam, czekam na sygnały. W końcu gdzieś mnie przyjmą, nie może być inaczej - opcji nie ma. Zapytać by można, co ja takiego potrafię po dekadzie pracy w przedszkolu. Przemyślałam to sobie i trochę tego wyszło. Oto lista dziedzin i moich umiejętności.

Psychologia
To wtedy, kiedy musiałam wykazać się znajomością prawidłowości rozwojowych człowieka od urodzenia do dorosłości. Tak - jeśli ktoś myśli, że praca w przedszkolu obejmuje tylko dzieci, to grubo się myli. Praca z rodzicami dzieci - obszar wielki, trudny i, że tak powiem, na ugorze. To wtedy, kiedy musiałam umieć zastosować wiedzę z zakresu rozwiązywania konfliktów wśród dzieci, kiedy trzeba było kierować ich rozwojem emocjonalnym w pożądanym kierunku.
Pedagogika
Rzecz oczywista - wiedza z zakresu metod pracy z dzieckiem w określonym wieku jest po prostu niezbędna, żeby ruszyć z czymkolwiek. Wychowanie małego człowieka, który w ciągu tygodnia przebywa większość czasu z tobą jest nieco obciążające psychicznie, zwłaszcza, jeśli masz tych dzieci ponad dwadzieścia.
Wikipedia, czyli nauczyciel od wszystkiego
Musisz wiedzieć wszystko, albo prawie wszystko. Jak przygotować do nauki matematyki, czytania i pisania. Co je ślimak, jak nazywają się wszystkie kwiaty świata i gdzie raki zimują. Musisz wiele też umieć, że wspomnę tylko o śpiewaniu, rysowaniu, rzeźbieniu, odgrywaniu ról na scenie, dobrym poczuciu rytmu i umiejętności czytania ze zrozumieniem.
Medycyna
Wprawdzie na poziomie pielęgniarki i salowej, ale zawsze. Mierzenie temperatury, opatrywanie ran, rozpoznawania wstrząsów mózgu, tamowanie krwotoków z różnych części ciała - to pielęgniarka. Podtrzymywanie głowy dziecka nad sedesem podczas wymiotów, przebieranie po się posikaniu, podcieranie tyłka, karmienie - to jakby salowa. I tutaj wyrazy szacunku i podziękowania dla osoby pracującej na stanowisku tak zwanej pomocy nauczyciela - wykonuje kawał z tej "brudnej" roboty.
Księgowość
Podliczanie godzin, dni, miesięcy obecności i nieobecności. Wyliczanie średniej, znajdywanie braków, szukanie dziur w całym. Zbieranie składek, wydawanie składek, się z wydatków rozliczanie. Pyk, pyk, pyk na kalkulatorze - przy małym stoliku na krzesełku dla dziecka.
Bajkopisanie
Protokoły, sprawozdania, analizy, ewaluacje, ankiety, arkusze, zdania niedokończone, obserwacje, diagnozy, wnioski, testy, sprawdziany. Co pół roku, co miesiąc, a najlepiej jakby codziennie i regularnie. Zawsze z podpisem, bo inaczej nieważne. Skreślamy na czerwono, parafka, data i powód skreślenia - wszystko na skrawku pustego miejsca nad pomyłką. Godziny od do, dlaczego właśnie wtedy i dlaczego znowu źle. Wszystko jednym kolorem długopisu, ładnie,  k a l i g r a f i c z n i e. Z odpowiednim odstępem, w linijce, w której trzeba i pamiętać o odpowiedniej liczbie niezrozumiałych, profesjonalnie brzmiących słów. I absolutnie nie przy dzieciach, nauczyciel pracuje 40 godzin tygodniowo, prawo stanowi wyraźnie.


Oprócz powyższych umiem jeszcze więcej, na pewno gdzieś do czegoś się przydam.


P.S. Nawet przez minutę nie żałowałam i nie żałuję swojej decyzji :)


poniedziałek, 1 czerwca 2015

trochę na okoliczność Dnia Dziecka, a trochę nie...

osoby przywołane poniżej są osobami fikcyjnymi, choć ewentualna zbieżność z osobami, zdarzeniami czy sytuacjami rzeczywistymi wcale nie musi być przypadkowa...


Jak wspominam swoje dzieciństwo
artykuł z dnia 1 czerwca 2015 roku

Rodzice
Rodzic to był ktoś, z kim trzeba było się liczyć. Do mamy mówiło się mamo, a do taty - tato. W życiu by mi do głowy nie przyszło, żeby mówić do nich po imieniu. Zresztą, nie czułam takiej potrzeby - mama i tata to były osoby, na które można było zawsze liczyć, ale z którymi liczyć się było trzeba również. To się nazywa szacunek. Jak tata powiedział, to to było święte, jak mama postanowiła, to tak musiało być. Nie że nie było odwrotu czy buntowania się - jednak mnie jako dziecku nie przychodziło w ogóle do głowy, że to, co mówi tata czy mama, jest nieważne i że można sobie udać, że się tego nie słyszy.
Jako dziecko czułam się bezpiecznie. Rodzice to była taka, jakby to powiedzieć, ostoja. Oni wiedzieli najlepiej, co mi wolno, a czego nie. Jak był czas, to się ze mną bawili, ale jak czasu nie było, to nie było i już. Dziecko musiało sobie samo znaleźć zajęcie. Zresztą, z tym akurat to nie było żadnego problemu....

Zabawa
Bawiłam się głównie na dworze. Wychowywałam się w bloku, nie miałam swojego ogrodu i jestem losowi bardzo za to wdzięczna. Zabawy przed i za blokiem z dziećmi z innych mieszkań wspominam z wielkim wzruszeniem. Nie było z nami dorosłych, mama widziała nas przez okno, jeśli miała potrzebę kontroli, a jak nie widziała, to krzyczała imię swojego dziecka i ono meldowało się pod oknem. Wystarczyło. W co się bawiliśmy? Pierwsza moja myśl - trzepak. Trzepak był jak góra, którą każda z nas chciała zdobyć. Zaczynało się od najprostszego fikołka - tak zwanego kurczaka z rożna. Potem dochodziły bardziej skomplikowane ewolucje, przewijanie się do przodu, do tyłu, zwisy, łączenie jednych z drugimi. Na trzepaku się gadało, siedząc na barierkach. Co innego? No bieganie z różnego rodzaju fabułą - raz się biegało na wojnie, innym razem się biegło do kryjówki w zabawie w "chowanego", innym razem się biegło w ucieczce lub wyścigu. Lubiłam też bawić się na kocu. Brałyśmy lalki, ubranka dla nich, rozkładałyśmy koc i mogłyśmy tak godzinami.
Jeśli chodzi o zabawę w domu, to pamiętam pudło z zabawkami, w którym zawsze, ale to zawsze można było znaleźć coś niespodziewanego. Pudło było wielkie, głębokie, wiecznie był w nim bałagan. Do dziś pamiętam ten hałas, jaki robiły zabawki, kiedy się czegoś w tym pudle szukało. Pudło było pomarańczowe.

Media
Telewizor musiał się nagrzać. Dlatego trzeba było go włączyć kilkanaście minut przed programem, żeby zdążyć na początek. Co oglądałam? Na pewno dobranocki. Pamiętam też, że popołudniu, jakoś tak chyba około 15 godziny były teatrzyki kukiełkowe dla dzieci. Po teatrzyku telewizor się wyłączało i wracało się do swoich zajęć.
Uwielbiałam też słuchać płyt winylowych (innych wtedy nie było) - na przykład Urszuli czy Anny Jantar - i wyobrażać sobie, że jestem piosenkarką.

Coś słodkiego
Jeśli chciałam coś słodkiego, to za każdym razem musiałam się pytać, czy mogę. Pamiętam kolorowe lizaki, okrągłe, z kwiatkiem. Obgryzałam najpierw brzeg lizaka, a potem bardzo powoli lizałam resztę. Powoli, żeby na długo zostało. Nie lubiłam, kiedy robił się cieniutki, ostry na krawędziach - to znaczyło, że zaraz się skończy. Tak samo było z lodami. Nie pamiętam, jak się nazywały takie śmietankowe, wielkości połowy kostki masła. Dostawałam go w pucharku i jadłam bardzo wolno. Słodyczy nie dostawałam kilka razy dziennie, często to była jednorazowa w ciągu dnia taka przyjemność - czasami odkładałam sobie część lizaka na później, owijając go w papierek.



Jak wspominam swoje dzieciństwo
artykuł z dnia 1 czerwca 2035 roku

Rodzice
Rodzice byli cali dla mnie. Bawili się ze mną, chodzili ze mną na czworakach, kucali w piaskownicy i pokazywali, jak się robi babki. Byli moimi kumplami. Nie mówiłem do nich po imieniu, ale z dzisiejszej perspektywy mogę śmiało powiedzieć, że nie mieliby nic przeciwko temu. W ogóle nie zrobiliby niczego, co według nich mogłoby mnie unieszczęśliwić. W ich mniemaniu. To ja decydowałem, kiedy chcę iść spać, to ode mnie zależało, czy pójdziemy do sklepu teraz czy później. Bo jak leciała w telewizji moja ulubiona bajka, to czekali, aż się skończy. Miałem wrażenie, że mogę z nimi robić, co tylko chcę. A jak coś mi się nie podobało, to wystarczyło, że krzyknąłem, rozpłakałem się czy po prostu powiedziałem NIE. I już robili to, co chciałem. Czy to dobrze? Bo ja wiem.... Oni pewnie chcieli dobrze... Często robili wykłady, co i jak czuję. Albo tłumaczyli się, czemu robią mi tak, a nie inaczej. Tych ich przemów nie lubiłem najbardziej.

Zabawa
Zabawę urządzali rodzice. Mieli jakieś takie parcie, żebym zawsze dobrze się bawił. Zawozili mnie na różne place zabaw, do parków rozrywki przeróżnej maści i konfiguracji. Wozili mnie na basen, na dżudo, aikido. Jak mi się nudziło, to bledli z przestrachu i szukali czegoś nowego. Fajnie, nie? Zabawa przed blokiem była nudna, bo zawsze ktoś z dorosłych siedział na ławce i patrzył co robisz. Wchodzisz za wysoko? Zejdź. Kopiesz za głęboko? Wyjdź. Jesteś za brudny? Źle. Biegasz za szybko? Też źle. To już wolałem, kiedy zaprowadzali mnie do jakiegoś małpiego gaju, pili sobie kawkę, a ja mogłem się zaszyć w kulkach i trochę porobić, co mi się podoba.
W domu miałem pełno zabawek. Mama albo tata siedzieli ze mną na dywanie i układali klocki ze mną. Sam nie lubiłem, bo wydawało mi się, że nie umiem. Te instrukcje były takie skomplikowane.

Media
To jakiś żart? Wiadomo, że w naszych czasach wszelkie media to był standard. Odkąd pamiętam w domu był komputer, na którym grałem w różne gry. Później dość szybko dostałem mojego pierwszego smartfona, na którym też było sporo gierek. Komp był dobry na nudę. Jak rodzicom się bawić nie chciało albo byli czymś zajęci, to komputer był jak znalazł. Taak, niby były jakieś obostrzenia, jakieś limity czasu i tak dalej, ale jakoś nie pamiętam, żebym odczuł to szczególnie mocno jako ograniczenie. Telewizor? Wiadomo - duży, płaski, bajki 24 h.

Coś słodkiego
Moi rodzice mieli hopla na punkcie zdrowego odżywiania. Zdrowe śniadania, obiady i kolacje. Zdrowe drugie śniadanie i zdrowy podwieczorek. Zdrowe słodycze. Bleee. Nienawidziłem tych zdrowych słodyczy. Ciastka pełne zbóż oczywiście, bez cukru rzecz jasna. Wszystko bez tłuszczu, bez cukru, bez mleka i kakao. Koszmar. Dlatego uwielbiałem, kiedy w przedszkolu, a potem w szkole ktoś miał urodziny albo imieniny. Przynosił wtedy cukierki dla wszystkich. Ale była wyżera! Uwielbiałem krówki, czekoladki, żelki. Do dzisiaj mam obsesję - zawsze muszę mieć w domu jakąś niezdrową słodycz. Uważam, że nasi rodzice przesadzali z tym zdrowiem na każdym kroku.


wtorek, 24 lutego 2015

co za uczucie!

wirusie,
w mym ciele się zagnieździłeś
i choć pewne straty poczyniłeś
(w mej głowie, w mym ciele, na skórze aż do mięśni)
to jednak z tobą nieco mi się szczęści
choć zimno z ciepłem zabawę we mnie mają
raz dreszcze raz poty z gruczołów wyciskają
to robić NIC mogę dzięki twej wizycie
zatrzymać się na chwilę, odpocząć należycie

Jestem chora, jakiś tam wirus - pewnie nic poważnego, nieco gorączki, bólu ciała, osłabienia i pomroczności lekkiej. Dużo śpię, mało jem, piję sporo i na nic nie mam ochoty. Choć pisać mi się chce. Bo ileż można tak nic...
Cieszę się, bo mi to NIC było bardzo potrzebne. Za dużo ludzi ostatnio było z moim życiu, za dużo pracy, za dużo kontroli, biegania, starania się i uśmiechania do bólu mięśni twarzy. Wytrzymać się da, ale do czasu. Mój czas widocznie nadszedł, bo organizm się zbuntował i powiedział, że NIE, dalej się nie ruszy, nic więcej nie zrobi, chce spać. I śpi sobie. Dzisiaj na przykład obudził się około 10:30 - już nie pamiętam, kiedy tak długo spałam. Czyż to nie przyjemne, tak pospać sobie do oporu? Budzić zdziwienie wśród domowników, że TAK DŁUGO ŚPI? Dla mnie rzecz rzadka i tym bardziej pożądana. Ja nigdy nie śpię tak długo, nigdy rankiem nie wyleguję się w łóżku  do południa, zawsze budzi mnie poczucie obowiązku, planowanie, pośpiech i niepokój. Musiałam zachorować, żeby w końcu odpuścić. By pozwolić sobie na NIC. Co za uczucie!

Mogę czytać, ile zechcę. Fakt, ze skupieniem uwagi i czujności umysłu mam pewne kłopoty - tabletki, jakimi kazano mi się leczyć nieco ten stan pogłębiają, szum w głowie wywołują i mikro zawroty w głowie, co długiemu czytaniu nieco przeszkadza. Ale to nic, albowiem w każdej chwili MOGĘ przestać czytać. Nie dlatego, że mam coś innego do zrobienia, bo nie mam, nie dlatego, że muszę, że czas mnie goni - mogę przestać czytać, bo może mi się odechcieć, może mi się zachcieć znowu spać, może mnie znużyć. Co za uczucie!

Mogę "siedzieć" w internecie do bólu gałek ocznych. Mogę poświęcić ten czas na oglądanie i czytanie o tym, co interesuje mnie najbardziej - o wizażu. Wczoraj zaczerpnęłam tyle inspiracji, wpadłam na tyle pomysłów, że jak tylko nabiorę sił, to nic mnie nie zatrzyma w działaniu. Mogę przeglądać w tę i z powrotem oferty drogerii internetowych, porównywać kolory, ceny, czytać o jakości. Mogę sobie planować, marzyć, a nawet kupić sobie mogę. Nikt mi nie zabroni, w końcu jestem chora, nic nie muszę. Co za uczucie!

Mogę nie czytać maili z pracy. I nie czytam. Sorry, dziewczyny, ale jeśli pada podejrzenie, że piszecie do mnie w sprawach niecierpiących zwłoki, a dotyczą szeroko pojętej działalności pewnego przedsiębiorstwa, to ja jestem chora, osłabiona, muszę o siebie dbać i nie czytam tych informacji, Będziecie musiały poradzić sobie beze mnie ;). Ech, co za uczucie!

Uważam, że choroby są niedoceniane. O ile nie są stanami ciężkimi, śmiertelnymi czy z komplikacjami oczywiście. Taka choroba to przecież idealne warunki do tego, żeby odpocząć, zapomnieć o codziennych obowiązkach, odsapnąć nieco. Oczywiście, płaci się za to kiepskim samopoczuciem, łażeniem w dresach, gorączką, uczuciem nudy, ale gdyby nie ta choroba, to niejednokrotnie człowiek zarabiał by się do krańca swoich sił, nie zauważając nawet, jak wiele mógłby, gdyby zwolnił. Wiem, truizm, cóż począć.

Ja tam cieszę się z mojej obecnej choroby. Wprawdzie już czuję, że temperatura mego ciała wzrasta, bo lek przestaje działać, a na ciele pojawiają się znane mi dreszczyki. Tylko czy muszę się tym martwić? Przecież mogę teraz się położyć, przespać, przykryć kocem po uszy i niczym się nie przejmować. Że gorączka? W końcu minie, prawda? A jak nie, to znowu pójdę do lekarza.

Mówię wam, co za uczucie! :)


niedziela, 11 stycznia 2015

ciepło, coraz cieplej... (o książce)

Tak się jakoś składało ostatnimi czasy, że książki, które mnie wciągały wiały zimnem. Dni zasypane śniegiem, świst wiatru od strony zimnego morza czy oceanu, wody skute lodem, zbyt cienkie ubrania, niedogrzane domostwa - klimaty, które na samo wyobrażenie o nich sprawiały, że miałam gęsią skórkę. Podwójną - jedną z powodu pięknej książki, drugą z powodu zimna. Bo zimna ja nienawidzę. Niska temperatura wywołuje u mnie niski poziom endorfin, niską aktywność i niskie poczucie własnej wartości. No za nisko dla mnie. Ja lubię być podgrzana, opatulona (nie muszę być przy tym opalona), komfortowo mi wtedy, nie martwię się o nic, jestem. W cieple.

I oto nareszcie książka, w której jest ciepło. Upał wręcz, skwar, czasami unieruchamiający ludzi, bo robić się w takim upale nie da. Właśnie ją skończyłam i zamiast pisać, czego to dokonałam w pracy zawodowej, żeby D. była ze mnie zadowolona, siedzę oto przed wami i piszę, że jestem oszołomiona, cudownie ukołysana, a nawet WZRUSZONA. Kto mnie zna trochę lepiej, bo się raczej z tym nie obnoszę, ten wie, że wzruszenia unikam jak zimna. No nie lubię się wzruszać, lubię być stała. A tu, przy ostatnich zdaniach poczułam namiastkę tego wzruszenia - nie płakałam, nawet nosem nie pociągnęłam, ale poczułam TO w brzuchu, w myślach i w emocjach swoich.

To Kolor purpury Alice Walker. Tytuł pewnie każdemu znany jako tytuł filmu, który na podstawie książki zrobił słynny pan S.S. Aż mi wstyd (choć nie za mocno), że dopiero teraz sięgnęłam po pierwowzór. I nie żałuję. Książka jest piękna, choć niewiele ma w sobie piękna tego ładnego. Piękno tej książki to cudowność prostego, trudnego, opłaconego ciężką pracą i trudnościami międzyludzkich relacji ŻYCIA. Dzieje się dawno dawno temu i bardzo bardzo daleko i aż trudno uwierzyć, że jest tak blisko.

Na początku trudno mi się ją czytało, bo ma formę pamiętnika pisanego przez Celię, która wykształcona nie jest i językiem literackim nie włada. Słowa przekształcone prostotą dziewczyny czasami spowalniały moje czytanie, musiałam wracać o kilka wyrazów przed, żeby wolniej przeczytać sobie jeszcze raz. Ale szybko przywykłam. Zaczęłam nie tylko rozumieć, ale i współodczuwać, wspólnie dziwić się, wspólnie odkrywać miłość, nienawiść, chęć zemsty i w końcu wyciszenie, uspokojenie życiowe.

Ale to nie wszystko. Czytając tę książkę i ocierając pot z czoła w pełnym skwarze bijącym z kartek, odkrywałam, jak trudno miały wtedy kobiety, przynajmniej te czarne. Jak łatwo było mężczyznom uwierzyć, że są panami świata, w tym kobiet. Bili, gwałcili, wymagali, nie słuchali. I jak wielkiej determinacji, odwagi i siły wymagało od kobiet pokazanie im, że ONE coś znaczą, że tą swoją męskość mogą sobie schować, bo kobieta ma swój rozum, swoje odczucia, swoje potrzeby. Jak powiedziała sama Celia: Wiesz przecie ile czasu trza żeby meszczyzna wogle cóś zauważył. Musiały więc być cierpliwe...

Książka napisana jest spokojnie - w słońcu nie da się pędzić. Nie jest przy tym nudna, nie jest za wolna - jest akuratna, żeby usiąść na ganku w krześle bujanym, pykać fajeczkę, popijać lemoniadę i czytać. Czytać i odkrywać, jak w sumie prosty jest świat, jak niewiele trzeba, żeby być szczęśliwym, jakim darem jest mieć rodzinę i przyjaciela, który pokaże nam naszą urodę i przyjemność życia. Jak niewiele trzeba, żeby zmienić swoje życie o 180 stopni i być szczęśliwym, wolnym, że wystarczy zauważyć siebie i podjąć decyzję.

I znowu na koniec zacytuję Celię: No, mówię, każden jeden człowiek od czegoś musi zacząć jak chce się poprawić a najlepiej od samego siebie bo to najbardziej po drodze.

Czy ja pisałam, że Celia to prosta, niewykształcona kobieta?

Alice Walker Kolor purpury. POLECAM.




wtorek, 6 stycznia 2015

uratowana (o książce)

Szczerze - bałam się, że w takim stanie już przyjdzie mi żyć, że już nie ma dla mnie nadziei. Bałam się kolejnej, w połowie porzuconej książki. Nie mogłam znaleźć. Snułam się po bibliotece niczym zjawa jakaś, która wprawdzie rzuca cień, temperaturę ma wyższą niż otoczenie i ewidentnie JEST, ale nie ma mocy chwycić w dłonie książki. Brałam to jedną, to drugą, decydowałam się nawet na to, żeby wziąć co to niektórą do domu, ale żal ściskał moje gardło, kiedy po dwóch - trzech rozdziałach czułam wyraźnie, że to nie TO. W głowie się nie mieści, ile trupów niedoczytanych książek zostawiłam po sobie w ostatnim czasie. Zupełnie jakby depresja zagnieździła się w mojej głowie i sercu i czyniła bezsilną wobec zadania doczytania książki do końca.
Przeczytałam Sposób na trudne dziecko, ale cóż to za książka - nauczycielka bardziej niż przyjaciółka. Potrzebna, cieszę się, że ją poznałam, służyć mi ona będzie jednak do zdawania kolejnych egzaminów w pracy i w domu, a nie do przeżywania cudownej podróży GDZIEŚ. Już niemal stawałam z rozpartymi ramionami i zaczynałam wrzeszczeć gdzie moja Dina? gdzie Królowe Polskie? dokąd odeszłaś Królowo Południa? Nie ma? Nie pomogła pani sławna Chutnik i jej Kraina Czarów, nie pomógł Nobel Vargasa Llosa, na nic Nabokov, a nawet Munro. No nie wchodziło, nie mogłam, opuszczałam i po angielsku wychodziłam. Coraz mocniej zaczynając wierzyć, że to, co najpiękniejsze w przeżywaniu książek jest już prawdopodobnie za mną. Smutne, ale może tak musi być.
Snując się po empiku w nadziei na jakiś ZNAK, przerzucając w rękach kartki różnych książek, z przerażeniem kończąc na cenie, zobaczyłam Miniaturzystkę. Coś tam gdzieś o tej książce czytałam, ale nie bardzo kojarzyłam. Zaciekawiła mnie, pomyślałam, że chciałabym ją przeczytać. Cena, niespełna 50 zł, powiedziała do mnie wyraźnie, że kupię ją w internecie za mniej. I kupiłam, i odczekałam swoje.
Przyszła, jak to ma w zwyczaju, zawinięta w papier, niepozorna, ot paczka z książką. Otworzywszy ją i zacząwszy czytać, wpuściłam ją do życia, jak przede mną zrobiło wiele kobiet, dawno, dawno temu. Tamtym kobietom dawała laleczki, figurki, miniatury ich życia - mi dała po raz kolejny poczuć, że jednak są jeszcze książki, przez które mogę przejść gdzieś indziej i znowu poczuć tą niemoc przerwania, powrotu do własnej rzeczywistości.
Chłonęłam. Zostałam przez miniaturzystkę wciągnięta w jej grę, podobnie jak Nella, jedna z bohaterek książki. Inaczej niż ona, która nie podejrzewała jak "znajomość" z miniaturzystką może się skończyć, ja od razu poczułam, że zostałam obezwładniona i bez lęku poddałam się temu. Dziwność, tajemnica - jedna za drugą odkrywana przez NIĄ za pośrednictwem liter - miniatur, zmieniała moje emocje, myśli, grała na moich potrzebach. Już nie musiałam pisać, już nie siedziałam w necie w poszukiwaniach czegoś - już należałam do NIEJ, mogła robić ze mną, co chciała po ostatnią literę. Czułam zimno Amsterdamu, to przenikliwe i paraliżujące, czułam smród ryb - tych świeżych i tych zepsutych. Ogrzewałam się w cieple pieca w cukierni, błądziłam w ciemnościach po wielkim, chłodnym domu, opatulona w szal, słyszałam nawoływania kupców i śmiech dzieci ślizgających się po zamarzniętym kanale. Czekałam z Nellą na jej męża w alkowie, razem z nią pogrążyłam się w rozpaczy odkrywszy jego sekret, zbrodnię i potrzeby. Razem z nią przez dziurkę od klucza podglądałam Marin, szwagierkę, która nago wydała się zupełnie inną osobą i która, podobnie jak chyba wszyscy mieszkańcy tego domu, kryła w trzewiach kolejna tajemnicę. Obserwowałam ohydne zachowania mieszkańców Amsterdamu na widok czarnoskórego Ottona.
A wszystko kryło się w domku dla lalek, konstrukcji wielkości, którą trudno nam sobie dzisiaj wyobrazić. Zabawka dla bogaczy, to pewne. Jak miniaturzystka dowiadywała się o wszystkim, jak do cholery potrafiła, niczym prorokini, przewidzieć dzieje tego domu i jego mieszkańców? Każda laleczka, każda figurka mówiła o tym, co będzie z bezwzględnością lalki, tworu, który nie ma duszy ni serca, więc nie boi się niczego. Skąd wiedziała, jak skończy pies, skąd wiedziała, co ukrywa Marin? Jak to zrobiła, że zgubiłam się z lubością jeszcze raz w świecie książki, choć nie udało się to wcześniej najlepszym?

Może sam odważysz się sprawdzić?
Polecam.


Jessie Burton Miniaturzystka, Wydawnictwo Literackie.


poniedziałek, 29 grudnia 2014

reportaż

- Kochana, ja wiem, co tam się dzieje.. Ją opanował demon PRZESZŁOŚCI

- Tak mówią

- Pani wie, co tam się dzieje? Po nocach, w snach swoich wskrzesza dawno umarłych, przywołuje ludzi ze swojej przeszłości, żeby przeżywać to, co było ciągle i ciągle.

- Jak to, wskrzesza umarłych?

- No, nie że naprawdę, po ziemi przecież nie mogą chodzić ci, co umarli, prawda? Ona jak wiedźma, w nocy to robi, w swojej głowie. Mówią, że cała mokra się w nocy robi, poci się znaczy bardzo. mąż musi co rano zmieniać pościel, tak cuchnie jej potem. Bo ona w nocy przechodzi w świat zaprzeszły, ten co był w jej młodości. Spotyka tych, co już dawno pomarli, żeby z nimi rozmawiać, żeby spróbować naprawić to, co było dawno temu.

- Eeee, to inaczej jest. Ona nie próbuje naprawiać, ona chce tam ŻYĆ. Nie umie się odnaleźć w swojej teraźniejszości, ciągle tęskni za tym, co było i dlatego tam wraca. Podobno nie umie znaleźć się w tym, co jest teraz, nie umie zapomnieć. Wie pani, czasami człowiek myśli, co by było, gdyby to czy tamto, gdzie by się teraz było - człowiek pomyśli, poduma i żyje dalej. A ona nie umie tak. Ona duma i duma, tylko najbardziej we śnie. Ale podobno w ciągu dnia też nie umie się pozbierać.

- Tak, wpatruje się w zdjęcia z młodości swojej, w zdjęcia ludzi, których wtedy spotkała i podobno bardzo tęskni. Nie umie zrozumieć, że tak się nie da. Podobno jej mąż po lekarzach z nią chodził, pytał, co to, czy nie jaka choroba psychiczna, ale lekarze co tam wiedzą - jak zdrowa na płucach i w gardle, to nijak nie umieją choroby zobaczyć.

- Ale w psychiatryku też z nią był, bo podobno dziecko zaniedbuje, bo za bardzo jest teraźniejsze. Tam dali jej jakieś leki na sen, żeby spała spokojnie. Nic nie dało. Biedny chłop już nie wie, co ma robić. Każdy by się przeraził, gdyby z wiedźmą w łóżku jednym spał. Bo to wiadomo, czy jej co kiedy nie strzeli do głowy i nie zrobi krzywdy komuś w nocy?

- Ale o co chodzi a tymi snami?

- No cały czas spotyka w nich ludzi z przeszłości. Próbuje z nimi rozmawiać, prosi o przebaczenie, prosi, żeby się z nią skontaktowali, żeby ją znowu polubili -bo ja wiem? Podobno jej mąż popalił wszystkie zdjęcia z dawna, pokasował jej konta na tych fejsbukach i internetach, żeby się z ludźmi nie próbowała kontaktować, żeby ją odciąć od wszystkich źródeł łączących z przeszłością. Bo ona nawet dawnych kochanków wspominała, ciągle myśląc, czemu z nimi zerwała, może by lepsi byli, może gorsi. Mówią, że jak jest dzień i ona jest taka całkiem, całkiem, to próbuje sobie tłumaczyć, że to bez sensu, że tak nie można, że się nie da. Podobno nawet próbowała kiedyś nie spać, żeby nie wspominać, ale kto tak potrafi? Widać, nawet wiedźmy nie umieją bez spania, bo jej się nie udało. A jak tylko zaśnie, to klops.

- Mnie to najbardziej tego dzieciaka szkoda i chłopa, bo co oni winni, że taka się okazała. Trzeba by ją odizolować, niech w szpitalu poleży, niech ją obserwują, to może co zobaczą. Mają przecież te maszyny, co w śnie człowiekowi można podłączyć do głowy. Przecie dziecko niewinne, że mama wiedźma, a jak ludzie zaczną przy nim gadać, to tylko wstydu się naje i jeszcze też się jakiś dziki zrobi. Bo ona podobno coraz dłużej śpi, coraz mniej je i coraz dziwniejsza się robi. Bo to się pogłębia, pani wie? Mnie to się widzi, że jak pewnego dnia zaśnie, to już się nie obudzi - nie umrze, tylko spać będzie w przeszłości i przeżywać wszystko jeszcze raz i tak raz za razem. Dla mnie to chłop powinien zwinąć manatki, dziecko zabrać i się wynieść stamtąd. Byle dalej od czarownicy. Tfu!

- A tam, głupoty gadasz! Może i chora jest, ale przecie nie można kobiety samej zostawić, bo se co złego zrobi, albo z głodu umrze. Teraz są takie różne choroby, trzeba leczyć, szukać specjalisty, co od tęsknot za przeszłością wyleczy. Bo dla mnie to ona potrzebuje pomocy, tylko nie wiadomo do końca, jak to zrobić, żeby się nie śniło. Widziała pani ich dom? Mają wszystko - pracę, dom, samochód, zdrowe dziecko. Trzeba być chorym poważnie, żeby nie widzieć tego, co się ma i tęsknić za czymś, co się nie wróci, Wiadomo przecież, że nie da się czasu cofnąć. Dla mnie to jakaś schizofrenia czy depresja jakaś, a to się przecież leczy. Wy tam o wiedźmach, czarownicach! Przecież to nie średniowiecze, żeby wiedźmy były, teraz mamy METODY, sposoby, wszystko się da!


Próbowałam dostać się do domu, który pokazały mi kobiety. Poszłam we wskazanym kierunku. Dziwne, bo nie znalazłam tam żadnego zamieszkanego budynku, Stała tylko stara rudera, pod którą ktoś dawno dawno temu zostawił samochód - stary, zardzewiały fiat. Obeszłam wszystko dookoła, nic... Tylko bardzo dawna, anonimowa, milcząca przeszłość....