Pierwszy tydzień za mną...
Ocena ilości stresu przed pierwszym dniem pracy w skali od 1 do 10? Zdecydowanie 20. Wieczór przed owym poniedziałkiem, kiedy miałam zacząć, obfitował w łzy i ból brzucha przepełnionego strachem. Przed wszystkim. Przed nie wiadomo czym. Jeśli podzielić ludzi na tych, którzy boją się zmian i tych, którzy zmieniają swoje życie bez mrugnięcia okiem, to ja jestem wzorcowym przykładem tych pierwszych.
Pierwszy dzień. Poziom stresu zdecydowanie zmalał. Okazało się, że ludzie w ogólności mili, że nie tylko ja zaczynam pracę w tej szkole. W skali od 1 do 10 poziom stresu szacuję na jakieś 6. Jest dobrze.
Mężczyźni w pracy? SĄ!!! Kochani moi, są faceci! Nareszcie pracuję gdzieś, gdzie można minąć płeć przeciwną na korytarzu. Piękne moje kobiety, kocham was i uwielbiam, ale kiedy jest nas za dużo w jednym miejscu i nie równoważy tego najmniejsza ilość testosteronu, to sosik hormonalny zaczyna być szkodliwy dla zdrowia psychicznego. Jestem pewna, że każda z was przyzna mi rację ;)
Średnia wieku kadry? Oceniam na jakieś plus minus 30. Większość ludzi jest młoda, obawiam się, że nieco średnią wieku podwyższam ;)
Czas dojazdu? Około 30 minut w jedną stronę, korków póki co nie ma, zobaczymy, jak się sprawa będzie przedstawiała po zakończeniu wakacji...
Ilość godzin spędzonych już z dziećmi? Łącznie sześć, dwa dni adaptacyjne, po trzy godziny w każdym. I powiem wam szczerze, że jak przyszły dzieciaki, to w końcu poczułam, że jestem tam, gdzie powinnam być. Mam klasę dzieci najmłodszych, a więc tych, co skończyli już 6 lat i tych, którzy skończą te lata niebawem. Rewir więc nie jest mi obcy, właśnie takie dzieci wypuściłam w czerwcu w świat.
Ilość dzieci w klasie? 16, słownie szesnaście. Dla osoby pracującej w placówce państwowej jest to ilość raczej kosmiczna, mało realna. Większość dziewczynek.
Co jest fajne? Mhm, no cóż - to, że nie muszę zmieniać obuwia. Tak, wiem, szczegół i głupota, jednak jest jakaś różnica między pracą w kapciach a pracą w butach...
Co jeszcze? To, że sama odpowiadam za swoją pracę. Klasa jest moja, sala jest moja, plany są moje, decyzje, pomysły, ustalenia z klasą. Nie ma pięciu innych osób, które wejdą do klasy z butami i stwierdzą ot po prostu, że to i to jest źle: źle stoi, źle wisi, dzieci źle siedzą, źle myją ręce, źle jedzą. A kij wam w oko normalnie!
Poziom stresu teraz? Ciągle jakieś 5, no może 4. W końcu tak czy siak, ciągle jestem świeżynką w edukacji wczesnoszkolnej. To tak, jakby zaczynać od początku, kiedy napisanie planu miesięcznego zajmowało mi pół miesiąca, kiedy nie byłam pewna żadnej mojej decyzji, a milion pytań kłębiło mi się po głowie. Z drugiej strony to jakby druga młodość, czyż nie? ;)
Czy jestem zadowolona z decyzji, jaka podjęłam parę miesięcy temu. Tak.
niedziela, 23 sierpnia 2015
niedziela, 16 sierpnia 2015
gorące książki
No i co ja mam teraz ze sobą zrobić? W tym świecie na wskroś rzeczywistym, z jego meblami, samochodami, ludźmi, moim adresem, balkonem, podłogą, fotelem.... Jak ja mam tu być? Cholera znowu to samo - za każdym razem, kiedy ONA się kończy. Powinni ostrzegać, wielkimi literami i bardzo dotkliwie, tak jak na paczkach papierosów, "czytanie grozi całkowitym pochłonięciem - przeczytanie do końca może spowodować poczucie pustki". No nie piszą, człowiek książkę kupuje czy pożycza, czyta, zaczyna mu się podobać, zaczyna pragnąć jej więcej i więcej, a ona z ostatnią stroną kończy się i zostawia na głodzie kolejnych liter, wyrazów i zdań.
Proszę mi wybaczyć żałośnie patetyczny ton i płacz publiczny. usprawiedliwia mnie to, że dzisiaj w nocy skończyłam książkę, do której się bardzo przywiązałam, a ona, w swym niedużym rozmiarze po prostu dobiegła końca. Zdarzyło mi się to drugi raz tego lata. Owszem, książek było więcej, ale te dwie z nich zadały mi ów ból końca fabuły. A jeszcze tyle można by dla mnie w nich napisać!
No dobrze kobieto, weź się w garść, dziesięć głębokich oddechów i spróbuj chronologicznie, w miarę możliwości pozbawiając słowa lamentów.
Książkę "Wszystko, co lśni" Eleanor Catton pierwszy raz zobaczyłam w Empiku. Wzięłam, o nieszczęsna, do ręki, przewróciłam kilka stron i poczułam, że chciałabym ją przeczytać. Drugi raz mi się to zdarzyło, że książka zainteresowała mnie swoimi kartkami i dwa razy trafiłam w dziesiątkę. Książkę kupiłam przez internet, bo tam zawsze jest taniej (w Empiku to ja książki tylko oglądam) i postawiłam kobyłę (prawie 1000 stron) na półce. Musiała poczekać na swoją kolej, wszystkie moje książki zawsze muszą czekać. Pierwszy raz nie spełnił moich oczekiwań, po prostu zaczęłam czytać w złym czasie i po kilku kartkach odłożyłam na półkę. Czekała tam na pewno z pół roku, jak nie więcej, z zakładką oskarżycielsko zerkającą na mnie z kartek. I niech tam na razie stoi, wrócimy do niej w odpowiednim czasie...
Udając, że zakładki nie widzę, przeczytałam książkę Jaume Cabre "Jaśnie Pan". Spodziewałam się ciekawej lektury, ktoś, kto napisał "Wyznaję" nie mógł popełnić przecież jakiejś szmiry. I nie popełnił, choć książkę określiłabym jako przyzwoitą. Czytało się dobrze, z emocjami sympatii dla jednych bohaterów i nienawiścią czy obrzydzeniem do drugich. I choć nie mam nic tej książce do zarzucenia, to jedno jest pewne - jej koniec nie sprawił mi żadnego bólu egzystencjalnego. On miał dopiero nadejść...
I tu akcja wraca do "Wszystko, co lśni". Wzięłam książkę ponownie do ręki, usiadłam w fotelu i zaczęłam czytać od nowa... Słuchajcie, dla mnie to jest właśnie mistrzostwo pisania. Nigdy nie przestało mnie zadziwiać, jak człowiek może napisać książkę tak cudownie, że innych wciska w miejsce, na którym właśnie siedzi. Nie będę pisać o czym jest - musicie sami przeczytać. Powiem tylko, że nic w tej książce nie jest oczywiste, nie jest sztampowe, nic nie kończy się tam definitywnie, każda postać jest inna charakterystyczna, choć jest ich tam sporo. Nie ma głównego bohatera, każdy ma tam swój czas. Nie ma z gruntu złego czy dobrego, choć są tacy, których zaczynasz uwielbiać za to na przykład, jak inteligentnie i chytrze prowadzi sprawę sądową swoich klientów. Jest tam też miłość, ale nikt jej tam tak nie nazywa, czujesz ją, ale nikt ci jej na tacy nie podaje, jest piękna, ale w tak brzydkich okolicznościach się pojawia, choć nikt nie pisze, że się pojawiła naprawdę. A kiedy czytasz dialog kończący książkę, to myślisz sobie "jejku, jakie to piękne", choć to wcale nie piękne jest, tylko smutne i nie wiadomo, czy do czegoś dobrego prowadzi. No książka jak życie - nic nie jest czarne i białe. Musicie przeczytać tę książkę, błagam was - musi ją poznać jak najwięcej ludzi, nie może się zmarnować, nie może pójść w zapomnienie. Mam jeden egzemplarz, chętnie pożyczę, jakby co :).
Później popełniłam błąd poświęcając więcej niż jedną godzinę książce "Blondynka w Londynie" - na szczęście była wypożyczona i na szczęście mogłam ja oddać. Jeśli ktoś chce posłuchać, jak zmieniło się życie pani Pawlikowskiej kilkadziesiąt razy z rzędu mniej więcej w tych samych słowach, to proszę bardzo, niech sobie przeczyta. Ale jeśli ktoś myśli, że książka jest o Londynie,to niech poszuka innej albo poczyta sobie o tym mieście w necie. No dla mnie żenada i naciąganie ludzi.
Fajnie za to czytało mi się książkę "Ameryka po kawałku" Marka Wałkuskiego - sporo ciekawych faktów na temat Amerykanów i ich życia podanych w przyjemny sposób. Polecam.
Po tych "światowych" książkach dostałam informację, że w paczkomacie czeka na mnie przesyłka, a dokładnie 3 książki. Zaczęłam od "Bingo" Marcina Szczygielskiego. Zanim jednak o książce, to muszę wam coś wyznać - ja tego autora kocham. Trafił do mojego serca czytelniczego i póki co nie zdradził tej miłości ani jednym słowem. Przeczytałam każdą jego książkę przeznaczoną do czytelnika dorosłego i kocham go, kocham, kocham. Potrafi napisać piękną powieść, długą i bardzo dokładną, potrafi napisać komedią, przy której śmieję się w głos ocierając łzy z oczu, potrafi mnie podniecić opisami aktów seksualnych, potrafi zaciekawić, zaintrygować, wzruszyć. Jego książki kupuję w ciemno. Książka "Bingo" podsyciła tylko i utrwaliła moje uczucie do tego pisarza. Owszem, kaliber książki totalnie odmienny od "Wszystko, co lśni", bo i czasy w niej inne i tematyka nie ta sama. Ale mimo to, kiedy wczoraj, a właściwie dzisiaj w nocy skończyłam ją czytać, noc wydała mi się ciemniejsza, cisza strasznie cicha, a ręce nie wiedziały, co z sobą zrobić. No tak weszłam w świat bohaterów, tak się z nimi zżyłam... Zamieszkałam z nimi w ich luksusowej dzielnicy, jeździłam z nimi ulicami Warszawy, podglądałam z nimi sąsiadów z naprzeciwka, złościłam się, bałam z nimi i odczuwałam ulgę. A teraz ich już nie ma. No smutno mi. Bardzo polecam wam wszystkie książki pana Marcina.
Teraz czeka na mnie "Te chwile" Herbjorg Wassmo. Tak się ucieszyłam, gdy przeczytałam, że wydali w Polsce jej trzecią książkę. "Księga Diny" i "Stulecie" dają mi pewność, że nie zawiodę się na tej pozycji. No i mam jeszcze biograficzną "Cesarzowa wdowa Dixi" - kupiłam ją po wysłuchaniu w radiu wywiadu z autorką tej książki, zapowiada się ciekawie.
No nic, zostawiam was, czas zmierzyć się z rzeczywistością, jakiś obiad zrobić, coś przeprać i przeprasować.... Nie lubię.
Acha - tytuły, które polecam z czystym sumieniem wyłuszczyłam wam na grubo :)
Proszę mi wybaczyć żałośnie patetyczny ton i płacz publiczny. usprawiedliwia mnie to, że dzisiaj w nocy skończyłam książkę, do której się bardzo przywiązałam, a ona, w swym niedużym rozmiarze po prostu dobiegła końca. Zdarzyło mi się to drugi raz tego lata. Owszem, książek było więcej, ale te dwie z nich zadały mi ów ból końca fabuły. A jeszcze tyle można by dla mnie w nich napisać!
No dobrze kobieto, weź się w garść, dziesięć głębokich oddechów i spróbuj chronologicznie, w miarę możliwości pozbawiając słowa lamentów.
Książkę "Wszystko, co lśni" Eleanor Catton pierwszy raz zobaczyłam w Empiku. Wzięłam, o nieszczęsna, do ręki, przewróciłam kilka stron i poczułam, że chciałabym ją przeczytać. Drugi raz mi się to zdarzyło, że książka zainteresowała mnie swoimi kartkami i dwa razy trafiłam w dziesiątkę. Książkę kupiłam przez internet, bo tam zawsze jest taniej (w Empiku to ja książki tylko oglądam) i postawiłam kobyłę (prawie 1000 stron) na półce. Musiała poczekać na swoją kolej, wszystkie moje książki zawsze muszą czekać. Pierwszy raz nie spełnił moich oczekiwań, po prostu zaczęłam czytać w złym czasie i po kilku kartkach odłożyłam na półkę. Czekała tam na pewno z pół roku, jak nie więcej, z zakładką oskarżycielsko zerkającą na mnie z kartek. I niech tam na razie stoi, wrócimy do niej w odpowiednim czasie...
Udając, że zakładki nie widzę, przeczytałam książkę Jaume Cabre "Jaśnie Pan". Spodziewałam się ciekawej lektury, ktoś, kto napisał "Wyznaję" nie mógł popełnić przecież jakiejś szmiry. I nie popełnił, choć książkę określiłabym jako przyzwoitą. Czytało się dobrze, z emocjami sympatii dla jednych bohaterów i nienawiścią czy obrzydzeniem do drugich. I choć nie mam nic tej książce do zarzucenia, to jedno jest pewne - jej koniec nie sprawił mi żadnego bólu egzystencjalnego. On miał dopiero nadejść...
I tu akcja wraca do "Wszystko, co lśni". Wzięłam książkę ponownie do ręki, usiadłam w fotelu i zaczęłam czytać od nowa... Słuchajcie, dla mnie to jest właśnie mistrzostwo pisania. Nigdy nie przestało mnie zadziwiać, jak człowiek może napisać książkę tak cudownie, że innych wciska w miejsce, na którym właśnie siedzi. Nie będę pisać o czym jest - musicie sami przeczytać. Powiem tylko, że nic w tej książce nie jest oczywiste, nie jest sztampowe, nic nie kończy się tam definitywnie, każda postać jest inna charakterystyczna, choć jest ich tam sporo. Nie ma głównego bohatera, każdy ma tam swój czas. Nie ma z gruntu złego czy dobrego, choć są tacy, których zaczynasz uwielbiać za to na przykład, jak inteligentnie i chytrze prowadzi sprawę sądową swoich klientów. Jest tam też miłość, ale nikt jej tam tak nie nazywa, czujesz ją, ale nikt ci jej na tacy nie podaje, jest piękna, ale w tak brzydkich okolicznościach się pojawia, choć nikt nie pisze, że się pojawiła naprawdę. A kiedy czytasz dialog kończący książkę, to myślisz sobie "jejku, jakie to piękne", choć to wcale nie piękne jest, tylko smutne i nie wiadomo, czy do czegoś dobrego prowadzi. No książka jak życie - nic nie jest czarne i białe. Musicie przeczytać tę książkę, błagam was - musi ją poznać jak najwięcej ludzi, nie może się zmarnować, nie może pójść w zapomnienie. Mam jeden egzemplarz, chętnie pożyczę, jakby co :).
Później popełniłam błąd poświęcając więcej niż jedną godzinę książce "Blondynka w Londynie" - na szczęście była wypożyczona i na szczęście mogłam ja oddać. Jeśli ktoś chce posłuchać, jak zmieniło się życie pani Pawlikowskiej kilkadziesiąt razy z rzędu mniej więcej w tych samych słowach, to proszę bardzo, niech sobie przeczyta. Ale jeśli ktoś myśli, że książka jest o Londynie,to niech poszuka innej albo poczyta sobie o tym mieście w necie. No dla mnie żenada i naciąganie ludzi.
Fajnie za to czytało mi się książkę "Ameryka po kawałku" Marka Wałkuskiego - sporo ciekawych faktów na temat Amerykanów i ich życia podanych w przyjemny sposób. Polecam.
Po tych "światowych" książkach dostałam informację, że w paczkomacie czeka na mnie przesyłka, a dokładnie 3 książki. Zaczęłam od "Bingo" Marcina Szczygielskiego. Zanim jednak o książce, to muszę wam coś wyznać - ja tego autora kocham. Trafił do mojego serca czytelniczego i póki co nie zdradził tej miłości ani jednym słowem. Przeczytałam każdą jego książkę przeznaczoną do czytelnika dorosłego i kocham go, kocham, kocham. Potrafi napisać piękną powieść, długą i bardzo dokładną, potrafi napisać komedią, przy której śmieję się w głos ocierając łzy z oczu, potrafi mnie podniecić opisami aktów seksualnych, potrafi zaciekawić, zaintrygować, wzruszyć. Jego książki kupuję w ciemno. Książka "Bingo" podsyciła tylko i utrwaliła moje uczucie do tego pisarza. Owszem, kaliber książki totalnie odmienny od "Wszystko, co lśni", bo i czasy w niej inne i tematyka nie ta sama. Ale mimo to, kiedy wczoraj, a właściwie dzisiaj w nocy skończyłam ją czytać, noc wydała mi się ciemniejsza, cisza strasznie cicha, a ręce nie wiedziały, co z sobą zrobić. No tak weszłam w świat bohaterów, tak się z nimi zżyłam... Zamieszkałam z nimi w ich luksusowej dzielnicy, jeździłam z nimi ulicami Warszawy, podglądałam z nimi sąsiadów z naprzeciwka, złościłam się, bałam z nimi i odczuwałam ulgę. A teraz ich już nie ma. No smutno mi. Bardzo polecam wam wszystkie książki pana Marcina.
Teraz czeka na mnie "Te chwile" Herbjorg Wassmo. Tak się ucieszyłam, gdy przeczytałam, że wydali w Polsce jej trzecią książkę. "Księga Diny" i "Stulecie" dają mi pewność, że nie zawiodę się na tej pozycji. No i mam jeszcze biograficzną "Cesarzowa wdowa Dixi" - kupiłam ją po wysłuchaniu w radiu wywiadu z autorką tej książki, zapowiada się ciekawie.
No nic, zostawiam was, czas zmierzyć się z rzeczywistością, jakiś obiad zrobić, coś przeprać i przeprasować.... Nie lubię.
Acha - tytuły, które polecam z czystym sumieniem wyłuszczyłam wam na grubo :)
piątek, 31 lipca 2015
lekcja (życia) angielskiego
shy away from something (odmówić zrobienia czegoś ze strachu czy nerwów)
Znasz to uczucie? Jeśli tak, to witaj w klubie, w którym zresztą mogłabym spokojnie kandydować na prezydenta (albo przynajmniej członka honorowego). Gdybym chciała napisać książkę o tym, czegóż to nie zrobiłam, bo się bałam, to pewnie na jednym tomie by się nie skończyło. No powiedzcie, macie tak? I nie chodzi mi tutaj o wycofywanie się z decyzji, o unikanie odpowiedzialności za coś, co się zaczęło i się wymknęło spod kontroli. Chodzi mi o sytuacje potencjalne, które mogły się zdarzyć, ale się nie zdarzyły, bo z daleka źle im z oczu patrzyło.
Nie spytam, bo na pewno mnie wyśmieje - to z tych bardziej błahych.
Nie powiem, co myślę, bo przestanie mnie lubić (z całą pewnością).
Nie rzucę pracy, której nie cierpię, bo (i tutaj lista się nie kończąca):
- kto rzuca pracę mając umowę na czas nieokreślony?,
- gdzie indziej mnie zechcą?
- nic innego nie potrafię.
- na pewno nie znajdę innej pracy.
- tak się nie robi.
- pomyślą, że mam fanaberie jakieś
- się boję
- w sumie tutaj nie jest tak źle, to pewnie ze mną jest coś nie tak....
To tylko luźne notatki do mojej książki, wymagałyby rozbudowania, uszczegółowienia, wytłumaczenia się z nich i podsumowania. Za bardzo jednak przekroczyłoby to potrzeby zdefiniowania wyrażenia i nie ma tu na to dzisiaj miejsca.
to question something (poddawać coś w wątpliwość)
Całe szczęście, jeśli w stanie opisanym powyżej zaczniesz zadawać pytania. Pytania są bardzo ważne, żeby dostrzec, że często to, czego się boimy tak naprawdę, obiektywnie nie istnieje. A jeśli istnieje, to zawsze można znaleźć sposób, żeby się albo strachu pozbyć albo przynajmniej nad nim zapanować. Zapytaj więc
Skąd wiesz, że wyśmieje twoje pytanie? A jeśli wyśmieje, to co się wtedy stanie?
Jesteś pewna, że ludzie zaczynają nie lubić tych, którzy myślą inaczej niż oni? Ty tak masz?
A skąd ta pewność, że
- nie wolno ci wypowiedzieć umowy na czas nieokreślony?
- gdzie indziej cię nie zechcą?
- nic innego nie potrafisz?
- na pewno nie znajdziesz innej pracy?
Kto powiedział, że tak się nie robi? Czy jest to też twoje zdanie?
Naprawdę interesuje cię, co pomyślą o tobie inni? A może pomyślą coś innego, niż myślisz, że pomyślą?
Wyobrażasz sobie siebie w tej pracy za kolejne 5 lat? Więc dlaczego decydujesz się tu zostać?
Wiem, że się boisz....
to dissociate oneself from something (odciąć się od czegoś)
Zadanie sobie pytań i usłyszenie odpowiedzi ułatwić może próbę odcięcia się od odpowiedzi fałszywych, podszytych strachem. Odciąć się od strachu nie jest łatwo (oho, temat na kolejna moją książkę...), potrafi być cholernie uparty, konsekwentny, ciągle obecny i taki.... taki twój. Odwróć się więc w jego stronę, spójrz mu w te strachliwe ślepka i powiedz A GÓWNO!
to go against the grain (iść pod prąd)
No dobrze, powiedzmy to sobie szczerze i wprost - łatwo nie jest iść sobie pod prąd. Bo to nie jest tak, że jak już zrobisz coś przeciwko swoim lękom, to one znikają (książki tom trzeci :)). Ale nic to. Lepiej czuć te straszki i lękotki (słowotwórstwo własne, niechaj nikt w słownikach nie szuka :)) w ruchu, idąc KU swojemu celowi, niż czuć je tkwiąc w miejscu.
I ja się tego trzymam. Jak wiecie z poprzedniego wpisu rzuciłam pracę. Minęło sporo lat, zanim odważyłam się to zrobić. Za dużo. Chciałam znaleźć pracę w szkole, mimo kompletnego braku doświadczenia w takiej pracy - chciałam czegoś innego. Niektórzy kiwali z powątpiewaniem głową, inni podziwiali, inni jeszcze pytali "jesteś pewna?", a jeszcze inni dopingowali. Zaproszono mnie na kilka rozmów, po każdej pytałam siebie po co mi to było? I co? I mam pracę. W szkole. Tak jak chciałam. Będę miała klasę I c :). Będę miała okazję współpracować z native speaker'ami z Anglii, bo jest to szkoła polsko-angielska. No ja tak na to spojrzeć, to dopięłam swojego jeszcze z bonusem językowym. I co? I boję się jak jasna cholera!
Trzymajcie za mnie kciuki, co?
Znasz to uczucie? Jeśli tak, to witaj w klubie, w którym zresztą mogłabym spokojnie kandydować na prezydenta (albo przynajmniej członka honorowego). Gdybym chciała napisać książkę o tym, czegóż to nie zrobiłam, bo się bałam, to pewnie na jednym tomie by się nie skończyło. No powiedzcie, macie tak? I nie chodzi mi tutaj o wycofywanie się z decyzji, o unikanie odpowiedzialności za coś, co się zaczęło i się wymknęło spod kontroli. Chodzi mi o sytuacje potencjalne, które mogły się zdarzyć, ale się nie zdarzyły, bo z daleka źle im z oczu patrzyło.
Nie spytam, bo na pewno mnie wyśmieje - to z tych bardziej błahych.
Nie powiem, co myślę, bo przestanie mnie lubić (z całą pewnością).
Nie rzucę pracy, której nie cierpię, bo (i tutaj lista się nie kończąca):
- kto rzuca pracę mając umowę na czas nieokreślony?,
- gdzie indziej mnie zechcą?
- nic innego nie potrafię.
- na pewno nie znajdę innej pracy.
- tak się nie robi.
- pomyślą, że mam fanaberie jakieś
- się boję
- w sumie tutaj nie jest tak źle, to pewnie ze mną jest coś nie tak....
To tylko luźne notatki do mojej książki, wymagałyby rozbudowania, uszczegółowienia, wytłumaczenia się z nich i podsumowania. Za bardzo jednak przekroczyłoby to potrzeby zdefiniowania wyrażenia i nie ma tu na to dzisiaj miejsca.
to question something (poddawać coś w wątpliwość)
Całe szczęście, jeśli w stanie opisanym powyżej zaczniesz zadawać pytania. Pytania są bardzo ważne, żeby dostrzec, że często to, czego się boimy tak naprawdę, obiektywnie nie istnieje. A jeśli istnieje, to zawsze można znaleźć sposób, żeby się albo strachu pozbyć albo przynajmniej nad nim zapanować. Zapytaj więc
Skąd wiesz, że wyśmieje twoje pytanie? A jeśli wyśmieje, to co się wtedy stanie?
Jesteś pewna, że ludzie zaczynają nie lubić tych, którzy myślą inaczej niż oni? Ty tak masz?
A skąd ta pewność, że
- nie wolno ci wypowiedzieć umowy na czas nieokreślony?
- gdzie indziej cię nie zechcą?
- nic innego nie potrafisz?
- na pewno nie znajdziesz innej pracy?
Kto powiedział, że tak się nie robi? Czy jest to też twoje zdanie?
Naprawdę interesuje cię, co pomyślą o tobie inni? A może pomyślą coś innego, niż myślisz, że pomyślą?
Wyobrażasz sobie siebie w tej pracy za kolejne 5 lat? Więc dlaczego decydujesz się tu zostać?
Wiem, że się boisz....
to dissociate oneself from something (odciąć się od czegoś)
Zadanie sobie pytań i usłyszenie odpowiedzi ułatwić może próbę odcięcia się od odpowiedzi fałszywych, podszytych strachem. Odciąć się od strachu nie jest łatwo (oho, temat na kolejna moją książkę...), potrafi być cholernie uparty, konsekwentny, ciągle obecny i taki.... taki twój. Odwróć się więc w jego stronę, spójrz mu w te strachliwe ślepka i powiedz A GÓWNO!
to go against the grain (iść pod prąd)
No dobrze, powiedzmy to sobie szczerze i wprost - łatwo nie jest iść sobie pod prąd. Bo to nie jest tak, że jak już zrobisz coś przeciwko swoim lękom, to one znikają (książki tom trzeci :)). Ale nic to. Lepiej czuć te straszki i lękotki (słowotwórstwo własne, niechaj nikt w słownikach nie szuka :)) w ruchu, idąc KU swojemu celowi, niż czuć je tkwiąc w miejscu.
I ja się tego trzymam. Jak wiecie z poprzedniego wpisu rzuciłam pracę. Minęło sporo lat, zanim odważyłam się to zrobić. Za dużo. Chciałam znaleźć pracę w szkole, mimo kompletnego braku doświadczenia w takiej pracy - chciałam czegoś innego. Niektórzy kiwali z powątpiewaniem głową, inni podziwiali, inni jeszcze pytali "jesteś pewna?", a jeszcze inni dopingowali. Zaproszono mnie na kilka rozmów, po każdej pytałam siebie po co mi to było? I co? I mam pracę. W szkole. Tak jak chciałam. Będę miała klasę I c :). Będę miała okazję współpracować z native speaker'ami z Anglii, bo jest to szkoła polsko-angielska. No ja tak na to spojrzeć, to dopięłam swojego jeszcze z bonusem językowym. I co? I boję się jak jasna cholera!
Trzymajcie za mnie kciuki, co?
piątek, 17 lipca 2015
lubię, jak szszszszumi.......
Oj, bardzo. Jak tylko mogę sięgnąć pamięcią, zawsze wykorzystywałam możliwość pobycia przy szumie. Szum mnie uspokajał, ogrzewał jakby, kołysał, sprawiał, że czułam się bezpieczna (mhm, czy aby wszystko ze mną w porządku?). Szum można znaleźć w wielu miejscach, zwłaszcza jak jest się małą dziewczynką, która jeszcze może wszędzie wejść bez tłumaczenia się, co też dziwnego robi.
Dobrze, bo zaczynam brzmieć dziwnie, nawet dla samej siebie. To ja może parę przykładów podam, nadając mojemu wywodowi wydźwięk nieco bardziej rozsądny :). Lubiłam na przykład, w epoce, kiedy jeszcze głównie prało się ręcznie, siadać przy brzegu wanny, kiedy mama prała. Woda się lała (epoka "wszyscy płacą za wodę po równo"), para z jej ciepła biła, szumiało!, że ho ho. Mogłam tak siedzieć w kucki, brodę opierając o brzeg wanny i gapić się, bez poruszania nawet powieką. Zresztą, kiedy pralkę trzeba było włączyć - najpierw była to słynna Frania, a potem automat marki, której dzisiaj już nie pomnę, to ja wcale się nie gniewałam. Bo czyż coś potrafi głośniej szumieć (walić, łomotać, chlapać) niż nieoceniona Frania? Ha! Ogólnie można powiedzieć, że łazienka była moim ulubionym pomieszczeniem, kiedy siadałam z zeszytem przy piorącym automacie, wiedza wchodziła mi do głowy jak masełko (fakt, wtedy byłam już w wieku, kiedy ktoś mógł zapytać, co ja do cholery robię w tej łazience?!, ale nikt nie pytał...).
Przy zasypianiu też preferuję szumienie. Jak byłam mała, to bardzo lubiłam, kiedy za drzwiami pokoju słychać było szum rozmów dorosłych, teraz radzę sobie inaczej - włączam telewizor albo ewentualnie radio (to drugie pod warunkiem, że nadają rozmowy, a nie muzykę).
Ale dlaczego ja właściwie o tym wszystkim? Ano dlatego, że byłam dzisiaj rano u fryzjera. Tak, wiem, znowu dziwne zdanie, ale nie ma to znaczenia, bo ja UWIELBIAM być u fryzjera. Gdybym mogła, to siedziałabym na miejscu dla czekających, bez ruchu, jak przy wannie, i czerpała z atmosfery tego miejsca tak mocno, jak się da. Nie jest mi wcale łatwo napisać wam dlaczego, rozłożyć tę magię salonu fryzjerskiego na czynniki pierwsze. Bo to tak się nie da. W tym miejscu wszystko razem daje coś takiego, że jest mi tam cieplutko i przyjemnie. Szum suszarek, przez który próbują przebić się najświeższe ploteczki z osiedla, komentarze na temat zdarzeń w polityce czy narzekania na to, że znowu podrożało. Te wszystkie specyfiki, jakie fryzjerka nakłada, wpsikuje, wmasowuje w głowę klientki. Dla mnie to na zawsze chyba pozostanie tajemnicą, jak kobieta może czuć się dobrze ze sztywnym kaskiem na głowie z własnych włosów. I choć tego nie rozumiem i nie popieram, to mogłabym na proces tworzenia tych kasków gapić się w nieskończoność. Najmniej rajcuje mnie farbowanie włosów, jednak to strzyżenie i czesanie ma w sobie coś z magii, tworzenia czegoś innego z czegoś innego. Przychodzi kobieta z włosami może nieco zapuszczonymi, lecz wyglądającymi normalnie, a wychodzi kobieta ze sztywną masą na głowie. Zadowolona!
Naprawdę, w tym, co piszę nie ma krzty ironii! Proszę jej tam nie szukać. Dla mnie to jest po prostu ZJAWISKO, bardzo przy tym ciekawe. A jak dodać do tego ten specyficzny zapach fryzjera... Mhm... No powiedzcie, że u fryzjera pachnie tak... fryzjersko. Te ich szampony, odżywki, maseczki, utrwalacze, rozjaśniacze, pianki, lakiery, lakiery i lakiery - duuużo lakieru - to wszystko komponuje zapach, w którym mogłabym siedzieć bez umiaru.
A jak już usiądę w fotelu, jak mi pan(i) zacznie we włosach grzebać, czesać, obcinać... odpływam.
U fryzjera tak pięknie szumi....
Pozdrawiam :)
Dobrze, bo zaczynam brzmieć dziwnie, nawet dla samej siebie. To ja może parę przykładów podam, nadając mojemu wywodowi wydźwięk nieco bardziej rozsądny :). Lubiłam na przykład, w epoce, kiedy jeszcze głównie prało się ręcznie, siadać przy brzegu wanny, kiedy mama prała. Woda się lała (epoka "wszyscy płacą za wodę po równo"), para z jej ciepła biła, szumiało!, że ho ho. Mogłam tak siedzieć w kucki, brodę opierając o brzeg wanny i gapić się, bez poruszania nawet powieką. Zresztą, kiedy pralkę trzeba było włączyć - najpierw była to słynna Frania, a potem automat marki, której dzisiaj już nie pomnę, to ja wcale się nie gniewałam. Bo czyż coś potrafi głośniej szumieć (walić, łomotać, chlapać) niż nieoceniona Frania? Ha! Ogólnie można powiedzieć, że łazienka była moim ulubionym pomieszczeniem, kiedy siadałam z zeszytem przy piorącym automacie, wiedza wchodziła mi do głowy jak masełko (fakt, wtedy byłam już w wieku, kiedy ktoś mógł zapytać, co ja do cholery robię w tej łazience?!, ale nikt nie pytał...).
Przy zasypianiu też preferuję szumienie. Jak byłam mała, to bardzo lubiłam, kiedy za drzwiami pokoju słychać było szum rozmów dorosłych, teraz radzę sobie inaczej - włączam telewizor albo ewentualnie radio (to drugie pod warunkiem, że nadają rozmowy, a nie muzykę).
Ale dlaczego ja właściwie o tym wszystkim? Ano dlatego, że byłam dzisiaj rano u fryzjera. Tak, wiem, znowu dziwne zdanie, ale nie ma to znaczenia, bo ja UWIELBIAM być u fryzjera. Gdybym mogła, to siedziałabym na miejscu dla czekających, bez ruchu, jak przy wannie, i czerpała z atmosfery tego miejsca tak mocno, jak się da. Nie jest mi wcale łatwo napisać wam dlaczego, rozłożyć tę magię salonu fryzjerskiego na czynniki pierwsze. Bo to tak się nie da. W tym miejscu wszystko razem daje coś takiego, że jest mi tam cieplutko i przyjemnie. Szum suszarek, przez który próbują przebić się najświeższe ploteczki z osiedla, komentarze na temat zdarzeń w polityce czy narzekania na to, że znowu podrożało. Te wszystkie specyfiki, jakie fryzjerka nakłada, wpsikuje, wmasowuje w głowę klientki. Dla mnie to na zawsze chyba pozostanie tajemnicą, jak kobieta może czuć się dobrze ze sztywnym kaskiem na głowie z własnych włosów. I choć tego nie rozumiem i nie popieram, to mogłabym na proces tworzenia tych kasków gapić się w nieskończoność. Najmniej rajcuje mnie farbowanie włosów, jednak to strzyżenie i czesanie ma w sobie coś z magii, tworzenia czegoś innego z czegoś innego. Przychodzi kobieta z włosami może nieco zapuszczonymi, lecz wyglądającymi normalnie, a wychodzi kobieta ze sztywną masą na głowie. Zadowolona!
Naprawdę, w tym, co piszę nie ma krzty ironii! Proszę jej tam nie szukać. Dla mnie to jest po prostu ZJAWISKO, bardzo przy tym ciekawe. A jak dodać do tego ten specyficzny zapach fryzjera... Mhm... No powiedzcie, że u fryzjera pachnie tak... fryzjersko. Te ich szampony, odżywki, maseczki, utrwalacze, rozjaśniacze, pianki, lakiery, lakiery i lakiery - duuużo lakieru - to wszystko komponuje zapach, w którym mogłabym siedzieć bez umiaru.
A jak już usiądę w fotelu, jak mi pan(i) zacznie we włosach grzebać, czesać, obcinać... odpływam.
U fryzjera tak pięknie szumi....
Pozdrawiam :)
piątek, 10 lipca 2015
jezioro, burza i szyszki
Niech
się czytelnik nie spodziewa ładu i składu w słowach
poniżej. Są one raczej mało uczesane i poukładane - dokładnie
tak, jak jej włosy na wszelkich wyjazdach. Brak odpowiednio miękkiej
wody w kranach wynajmowanych na tydzień, prostownica wisząca na
haku w łazience w domu, bezczynnie i bezużytecznie, próbki
szamponów z gazet - włosy nigdy nie są dobrze ułożone na
wakacjach. Kiedyś, kiedy była młodsza, przejmowała się tym
nawet, zabierała ze sobą cały zestaw małego fryzjera domowego,
żeby w drodze nad jezioro czy na plażę nadmorską, co liczy się w
metrach od 30 do może 500, otóż żeby w drodze tej krótkiej czuć
się pięknie, czuć się UCZESANIE. Teraz z tego wyrosła, dojrzała
i śmieje się tylko z siebie, że taka głupia była. Która z nas
tak nie ma?
Tym
razem będzie dane czytelnikowi nad jeziorem pobyć. Pogoda kapryśna,
było już gorąco, burza była, było zimno i wietrznie, teraz się
wypogadza. Co przyniesie jutro nie wiadomo. Jezioro jest średnio
czyste, ośrodek przyjemnie nie wypełniony po brzegi ludźmi, co
sobie nasza bohaterka chwali. I nie tylko dlatego, że mało ludzi
jej włosy zobaczy - choć to, mimo dojrzałości wcześniej
wspomnianej chodzi jej po głowie - ale też dlatego, że ludzie na
wakacjach generalnie jej przeszkadzają. Te ich brzuchy wielkie,
owłosione niczym nie przykryte, te piersi wielkie, w stroje
wciśnięte, upchane, na widok wystawione. Łażą tak dnie całe,
nieważne, czy akurat są na plaży czy też przed domkiem swoim
siedzą, wcale nie na słońcu, bo domki wśród drzew stoją. Niby
mówi wszystkim, że jest tolerancyjna, że po wyglądzie ludzi nie
ocenia, że niech każdy wygląda, jak chce i tak dalej, ale na
wyjazdach wakacyjnych jej tolerancja chyba z prostownicą na haku w
łazience wisi. I się kisi. No więc ludzi nie lubi, generalnie,
choć nie bez wyjątków. Zdarza się jej znajomość wakacyjna,
przelotna, słoneczna, krótka, ale przyjemna. Nie mówi wtedy nie. I
owszem, chętnie sobie od czasu do czasu z kimś porozmawia - nie za
długo i nie za często, ale z przyjemnością i ochotą. Wyjątek
ten musi jednak spełniać pewne kryteria, inaczej nie ma szans. Nie
może mieć dużego brzucha. To znaczy brzuch mieć może, ale musi
go chować będąc w miejscach innych niż plaża - porządek musi
być. Po drugie Wyjątek nie może grillować. Grill i brzuch
stanowią dla niej kombinację nie do przyjęcia, no nie jest w
stanie się przemóc. Żadna ilość piwa przy brzuchu i grillu nie
pomoże, każda ilość piwa za to zaszkodzić może, pogorszyć
znaczy.
W
nocy była burza. Silna i głośna. Pioruny huczały nad dachem
domku, grzmoty waliły z nieba wywołując u niej ból głowy, Nie
miała wyjścia - musiała wstać, poszukać torebki, w torebce
poszukać tabletek przeciwbólowych, potem poszukać butelki z wodą
i połknąć pigułkę. Kubka do wody już jej się szukać nie
chciało, wypiła z gwinta. Teraz wystarczy położyć się, swoje
odczekać, aż tabletka zacznie działać i może dopiero wtedy
zaśnie. Jeszcze nigdy nie udało jej się zasnąć z bólem głowy -
taki defekt i taka wrażliwość na ból tej właśnie części
ciała. Grzmoty nie pomagały, każde walnięcie trafiało jakby
prosto w lewy oczodół, gdzie tym razem zagnieździł się ból.
Sprawę pogarszały szyszki. Tak, szyszki. Pełno ich na drzewach,
wśród których postawiono domki w ośrodku. Silny wiatr te szyszki
z drzew strącał, a one ŁUP! ŁUP! o dach waliły, a jakby chciały
dziurę w czole zrobić, dostać się do mózgu i pogrzebać w nim
trochę, żeby bardziej bolało. Chociaż podobno mózg nie boli, to
była przekonana, że jej własny zemściłby się na niej bólem
okrutnym. Za co ta zemsta? A kto go tam wie.... Przycisnęła
mocno dłonie do skroni, zamknęła oczy i czekała – to wszystko,
co mogła zrobić.
W
końcu zasnęła, a kiedy otworzyła oczy na zewnątrz było jasno i
cicho.
Żeby
kupić chleb trzeba iść do miasteczka. Można samochodem, można
też pieszo, wzdłuż jeziora. Dzisiaj poszła pieszo. Pogoda
nieciekawa, z gorąca człowiek nie padnie, a może się trochę
rozgrzeje. Na ścieżce ludzi mało, pochowali się po domach i
domkach, nikomu nie chce się nosa na dwór wyciągać. Urlop,
cholera! Pieprzone lato! Niech to szlag! Podciągnęła zamek od
bluzy wyżej, żeby w szyję jej nie wiało i przyspieszyła. Liczyła
na to, że energia ruchu (jak się ona nazywa?) przemieni się w
energię cieplną. Pamięta ze szkoły, że taki proces jest możliwy.
Kiedy weszła w miasteczko pierwszą rzeczą, jaką zobaczyła, był
kościół. Mhm, stoi w każdej mieścinie – pomyślała. Taki nasz
folklor polski i taka uroda. Nie przepadała za takim obrazem Polski
– obsianej kościołami, źle jej się to kojarzyło. Ale dzisiaj,
mijając ten mały, całkiem ładny kościół, nie wiedzieć czemu,
pomyślała, że jest jak jest i nic na to nie poradzi. Potrzebują
kościołów to sobie je budują. Stoją w tylu miejscach, bo
najwidoczniej tyle ich ludziom potrzeba. Szkoda nerwów na
przejmowanie się takimi rzeczami.
Tak
sobie myślała idąc po chleb, dokładnie tak.
Kupiła
oczywiście dużo więcej niż bochenek chleba. Zawsze tak jest –
jak już znajdzie się w sklepie, to nie umie nie przejść pomiędzy
wszystkimi półkami. A jak już między nimi przechodzi,
to zauważa to i owo. A jak już zauważy, to nie potrafi do koszyka
nie włożyć. Kupiła więc nie tylko chleb, ale także czereśnie,
nektarynki i ogórki. Dołożyła też jogurty, wafelki o smaku
chałwowym, dietetyczne wafelki kukurydziane (zero cukru, zero
tłuszczu, zero wyrzutów sumienia z zjedzenia całej paczki na raz) i
paczkę słonecznika łuskanego. Sporo było do niesienia w drodze
powrotnej. Uwielbia zakupy!
Ciało
ma białe jak jasna mąka i nic nie zapowiada, żeby się podczas
tego urlopu opaliła. Pogoda pod psem, słońca jak na lekarstwo, a
przy jej tendencji do się-nie-opalania potrzebowała tego słońca
dużo i konsekwentnie. No trudno. Nad tym płakać nie będzie, bo i
ciałem nie zamierza nigdzie świecić – ani tym białym ani tym
hipotetycznie opalonym. Natomiast z braku ciepła cierpi bardzo.
Chłód od niej bije, wali z ciała jak z armatki śnieżnej i znikąd
ciepła nie może zaczerpnąć. Uwielbia ciepło, lubi grzać się w
bardzo wysokich temperaturach, za to nie znosi zimna. Już mała jego
dawka powoduje u niej zamarzanie poczucia przyjemności, chęci do
życia i działania. Z każdym minusem proces postępuje, tak, że
zimą to najchętniej zapadłaby w sen zimowy, żeby utrzymać ciało
przy życiu. Dlatego w takie dni, jak te teraz bardzo cierpi. Czeka
na lato cały rok, odlicza miesiące jesienne i zimowe, skreśla
Marzanny, wymazuje kolorowe liście z krajobrazu, żeby tylko
doczekać końca marca, potem kwietnia, maja.... Krew zaczyna jej w
żyłach znowu krążyć, odmarza ciało, centymetr po centymetrze,
zaczyna różowieć w środku. Lato powinno być ciepłe, gorące.
Tak było i powinno być nadal. Nie wolno zmieniać świata, tak się
nie robi. Żadne ocieplenie klimatu, żadne zmiany klimatyczne nie
powinny mieć miejsca! Jak się komuś obiecuje cztery pory roku, jak
się komuś każe przeżywać zimę i jesień, to wiosna i lato
powinny po nich następować!
Do
kogo ma napisać ta petycję?
..........................................................
No
nie – jak już tyłek zaczyna marznąć w ubikacji, to znak, że
czas pakować manatki
..................................................
sobota, 27 czerwca 2015
moje SiWi
Rzuciłam pracę. Legalnie, zgodnie z prawem, pod postacią pięknie napisanego wypowiedzenia. Pytają, czy aby nie postąpiłam zbyt pochopnie, czy dobrze to przemyślałam. Mhm, pomyślmy.
Czy była to decyzja pochopna? To zależy, co rozumiemy pod tym pojęciem i czy okres około 5-letni w pochopności jako takiej się mieści. Nie, moi drodzy, to nie była decyzja pochopna. Chodziłam z nią, schowaną w głowie i innych częściach ciała ta długo, że dokładnie wiosną tego roku zakwitła razem z przebiśniegami i w odróżnieniu od nich już pozostała. W pełni świadoma, ugruntowana i niezachwiana.
Czy dobrze to przemyślałam? To zależy, co rozumiemy pod tym pojęciem. Iloma myślami, analizami i lękami mierzymy dobre czegoś przemyślenie. Ja moją decyzję przemyślałam dogłębnie. Ulokowałam się nawet na łożu śmierci i zapytałam samą siebie, czy cieszę się z tego, że zostałam tu, gdzie jestem. Nie byłam. Żałowałam jak cholera, że przez całe życie pracowałam w miejscu, gdzie toksyczność pewnych osób wyssała ze mnie wszelką pasję, radość z dobrze zrobionej roboty i chęć wstawania co rano, żeby tam wrócić. Musiałam powiedzieć DOŚĆ, żeby ta umierająca staruszka mogła sobie samej powiedzieć zrobiłam to i nie żałuję.
Porzuciłam więc ciepłą posadkę, stałą płacę i - nie boję się tego powiedzieć, znając realia - nietykalność. Podziękowałam i wyszłam. Na powietrze. Głęboki wdech.................. i od razu lepiej. Szkoda, że dopiero po tylu latach. Dobrze, że nie później.
Teraz szukam pracy. Jakiejś innej, niż ta, którą uprawiałam przez ostatnie 10 lat. Chociaż trochę innej. Łatwo nie jest, nikt mnie z otwartymi ramionami nie przyjmuje, sprawdzają, pytają, a potem nie oddzwaniają. Nie powiem, że mnie to nie tyka, ale staram się patrzeć ciągle do przodu. Szukam, wysyłam, czekam na sygnały. W końcu gdzieś mnie przyjmą, nie może być inaczej - opcji nie ma. Zapytać by można, co ja takiego potrafię po dekadzie pracy w przedszkolu. Przemyślałam to sobie i trochę tego wyszło. Oto lista dziedzin i moich umiejętności.
Psychologia
To wtedy, kiedy musiałam wykazać się znajomością prawidłowości rozwojowych człowieka od urodzenia do dorosłości. Tak - jeśli ktoś myśli, że praca w przedszkolu obejmuje tylko dzieci, to grubo się myli. Praca z rodzicami dzieci - obszar wielki, trudny i, że tak powiem, na ugorze. To wtedy, kiedy musiałam umieć zastosować wiedzę z zakresu rozwiązywania konfliktów wśród dzieci, kiedy trzeba było kierować ich rozwojem emocjonalnym w pożądanym kierunku.
Pedagogika
Rzecz oczywista - wiedza z zakresu metod pracy z dzieckiem w określonym wieku jest po prostu niezbędna, żeby ruszyć z czymkolwiek. Wychowanie małego człowieka, który w ciągu tygodnia przebywa większość czasu z tobą jest nieco obciążające psychicznie, zwłaszcza, jeśli masz tych dzieci ponad dwadzieścia.
Wikipedia, czyli nauczyciel od wszystkiego
Musisz wiedzieć wszystko, albo prawie wszystko. Jak przygotować do nauki matematyki, czytania i pisania. Co je ślimak, jak nazywają się wszystkie kwiaty świata i gdzie raki zimują. Musisz wiele też umieć, że wspomnę tylko o śpiewaniu, rysowaniu, rzeźbieniu, odgrywaniu ról na scenie, dobrym poczuciu rytmu i umiejętności czytania ze zrozumieniem.
Medycyna
Wprawdzie na poziomie pielęgniarki i salowej, ale zawsze. Mierzenie temperatury, opatrywanie ran, rozpoznawania wstrząsów mózgu, tamowanie krwotoków z różnych części ciała - to pielęgniarka. Podtrzymywanie głowy dziecka nad sedesem podczas wymiotów, przebieranie po się posikaniu, podcieranie tyłka, karmienie - to jakby salowa. I tutaj wyrazy szacunku i podziękowania dla osoby pracującej na stanowisku tak zwanej pomocy nauczyciela - wykonuje kawał z tej "brudnej" roboty.
Księgowość
Podliczanie godzin, dni, miesięcy obecności i nieobecności. Wyliczanie średniej, znajdywanie braków, szukanie dziur w całym. Zbieranie składek, wydawanie składek, się z wydatków rozliczanie. Pyk, pyk, pyk na kalkulatorze - przy małym stoliku na krzesełku dla dziecka.
Bajkopisanie
Protokoły, sprawozdania, analizy, ewaluacje, ankiety, arkusze, zdania niedokończone, obserwacje, diagnozy, wnioski, testy, sprawdziany. Co pół roku, co miesiąc, a najlepiej jakby codziennie i regularnie. Zawsze z podpisem, bo inaczej nieważne. Skreślamy na czerwono, parafka, data i powód skreślenia - wszystko na skrawku pustego miejsca nad pomyłką. Godziny od do, dlaczego właśnie wtedy i dlaczego znowu źle. Wszystko jednym kolorem długopisu, ładnie, k a l i g r a f i c z n i e. Z odpowiednim odstępem, w linijce, w której trzeba i pamiętać o odpowiedniej liczbie niezrozumiałych, profesjonalnie brzmiących słów. I absolutnie nie przy dzieciach, nauczyciel pracuje 40 godzin tygodniowo, prawo stanowi wyraźnie.
Oprócz powyższych umiem jeszcze więcej, na pewno gdzieś do czegoś się przydam.
P.S. Nawet przez minutę nie żałowałam i nie żałuję swojej decyzji :)
Czy była to decyzja pochopna? To zależy, co rozumiemy pod tym pojęciem i czy okres około 5-letni w pochopności jako takiej się mieści. Nie, moi drodzy, to nie była decyzja pochopna. Chodziłam z nią, schowaną w głowie i innych częściach ciała ta długo, że dokładnie wiosną tego roku zakwitła razem z przebiśniegami i w odróżnieniu od nich już pozostała. W pełni świadoma, ugruntowana i niezachwiana.
Czy dobrze to przemyślałam? To zależy, co rozumiemy pod tym pojęciem. Iloma myślami, analizami i lękami mierzymy dobre czegoś przemyślenie. Ja moją decyzję przemyślałam dogłębnie. Ulokowałam się nawet na łożu śmierci i zapytałam samą siebie, czy cieszę się z tego, że zostałam tu, gdzie jestem. Nie byłam. Żałowałam jak cholera, że przez całe życie pracowałam w miejscu, gdzie toksyczność pewnych osób wyssała ze mnie wszelką pasję, radość z dobrze zrobionej roboty i chęć wstawania co rano, żeby tam wrócić. Musiałam powiedzieć DOŚĆ, żeby ta umierająca staruszka mogła sobie samej powiedzieć zrobiłam to i nie żałuję.
Porzuciłam więc ciepłą posadkę, stałą płacę i - nie boję się tego powiedzieć, znając realia - nietykalność. Podziękowałam i wyszłam. Na powietrze. Głęboki wdech.................. i od razu lepiej. Szkoda, że dopiero po tylu latach. Dobrze, że nie później.
Teraz szukam pracy. Jakiejś innej, niż ta, którą uprawiałam przez ostatnie 10 lat. Chociaż trochę innej. Łatwo nie jest, nikt mnie z otwartymi ramionami nie przyjmuje, sprawdzają, pytają, a potem nie oddzwaniają. Nie powiem, że mnie to nie tyka, ale staram się patrzeć ciągle do przodu. Szukam, wysyłam, czekam na sygnały. W końcu gdzieś mnie przyjmą, nie może być inaczej - opcji nie ma. Zapytać by można, co ja takiego potrafię po dekadzie pracy w przedszkolu. Przemyślałam to sobie i trochę tego wyszło. Oto lista dziedzin i moich umiejętności.
Psychologia
To wtedy, kiedy musiałam wykazać się znajomością prawidłowości rozwojowych człowieka od urodzenia do dorosłości. Tak - jeśli ktoś myśli, że praca w przedszkolu obejmuje tylko dzieci, to grubo się myli. Praca z rodzicami dzieci - obszar wielki, trudny i, że tak powiem, na ugorze. To wtedy, kiedy musiałam umieć zastosować wiedzę z zakresu rozwiązywania konfliktów wśród dzieci, kiedy trzeba było kierować ich rozwojem emocjonalnym w pożądanym kierunku.
Pedagogika
Rzecz oczywista - wiedza z zakresu metod pracy z dzieckiem w określonym wieku jest po prostu niezbędna, żeby ruszyć z czymkolwiek. Wychowanie małego człowieka, który w ciągu tygodnia przebywa większość czasu z tobą jest nieco obciążające psychicznie, zwłaszcza, jeśli masz tych dzieci ponad dwadzieścia.
Wikipedia, czyli nauczyciel od wszystkiego
Musisz wiedzieć wszystko, albo prawie wszystko. Jak przygotować do nauki matematyki, czytania i pisania. Co je ślimak, jak nazywają się wszystkie kwiaty świata i gdzie raki zimują. Musisz wiele też umieć, że wspomnę tylko o śpiewaniu, rysowaniu, rzeźbieniu, odgrywaniu ról na scenie, dobrym poczuciu rytmu i umiejętności czytania ze zrozumieniem.
Medycyna
Wprawdzie na poziomie pielęgniarki i salowej, ale zawsze. Mierzenie temperatury, opatrywanie ran, rozpoznawania wstrząsów mózgu, tamowanie krwotoków z różnych części ciała - to pielęgniarka. Podtrzymywanie głowy dziecka nad sedesem podczas wymiotów, przebieranie po się posikaniu, podcieranie tyłka, karmienie - to jakby salowa. I tutaj wyrazy szacunku i podziękowania dla osoby pracującej na stanowisku tak zwanej pomocy nauczyciela - wykonuje kawał z tej "brudnej" roboty.
Księgowość
Podliczanie godzin, dni, miesięcy obecności i nieobecności. Wyliczanie średniej, znajdywanie braków, szukanie dziur w całym. Zbieranie składek, wydawanie składek, się z wydatków rozliczanie. Pyk, pyk, pyk na kalkulatorze - przy małym stoliku na krzesełku dla dziecka.
Bajkopisanie
Protokoły, sprawozdania, analizy, ewaluacje, ankiety, arkusze, zdania niedokończone, obserwacje, diagnozy, wnioski, testy, sprawdziany. Co pół roku, co miesiąc, a najlepiej jakby codziennie i regularnie. Zawsze z podpisem, bo inaczej nieważne. Skreślamy na czerwono, parafka, data i powód skreślenia - wszystko na skrawku pustego miejsca nad pomyłką. Godziny od do, dlaczego właśnie wtedy i dlaczego znowu źle. Wszystko jednym kolorem długopisu, ładnie, k a l i g r a f i c z n i e. Z odpowiednim odstępem, w linijce, w której trzeba i pamiętać o odpowiedniej liczbie niezrozumiałych, profesjonalnie brzmiących słów. I absolutnie nie przy dzieciach, nauczyciel pracuje 40 godzin tygodniowo, prawo stanowi wyraźnie.
Oprócz powyższych umiem jeszcze więcej, na pewno gdzieś do czegoś się przydam.
P.S. Nawet przez minutę nie żałowałam i nie żałuję swojej decyzji :)
poniedziałek, 1 czerwca 2015
trochę na okoliczność Dnia Dziecka, a trochę nie...
osoby przywołane poniżej są osobami fikcyjnymi, choć ewentualna zbieżność z osobami, zdarzeniami czy sytuacjami rzeczywistymi wcale nie musi być przypadkowa...
Jak wspominam swoje dzieciństwo
artykuł z dnia 1 czerwca 2015 roku
Rodzice
Rodzic to był ktoś, z kim trzeba było się liczyć. Do mamy mówiło się mamo, a do taty - tato. W życiu by mi do głowy nie przyszło, żeby mówić do nich po imieniu. Zresztą, nie czułam takiej potrzeby - mama i tata to były osoby, na które można było zawsze liczyć, ale z którymi liczyć się było trzeba również. To się nazywa szacunek. Jak tata powiedział, to to było święte, jak mama postanowiła, to tak musiało być. Nie że nie było odwrotu czy buntowania się - jednak mnie jako dziecku nie przychodziło w ogóle do głowy, że to, co mówi tata czy mama, jest nieważne i że można sobie udać, że się tego nie słyszy.
Jako dziecko czułam się bezpiecznie. Rodzice to była taka, jakby to powiedzieć, ostoja. Oni wiedzieli najlepiej, co mi wolno, a czego nie. Jak był czas, to się ze mną bawili, ale jak czasu nie było, to nie było i już. Dziecko musiało sobie samo znaleźć zajęcie. Zresztą, z tym akurat to nie było żadnego problemu....
Zabawa
Bawiłam się głównie na dworze. Wychowywałam się w bloku, nie miałam swojego ogrodu i jestem losowi bardzo za to wdzięczna. Zabawy przed i za blokiem z dziećmi z innych mieszkań wspominam z wielkim wzruszeniem. Nie było z nami dorosłych, mama widziała nas przez okno, jeśli miała potrzebę kontroli, a jak nie widziała, to krzyczała imię swojego dziecka i ono meldowało się pod oknem. Wystarczyło. W co się bawiliśmy? Pierwsza moja myśl - trzepak. Trzepak był jak góra, którą każda z nas chciała zdobyć. Zaczynało się od najprostszego fikołka - tak zwanego kurczaka z rożna. Potem dochodziły bardziej skomplikowane ewolucje, przewijanie się do przodu, do tyłu, zwisy, łączenie jednych z drugimi. Na trzepaku się gadało, siedząc na barierkach. Co innego? No bieganie z różnego rodzaju fabułą - raz się biegało na wojnie, innym razem się biegło do kryjówki w zabawie w "chowanego", innym razem się biegło w ucieczce lub wyścigu. Lubiłam też bawić się na kocu. Brałyśmy lalki, ubranka dla nich, rozkładałyśmy koc i mogłyśmy tak godzinami.
Jeśli chodzi o zabawę w domu, to pamiętam pudło z zabawkami, w którym zawsze, ale to zawsze można było znaleźć coś niespodziewanego. Pudło było wielkie, głębokie, wiecznie był w nim bałagan. Do dziś pamiętam ten hałas, jaki robiły zabawki, kiedy się czegoś w tym pudle szukało. Pudło było pomarańczowe.
Media
Telewizor musiał się nagrzać. Dlatego trzeba było go włączyć kilkanaście minut przed programem, żeby zdążyć na początek. Co oglądałam? Na pewno dobranocki. Pamiętam też, że popołudniu, jakoś tak chyba około 15 godziny były teatrzyki kukiełkowe dla dzieci. Po teatrzyku telewizor się wyłączało i wracało się do swoich zajęć.
Uwielbiałam też słuchać płyt winylowych (innych wtedy nie było) - na przykład Urszuli czy Anny Jantar - i wyobrażać sobie, że jestem piosenkarką.
Coś słodkiego
Jeśli chciałam coś słodkiego, to za każdym razem musiałam się pytać, czy mogę. Pamiętam kolorowe lizaki, okrągłe, z kwiatkiem. Obgryzałam najpierw brzeg lizaka, a potem bardzo powoli lizałam resztę. Powoli, żeby na długo zostało. Nie lubiłam, kiedy robił się cieniutki, ostry na krawędziach - to znaczyło, że zaraz się skończy. Tak samo było z lodami. Nie pamiętam, jak się nazywały takie śmietankowe, wielkości połowy kostki masła. Dostawałam go w pucharku i jadłam bardzo wolno. Słodyczy nie dostawałam kilka razy dziennie, często to była jednorazowa w ciągu dnia taka przyjemność - czasami odkładałam sobie część lizaka na później, owijając go w papierek.
Jak wspominam swoje dzieciństwo
artykuł z dnia 1 czerwca 2035 roku
Rodzice
Rodzice byli cali dla mnie. Bawili się ze mną, chodzili ze mną na czworakach, kucali w piaskownicy i pokazywali, jak się robi babki. Byli moimi kumplami. Nie mówiłem do nich po imieniu, ale z dzisiejszej perspektywy mogę śmiało powiedzieć, że nie mieliby nic przeciwko temu. W ogóle nie zrobiliby niczego, co według nich mogłoby mnie unieszczęśliwić. W ich mniemaniu. To ja decydowałem, kiedy chcę iść spać, to ode mnie zależało, czy pójdziemy do sklepu teraz czy później. Bo jak leciała w telewizji moja ulubiona bajka, to czekali, aż się skończy. Miałem wrażenie, że mogę z nimi robić, co tylko chcę. A jak coś mi się nie podobało, to wystarczyło, że krzyknąłem, rozpłakałem się czy po prostu powiedziałem NIE. I już robili to, co chciałem. Czy to dobrze? Bo ja wiem.... Oni pewnie chcieli dobrze... Często robili wykłady, co i jak czuję. Albo tłumaczyli się, czemu robią mi tak, a nie inaczej. Tych ich przemów nie lubiłem najbardziej.
Zabawa
Zabawę urządzali rodzice. Mieli jakieś takie parcie, żebym zawsze dobrze się bawił. Zawozili mnie na różne place zabaw, do parków rozrywki przeróżnej maści i konfiguracji. Wozili mnie na basen, na dżudo, aikido. Jak mi się nudziło, to bledli z przestrachu i szukali czegoś nowego. Fajnie, nie? Zabawa przed blokiem była nudna, bo zawsze ktoś z dorosłych siedział na ławce i patrzył co robisz. Wchodzisz za wysoko? Zejdź. Kopiesz za głęboko? Wyjdź. Jesteś za brudny? Źle. Biegasz za szybko? Też źle. To już wolałem, kiedy zaprowadzali mnie do jakiegoś małpiego gaju, pili sobie kawkę, a ja mogłem się zaszyć w kulkach i trochę porobić, co mi się podoba.
W domu miałem pełno zabawek. Mama albo tata siedzieli ze mną na dywanie i układali klocki ze mną. Sam nie lubiłem, bo wydawało mi się, że nie umiem. Te instrukcje były takie skomplikowane.
Media
To jakiś żart? Wiadomo, że w naszych czasach wszelkie media to był standard. Odkąd pamiętam w domu był komputer, na którym grałem w różne gry. Później dość szybko dostałem mojego pierwszego smartfona, na którym też było sporo gierek. Komp był dobry na nudę. Jak rodzicom się bawić nie chciało albo byli czymś zajęci, to komputer był jak znalazł. Taak, niby były jakieś obostrzenia, jakieś limity czasu i tak dalej, ale jakoś nie pamiętam, żebym odczuł to szczególnie mocno jako ograniczenie. Telewizor? Wiadomo - duży, płaski, bajki 24 h.
Coś słodkiego
Moi rodzice mieli hopla na punkcie zdrowego odżywiania. Zdrowe śniadania, obiady i kolacje. Zdrowe drugie śniadanie i zdrowy podwieczorek. Zdrowe słodycze. Bleee. Nienawidziłem tych zdrowych słodyczy. Ciastka pełne zbóż oczywiście, bez cukru rzecz jasna. Wszystko bez tłuszczu, bez cukru, bez mleka i kakao. Koszmar. Dlatego uwielbiałem, kiedy w przedszkolu, a potem w szkole ktoś miał urodziny albo imieniny. Przynosił wtedy cukierki dla wszystkich. Ale była wyżera! Uwielbiałem krówki, czekoladki, żelki. Do dzisiaj mam obsesję - zawsze muszę mieć w domu jakąś niezdrową słodycz. Uważam, że nasi rodzice przesadzali z tym zdrowiem na każdym kroku.
Jak wspominam swoje dzieciństwo
artykuł z dnia 1 czerwca 2015 roku
Rodzice
Rodzic to był ktoś, z kim trzeba było się liczyć. Do mamy mówiło się mamo, a do taty - tato. W życiu by mi do głowy nie przyszło, żeby mówić do nich po imieniu. Zresztą, nie czułam takiej potrzeby - mama i tata to były osoby, na które można było zawsze liczyć, ale z którymi liczyć się było trzeba również. To się nazywa szacunek. Jak tata powiedział, to to było święte, jak mama postanowiła, to tak musiało być. Nie że nie było odwrotu czy buntowania się - jednak mnie jako dziecku nie przychodziło w ogóle do głowy, że to, co mówi tata czy mama, jest nieważne i że można sobie udać, że się tego nie słyszy.
Jako dziecko czułam się bezpiecznie. Rodzice to była taka, jakby to powiedzieć, ostoja. Oni wiedzieli najlepiej, co mi wolno, a czego nie. Jak był czas, to się ze mną bawili, ale jak czasu nie było, to nie było i już. Dziecko musiało sobie samo znaleźć zajęcie. Zresztą, z tym akurat to nie było żadnego problemu....
Zabawa
Bawiłam się głównie na dworze. Wychowywałam się w bloku, nie miałam swojego ogrodu i jestem losowi bardzo za to wdzięczna. Zabawy przed i za blokiem z dziećmi z innych mieszkań wspominam z wielkim wzruszeniem. Nie było z nami dorosłych, mama widziała nas przez okno, jeśli miała potrzebę kontroli, a jak nie widziała, to krzyczała imię swojego dziecka i ono meldowało się pod oknem. Wystarczyło. W co się bawiliśmy? Pierwsza moja myśl - trzepak. Trzepak był jak góra, którą każda z nas chciała zdobyć. Zaczynało się od najprostszego fikołka - tak zwanego kurczaka z rożna. Potem dochodziły bardziej skomplikowane ewolucje, przewijanie się do przodu, do tyłu, zwisy, łączenie jednych z drugimi. Na trzepaku się gadało, siedząc na barierkach. Co innego? No bieganie z różnego rodzaju fabułą - raz się biegało na wojnie, innym razem się biegło do kryjówki w zabawie w "chowanego", innym razem się biegło w ucieczce lub wyścigu. Lubiłam też bawić się na kocu. Brałyśmy lalki, ubranka dla nich, rozkładałyśmy koc i mogłyśmy tak godzinami.
Jeśli chodzi o zabawę w domu, to pamiętam pudło z zabawkami, w którym zawsze, ale to zawsze można było znaleźć coś niespodziewanego. Pudło było wielkie, głębokie, wiecznie był w nim bałagan. Do dziś pamiętam ten hałas, jaki robiły zabawki, kiedy się czegoś w tym pudle szukało. Pudło było pomarańczowe.
Media
Telewizor musiał się nagrzać. Dlatego trzeba było go włączyć kilkanaście minut przed programem, żeby zdążyć na początek. Co oglądałam? Na pewno dobranocki. Pamiętam też, że popołudniu, jakoś tak chyba około 15 godziny były teatrzyki kukiełkowe dla dzieci. Po teatrzyku telewizor się wyłączało i wracało się do swoich zajęć.
Uwielbiałam też słuchać płyt winylowych (innych wtedy nie było) - na przykład Urszuli czy Anny Jantar - i wyobrażać sobie, że jestem piosenkarką.
Coś słodkiego
Jeśli chciałam coś słodkiego, to za każdym razem musiałam się pytać, czy mogę. Pamiętam kolorowe lizaki, okrągłe, z kwiatkiem. Obgryzałam najpierw brzeg lizaka, a potem bardzo powoli lizałam resztę. Powoli, żeby na długo zostało. Nie lubiłam, kiedy robił się cieniutki, ostry na krawędziach - to znaczyło, że zaraz się skończy. Tak samo było z lodami. Nie pamiętam, jak się nazywały takie śmietankowe, wielkości połowy kostki masła. Dostawałam go w pucharku i jadłam bardzo wolno. Słodyczy nie dostawałam kilka razy dziennie, często to była jednorazowa w ciągu dnia taka przyjemność - czasami odkładałam sobie część lizaka na później, owijając go w papierek.
Jak wspominam swoje dzieciństwo
artykuł z dnia 1 czerwca 2035 roku
Rodzice
Rodzice byli cali dla mnie. Bawili się ze mną, chodzili ze mną na czworakach, kucali w piaskownicy i pokazywali, jak się robi babki. Byli moimi kumplami. Nie mówiłem do nich po imieniu, ale z dzisiejszej perspektywy mogę śmiało powiedzieć, że nie mieliby nic przeciwko temu. W ogóle nie zrobiliby niczego, co według nich mogłoby mnie unieszczęśliwić. W ich mniemaniu. To ja decydowałem, kiedy chcę iść spać, to ode mnie zależało, czy pójdziemy do sklepu teraz czy później. Bo jak leciała w telewizji moja ulubiona bajka, to czekali, aż się skończy. Miałem wrażenie, że mogę z nimi robić, co tylko chcę. A jak coś mi się nie podobało, to wystarczyło, że krzyknąłem, rozpłakałem się czy po prostu powiedziałem NIE. I już robili to, co chciałem. Czy to dobrze? Bo ja wiem.... Oni pewnie chcieli dobrze... Często robili wykłady, co i jak czuję. Albo tłumaczyli się, czemu robią mi tak, a nie inaczej. Tych ich przemów nie lubiłem najbardziej.
Zabawa
Zabawę urządzali rodzice. Mieli jakieś takie parcie, żebym zawsze dobrze się bawił. Zawozili mnie na różne place zabaw, do parków rozrywki przeróżnej maści i konfiguracji. Wozili mnie na basen, na dżudo, aikido. Jak mi się nudziło, to bledli z przestrachu i szukali czegoś nowego. Fajnie, nie? Zabawa przed blokiem była nudna, bo zawsze ktoś z dorosłych siedział na ławce i patrzył co robisz. Wchodzisz za wysoko? Zejdź. Kopiesz za głęboko? Wyjdź. Jesteś za brudny? Źle. Biegasz za szybko? Też źle. To już wolałem, kiedy zaprowadzali mnie do jakiegoś małpiego gaju, pili sobie kawkę, a ja mogłem się zaszyć w kulkach i trochę porobić, co mi się podoba.
W domu miałem pełno zabawek. Mama albo tata siedzieli ze mną na dywanie i układali klocki ze mną. Sam nie lubiłem, bo wydawało mi się, że nie umiem. Te instrukcje były takie skomplikowane.
Media
To jakiś żart? Wiadomo, że w naszych czasach wszelkie media to był standard. Odkąd pamiętam w domu był komputer, na którym grałem w różne gry. Później dość szybko dostałem mojego pierwszego smartfona, na którym też było sporo gierek. Komp był dobry na nudę. Jak rodzicom się bawić nie chciało albo byli czymś zajęci, to komputer był jak znalazł. Taak, niby były jakieś obostrzenia, jakieś limity czasu i tak dalej, ale jakoś nie pamiętam, żebym odczuł to szczególnie mocno jako ograniczenie. Telewizor? Wiadomo - duży, płaski, bajki 24 h.
Coś słodkiego
Moi rodzice mieli hopla na punkcie zdrowego odżywiania. Zdrowe śniadania, obiady i kolacje. Zdrowe drugie śniadanie i zdrowy podwieczorek. Zdrowe słodycze. Bleee. Nienawidziłem tych zdrowych słodyczy. Ciastka pełne zbóż oczywiście, bez cukru rzecz jasna. Wszystko bez tłuszczu, bez cukru, bez mleka i kakao. Koszmar. Dlatego uwielbiałem, kiedy w przedszkolu, a potem w szkole ktoś miał urodziny albo imieniny. Przynosił wtedy cukierki dla wszystkich. Ale była wyżera! Uwielbiałem krówki, czekoladki, żelki. Do dzisiaj mam obsesję - zawsze muszę mieć w domu jakąś niezdrową słodycz. Uważam, że nasi rodzice przesadzali z tym zdrowiem na każdym kroku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)