niedziela, 27 marca 2016

wielki dzień

No proszę, od świąt do świąt mi wychodzi. Ostatni wpis był z okazji Bożego Narodzenia, teraz siadam w czas Wielkiej Nocy.. Trochę smutno mi, że czasu mam coraz mniej na takie przyjemności, jak pisanie. Albo go nie mam, albo czasu tego nie umiem sobie znaleźć - jakkolwiek.

W ogóle ostatnio nachodzi mnie myśl o przemijaniu... Starzeję się, cholera jasna, ciało robi się mniej sprężyste, coraz bardziej za to odczuwalne. Już nie nosi mi się go tak mimo chodem, zaczyna się cielsko to pokładać, opiera się na mnie swoim cielesnym ramieniem i prosi, żeby je trochę ponieść.  A lekkie to ono nie jest, bierze sobie do spółki kości, mięśnie, tkankę tłuszczową (choć podobno u mnie w zaniku...), żyły i tętnice i bezczelnie mówi "nieś mnie". Niosę, bo co mam zrobić, ale powiem wam, że lekko mi nie jest.

Ale są święta, może by tak jakiś lżejszy temat...

Tylko że nie mam koncepcji. Zasiadłam tutaj bez koncepcji, serio. Różne tematy mi się po głowie przewalały, miałam ochotę je tutaj poruszyć, was nimi poruszyć, ale za każdym razem ciało mówiło, że mu się nie chce, że za długo mnie ono nosiło, że teraz moja kolej i chęć odchodziła... A temat jest dobry, kiedy jest świeży, kiedy możesz pisać poruszona jeszcze, oburzona bądź rozbawiona, od razu, a nie po jakimś czasie, kiedy to już musisz kombinować, wymyślać trochę, naciągać. Nie żeby naciąganie czy wymyślanie było w pisaniu złe - wcale tak nie uważam. Tylko że wymyślanie z ciałem leżącym ci na plecach jest dużo bardziej wymagające - o wiele łatwiej pisze się wtedy na "ciągu", kiedy to pisze się jakby samo.

Chciałam pisać na przykład o rodzicielstwie dzisiejszych czasów. Wiecie, mam niemałe doświadczenie z rodzicami wszelakimi, widzę jak układają sobie stosunki z własnymi dziećmi i myślę, że jest to niezły temat na jakiś tekst. Mogłabym też napisać o tym, jak niespełna czterdziestoletnia kobieta, dźwigająca swoje kości i skórę, uczy się asertywności. Tekst ten mógłby nawet pretendować do naukowego, gdyż jestem w stanie podeprzeć się w nim literaturą fachową.
Miałam też pomysł, żeby napisać o szachach - tak, uczę się gry w szachy. Chcąc nie chcąc. Pracodawca wysłał nas na obowiązkowe szkolenie z szachów (jeszcze jeden weekendowy zjazd nam został) - jest albowiem koncepcja, aby wprowadzić przedmiot "szachy" do obowiązkowego planu lekcji dzieci w naszej szkole. W sumie pomysł niezły, ta gra ma naprawdę w sobie ogromny potencjał. Wiele można się nauczyć, grając w szachy - może kiedyś jeszcze o tym napiszę...

A teraz siedzę tu jakby przed wami, w drugim pokoju chory syn i czytający Myster, i nie wiem, o czym do was napisać. No bo przecież nie o tym, że za oknem świeci słońce, a my się z domu ruszyć nie możemy, bo junior w gorączce czwarty dzień się męczy (tak na marginesie: umieranie na katar czy wysoką temperaturę mężczyźni mają już od małego). Nie będę też wam pisać (choć mogłabym i to długo nawet) o tym, że wygrałam kupon na zakupy w sklepie internetowym i otóż kuponu tego program nie chce zaakceptować, twierdząc, że nie jest prawidłowy (ha!ha! śmieszne, co?). Napisałam wczoraj w tej sprawie błagalnego maila (bo napaliłam się już, listę zakupów trzy dni układałam, zamieniałam, wykreślałam, dodawałam i w końcu, jak się zdecydowałam...), zaklinając panią, żeby mi mojej nagrody nie zabierali, żeby mnie wpuścili i dali te pędzle przepiękne. Pani póki co nie odpisała, o co żalu nie mam, bo kto w święta pracuje. Poczekam - tyle czekałam, to poczekam jeszcze te dwa dni. Nie będę wam też marudzić (i proszę to docenić, bo akurat marudzić literacko to mnie się akurat zdarza często), że fryzjerka fatalnie włosy mi obcięła, bez polotu, ot, zwyczajnie krótko po bokach, długo na czubku. No nie podoba mi się, nie lubię, nie patrzy mi się na siebie samą zbyt przyjemnie. Wiem - odrosną. Byłoby mi jednak łatwiej zaakceptować tę sytuację, gdyby ciało zechciało jeszcze trochę mnie ponieść. A tak?

Mazurek mi wyszedł, nie powiem, pyszny jest. Może nawet zaraz ukroję sobie kawałek. We'll see.

Czytam teraz "Face Paint" Lisy Eldridge. W oryginale ją czytam (innej wersji jeszcze nie ma). Nie jest łatwo, ale z każdym zdaniem człowiek się przyzwyczaja do angielskich wyrazów i czytanie staje się coraz łatwiejsze. Temat książki jest ciekawy, autorka opowiada o historii makijażu. Ale nie będę wam teraz o tym pisać, może pokuszę się o jakiś tekst, jak już całą książkę przeczytam.

Może jednak ukroję sobie kawałek tego ciacha...

Wygląda na to, że już do końca tygodnia nie pójdę do pracy. Pewnie będzie trzeba iść z Kamilem do lekarza we wtorek, przewiduję jakiś antybiotyk i opiekę nad dzieckiem zdecydowanie chorym.

Przepraszam, że śmieję się teraz szyderczo, ale ciało mi właśnie zaczęło jęczeć, że to ono jest tutaj w kiepskim stanie i że to jemu należy się wizyta u lekarza. 

Ja przepraszam,  że ten tekst jest w sumie o niczym i przepraszam, że takim już zostanie - idę jednak ukroić sobie trochę mazurka. Kajmakowego na dodatek ;)

Pozdrawiam świątecznie :)





piątek, 25 grudnia 2015

cud świąt

Kolega z pracy powiedział ostatnio podczas jednej z naszych rozmów, że przekleństwem człowieka jest świadomość. Nie wiem, czy sam to wymyślił czy gdzieś przeczytał, ale niech te słowa będą mottem tego tekstu.

Druga połowa grudnia, magiczny czas w naszej części globu. Wszędzie dzwonki, choinki, światełka, mikołaje. Czerwono, zielono, złociście i piernikowo. Mówią, że to magia. Magia świąt bożonarodzeniowych. Każdy czuje ją jakoś bardziej teraz niż wiosną, w czas wielkanocny. Zadziwiające. 

Cud pierwszy
Prace idą pełną parą, trzeba zdążyć do świąt, bo tylko wtedy będzie to miało jakikolwiek sens. Nazwy są różne - Pogotowie Świętego Mikołaja, Szlachetna Paczka - więcej nie pamiętam. Różne są też formy: jedni zbierają przedmioty dla wybranej rodziny, inni stoją w supermarkecie z koszykiem na żywność wolno-się-psującą, owanci sprzedają aniołki hand-made. Ludzie ludziom, masowo, z dobroci serca, przecież zbliżają się święta. Nie pomagasz? Jesteś obojętny? W TAKI czas? Jak to o tobie świadczy, jak to o mnie świadczy, jeśli nie wrzucę tego grosika, jeśli nie kupię paczki ryżu i nie oddam bezinteresowanie potrzebującym! Ludzie patrzą, ludzie widzą, wielkie OKO widzi - kiedy, jak kiedy, ale w drugiej połowie grudnia w naszej części globu TRZEBA być dobrym.
Zastanawiam się, jak mama dwójki dzieci, wciągnięta na listę szlachetnej paczki rozmawia z dziećmi w, dajmy na to, czerwcu... Może tłumaczy im cierpliwie, że muszę wytrzymać w tych za małych butach jeszcze pół roku, bo dopiero w grudniu może ktoś da większe buty? A może płacze nad kolejną paczką darowanego makaronu, bo boi się, że to za mało dla rosnących dzieci? A może ma po dziurki w nosie tych cholernych świąt, bo wszystko przypomina jej o biedzie, niedostatku, o byciu na marginesie?  No cóż, moja droga pani, ktoś musi pomóc innym czuć się dobrym, przecież to święta!

niech się nasza dobroć święci
żeśmy innymi przejęci
w święta trzeba po dobroci
ona serca nasze złoci
my, jak paczka ta, szlachetni
sami w swoich oczach świetni


Cud drugi
Jak byś chciała spędzić święta?
Chciałabym wyjechać, pobyć sama. Mam trochę wolnego, mogłabym te dni teraz wykorzystać.
Fajnie. Dokąd pojedziesz?
Zwariowałaś? W święta? Matka by mnie zabiła, ona by tego nie wytrzmała!
Ale przecież mówiłaś, że chciałabyś...
Och, przestań! Przecież wiadomo, że w święta takich rzeczy się nie robi! W święta TRZEBA być z najbliższymi!  W święta trzeba być z mamą i tatą, trzeba być z mężem, żoną, dzieckiem! Wyobrażasz sobie, jak by to moja mama przeżyła, gdybym oznajmiła jej, że nie będzie mnie na święta w domu, bo postanowiłam jechać nad morze?! Nie... Ona by tego nie przeżyła. Byłoby jej smutno, byłoby jej przykro, że jej córka wybrała morze zamiast być z nią w ten szczególny czas. Przecież to wigilia, dzielenie się opłatkiem i wszystkie te potrawy. W wigilię trzeba być z rodziną!

w święta krzywd się nie pamięta
siedź przy stole uśmiechnięta
jedz, rozmawiaj, udawaj, że kochasz
nie mów nikomu, że przez nas szlochasz                                                                czasami
jam matka, jam ojciec, święta rodzina
niech święta tradycja cię przy nas trzyma


Cud trzeci
Zwierzęta przemawiają. Nie, wcale nie o północy, przemawiają dużo wcześniej. Na facebooku. Z czapeczkami na łbach, łebkach, głowach, ze wzrokiem rozumiejącym wpatrzone w obiektyw.  Koń pozdrawia z rzeźni, widzisz, że niemal płacze błagając, byś go utarował. Ale nawet jeśli nie zdążysz, bo święta miną, to wiedz, że przed egzekucją myślał o tobie i życzył ci wesołych świąt.
O, a tutaj kotek - jaki słodki! W tej czapeczce mikołaja, z tymi okularami wygląda tak mizi mizi, chciałoby się go zjeść z tej jego rozkoszności. On też coś nam przesyła, też mówi, a mówi tak, jakby to człowiek te słowa wymyślił, bo tak pasują do tej mordki kochanej. Jacy ludzie jednak potrafią być wrażliwi, zwłaszcza w czas tych świąt, pamiętają o wszystkich, nawet tych maluczkich, bezrozumnych, poniewieranych zwierzątkach. Nawet jeśli nie ruszę się, żeby realnie jakoś pomóc, żeby zadziałać, jeśli mi konika żal, to przynajmniej lajka dam, udotępnię - no tak się do sprawy przyłożę. Pod te święta!

tutaj czapeczkę psu założymy
sztuczne wąsiska pod nos przykleimy
fajka do pyska - ludzie lubią fajki
świąteczne za to pozbieram lajki
trochę się z ciebie na "fejs" pośmiejemy
a potem wszystko pozdejmujemy


Cudnie, prawda?
Przytulać nad opłatkiem kogoś, kto cię skrzywdził, kogo nienawidzisz z całego serca, życząc mu zdrowia i długich lat życia? Cud świąt!
Dać innym, chociaż ma się ich głęboko w dupie przez cały rok, niech sumienie spokojnie napycha się pierogami? Cud świąt!
Znosić litość innych, bo tak im z tym dobrze, chociaż chciałoby się być w te dni samemu? Cud, och cud świąt!
Iść do kościoła - mój boże, chyba pierwszy raz jej się to zdarza! - bo tak trzeba? Toż to cud świąt!
Wybaczenie, wielkoduszności okazywanie, miłosierdziem obdarowywanie tak, żeby na te trzy dni wystarczyło? Wielki świąteczny cud!


Hej, w dzień narodzenia Syna jedynego,
Ojca przedwiecznego, Boga prawdziwego
wesoło śpiewajmy
chwałe Bogu dajmy,
hej kolęda, kolęda!


niedziela, 1 listopada 2015

z wysokości....

Noż kurwa, znowu tutaj jest!

Przestań przeklinać, nie wiesz, że stąd wszystko TAM słychać?

Ta, jasne. Już się boję.. Spójrz, tam, w dół. Widzisz? Mamusia do mnie przyszła! Płaszczyk ma z tamtego roku, bo ten kóry kupiła w tym jest za ciepły i musiała wybierać: nowy płaszcz plus przepocenie czy stary plus jako taki komfort. Och, dzięki ci mamusiu za te piękne wieńce na moim grobie, za te znicze przeogromne. Jak to miło, że wpadłaś, że przypomniałaś sobie o mnie, jak co roku zresztą...

Przestań tak mówić! Co w tym złego, że twoja matka przyszła na twój grób. To normalne, że ludzie odwiedzają groby swoich bliskich. To normalne, że matka przychodzi na grób swojej zmarlej córki..

Pieprzenie! Teraz przychodzi?! Raz kurwa do roku??!! Dziękuję bardzo za ten zbytek łaski, teraz już nie potrzebuję!

Znowu przeklinasz..

Pewnie kurwa, że znowu! Wiesz, jak mnie krew zalewa, kiedy widzę tą babę nad moim grobem? Zawsze się wtedy zastanawiam: gdzie byłaś, kiedy naprawdę cię potrzebowałam? Gdzie chowałaś tą wielką milość, którą teraz wkładasz raz do roku w kwiaty i znicze? RAZ w roku! Czy wiesz, że ona nawet do mnie nie zagada, kiedy siedzi w domu, kiedy już tego swojego kochanego oporządzi, kiedy już facet położy się spać, a ona siada z papierosem i w okno się gapi! Ani słowa! A wiesz o czym myśli? Och, o swojej utraconej młodości, o byciu matką, kiedy inni się bawią i biorą życie garściami, o mężu, którego nigdy nie miała i już mieć nie będzie, o konkubinacie, w którym przyszło jej żyć..

Twoja matka nie jest szczęśliwa...

To nie moja wina! Słyszysz?! To nie moja wina, ja nie pchalam się na ten świat, wcale nie musiało mnie tam być! Mam dosyć słuchania, że nieszczęście mojej matki jest moją winą! Nasłuchałam się tego od niej wystarczająco za życia, nie muszę tego znosić jeszcze po śmierci. ......
Nie powie do mnie ani słowa, nie zagada.... Przez cały rok nie poświęci mi ani jednej myśli, a teraz sterczy nad moim grobem z miną  zbolałej matki, poprawia te kwiatki w nieskończoność, sztuczne cholerstwo. Wiesz, zastanawiam się, co jest z tymi wszystkimi ludźmi tam, na dole. Dlaczego nie dadzą swoim umarłym w spokoju poleżeć, po co trudzą się na ten cmentarz, forsę na kwiaty wydają, na płaszcze, na buty, na znicze.... Założę się, że niejeden z nich, tak jak ta moja, ani razu nie pomyślą o tych pochowanych. Założę się, że niejeden z nich ucieszył się, że w końcu ta zdzira, ten kat, pijak, narkowmanka kopnęła w kalendarz. Niejednemu z nich ulżyło, że już umarł, umarła, że w końcu będzie spokój..

Przestań, tak nie można!

Hej, tylko mi tutaj nie wyjeżdżaj ze świętym tematem śmierci! Że nie można się śmiać, żartować, kalać pamięci. Błagam.
Ocho, czas widzę się zbierać, mamusiu. Tak, tak, popraw jeszcze te znicze, bo krzywo stoją, mhm, koniecznie - jest mi to bardzo potrzebne. Nie no, naprawdę - patrzę i patrzę w tą jej głowę, szukam, slucham - nic, ani jednego słowa do mnie.


niedziela, 23 sierpnia 2015

nowa praca w subiektywie

Pierwszy tydzień za mną...

Ocena ilości stresu przed pierwszym dniem pracy w skali od 1 do 10? Zdecydowanie 20. Wieczór przed owym poniedziałkiem, kiedy miałam zacząć, obfitował w łzy i ból brzucha przepełnionego strachem. Przed wszystkim. Przed nie wiadomo czym. Jeśli podzielić ludzi na tych, którzy boją się zmian i tych, którzy zmieniają swoje życie bez mrugnięcia okiem, to ja jestem wzorcowym przykładem tych pierwszych.

Pierwszy dzień. Poziom stresu zdecydowanie zmalał. Okazało się, że ludzie w ogólności mili, że nie tylko ja zaczynam pracę w tej szkole. W skali od 1 do 10 poziom stresu szacuję na jakieś 6. Jest dobrze.

Mężczyźni w pracy? SĄ!!! Kochani moi, są faceci! Nareszcie pracuję gdzieś, gdzie można minąć płeć przeciwną na korytarzu. Piękne moje kobiety, kocham was i uwielbiam, ale kiedy jest nas za dużo w jednym miejscu i nie równoważy tego najmniejsza ilość testosteronu, to sosik hormonalny zaczyna być szkodliwy dla zdrowia psychicznego. Jestem pewna, że każda z was przyzna mi rację ;)

Średnia wieku kadry? Oceniam na jakieś plus minus 30. Większość ludzi jest młoda, obawiam się, że nieco średnią wieku podwyższam ;)

Czas dojazdu? Około 30 minut w jedną stronę, korków póki co nie ma, zobaczymy, jak się sprawa będzie przedstawiała po zakończeniu wakacji...

Ilość godzin spędzonych już z dziećmi? Łącznie sześć, dwa dni adaptacyjne, po trzy godziny w każdym. I powiem wam szczerze, że jak przyszły dzieciaki, to w końcu poczułam, że jestem tam, gdzie powinnam być. Mam klasę dzieci najmłodszych, a więc tych, co skończyli już 6 lat i tych, którzy skończą te lata niebawem. Rewir więc nie jest mi obcy, właśnie takie dzieci wypuściłam w czerwcu w świat.

Ilość dzieci w klasie? 16, słownie szesnaście. Dla osoby pracującej w placówce państwowej jest to ilość raczej kosmiczna, mało realna. Większość dziewczynek.

Co jest fajne? Mhm, no cóż - to, że nie muszę zmieniać obuwia. Tak, wiem, szczegół i głupota, jednak jest jakaś różnica między pracą w kapciach a pracą w butach...
Co jeszcze? To, że sama odpowiadam za swoją pracę. Klasa jest moja, sala jest moja, plany są moje, decyzje, pomysły, ustalenia z klasą. Nie ma pięciu innych osób, które wejdą do klasy z butami i stwierdzą ot po prostu, że to i to jest źle: źle stoi, źle wisi, dzieci źle siedzą, źle myją ręce, źle jedzą. A kij wam w oko normalnie!

Poziom stresu teraz? Ciągle jakieś 5, no może 4. W końcu tak czy siak, ciągle jestem świeżynką w edukacji wczesnoszkolnej. To tak, jakby zaczynać od początku, kiedy napisanie planu miesięcznego zajmowało mi pół miesiąca, kiedy nie byłam pewna żadnej mojej decyzji, a milion pytań kłębiło mi się po głowie. Z drugiej strony to jakby druga młodość, czyż nie? ;)

Czy jestem zadowolona z decyzji, jaka podjęłam parę miesięcy temu. Tak.



niedziela, 16 sierpnia 2015

gorące książki

No i co ja mam teraz ze sobą zrobić? W tym świecie na wskroś rzeczywistym, z jego meblami, samochodami, ludźmi, moim adresem, balkonem, podłogą, fotelem.... Jak ja mam tu być? Cholera znowu to samo - za każdym razem, kiedy ONA się kończy. Powinni ostrzegać, wielkimi literami i bardzo dotkliwie, tak jak na paczkach papierosów, "czytanie grozi całkowitym pochłonięciem - przeczytanie do końca może spowodować poczucie pustki". No nie piszą, człowiek książkę kupuje czy pożycza, czyta, zaczyna mu się podobać, zaczyna pragnąć jej więcej i więcej, a ona z ostatnią stroną kończy się i zostawia na głodzie kolejnych liter, wyrazów i zdań.

Proszę mi wybaczyć żałośnie patetyczny ton i płacz publiczny. usprawiedliwia mnie to, że dzisiaj w nocy skończyłam książkę, do której się bardzo przywiązałam, a ona, w swym niedużym rozmiarze po prostu dobiegła końca. Zdarzyło mi się to drugi raz tego lata. Owszem, książek było więcej, ale te dwie z nich zadały mi ów ból końca fabuły. A jeszcze tyle można by dla mnie w nich napisać!

No dobrze kobieto, weź się w garść, dziesięć głębokich oddechów i spróbuj chronologicznie, w miarę możliwości pozbawiając słowa lamentów. 

Książkę "Wszystko, co lśni" Eleanor Catton pierwszy raz zobaczyłam w Empiku. Wzięłam, o nieszczęsna, do ręki, przewróciłam kilka stron i poczułam, że chciałabym ją przeczytać. Drugi raz mi się to zdarzyło, że książka zainteresowała mnie swoimi kartkami i dwa razy trafiłam w dziesiątkę. Książkę kupiłam przez internet, bo tam zawsze jest taniej (w Empiku to ja książki tylko oglądam) i postawiłam kobyłę (prawie 1000 stron) na półce. Musiała poczekać na swoją kolej, wszystkie moje książki zawsze muszą czekać. Pierwszy raz nie spełnił moich oczekiwań, po prostu zaczęłam czytać w złym czasie i po kilku kartkach odłożyłam na półkę. Czekała tam na pewno z pół roku, jak nie więcej, z zakładką oskarżycielsko zerkającą na mnie z kartek. I niech tam na razie stoi, wrócimy do niej w odpowiednim czasie...

Udając, że zakładki nie widzę, przeczytałam książkę Jaume Cabre "Jaśnie Pan". Spodziewałam się ciekawej lektury, ktoś, kto napisał "Wyznaję" nie mógł popełnić przecież jakiejś szmiry. I nie popełnił, choć książkę określiłabym jako przyzwoitą. Czytało się dobrze, z emocjami sympatii dla jednych bohaterów i nienawiścią  czy obrzydzeniem do drugich. I choć nie mam nic tej książce do zarzucenia, to jedno jest pewne - jej koniec nie sprawił mi żadnego bólu egzystencjalnego. On miał dopiero nadejść...

I tu akcja wraca do "Wszystko, co lśni". Wzięłam książkę ponownie do ręki, usiadłam w fotelu i zaczęłam czytać od nowa... Słuchajcie, dla mnie to jest właśnie mistrzostwo pisania. Nigdy nie przestało mnie zadziwiać, jak człowiek może napisać książkę tak cudownie, że innych wciska w miejsce, na którym właśnie siedzi. Nie będę pisać o czym jest - musicie sami przeczytać. Powiem tylko, że nic w tej książce nie jest oczywiste, nie jest sztampowe, nic nie kończy się tam definitywnie, każda postać jest inna charakterystyczna, choć jest ich tam sporo. Nie ma głównego bohatera, każdy ma tam swój czas. Nie ma z gruntu złego czy dobrego, choć są tacy, których zaczynasz uwielbiać za to na przykład, jak inteligentnie i chytrze prowadzi sprawę sądową swoich klientów. Jest tam też miłość, ale nikt jej tam tak nie nazywa, czujesz ją, ale nikt ci jej na tacy nie podaje, jest piękna, ale w tak brzydkich okolicznościach się pojawia, choć nikt nie pisze, że się pojawiła naprawdę. A kiedy czytasz dialog kończący książkę, to myślisz sobie "jejku, jakie to piękne", choć to wcale nie piękne jest, tylko smutne i nie wiadomo, czy do czegoś dobrego prowadzi. No książka jak życie - nic nie jest czarne i białe. Musicie przeczytać tę książkę, błagam was - musi ją poznać jak najwięcej ludzi, nie może się zmarnować, nie może pójść w zapomnienie. Mam jeden egzemplarz, chętnie pożyczę, jakby co :).

Później popełniłam błąd poświęcając więcej niż jedną godzinę książce "Blondynka w Londynie" - na szczęście była wypożyczona i na szczęście mogłam ja oddać. Jeśli ktoś chce posłuchać, jak zmieniło się życie pani Pawlikowskiej kilkadziesiąt razy z rzędu mniej więcej w tych samych słowach, to proszę bardzo, niech sobie przeczyta. Ale jeśli ktoś myśli, że książka jest o Londynie,to niech poszuka innej albo poczyta sobie o tym mieście w necie. No dla mnie żenada i naciąganie ludzi.
Fajnie za to czytało mi się książkę "Ameryka po kawałku" Marka Wałkuskiego  - sporo ciekawych faktów na temat Amerykanów i ich życia podanych w przyjemny sposób. Polecam.

Po tych "światowych" książkach dostałam informację, że w paczkomacie czeka na mnie przesyłka, a dokładnie 3 książki. Zaczęłam od "Bingo" Marcina Szczygielskiego. Zanim jednak o książce, to muszę wam coś wyznać - ja tego autora kocham. Trafił do mojego serca czytelniczego i póki co nie zdradził tej miłości ani jednym słowem. Przeczytałam każdą jego książkę przeznaczoną do czytelnika dorosłego i kocham go, kocham, kocham. Potrafi napisać piękną powieść, długą i bardzo dokładną, potrafi napisać komedią, przy której śmieję się w głos ocierając łzy z oczu, potrafi mnie podniecić opisami aktów seksualnych, potrafi zaciekawić, zaintrygować, wzruszyć. Jego książki kupuję w ciemno. Książka "Bingo" podsyciła tylko i utrwaliła moje uczucie do tego pisarza. Owszem, kaliber książki totalnie odmienny od "Wszystko, co lśni", bo i czasy w niej inne i tematyka nie ta sama. Ale mimo to, kiedy wczoraj, a właściwie dzisiaj w nocy skończyłam ją czytać, noc wydała mi się ciemniejsza, cisza strasznie cicha, a ręce nie wiedziały, co z sobą zrobić. No tak weszłam w świat bohaterów, tak się z nimi zżyłam... Zamieszkałam z nimi w ich luksusowej dzielnicy, jeździłam z nimi ulicami Warszawy, podglądałam z nimi sąsiadów z naprzeciwka, złościłam się, bałam z nimi i odczuwałam ulgę. A teraz ich już nie ma. No smutno mi. Bardzo polecam wam wszystkie książki pana Marcina.

Teraz czeka na mnie "Te chwile" Herbjorg Wassmo. Tak się ucieszyłam, gdy przeczytałam, że wydali w Polsce jej trzecią książkę. "Księga Diny" i "Stulecie" dają mi pewność, że nie zawiodę się na tej pozycji. No i mam jeszcze biograficzną "Cesarzowa wdowa Dixi" - kupiłam ją po wysłuchaniu w radiu wywiadu z autorką tej książki, zapowiada się ciekawie.

No nic, zostawiam was, czas zmierzyć się z rzeczywistością, jakiś obiad zrobić, coś przeprać i przeprasować.... Nie lubię.

Acha - tytuły, które polecam z czystym sumieniem wyłuszczyłam wam na grubo :)





piątek, 31 lipca 2015

lekcja (życia) angielskiego

shy away from something (odmówić zrobienia czegoś ze strachu czy nerwów)

Znasz to uczucie? Jeśli tak, to witaj w klubie, w którym zresztą mogłabym spokojnie kandydować na prezydenta (albo przynajmniej członka honorowego). Gdybym chciała napisać książkę o tym, czegóż to nie zrobiłam, bo się bałam, to pewnie na jednym tomie by się nie skończyło. No powiedzcie, macie tak? I nie chodzi mi tutaj o wycofywanie się z decyzji, o unikanie odpowiedzialności za coś, co się zaczęło i się wymknęło spod kontroli. Chodzi mi o sytuacje potencjalne, które mogły się zdarzyć, ale się nie zdarzyły, bo z daleka źle im z oczu patrzyło.
Nie spytam, bo na pewno mnie wyśmieje - to z tych bardziej błahych.
Nie powiem, co myślę, bo przestanie mnie lubić (z całą pewnością).
Nie rzucę pracy, której nie cierpię, bo (i tutaj lista się nie kończąca):
- kto rzuca pracę mając umowę na czas nieokreślony?,
- gdzie indziej mnie zechcą?
- nic innego nie potrafię.
- na pewno nie znajdę innej pracy.
- tak się nie robi.
- pomyślą, że mam fanaberie jakieś
- się boję
- w sumie tutaj nie jest tak źle, to pewnie ze mną jest coś nie tak....
To tylko luźne notatki do mojej książki, wymagałyby rozbudowania, uszczegółowienia, wytłumaczenia się z nich i podsumowania. Za bardzo jednak przekroczyłoby to potrzeby zdefiniowania wyrażenia i nie ma tu na to dzisiaj miejsca.


to question something (poddawać coś w wątpliwość)

Całe szczęście, jeśli w stanie opisanym powyżej zaczniesz zadawać pytania. Pytania są bardzo ważne, żeby dostrzec, że często to, czego się boimy tak naprawdę, obiektywnie nie istnieje. A jeśli istnieje, to zawsze można znaleźć sposób, żeby się albo strachu pozbyć albo przynajmniej nad nim zapanować. Zapytaj więc
Skąd wiesz, że wyśmieje twoje pytanie? A jeśli wyśmieje, to co się wtedy stanie?
Jesteś pewna, że ludzie zaczynają nie lubić tych, którzy myślą inaczej niż oni? Ty tak masz?
A skąd ta pewność, że
- nie wolno  ci wypowiedzieć umowy na czas nieokreślony?
- gdzie indziej cię nie zechcą?
- nic innego nie potrafisz?
- na pewno nie znajdziesz innej pracy?
Kto powiedział, że tak się nie robi? Czy jest to też twoje zdanie?
Naprawdę interesuje cię, co pomyślą o tobie inni? A może pomyślą coś innego, niż myślisz, że pomyślą?
Wyobrażasz sobie siebie w tej pracy za kolejne 5 lat? Więc dlaczego decydujesz się tu zostać?
Wiem, że się boisz....


to dissociate oneself from something (odciąć się od czegoś)

Zadanie sobie pytań i usłyszenie odpowiedzi ułatwić może próbę odcięcia się od odpowiedzi fałszywych, podszytych strachem. Odciąć się od strachu nie jest łatwo (oho, temat na kolejna moją książkę...), potrafi być cholernie uparty, konsekwentny, ciągle obecny i taki.... taki twój. Odwróć się więc w jego stronę, spójrz mu w te strachliwe ślepka i powiedz A GÓWNO!


to go against the grain (iść pod prąd)

No dobrze, powiedzmy to sobie szczerze i wprost - łatwo nie jest iść sobie pod prąd. Bo to nie jest tak, że jak już zrobisz coś przeciwko swoim lękom, to one znikają (książki tom trzeci :)). Ale nic to. Lepiej czuć te straszki i lękotki (słowotwórstwo własne, niechaj nikt w słownikach nie szuka :)) w ruchu, idąc KU swojemu celowi, niż czuć je tkwiąc w miejscu.

I ja się tego trzymam. Jak wiecie z poprzedniego wpisu rzuciłam pracę. Minęło sporo lat, zanim odważyłam się to zrobić. Za dużo. Chciałam znaleźć pracę w szkole, mimo kompletnego braku doświadczenia w takiej pracy - chciałam czegoś innego. Niektórzy kiwali z powątpiewaniem głową, inni podziwiali, inni jeszcze pytali "jesteś pewna?", a jeszcze inni dopingowali. Zaproszono mnie na kilka rozmów, po każdej pytałam siebie po co mi to było? I co? I mam pracę. W szkole. Tak jak chciałam. Będę miała klasę I c :). Będę miała okazję współpracować z native speaker'ami z Anglii, bo jest to szkoła polsko-angielska. No ja tak na to spojrzeć, to dopięłam swojego jeszcze z bonusem językowym. I co? I boję się jak jasna cholera!

Trzymajcie za mnie kciuki, co?


piątek, 17 lipca 2015

lubię, jak szszszszumi.......

Oj, bardzo. Jak tylko mogę sięgnąć pamięcią, zawsze wykorzystywałam możliwość pobycia przy szumie. Szum mnie uspokajał, ogrzewał jakby, kołysał, sprawiał, że czułam się bezpieczna (mhm, czy aby wszystko ze mną w porządku?). Szum można znaleźć w wielu miejscach, zwłaszcza jak jest się małą dziewczynką, która jeszcze może wszędzie wejść bez tłumaczenia się, co też dziwnego robi.

Dobrze, bo zaczynam brzmieć dziwnie, nawet dla samej siebie. To ja może parę przykładów podam, nadając mojemu wywodowi wydźwięk nieco bardziej rozsądny :). Lubiłam na przykład, w epoce, kiedy jeszcze głównie prało się ręcznie, siadać przy brzegu wanny, kiedy mama prała. Woda się lała (epoka "wszyscy płacą za wodę po równo"), para z jej ciepła biła, szumiało!, że ho ho. Mogłam tak siedzieć w kucki, brodę opierając o brzeg wanny i gapić się, bez poruszania nawet powieką. Zresztą, kiedy pralkę trzeba było włączyć - najpierw była to słynna Frania, a potem automat marki, której dzisiaj już nie pomnę, to ja wcale się nie gniewałam. Bo czyż coś potrafi głośniej szumieć (walić, łomotać, chlapać) niż nieoceniona Frania? Ha! Ogólnie można powiedzieć, że łazienka była moim ulubionym pomieszczeniem, kiedy siadałam z zeszytem przy piorącym automacie, wiedza wchodziła mi do głowy jak masełko (fakt, wtedy byłam już w wieku, kiedy ktoś mógł zapytać, co ja do cholery robię w tej łazience?!, ale nikt nie pytał...).
Przy zasypianiu też preferuję szumienie. Jak byłam mała, to bardzo lubiłam, kiedy za drzwiami pokoju słychać było szum rozmów dorosłych, teraz radzę sobie inaczej - włączam telewizor albo ewentualnie radio (to drugie pod warunkiem, że nadają rozmowy, a nie muzykę).

Ale dlaczego ja właściwie o tym wszystkim? Ano dlatego, że byłam dzisiaj rano u fryzjera. Tak, wiem, znowu dziwne zdanie, ale nie ma to znaczenia, bo ja UWIELBIAM być u fryzjera. Gdybym mogła, to siedziałabym na miejscu dla czekających, bez ruchu, jak przy wannie, i czerpała z atmosfery tego miejsca tak mocno, jak się da. Nie jest mi wcale łatwo napisać wam dlaczego, rozłożyć tę magię salonu fryzjerskiego na czynniki pierwsze. Bo to tak się nie da. W tym miejscu wszystko razem daje coś takiego, że jest mi tam cieplutko i przyjemnie. Szum suszarek, przez który próbują przebić się najświeższe ploteczki z osiedla, komentarze na temat zdarzeń w polityce czy narzekania na to, że znowu podrożało. Te wszystkie specyfiki, jakie fryzjerka nakłada, wpsikuje, wmasowuje w głowę klientki. Dla mnie to na zawsze chyba pozostanie tajemnicą, jak kobieta może czuć się dobrze ze sztywnym kaskiem na głowie z własnych włosów. I choć tego nie rozumiem i nie popieram, to mogłabym na proces tworzenia tych kasków gapić się w nieskończoność. Najmniej rajcuje mnie farbowanie włosów, jednak to strzyżenie i czesanie ma w sobie coś z magii, tworzenia czegoś innego z czegoś innego. Przychodzi kobieta z włosami może nieco zapuszczonymi, lecz wyglądającymi normalnie, a wychodzi kobieta ze sztywną masą na głowie. Zadowolona!
Naprawdę, w tym, co piszę nie ma krzty ironii! Proszę jej tam nie szukać. Dla mnie to jest po prostu ZJAWISKO, bardzo przy tym ciekawe. A jak dodać do tego ten specyficzny zapach fryzjera... Mhm... No powiedzcie, że u fryzjera pachnie tak... fryzjersko. Te ich szampony, odżywki, maseczki, utrwalacze, rozjaśniacze, pianki, lakiery, lakiery i lakiery - duuużo lakieru - to wszystko komponuje zapach, w którym mogłabym siedzieć bez umiaru.

A jak już usiądę w fotelu, jak mi pan(i) zacznie we włosach grzebać, czesać, obcinać... odpływam.
U fryzjera tak pięknie szumi....


Pozdrawiam :)