niedziela, 29 stycznia 2017

między prawym a lewym oczkiem

tyk tyk, wkładam przeciągam, wyciągam, spuszczam, tyk, tyk, wkładam, przeciągam, wyciągam, spuszczam... Robię sobie szalik na drutach, w paski kolorowe, jeden rząd prawo, drugi rząd lewo - taki warkoczyk wychodzi. Nie powiem, lubię tę robotę, uspokaja mnie, sprawia mi prostą przyjemność. Winko sobie w tym czasie popijam, wafelki chałwowe wcinam i przerabiam rząd za rządem.
Robienie na drutach powoduje pewne rozluźnienie w mojej głowie - myśli zaczynają wypływać, przetaczją się pod czaszką między zwojami, z łatwością przeskakując z tematu na temat. A że generalnie jestem osobą masochistycznie mielącą myśli, patrzę na nie, jak tak sobie płyną, karzę im się chwilkę zatrzymać i przyglądam im się ciekawie....

Wczoraj dotarło do mnie, że jest koniec semestru, a ja nie wiem, jakie oceny na koniec I półrocza ma mój syn, że o ocenie z zachowania nie wspomnę. Zabijcie mnie - nie wiem. Czy ja jestem złą matką? - myślę przechodząc do następnego rzędu - czy ja aby nie powinnam wiedzieć, z jakimi ocenami kończy semestr w IV klasie mój pierworodny i jedyny? Mhm, jak się dobrze zastanowić, to jest to dość naturalna konsekwencja mojego podejścia do edukacji w ogóle. Odkąd świadomie o tym myślę, to uważam, że nie średnia ocen na świadectwie, nie opinia nauczycieli o twoim zachowaniu świadczy o tym, jakim jesteś i będziesz człowiekiem. To nawet naturalne, że skoro tak myślę, to nie rzucam się do karteczki ze spisem not za każdy przedmiot, nie wypytuję Juniora, jakich ocen mogę się spodziewać na jego "świadectwie" - po prostu. Nie zamierzam robić obchodu po rodzinie i po znajomych i z dumą pokazywać ocen mojego syna, jakby były moimi i przeze mnie zdobytymi. Czy to źle czy dobrze? Po co się w ogóle nad tym zastanawiać? Komu to potrzebne? Co to da?
Sorry, babciu, nie mam pojęcia jakie oceny ma Twój wnuk na koniec semestru ;)

Dobra, był czerwony, to teraz dołożę żółtego....

Są pewne rzeczy, na które mam ewidentną alergię. Powodują u mnie dreszcze złości, opuchnięcie porów z powodu zirytowania i zaczerwienienie powiek od zaciskania, żeby drganie zatrzymać. Takim alergenem są na przykład ulotki w mojej skrzynce. Zawsze kiedy je znajduję bierze mnie ochota, żeby napisać nie wiem do kogo, żeby sobie darował i omijał moją skrzynkę. Ja i tak ich nie czytam, z automatu zgniatam w dłoni i wyrzucam do pojemnika pod skrzynką.... Szkoda papieru, szkoda pieniędzy, szkoda pracy ludzi - to u mnie nie działa...

Fuck, chyba opuściłam oczko.. Muszę je przeliczyć. 2,4,6,8,10....., 52,54,56,58,60. Jest! Wszystko  w porządku!

Nie znoszę stron typu "twórcze dziecko", "twórczość malucha" i tak dalej. Z reguły pod tego typu hasłem znajduję albowiem szablony, przykłady, teksty typu "jak krok po kroku".... No nie wiem... Szablon i twórczość? Przepis, jak zrobić cudnie wyglądającą sówkię z gazety, kapsli, płyt CD i innych nietypowych materiałów - i twórczość? Pięknie wyglądająca, wymuskana, zrobiona pod linijkę laurka i twórczość? Nie znoszę, kiedy dorośli nazywają twórczością dzieci wystawę prac wyglądających niemal identycznie, zrobionych wg instrukcji. Chcesz znać moje zdanie? To służy tylko i wyłącznie dorosłym, ich potrzebie pokazania się, pochwalenia przed innymi, zrobienia zdjęcia i wstawienia na facebooka. Brrr...

Łał, wygląda na to, że do jutra szalik będzie gotowy. Nooo, jeszcze ze dwa-trzy kolory i będę kończyć. No proszę, jak ładnie mi poszło :)

Jejku, jak ja bym sobie coś kupiła! Jakieś cienie wypasione! Albo podkład! Ten fajny taki, w sztyfcie, podobno trwa na twarzy cały dzień i ma naturalne wykończenie. Jutuberki zagramaniczne się nim zachwycały onegdaj, teraz w Polsce też zbiera dobre recenzje. UUUUUU, jak mnie się chce czegoś nowego..! Wchodzę sobie na strony internetowe, oglądam, napalam się i pokornie zamykam. Kobieto - mówię sobie - kobieto ty głupia! Masz podkład? No mam.... W porządku jest? No w porządku.... A cienie jakieś masz? Mam... Są ok? Nooo, nie są najgorsze, ale te z Zoevy są lepsze... Ok, jeśli chcesz, to sobie kup, stówę wydasz, ale to będzie twoje stówa... I znowu wchodzę na stronę internetową, znowu oglądam i znowu zamykam... Wiem, że mi w końcu minie, już nie raz tak miałam. Niby niczego nie potrzebuję, a ciągnie mnie jak ćmę do ognia...

Jak skończę szalik, to zrobię sobie etui na telefon ;)

Szkoda, że nie mam ferii, jak nauzyciele w szkołach państwowych. Jutro muszę rano wstać i szorować do pracy na 8 godzin... Z drugiej strony to nie jest tak źle - jak człowiek wstaje rano, musi się wynurzyć z łóżka, ubrać, odszykować - to lepiej się czuje. Prawda?

Dobra, koniec na dzisiaj - od tego wina oczka zaczynają do mnie mrugać z druta, a to nie wróży dobrze mojemu szalikowi. Najwyżej ubiorę go we wtorek...

Kłaniam się :)


niedziela, 15 stycznia 2017

dobre owoce

Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą  do was w odzieniu owczym, wewnątrz zaś są wilkami drapieżnymi.
Po ich owocach poznacie ich. Czyż zbierają winogrona z cierni albo z ostu figi?
Tak każde dobre drzewo wydaje dobre owoce, ale złe drzewo wydaje złe owoce.
Nie może dobre drzewo rodzić złych owoców, ani złe drzewo rodzić dobrych owoców.
Każde drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, wycina się i rzuca w ogień.
Tak więc po owocach ich poznacie.

Mateusza 7; 15-20


15 stycznia 2017 roku
25. finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy

Na niedzielę czekam zawsze cały tydzień. Jest to jedyny dzień w tygodniu, kiedy mogę spać tak długo, jak tylko dusza moja niewyspana zapragnie. W inne dni tygodnia telefon budzi mnie bezwzględnie, nie zwracając uwagi na moje mniej lub bardziej uparte "drzemki" wciskanie. 
Dzisiaj było inaczej. Chcąc nie chcąc (bardziej nie chcąc) wynurzyłam się z pieleszy wcześniej niż zwykle w niedzielę, coby zdążyć na krótki pokaz Aikido, w którym to Myster i Junior mieli wziąć udział. Postanowiłam wspiąć się na te wyżyny poświęcenia i jako przykładna żona i matka być obecną na tymże pokazie. 
Jak już się wstanie to nie jest tak źle. Sanki wzięliśmy, bo napadało i ruszyliśmy do szkoły, gdzie miała być prezentacja. Czas imprezy nie był oczywiście przypadkowy - wszystko było częścią atrakcji przygotowanych w osiedlowej szkole podstawowej z okazji kolejnego finału WOŚP. Sanki zaparkowaliśmy, chłopaki poszli do szatni się w kimona przebrać, a ja usiadłam na ławce w holu szkoły, coby nie stać, skoro można usiąść, a przy okazji żeby sobie popatrzeć, co się w szkole dzieje. 

Pozwólcie na małą retrospekcję. 
Na wprost, pod ścianą, można było kupić książki. Obok mnie, po prawej stronie na jednym ze stołów siedziały panie i malowały chętnym dzieciom buzie, obok nich można było usiąść przy stole i własnoręcznie ozdobić lukrem serce z piernika. W centralnej części holu, na scenie, swój pożałowania godny popis dawał zespół Nemesis - poziom wykonywania przez nich piosenek wolę przemilczeć. Do szkoły cały czas dochodzili ludzie: kobiety, mężczyźni, dzieci, młodzież. Uczniowie szkoły chodzili z puszkami WOŚPu i zbierali pieniądze. Wszyscy (albo niemal wszyscy) nosili przyklejone na piersiach czerwone serduszka.

Kiedy tak siedziałam na tej ławce pod ścianą, pojawił mi się w głowie cytat z biblii "po owocach ich poznacie" i zaraz pod nim wielkie pytanie: czy to może być złe? Akcja, która sprawia, że uczniom chce się w niedzielę przyjść do szkoły, żeby zbierać pieniądze? Akcja, która sprawia, że całe (lub prawie całe) rodziny zbierają się w niedzielę rano, żeby przyjść, zobaczyć i pomóc? Czy złe drzewo, że zostanę przy symbolice biblijnej, może zrodzić dobry owoc uśmiechniętych ludzi, którzy za darmo, w dniu wolnym od pracy, zupełnie dobrowolnie i z dumą dają z siebie coś dla innych? Czy fundacja, która pomaga przez cały rok, w sposób stały, ciągły i w miejscach dostępnych dla wszystkich, może być owocem zła?
Pomyślałam sobie o wielu sezonowych akcjach dobra: o zbieraniu żywności tylko przed świętami zimowymi i wiosennymi, o rozdawaniu odzieży, kiedy robi się zimno, o robieniu programów telewizyjnych i zbieraniu pieniędzy na jedno konkretne dziecko... I myślę sobie: tak, to też jest dobre, ale to są tylko zrywy, krótkie, jednorazowe albo o bardzo ograniczonym zasięgu akcje. Nie dla wszystkich, nie dla mnie na przykład, jeśli zdarzy się, że będę bardzo chora i trafię do publicznego szpitala. Nie dla dzieci i młodzieży, która stanie oko w oko z umierającym człowiekiem i któremu będzie trzeba szybko i bez wahania pomóc. Nie dla dziecka tej pani w ciąży z parteru, która pewnie urodzi zdrowe dziecko, ale nigdy nic nie wiadomo...
Jak, do cholery, pytam głośno: JAK to możliwe, żeby fundacja, która działa na tak szeroką skalę i każdego dnia, CZY ona może być owocem zła? 

Takie miałam myśli, siedząc na ławce pod ścianą w osiedlowej szkle podstawowej...





wtorek, 1 listopada 2016

nowa świecka tradycja

Tak się jakoś składa, że już trzeci rok z rzędu jestem tutaj na okoliczność 1 listopada. Taka anty-tradycyjna niby jestem, a sama tradycję zaczynam ustanawiać. Dzisiaj nie będzie patrzenia na groby z góry, nie będzie głosów zza grobu ani rozdrapywania ziemi kryjącej zwłoki. Dzisiaj nie mam ochoty na przenośnie, alegorie i symbole. Nie chce mi się tworzyć podniosłego nastroju, nie mam w zamyśle nikogo skłaniać do zadumy. Dzisiaj nie.

Powiem tylko, że od dwóch dni jest mi smutno. Inaczej, niż co roku, byłam w rodzinnym mieście odwiedzić groby bliskich. Zawsze omijałam ten dzień i jego okolice z daleka, nie czułam jego związku z pamięcią czy jej brakiem o kimś umarłym. Czy jestem tu, czy tam, nad jego grobem - mogę być tak samo blisko wspomnień. Taki myślałam i nadal tak myślę, z tym, że w tym roku pojechałam. Dwa dni wcześniej, ale zawsze. Pojechałam ze względu na kogoś, kto żyje, żeby wiedział, że pamiętam o kimś, kto niedawno zmarł. Tak się zdarza.

Grobów przybyło i na pewno bym się tam zgubiła, gdyby ktoś mi nie towarzyszył. Odwiedziłam cztery groby. Każdy z nich z inną myślą i innym odczuciem. Nad jednym poczułam dojmujący smutek i żal, z głową pełną świeżych jeszcze wspomnieć zapaliłam i postawiłam tam czerwony znicz.
Drugi był mi dość obojętny - stosunek do grobu ma się taki sam, jaki się miało do tej osoby za życia. Byłam jednak blisko, więc znicz postawiłam. Biały.
Nad trzecim grobem poczułam narastającą tęsknotę, strach w środku zmieszał się z napływającymi do oczu łzami. Fuck, nie tak miało być. Nie tak, nie znowu. Ale było, wyznaję tutaj publicznie, że nic się w sprawie osoby tam leżącej nie zmieniło i ciągle jest trudno. Postawiłam tam biały znicz, w kontraście do stojących tam zniczy czerwonych.
Przy czwartym grobie zdziwiłam się, że osoba ta zmarła w stosunkowo młodym wieku, nie zauważyłam tego wcześniej. Tutaj postawiłam znicz czerwony, żeby wśród białych tam stojących się wyróżniał.

Cztery groby, cztery osoby, a wszystkie martwe. Żeby przestać za jedną z nich tęsknić potrzebuję czasu - czas daje radę w przypadku tęsknoty zdrowej, takiej w granicach normy. Czujesz ją za osobą, która nigdy cię nie skrzywdziła i przewijała się przez twoje życie od urodzenia po dojrzałą dorosłość. Nad drugą tęsknotą umówiona jestem pracować z terapeutą - to tęsknota, której czas nic nie zrobił, jest chora, nienormalna i natrętna. Potrzebna jest pomoc specjalisty, jeśli chcesz się tej tęsknoty pozbyć.

Smutno mi było, kiedy wracałam do domu. Zostawiałam jedną rodzinę, w części już martwą, a w części szczęśliwie żywą, i wracałam do tej drugiej, tej, którą rozpoczęłam. Chciało mi się płakać. Ci, którzy dali mi początek ciągle wpływają na tych, których zapoczątkowałam. Nawet zza grobu. Z nich w końcu jestem, prawda? Z nich jest też mój syn. Gdyby nie oni, nie byłoby ani mnie, ani mojego syna.

Dzisiaj też mi jest smutno. Dzisiaj tradycyjnie jestem nad grobami myślą (znowu tradycja). Upiekłam za to piernika, zupełnie tradycji wspak, bo przecież do Bożego Narodzenia jeszcze sporo czasu. Pachnie teraz w domu świętami :). W moim domu.

Szkoda, że pada deszcz. Pogasi wszystkie lampki świecące na grobach....



środa, 5 października 2016

lekcja w szkole

Czyli jak to teraz powinno być? Powinnam stawać każdego dnia przed dziećmi i mówić im, że ja i tylko ja znam całą prawdę? Powinnam kazać im pisać w zeszytach - w punktach - idee, dogmaty, zasady, którymi mają się w życiu kierować?

Mhm, to by było nawet interesujące. Miałabym nad nimi pełnię władzy, wyryłabym te kilka punktów im w głowach, napisałabym kaligraficznie na kartkach i powiesiła na tablicy, codziennie przepytywałabym ze znajomości tych punktów na pamięć... Zero wysiłku. Zero myślenia. Nie umiesz? Jedynka. Nie praktykujesz? Nagana z zachowania. Masz coś do powiedzenia? Wezwiemy matkę do szkoły i powiemy jej, że takich odmieńców tutaj się nie toleruje, że dziecko miesza innym w głowach i sieje zamęt. Jeśli rodzice czegoś z tym nie zrobią, szkoła nie będzie takiego dziecka przyjmować w swoje progi. Bo szkoła nasza jest jedynie słuszna, nauka nasza nie znosi sprzeciwu, a kto się sprzeciwia, ten błądzi i będzie się w piekle smażył za swoje myślenie.

Czyli co? Czyli, że jeśli państwo sobie tego życzą, to my dziecko nauczymy, jak żyć. Chyba nie chce pani, żeby jej córka żyła nie po linii, odmieńców się nie lubi, odmieńca trzeba leczyć. Proszę nam dać dwa tygodnie, nie wtrącać się, my ją prawdy nauczymy. Bo u mnie w klasie się innych nie toleruje. Nie chodzi na religię? Dostanie raz i drugi linijką po rękach, to zrozumie, że nie ma innej religii poza naszą. Nie podobają jej się nasze zasady? Proszę pani, nie takich tutaj mieliśmy. Dzieci nie będą się z nią bawić, wykluczą ją ze swoich grupek przyjaciół, będą ją palcami wytykać. Ile wytrzyma? Tydzień, dwa? W końcu zmięknie, zrozumie, że żeby być lubianą i akceptowaną musi jedynie słuszne zasady respektować. Nie ona pierwsza i nie ostatnia. Nie będziemy jej o nic pytać, nie będziemy z nią dyskutować, nawrócimy i zbawimy. Musi tylko wyznawać bez zająknięcia. Nie ma miejsca dla innych.

Czyli, że mam dzieciom nie pozwalać być sobą? Mam sądzić i oceniać ich po tym, jak ich rodzice wychowują i czy na pewno w duchu? Naprawdę jest tylko jedna słuszna linia? Mam zamykać im usta, kiedy wyrażają swój sprzeciw, kiedy mówią, że coś im się nie podoba? Mają siedzieć cicho i słuchać? Mają wierzyć mi na słowo? Nie sprawdzać? Nie wątpić? Nie pytać? Mam im mówić, że ja żyję dobrze, a ci w kościołach żyją źle? Czy może na odwrót? Mam ich przekonywać, że jeśli jedni drugich wyzywają od pisiorów, to mają rację? Bo po tamtej stronie racji nie mają? A może powinnam im mówić, że ci drudzy mają prawo nazywać tych pierwszych hitlerowcami, bo ci pierwsi chcą zabijać dzieci? Mam im przekazywać jeden tylko punkt widzenia i sprawić, żeby się bali myśleć inaczej? Mam ich nauczyć, że poniżanie, wyzywanie, bicie drugiego człowieka jest usprawiedliwione, jeśli robi się to w imię swojej prawdy?

Przykro mi, ale nie w mojej klasie, nie na mojej lekcji. To, co ja myślę, jest moją myślą i moim postrzeganiem. Nie wstydzę się tego i jeśli jest okazja i rozmowa, to otwarcie mówię dzieciom jak i co myślę na dany temat. I mówię im też, że to jak oni myślą, to też jest w porządku. Nawet, jeśli ich myśli są inne od moich. Bo jedni z nich mogą nie jeść mięsa, a drudzy mogą nie lubić koloru czerwonego. I dla tych, i dla tych jest miejsce w mojej klasie. Rodzice jednych może chodzą na pielgrzymki i pokutują za swoje grzechy, rodzice drugich może nie pozwolą na transfuzję krwi w chorobie - i ci i ci mają swoje miejsce w mojej klasie. Być może matka tego chłopca dokonała dwóch aborcji w swoim życiu, a matka tej dziewczynki ma już siedmioro dzieci i z ósmym jest w ciąży - obydwoje mają swoje miejsce w mojej klasie.

Ktoś kiedyś powiedział mi, że u niego w szkole lało się tych, którzy nie chodzili na religię - u mnie w klasie nikt nie ma prawa uderzyć drugiej osoby z jakiegokolwiek powodu. JAKIEGOKOLWIEK. Nie mnie oceniać, co jest dobre, a co złe dla tych dzieci - mają prawo być w mojej klasie takie, jakie są.



poniedziałek, 11 lipca 2016

wakacyjnie

To miało być pierwsze plażowanie tych wakacji. W końcu zrobiło się ciepło (a nawet baaardzo ciepło), meta była (A. zapraszała do wynajętego nad jeziorem domku), miejsce niecałe 30 km od domu - nie ma co się zastanawiać. Trzeba jechać. Szybko, szybko, póki ciepło (baaaardzo ciepło). Spakowałam siebie i Juniora skromnie (w końcu nie jechaliśmy na koniec świata), żeby ewentualnie jedną nockę można tam było spędzić. Ot, jedna mała walizeczka (no cóż, bez pewnych przedmiotów nie ruszam się z domu, nawet jeśli wyjście zakłada spędzenie tylko jednej nocy poza domem ;)). Zapakowałam walizkę, torbę z prowiantem, Juniora i siebie do samochodu, sprawdziłam jeszcze raz naprawdę prostą trasę dojazdu i uruchomiłam pojazd.

Nasz samochód nie jest pierwszego sortu, obawiam się nawet, że drugi sort też by go nie objął, chociaż może się czepiam. W sumie wozi nas z miejsca na miejsce, może nie zawsze tak komfortowo, jakbym sobie tego życzyła, ale to, co samochód ma robić przede wszystkim - to robi. Znaczy JEDZIE. Kiedy się go uruchamia, z uporem maniaka robi krótkie pi pi, można przywyknąć. To pikanie oznacza, że przepalone są żarówki oświetlające tablicę rejestracyjną. I owszem, wymieniane były, ale chyba coś tam nie styka, bo po tygodniu ciszy znowu zaczęło pikać. Pika tylko dwa razy, tylko przy uruchamianiu - da się wytrzymać, a nawet przyzwyczaić. To pik pik na początku podróży to takie jakby "damy radę". On i ja - samochód i kierowca, dajemy radę.
Inną niedogodnością, z którą albo się pogodzisz, albo szlag cię trafi na  miejscu, jest tajemnica klimatyzacji. Tak, tak, klimatyzacja w naszym samochodzie jest nieodgadniona, żyje po swojemu i nic jej żaden mechanik nie zrobi. Po prostu - jak chce to ziębi, jak nie chce, to nie ziębi. Co tu więcej dodawać?

Jedziemy więc z pierworodnym przez centrum naszego miasta, gdyż dostanie się nad TO właśnie jezioro z naszego mieszkania wymaga przejechania przez centrum miasta. Spoko. Już przestałam się bać centrum Poznania, jak trzeba, to jadę i nie stresuję się tym. Syn opowiada coś OCZYWIŚCIE o Minecrafcie, ja staram się nie odpłynąć (tak - jest to sugestia z jednej strony do tematu rozmowy, a z drugiej strony do klimatyzacji, która dzisiaj właśnie, przy 34 stopniach C na zewnątrz, postanowiła nie chłodzić). Myślą, która koi to jechanie jest wizja jeziora, wiatru ochładzającego twarz i ramiona (i brzuch i nogi i POD PACHAMI), wizja oddalonego na pewną odległość syna bawiącego się z rówieśnikami, przyjemny szum rozmów plażowiczów....

Czerwone, zatrzymuję się. Zielone, ruszam. Jedynka - wszystko ok. Wrzucam dwójkę - samochód jakby się opiera, nie chce się rozpędzić, jakieś mi tutaj fochy czy co? Dociskam gaz, przechodzę na trzeci bieg, wszystko wydaje się być w porządku. Nagle znajome pik pik. Zaraz, zaraz - coś tu się nie zgadza. Nie było mowy o pikaniu w trakcie jazdy! Pik pik przy uruchamianiu - dobre, pik pik podczas jazdy, na środku ulicy, wśród innych samochodów - niedobre, bardzo niedobre. Na desce rozdzielczej (tak to się nazywa?) miga pomarańczowy obrazek - nie jest to na pewno olej, nie jest to też akumulator -  w sumie, pierwszy raz widzę. Pikanie nie ustaje. Spanikowana w stopniu umiarkowanym, ciągle panując nad pojazdem, skręcam w pierwszą lepszą w prawo, na bocznych uliczkach spokojniej, i zatrzymuję się tam, gdzie mogę.

A teraz uwaga. Opiszę krótko moje zachowanie po zaparkowaniu, które doprawdy nie miało najmniejszego sensu. OTÓŻ. Gaszę samochód, ruchem osoby która-się-zna pociągam wajchę otwierającą maskę, wychodzę z auta, otwieram maskę.... Tiaaaaa, jasne, bardzo mądrze, blondyneczko, bardzo mądrze. No cóż, przynajmniej upewniłam się, że nic nie dymi ;)

Próba numer dwa: uruchamiam samochód, może coś mu się pomyliło i jak zrobimy mały restart, to pikać przestanie. Nie przestało. Niedobrze. Chwytam za telefon i dzwonie do Mystera: w końcu siedzi w pracy, ma tam internet, coś na pewno znajdzie. Po pokonaniu bariery komunikacyjnej:

no wiesz, taki znaczek tu się świeci i pika; 
ale jaki znaczek;
no pomarańczowy i to nie olej; jest nad znaczkiem zaciągniętego hamulca ręcznego...
ale jak wygląda?
to może wygoogluj sobie wygląd naszej tablicy rozdzielczej, to powiem ci gdzie jest, bo ja nie umiem tego opisać...
wolałbym jednak, żebyś opisała, spróbuj
no taki jakby, nie wiem, helikopterek, z śmigłem na górze i z przodu, a z tyłu ma jakby taki...
ok, już wiem;

no więc, jak już się dogadaliśmy, to okazało się, że trzeba jechać do mechanika, i że muszę jechać spokojnie, bez szaleństw, żeby dojechać...

Oczywiście, że spokojnie, oczywiście, że bez szaleństw, no przecież ja nigdy inaczej! Na szczęście wykopałam zza różnych innych rzeczy starą, podartą już mapę Poznania, bo jak wjechałam sobie w boczek, w jednokierunkowe, to się trochę pogubiłam. Szybko jednak się w sytuacji rozeznałam i powoli (hej, czy ten samochód nie drży jakby bardziej???) dojechałam do mechanika. Spocona, z ulgą wyszłam z samochodu i udałam się po fachową pomoc. Pani zapytała, co samochodowi dolega (ładnie zapytała, prawda?), więc ja od początku, wijąc się jak idiotka, że pika i że helikopterek... Pani uśmiechnęła się (ze współczuciem?) i powiedziała, że WSZYSCY tak nazywają tą kontrolkę i od razu wiedziała, że chodzi o silnik. Ha!

Samochód trzeba było zostawić. Wypakowałam więc mają walizeczkę, wałówkę i Juniora. Teraz już ta walizka nie wydawała mi się taka mała, dziwne... I tak zorganizowani, ciągnąc za sobą walizkę i niosąc ogrom jedzenia udaliśmy się na przystanek autobusowy. Stamtąd, po zaledwie 10 minutach czekania, zabrał nas do domu autobus nr 91, elegancko, za małą opłatą, w klimatyzowanym wnętrzu.

Może niedługo zadzwonią i powiedzą , co i jak z tym samochodem.

Fajnie, nie? Taka wakacyjna przygoda :)
pik-pik




sobota, 9 lipca 2016

widzenie

Macie 15 minut

Jednak przyszłaś....

Tak, przyszłam. Nie dałeś mi wyboru.

???

Co tak patrzysz ze zdziwieniem?! Myślisz, że nie próbowałam zapomnieć, że istniejesz? Istniałeś? Każdego dnia mówię sobie, że ciebie już nie ma, że to już koniec wszystkiego. Tłumaczę sobie, że nie muszę się już tobą przejmować, bo ciebie zamknęli na zawsze i nigdy, nigdy stąd nie wyjdziesz.

Sprawia ci to ulgę, co?

A co, kurwa myślisz, że nie powinno? Że powinnam płakać za tobą każdego dnia, żałować, że nie byłam lepszą córeczką, że nie wyciągnęłam cię z tego bagna? Byłam dzieckiem, rozumiesz?! Małym, kurwa, dzieckiem! Czego byś chciał? Żebym waliła do tych bram na dole każdego dnia i krzyczała oddajcie mi ojca?!

Nie płacz...

Nie płaczę! Zamknij się! Nie płaczę każdego dnia. I czasami naprawdę mi się udaje, wyglądam chyba nawet czasami na szczęśliwą... Koń by się uśmiał - ja, szczęśliwa. Nic mi nie wychodzi, grzebię łapami w tym życiu, żeby coś z niego ulepić i nic - same bezkształtne babki, wystarczy porządnie kopnąć i babki nie ma. Ja nie płaczę. Mam ciebie dosyć. Nie chcę za tobą płakać, męczy mnie twoja obecność, chciałabym, żeby już ciebie nie było, ani kawałeczka..

To czemu przyszłaś?

10 minut

Twój wnuk pytał o ciebie. Gdzie jest dziadek? A na co dziadek umarł?

Powiedziałaś mu, że umarłem?

A co, nie umarłeś? Śmiesz mi jeszcze w oczy mówić, że jesteś jakby żywy? Rozejrzyj się, przejrzyj na oczy - jesteś w grobie. Dawno temu cię pogrzebali, tylko do ciebie jakoś dotrzeć nie może, że jesteś martwy - skóra, kości i nic więcej. Serce stoi, dusza uleciała. Zimny i siny, trup.

Co mu powiedziałaś, kiedy zapytał, na co umarłem?

Nic. Prawie nic. Jeszcze za wcześnie, żeby mu powiedzieć. On teraz jest w tym wieku, kiedy człowiek boi się, że wybuchnie wojna, że człowiek może człowieka zabić, że samemu kiedyś się umrze. Nie wiem, jak by zareagował, mógłby potem bać się swoich własnych wyobrażeń. Powiedziałam mu, że to w związku z chorobą... Później powiem mu więcej, jeśli będzie chciał.

Chciałbym go zobaczyć, przywitać się z nim.

Przestań! Przestań tak mówić! To nie jest moja wina, że go nie znasz! To wszystko przez ciebie, sam tego chciałeś! I nigdy, rozumiesz, nigdy go nie poznasz, sam tak zdecydowałeś! Nawet nie próbuj mnie za to obwiniać! On już nie ma dziadka i nigdy mieć nie będzie.

5 minut

To chociaż powiedz, jaki jest. Duży urósł? Ile on ma już lat? Osiem, dziewięć...? Tutaj czas płynie zupełnie inaczej, niż na ziemi, mylą mi się te dni, miesiące i lata. W sumie to już dawno przestałem liczyć... 

Ma 9 lat, jest w porządku. Straszny gaduła, zupełnie inaczej niż ja. Nie podobny ani do mnie, ani do nikogo z naszej rodziny - przypomina raczej swojego tatę i jego rodzinę. Ma jasne oczy, włosy ciemny blond, szczupły, nie za wysoki. Zresztą, po co ci to. Takie rozpamiętywanie nic nie daje, niepotrzebnie tylko wszystko wzmacnia tęsknotę za czymś, co jest już niemożliwe.

Niemożliwe. 
A twoje małżeństwo, jak ci jest?

Co ty taki nagle ciekawy i troskliwy? Trochę za późno, wiesz? O wiele lat za późno, o całe moje marne życie za późno. Nie chcę, żebyś wiedział. Jak ci teraz wszystko powiem, to potem znowu nie będę mogła się od ciebie uwolnić. Będziesz przychodził: w snach, we wspomnieniach. Dołuje mnie to, rozumiesz? Już nie mogę. Po to właśnie przyszłam. Żeby ci powiedzieć, że już nie mogę, że musisz dać mi spokój, musisz odejść raz na zawsze. Zostaw mnie i moje życie w spokoju. Nie właź w moje myśli.

Czas się skończył

Ale powiedz mi, czy chociaż jakoś sobie życie ułożyłaś?

Koniec czasu, wstań

Tak czy nie? Muszę wiedzieć.

Proszę iść za mną

Tak czy nie?!


Nie wiedziała, co mu powiedzieć. Drzwi się za nim zamknęły. 


piątek, 8 lipca 2016

pytanie

A CO, jeśli twoje dziecko nie będzie doskonałe? Co zrobisz, jeśli okaże się, że w szkole od początku idzie mu kiepsko. Ledwo wiąże koniec z końcem próbując czytać wyrazy, pisze jak kura pazurem, a symbolicznych cyfr nie bardzo potrafi jeszcze przyporządkować do przeliczanych przedmiotów?
ALBO
Jak byś ludziom w oczy spojrzała, gdyby okazało się, że twoje dziecko jest w szkole jednym z najbardziej kłopotliwych dzieci? Nie słucha nauczycieli, zbiera uwagę za uwagą, nie można mu do rozumu przemówić ani prośbą, ani groźbą?
ALBO
Co by to było, gdyby twoje dziecko nie wygrało w żadnym konkursie? Bierze udział, i owszem, w końcu co ma robić - każą, to robi, ale nie jest jakimś asem czy to z plastyki, czy to z matematyki. Jego prace niczym się nie wyróżniają - dostanie co najwyżej jakiś dyplom pocieszenia, nie ma się czym chwalić.
CO BY SIĘ WTEDY Z TOBĄ STAŁO?
Bo że dziecko spokojnie by sobie z taką sytuacją poradziło, nie mam wątpliwości. Ale to tylko na początku. Później byłoby mu coraz trudniej. Spróbujcie sobie to wyobrazić.... Raz, drugi, trzeci - dziecko głupie nie jest, widzi, że zawodzi. Nie, nie siebie - jeszcze nie teraz. Zawodzi mamusię, zawodzi tatusia. Jakże to tak? Naprawdę nie potrafiłaś zrobić tego zadania? Czy to naprawdę takie trudne? Dlaczego, do cholery, koleżanka z ławki dostała dzisiaj pochwałę od pani, a ty znowu przynosisz uwagę w dzienniczku! Ileż można ci tłumaczyć, jak mam do ciebie mówić?! Trzy razy w tygodniu, TRZY RAZY posyłam cię na dodatkowe lekcje: plastyka, czytanie, dodawanie i odejmowanie, a ty nadal przynosisz mi te mierne oceny?! TRZY RAZY nie wystarcza?!

No i gotowe: teraz już dziecko wie, że niewiele jest warte, teraz naprawdę zaczyna się stresować każdą lekcją, teraz to jeszcze trudniej uważać na lekcji, kiedy się jest zestresowanym każdym ZNOWU. Wszelkie konkursy kojarzą się ze sprawdzeniem samego siebie, a że idą kiepsko... No cóż, tylko kiepskiemu idzie kiepsko.

I tak dalej, i tak dalej, rok za rokiem, klasa za klasą, szkoła za szkołą... Jasne, nikt nie chce wprowadzać swojego dziecka w kompleksy, w poczucie winy, nikt nie chce swojego dziecka stresować. I to jest całkiem łatwe, jeśli twoje dziecko należy do tych "lepszych". Nie wiem: szybciej nauczyło się czytać, przelicza w pamięci do stu czy odnosi sukcesy poza szkolną rzeczywistością. Czyż to nie cudowne mieć właśnie takie dziecko?

Tylko że ja, mając za sobą rok pracy w szkole podstawowej w klasie pierwszej, pytam ciebie, co jeśli okaże się, że twoje dziecko nie jest w czymś dobre? Co to dla ciebie znaczy? Jak byś się czuła, gdybyś nie mogła z dumą, pokazać świadectwa swojego dziecka na facebooku? Wstydziłabyś się pokazać je rodzinie? Tak czy nie? Co by było, gdyby cenzurka twojego dziecka rok w rok nie miała czerwonego paska z jednej strony? Byłby to dla ciebie problem? Ale tak szczerze, sama przed sobą..

Bo widzisz, ja się boję tego, co czasami widzę. Boję się i nie rozumiem. Zła jestem na to, co czasami widzę. Bardzo zła, wściekam się wręcz czasami. Bo dziecko musi być przez wszystkich chwalone. Bo dziecko musi być we wszystkim najlepsze. Bo dziecko musi odnosić sukcesy. Bo świadectwo dziecka musi się wyróżniać. Bo w porównaniu z innymi dziecko nie może wypaść źle. Bo jeśli jest inaczej, to znaczy, że ktoś się gdzieś pomylił. Bo nie ma możliwości, żeby moje dziecko nie było najlepsze. Bo jeździmy z nim tu i tam, bo z nim pracujemy, bo mu tłumaczymy, bo ono się na lekcjach nudzi, bo to wszystko to nie jego wina... Bo nie zaczyna się zdania od "bo".

Tylko, że ja nie o to pytam przez cały czas. Ja pytam prosto i wyraźnie: co by się stało, gdyby okazało się, że twoje dziecko jest zupełnie inne, niż sobie to w swoich ambitnych planach wymyśliłaś?
Powiedz mi, jak by to było?