piątek, 14 lipca 2017

projekt "samo-podróżowanie"

14 lipca 2017 roku

Od paru lat chodziła za mną myśl, żeby gdzieś wyjechać w pojedynkę. Bez rodziny, spakować parę rzeczy, wsiąść do pociągu i pojechać. Wyobrażałam sobie, że taki czas dobrze mi zrobi, że tego potrzebuję, Długo była to tylko myśl, nie należę do osób odważnych, taki wyjazd był przyjemny, kiedy odbywałam go w głowie - podjąć decyzję, że jadę i już - długo było poza moim zasięgiem.

A teraz jestem tutaj, w Lublinie. Sama. Przyjechałam wczoraj. Z opóźnieniem, bo takowe miał pociąg, którym jechałam. Pomińmy może milczeniem ową 8-godzinną jazdę, wystarczy powiedzieć, że w tym czasie przeklęłam pkp i tory, na których stoi, kilkadziesiąt razy.
Dlaczego Lublin? Bo tutaj żył mój pradziadek, tutaj urodził się mój dziadek. Wiedziałam, że ten pierwszy był więziony na Majdanku, znałam adres, pod jakim mieszkali - byłam tego wszystkiego bardzo ciekawa. Bardzo żałuję, że obydwaj już nie żyją - mam do nich mnóstwo pytań...

Pierwsze wrażenie? Mój boże, to miasto się wali! Jedna wielka melina! Strach samemu po ulicach chodzić! Proszę jednak pamiętać, że byłam po wyczerpującej podróży, czułam się lepka od dusznej atmosfery przedziału, ogłupiona, bo nie wiedziałam, gdzie jest odpowiedni przystanek....

Dzisiaj rano wstałam z nowymi siłami. W planach miałam Majdanek i ul. Wspólną, na której mieszkali moi dziadkowie.


Majdanek.
Ja mam tak, że zupełnie inaczej patrzę na miejsca, kiedy wyobrażam sobie, że tutaj był ktoś z mojej rodziny. Oczywiście nie znałam pradziadka, choć on - o ile się nie mylę - zdążył mnie jeszcze zobaczyć. Chodziłam po tych barakach, oglądałam łaźnię, komory gazowe, piece krematoryjne, prycze, na których spali i wyobrażałam sobie, jak to jest, kiedy prowadzą cię do takiego miejsca, każą rozebrać się do naga, oblewają cię na zmianę zimną i gorącą wodą i nie wiesz, czy wyjdziesz stąd żywy. Myślałam o strachu, którego z całą pewnością nie jestem w stanie sobie wyobrazić. Rozstrzeliwanie, wieszanie na szubienicach, umieranie z wycieńczenia - nie umiem sobie wyobrazić, jak to jest żyć tam, spać na najwyższej z trzech pryczy i twarzą niemal dotykać drewnianego stropu...

Co mnie zdziwiło na samym początku to to, że obóz jest tak wielki. Nie wiedziałam, że obozy zajmowały takie olbrzymie obszary!

Wyszłam stamtąd z myślą, że takie miejsca, nie wiedzieć czemu, traktowane są trochę jak sensacja, jako pretekst do myślenia o Niemcach "ale byli okrutni", a o więźniach "ale byli biedni". A ja sobie myślę, że co się stało to się nie odstanie, nie wróci czasu czczenie ofiar, gloryfikowanie przelanej krwi, pokazywanie okrucieństwa oprawców. Moim zdaniem takie miejsca powinny mieć tylko jedno przesłanie: strzeż się nienawiści, szanuj drugiego człowieka - wszystko to stało się, bo jedni uważali siebie za lepszych od innych.


"Biały domek" - przedwojenny dom rakarza miejskiego. W czasie okupacji
kwatera lekarza SS, następnie dom kierownika obozu więźniarskiego - Antona Thumanna.

Przez te otworki strażnik mógł obserwować zagazowywane osoby.
Znajdowały się w drzwiach.

Te kratki były w pomieszczeniu, w którym kat odkręcał kurki z gazem.
To też "okienko" do oglądania.

natryski

W tych "wannach" więźniowie musieli się zanurzyć po natrysku - były
one wypełnione środkiem dezynfekującym.


Podpis pod plakatem:
"Niemiecki plakat z czasu okupacji. Propaganda hitlerowska była elementem
prześladowania Żydów".


Buty.





Ulica Wspólna
Adres pradziadka i dziadka znałam z dokumentów, które na szczęście przetrwały. Dziadek mieszkał na Wspólnej 96, a na akcie zgonu pradziadka widniało, że mieszkał na Wspólnej 108. Szłam tam z bijącym sercem - uwielbiam takie podróże w czasie. Zaopatrzona w papierową mapę (przeklinam Google maps!) przemierzyłam sporą część Lublina, żeby dotrzeć na miejsce. Od razu zdziwił mnie charakter tej dzielnicy. Stały tam malutkie domki, żeby nie powiedzieć budki, altanki, każdy miał malutką działkę - niemal na szerokość owego domku. Naprawdę w takim miejscu mieszkał mój dziadek? Numery konsekwentnie i logicznie się zmniejszały (najwidoczniej weszłam na ulicę od jej końca). Wspólna 112, 110, 106.... Hej, jak to 106? Cofnęłam się, przecież tutaj powinien być dom mojego pradziadka, mieszkał pod numerem 108! To, co zobaczyłam skojarzyło mi się z wejściem do zaczarowanego ogrodu. Niska furtka zarośnięta winogronem. Nie ma tabliczki z numerem. To, co stoi między numerem 110 a 106 trudno nazwać domem - rozwalająca się budka, zamknięta na cztery spusty. Roślinność rozgościła się tutaj wedle własnej woli. To mnie dotknęło. Poczułam to miejsce mocno. Czy pradziadek żył w tak złych warunkach czy po prostu tak to wygląda teraz, po jakichś 50 latach? Tak bym chciała porozmawiać z dziadkiem.... Czy odwiedzał tu swojego tatę? Czy pradziadek mieszkał tu sam? Musiało być mu tutaj smutno....
Powiem wam, że to było niesamowite, bardzo się cieszę, że to zobaczyłam. To jak jakaś magia - nie wiem, jak to wyjaśnić...

Ulica Wspólna 108. Za tą furtką stoi "dom" mojego pradziadka.

Trudno było tam zajrzeć. Próbowałam nawet otworzyć, ale było zamknięte.

Reklamę jednak włożyli :)


Winogrona nad furtką.

Wejście do zaczarowanego ogrodu :)


Z innej strony. To ta rudera z czerwonym dachem...

Parę numerów dalej była Wspólna 96 - tam mieszkał mój dziadek (i zapewne pradziadek, kiedy był młodszy). Ku mojemu zaskoczeniu była tam jakaś kobieta, zajmowała się kwiatami w ogrodzie. Głupio mi było zapytać, czy jest z rodziny, zwłaszcza, że jest to bardzo mało prawdopodobne. Ze względu na to, że miejsce jest zamieszkane, wygląda zgoła inaczej, niż poprzednie. Nie wiem, czy dom, który tam stoi jest tym, w którym mieszkał dziadek. Wygląda raczej na nowszy. Tak czy siak - działka tak samo ciasna, jak wszystkie na tej ulicy.




Tutaj ogród jest przepiękny. Z tyłu stoi biały dom, co do którego mam wątpliwości,
czy jest tym samym, w którym mieszkał dziadek.

Dziadek opowiadał mi kiedyś, że widział ze swojego domu Majdanek. Nie wiem, czy dobrze to zapamiętałam - czy chodziło mu o to, że widział sam obóz czy że widział dym z krematorium... Dzisiaj z tego miejsca nie ma szans, żeby zobaczyć Majdanek, ale też miasto wygląda inaczej, niż w czasie wojny... Ze starych map Lublina, które widziałam na wystawie w obozie można wyczytać, że faktycznie dzielnica, w której mieszkali dziadkowie była blisko Majdanka. I znowu nie mam już kogo zapytać....

I tak, dzisiaj była podróż sentymentalna.... Widziałam też inne miejsca, ale o tym nie teraz. Generalnie Lublin mnie zachwycił, kupił mnie całą. Człowiek idzie sobie spokojnie do Lidla i po drodze mija kawał historii. Tutaj stare miesza się z nowym, ruchliwa ulica i centrum handlowe znajdują się w bliskim sąsiedztwie ze starym żydowskim cmentarzem. Podoba mi się tutaj.









Idę do Lidla, patrzę pod nogi, a tutaj....


Tutaj jakby nikt się nie przejmuje walącymi się, starymi budynkami, co mnie akurat
bardzo się podoba....

ul. Grodzka 11



Furtka przy starym cmentarzy żydowskim. Cmentarz jest zamknięty, nie można tam wejść. Całość
otoczona jest wysokim murem, widać tylko bardzo gęste drzewa. Cmentarz zajmuje sporo miejsca.


Pozdrawiam z Lublina, śpijcie dobrze :)





sobota, 8 lipca 2017

pozytywnie od A do Z

To będzie mój alfabet. Kto wie, może uda mi się znaleźć coś dla siebie czy o sobie przy każdej literze alfabetu 
(pomijając ą i ę, bo taka "ąę" raczej nie jestem ;))
Postanowiłam, że będą to rzeczy kojarzące mi się pozytywnie - jęczeć na swój temat umiem bezbłędnie, żadna to dla mnie sztuka. Ten alfabet ma być wyzwaniem - będę szukała takich wyrazów, które będą mi przyjemne. Z pełną świadomością pominę wszystkie te, które i tak już zajęły dużo miejsca w pisaninie.



N

niespokojne nogi
Tak, wiem - miało być pozytywnie, a o nogach żyjących własnym życiem trudno jest mówić w superlatywach. W odróżnieniu jednak od innych rzeczy nieprzyjemnych nogi nie są nabyte - urodziłam się z nimi, więc trudno tak pominąć... Zresztą, może uda mi się bez narzekania? Wyzywam samą siebie - napisz o RLS tonem optymistycznym.
CHYBA mam to po mamie... Moje nogi nie lubią być w bezruchu, szczególnie wtedy, kiedy reszta ciała w bezruchu chce lub być musi (np: siedząc w pociągu, z gośćmi przy stole czy podczas próby zaśnięcia). Czyż to nie zabawne? Siedzisz, dajmy na to, w autokarze, jedziesz z jednego miasta do drugiego, autobus pełen, nie ma możliwości zmiany miejsca czy pochodzenia sobie. I właśnie wtedy w moich nogach rodzi się to uczucie nie do opisania, które zmusza cię do poruszania nogami. Nie jestem w stanie utrzymać ich w ryzach, muszę zacząć tupać, machać, wykręcać i wyginać - inaczej oszaleję. Fajnie, nie? Ciekawskich informuję, że najczęściej uczucie radości ogarnia jedną nogę naraz, natomiast nogi zmieniają się od przypadku do przypadku - takie są dla siebie miłe.
Najlepsza zabawa jest jednak wieczorami, kiedy leżę już w łóżku. Niemal codziennie, tak jakby UCZUCIE wyczuwało, że właśnie próbuję zasnąć. Przybywa niezmiennie, wierne i niezawodne, żeby rozruszać mnie do snu. Razem więc tak sobie leżeć próbujemy - poruszam nogą, jeżdżąc nią po prześcieradle, uginając w kolanie i prostując, trąc stopy o siebie... - nie ma jednego sposobu.
O tym, że zostałam obdarowana przez los taką to a taką "możliwością doświadczania" opowiedziałam nawet zdaje się, że trzem neurologom. I wiecie, co jest w tym wszystkim najzabawniejsze? Ano to, że każdy z nich orzekł, że.... to niemożliwe, abym TO miała. Że to jest choroba osób starszych, a ja jestem zdecydowanie za młoda, żeby jej doświadczać.
Ach, młodym być!

new kids on the block muzyka



O

owoce
Uwielbiam. Najbardziej takie, jakimi stworzone zostały, bez przeróbek. Niech was jednak taka deklaracja nie zmyli - zjem z apetytem owoce w cieście, na cieście, w lodach, z lodami, z jogurtem... Nie jestem tutaj szczególnie wybredna. Koniec i borówka ;)


okna
Bardzo lubię pomieszczenia z dużymi oknami. Najlepiej takim od sufitu do podłogi. Bez firan. Nie lubię firan. Firany w moim odczuciu zaburzają piękną prostotę okna. Podobnie jak kwiaty, precz z doniczkami z moich wymarzonych okien. Moje wymarzone okna są więc duże, bez firan i kwiatów, za to z dużymi parapetami. Mogę sobie na nich siadać i gapić się przez okno. Albo siedzieć tam i czytać. Albo siedzieć tam i słuchać muzyki. Albo siedzieć tam i gapić się przez okno. No to może tak: w ciągu dnia bym sobie tam czytała, a wieczorem słuchałabym muzyki i gapiła się przez okno.
Nie rozumiem, dlaczego osoby, które same budują swoje domy wstawiają tam czasami takie malutkie okienka, jeszcze na dodatek w ramach podzielonych na malutkie części. Czasami te okna mają jeszcze jakieś wymyślne ramy, z łukami na górze, ze złoceniami jakimiś w szybie i inne takie... Toż to jest morderstwo na oknie, na jego czystej, nieskomplikowanej formie. Ile światła ze świata się marnuje przez takie małe świetliki w ścianach... Bez sensu. Gdybym ja budowała sobie dom i gdyby ktoś mnie zapytał, co jest dla mnie najważniejsze, żeby ten dom miał, to bez wątpienia powiedziałabym, że życzę sobie dużych okien w każdym pomieszczeniu. Amen.



odpoczywanie
Jak się nauczę, to dam znać.


odpuszczanie sobie
No, muszę przyznać, że idzie mi coraz lepiej. Tego naprawdę można się nauczyć. Teraz na przykład odpuszczę sobie przekonywanie was, że można. Do tego nie się przekonać, do tego trzeba dojrzeć i w swoim czasie zacząć sobie odpuszczanie. Czego wszystkim i sobie samej życzę.


oświata
Paradoks mojego życia. Nienawidzę z jednej strony i cały czas tam tkwię z drugiej strony. Nie jest to łatwe dla osoby, która tak jak ja ma trudności z prostym dostosowywaniem się. Człowiek styka się codziennie z bezsensem całej tej OŚWIATY, jest przez nią ograniczany i ogłupiany, próbując przy tym zachować zdrowy rozsądek i szacunek dla samego siebie. Jestem tam ciągle chyba tylko dlatego, że mnie ta cała OŚWIATA jeszcze nie przekonała i nie stłamsiła. W dniu, w którym jej się to uda będzie dniem mojej klęski zawodowej.
Nie wiem, dlaczego jest to dla mnie takie ważne - to nie poddawanie się systemowi. Może w sumie łatwiej byłoby robić co każą i nie przejmować się sprawą - w końcu byłaby to realizacja państwowej polityki oświatowej, coś czego się od nauczycieli wymaga i oczekuje. Może. Tylko, że za bardzo daje mi po oczach idea całego systemu, przekonanie, że młodzi ludzie MAJĄ się uczyć tak, a nie inaczej i tego, a nie innego. Założenie, że ktoś tam w gabinecie wie, co jest dla wszystkich dzieci w państwie najlepsze - dla wszystkich, równo, według jednej miary, w oparciu o jedną podstawę. Tak się nie da.
Dlatego staram się OŚWIATY jako takiej nie zauważać - na pohybel!


ooooo, mój boże!
Nad wszystkim czuwa gospodarz domu,
nie da on krzywdy zrobić nikomu,
zawsze pomoże,
o każdej porze,
o mój boże!

I tym optymistycznym akcentem.... 😉



c.d.n....

środa, 17 maja 2017

pozytywnie od A do Zet

To będzie mój alfabet. Kto wie, może uda mi się znaleźć coś dla siebie czy o sobie przy każdej literze alfabetu 
(pomijając ą i ę, bo taka "ąę" raczej nie jestem ;))
Postanowiłam, że będą to rzeczy kojarzące mi się pozytywnie - jęczeć na swój temat umiem bezbłędnie, żadna to dla mnie sztuka. Ten alfabet ma być wyzwaniem - będę szukała takich wyrazów, które będą mi przyjemne. Z pełną świadomością pominę wszystkie te, które i tak już zajęły dużo miejsca w pisaninie.




Ł

łatwo powiedzieć
Nic nie mam na literę "ł"... Idziemy dalej.



M

muzyka
Kolejna rzecz - obok książek -  bez której sobie nie wyobrażam życia. Kto zresztą jest w stanie? Chyba nie ma takiej osoby na świecie, która mogłaby żyć bez muzyki. Biernym słuchaczem jestem kiepskim, za to we wspólnym z płytą śpiewaniu wypadam niezawodnie, zawsze można na mnie liczyć. Najbardziej lubię w samochodzie, kiedy jestem sama i nikomu moje wycie nie przeszkadza. Kiepsko u mnie z "nie-tańczeniem", kiedy jakieś rytmy do mnie przemawiają. Tańczę wtedy nawet w samochodzie, górną częścią ciała (jak nogą przytupuję do rytmu, to mi mało płynna jazda wychodzi).
Czego słucham? A to zależy na co mam w danym czasie fazę. Bo ja jestem w muzyce okresowo monotonna. Jak czegoś słucham, to do znudzenia dla innych, ciągle i ciągle tego samego. Aż pojawi się nowy idol. Najstarsza faza, jaką jestem w stanie sobie przypomnieć, to było śpiewanie piosenek diw polskiej sceny: Maryla Rodowicz i jej nieśmiertelne "Wsiąść do pociągu", Izabela Trojanowska "Wszystko, czego dziś chcę" czy Urszula z latawcami (tytuły mogą nie zgadzać się z oryginałami). Wiadomo, przez jakiś czas słuchało się tego, czego słuchała mama - to ona albowiem we własnej osobie dzierżyła władzę nad kasetami i magnetofonem. To były czasy George'a Michaela, Limahla, Shakina Stevensa 😋. Przez jakiś czas na drzwiach do naszego pokoju wisiał wielki plakat Madonny, kupiony w kiosku RUCHu, o ile dobrze pamiętam.
A potem byli ONI, chłopaki z New Kids On The Block. Nasz pokój (mój i siory) był wręcz obklejony ich pięknymi buziami. Znałyśmy chyba wszystkie ich piosenki na pamięć (yyyy, to znaczy tak: śpiewałyśmy równo z nimi nie znając angielskiego 😁), układy choreograficzne z teledysków i z występów na żywo miałyśmy w małym palcu - słowem głupawka totalna. Nie mogę się jednak wypierać - miała ona miejsce.
Nie pamiętam, co było 'pomiędzy'... Moje myśli przechodzą od razu do słuchania piosenek polskich wykonawców, szczególnie Wilków (wracam czasami do ich pierwszego i drugiego albumu - dalej to już nie to) i Hey'a. Uważam, że w TAMTYCH czasach polska muzyka była najlepsza, to. co dzieje się teraz woła o pomstę do bogów muzyki (moim zdaniem oczywiście).
Później zaczęła królować Erykah Badu, zaraz obok niej Wyclef Jean, Lauryn Hill i Arrested Development. IMHO to jest naprawdę kawał dobrej muzyki.
To, jakiej muzyki słucham w danym czasie mojego życia zależy do stanu mojego ducha - musi współgrać. Różnie się w życiu mem działo, słuchałam więc różnie. Lubię wracać do Madonny, szczególnie do jej scenicznych wykonań utworów. Teraz jest w odstawce, ale jak znam życie, to jeszcze zabrzmi we wnętrzu samochodu. Teraz poję się utworami w interpretacji Pentatonix, ku męczarni moich najbliższych i osób, które wożę w samochodzie (pozdrawiam, Paulino; kłaniam się nisko, Emilio 😉).
I niech gra :)


makijaż
Ok, umówmy się - był czas,kiedy świat makijażu, makijażystek, kosmetyków kolorowych jarał mnie tak, jak chyba niewiele rzeczy w moim życiu. Bawiłam się tym wszystkim wyśmienicie. Fakt, pieniędzy na to poszło zdecydowanie za dużo, ale potrzebowałam czegoś takiego - jakiegoś bezsensownego szaleństwa, wielkiego bzika, ot - zabawy. Wierzcie mi lub nie, ale mnie jest bardzo trudno po prostu bawić się. Spinę mam w sobie i trudno odpuścić. Tutaj było inaczej, była czysta
zabawa bez jakiegoś większego sensu i głębszego celu. Tyle makijaży, ile na sobie spróbowałam w tamtym czasie, nie miałam na twarzy przez całe moje życie "przed". Fajnie było. Założyłam bloga i tam pokazywałam, com wymyśliła czy spróbowała. To było coś zupełnie nie związanego z moim życiem zawodowym czy osobistym, taka sobie fanaberia.
Teraz mi przeszło, ale nie zostało bez echa. Już nie chce mi się fotografować, blogować, recenzować - po prostu (to uczucie, kiedy możesz powiedzieć, że ci się nie chce i po prostu nie robić - bezcenne 😺). Bez problemu mogę wyjść z domu bez makijażu, choć lubię trochę musnąć skórę różem i pociągnąć rzęsy tuszem. Czasem jeszcze chce mi się nawet położyć trochę koloru na powiekach. Nic nie muszę, robię, kiedy mam ochotę.
Chciałabym mieć więcej takich momentów w życiu, kiedy po prostu się czymś bawię, czego i wam serdecznie życzę.


Mikołajek
Proszę pana, ma pan taśmę klejącą? Potrzebna mi, do konia...

Pierwszy raz przyprowadziła go do domu moja siostra. Ona już wtedy, skubana, poznała się na dobrej literaturze - ja jakoś nawet nie przypominam sobie, żebym tam zaglądała... Tiaaaa, to było WTEDY (sponsorujące ogólnie mój alfabet), za dzieciaka ✌.
Wróciłam do niego za innego dzieciństwa - za dzieciństwa mojego syna. Zarówno on, jak i ja i Myster pokochaliśmy tą książkę w całości. Mamy w domu parę tomów, a te, których nie mamy, wypożyczaliśmy z biblioteki. I nie myślcie, że leżą zakurzone na półce, o nie! Ciągle do nich wracamy, głośno synowi czytamy, sami się bawiąc wyśmienicie.
Jest to chyba jedyna książka, w której przedstawiona jest rodzina żyjąca dość stereotypowo (mama pracuje w domu, tata zarabia na życie) i która mnie nie wkurza. Wręcz przeciwnie. Dialogi między chłopakami w szkole, kłótnie rodziców Mikołajka, wizyty teściowej, Rosół pilnujący porządku na przerwie - można brać garściami, ciągle i ciągle i nigdy się nie nudzi. Ba! Ciągle śmieszy tak samo, jak za pierwszym razem. Kłaniam się z czcią i uznaniem przed talentem tego pana, którego nazwiska na pewno nie wymawiam poprawnie - stworzył dzieło dla czytelników w przedziale wiekowym od 5 do 105 lat. Kto nie czytał, niech się nie wstydzi, niech wejdzie do działu z książkami dla dzieci i niech sobie jeden tomik kupi na próbę (ostrzegam przed  wstrętnymi zarabiaczami pieniędzy, którzy porobili jakieś twory "na podstawie", próbując wycisnąć ze sławy oryginału każdy grosz - widziałam jakieś "przepisy Mikołajka", "zabawy Mikołajka" - ble! nie lubię!). Założę się, że wróci po następne.
A, i tak przy okazji - audiobook z czytającymi Stuhrami, młodym i starszym - rewelacja ;)


macierzyństwo
No cóż, idę na czuja....


mega,masakra
I inne tego typu super słowa. Nie lubię. Jakoś tak spłycają mi cały przekaz, a zachwyt nad mega-rzeczą jakoś do mnie nie przemawia. I tak jak u dzieci niepokoją mnie trochę takie epitety, tak u dorosłych już odrzucają mnie dość boleśnie. A że nie ma wokół mnie takich osób dużo (na szczęście), to każda pojedyncza sztuka razi tym mocniej. Tak, wiem - gadam jak stara, ale naprawdę ubolewam nad tym, co dzieje się z językiem potocznym, nad tym, jak ludzie ze sobą czasami rozmawiają. Wcale nie postuluję, żeby mówić do siebie Mickiewiczem czy Kochanowskim, nie o to chodzi. Mnie się tylko wydaje, że jeżeli spłyca się język, to spłyca się też odbiór rzeczywistości, że mniej się widzi różnorodności i niuansów. Skoro wszystko jest mega, to już nic nie jest trochę mniej, czy trochę więcej, bardziej czy mniej widocznie, trochę subtelniej, bliżej czy dalej. Rozumiecie? Nie widzi mi się ten kierunek zmian. Nie chcę żyć w rzeczywistości, która jest masakrycznie mega, super fajna, extra i sexy, cool i znowu mega.
Moje dzieci, ja też kiedyś byłam młoda i wierzcie mi, można inaczej.... 😋


Myster
Mój mąż.... mój mąż jest z zawodu programistą 😉

Mysterem stał się na jednej z pierwszych randek i tak już zostało. Cały czas, przez ponad dekadę. Czasami, jak jesteśmy gdzieś w miejscu, gdzie jest dużo ludzi i muszę go zawołać, bo się nie patrzy, kiedy chcę mu coś pokazać (nigdy się nie patrzą, ja chcesz im coś pokazać!), to, żeby nie było, wołać go muszę po imieniu. Ale mi wtedy dziwnie, śmiesznie tak....

Mąż spodziewał się chyba jakichś OCHów i ACHów we wpisie o nim... No to się zdziwi 😸


Minecraft
Cześć, tu EaglakGaming, syn właścicielki bloga :D. Jestem tu, by powiedzieć wam nieco o grze Minecraft. Dużo w niego grywam, i nawet z niego nagrywam (pozdrawiam moich 49 widzów :D). Ta gra opiera się na survivalu lub przetrwaniu (jak zwał tak zwał), a konkretnie na: walczeniu z tzw.
mobami, czyli potworami (moje ulubione zajęcie :)), kopaniu (nudne zajęcie) i budowaniu (moje budowle są... szkoda gadać). Na graniu spędzam GODZINY. Aż rodzice (teraz czytelniku zgadnij i napisz ile mam lat :P) dali mi limit 2 godziny, ale nie o tym teraz mówimy. Robię nawet paczkę tekstur do PvP (person vs person), która zmienia wygląd gry (dla ciekawych: robię ją w gimpie) i mam własną pelerynkę. Niestety wam jej nie pokażę :C. Dziękuje za wysłu... zaraz, nie, to się czyta... Więc dziękuję za przeczytanie. Zapraszam na kanał: Wyszukajcie w YouTubie Eaglak i ja to EaglakGaming. To tyle, pa!


marzec
Sami powiedzcie, że marzec to fajny miesiąc. Jeszcze zimowy na początku, przy końcu robi się optymistycznie wiosenny ☀. W marcu mamy już za sobą długi styczeń i bury luty, a w perspektywie nic, tylko same dobra (no dobra, kwiecień w tym roku się nie popisał, ale za to maj stara się, jak może, prawda?). Ani się nie obejrzymy, a będziemy ściągać znienawidzone puchy, kożuchy, czapy, szale, buciory wielkie. Jeszcze trochę i będzie można usiąść na balkonie z kawą i książką. Jeszcze trochę...
No i w marcu się urodziłam 😁.



c.d.n....

środa, 10 maja 2017

pozytywnie od A do Z

To będzie mój alfabet. Kto wie, może uda mi się znaleźć coś dla siebie czy o sobie przy każdej literze alfabetu 
(pomijając ą i ę, bo taka "ąę" raczej nie jestem ;))
Postanowiłam, że będą to rzeczy kojarzące mi się pozytywnie - jęczeć na swój temat umiem bezbłędnie, żadna to dla mnie sztuka. Ten alfabet ma być wyzwaniem - będę szukała takich wyrazów, które będą mi przyjemne. Z pełną świadomością pominę wszystkie te, które i tak już zajęły dużo miejsca w pisaninie.



L

list
Uwielbiałam listy - zarówno pisać, jak i dostawać...
Zaraz, chyba muszę zrobić małe wprowadzenie historyczne, bo skoro istnieją na tym świecie ludzie, którzy nie znają tekstów z "Misia" (pozdrawiam, Emilio S. 😉), to zapewne są też tacy, że nie rozumieją pojęcia "dostawać listy"...
Dawno, dawno temu, na świecie, który nie znał jeszcze internetu i esemesów, ludzie porozumiewali się ze sobą za pomocą słowa mówionego i pisanego. Jeśli chodzi o słowo mówione, to niewiele się od tamtego czasu zmieniło - ludzie nadal go używają, żeby przekazać drugiej osobie jakiś komunikat. Nieco inaczej sprawa się ma ze słowem pisanym - onegdaj albowiem ludzie używali w tym celu pisma odręcznego. Już tłumaczę. Aby powiedzieć coś osobie, której akurat nie ma w pobliżu, osobnik płci obojętnej musiał znaleźć kawałek czystej kartki i coś do pisania: długopis, pióro, w najgorszym wypadku ołówek (pozdrawiam Mystera ;)). Najwygodniej było przyjąć pozycję siedzącą, choć to akurat sprawa indywidualna (ja lubiłam siedzieć na podłodze i pisać na kartce leżącej na łóżku). I na tek czystej kartce homo sapiens pisał, znacząc kartkę literami w jemy tylko charakterystycznym kształcie (to jest tzw. charakter pisma). Następnie taką wiadomość trzeba było włożyć do koperty, ową zakleić, zaadresować, nakleić znaczek w dowód uiszczenia odpowiedniej opłaty i list wrzucić do skrzynki pocztowej. Tak wysłana wiadomość po jakichś, ja wiem..., 2-4 dniach lądowała u odbiorcy.
Jak ja lubiłam listy pisać! Do dzisiaj zdecydowanie wolę do kogoś napisać niż zadzwonić. Na piśmie jest mi łatwiej, słowa jakoś tak w zgodzie z myślami idą, bez plątania się, bez głupich wpadek, bez nadskakiwania. Czysta przyjemność komunikowania się. I owszem - lubiłam tu i ówdzie żarcik jakiś włączyć, rysuneczek skromny naskrobać, miejsce na reklamę zostawić.... Ech, aż znowu mi się zachciało coś do kogoś napisać. Tylko że teraz to to by jakieś sztuczne było, teraz pisze się maile, bo tak szybciej, taniej i wygodniej, I ok, niech i tak będzie, zwłaszcza, że od nieużywania pismo zrobiło mi się nieczytelne, sama na własne litery patrzeć nie mogę 😟.
Chyba całego smaczku dodawał też element oczekiwania. Nie mogłam się doczekać, kiedy ktoś list mój dostanie i nań odpisze. Człowiek zaglądał do skrzynki codziennie i nie - w tamtych czasach nie znajdował tam żadnych reklam, naprawdę! W tamtych czasach, dla ukoronowania własnej cierpliwości, człowiek znajdował tam w końcu list, odpowiedź na swój własny!
Cokolwiek się jeszcze wydarzy, jakkolwiek świat się jeszcze zmieni - wspomnienie przyjemności prowadzenia korespondencji listowej zabiorę ze sobą do grobu.😇


Leon Zawodowiec
Pierwszy raz zobaczyłam go w małym konińskim kinie. To chyba było wtedy, kiedy za taniochę puszczali filmy, na które zbierała się cała konińska młodzież, sala była wypchana po brzegi, a w czasie seansu można było zaciągać się zapachem palonej przez kogoś marihuany.
Z tym, że chyba to nie stało się jeszcze wtedy. Poczułam TO raczej później, podczas jednego z pierwszych seansów domowych na VDC i trzyma mnie do dzisiaj.

I teraz znowu odczuwam ten dyskomfort, który towarzyszy mi podczas prób pisania o książkach - mam tutaj jakiś zdecydowany deficyt i pisać mi trudno. Trudno.

Dość powiedzieć, że wciąga mnie niesamowicie. Po pierwsze to poczucie wolności, jakie towarzyszy mi, kiedy oglądam życie Matyldy i Leona. Jeśli mieszkają gdzieś, to tak na chwilę. Jeśli mają wolny czas, robią co chcą. Bez wielkich słów. Po drugie uwielbiam patrzeć na Matyldę, graną przez Natalie Portman. Jestem nią zauroczona za każdym razem. To, jak się ubiera, jak mówi, jak chodzi... Wszystko. I w końcu on - Norman Stansfield, policjant grany przez Gary'ego Oldmana. Postać w sumie do gruntu zła, bezwzględna, okrutna i wybuchowa. Gotowy zabić tylko dlatego, że mu nerwy puściły. Ja mam ciarki, kiedy oglądam sceny z jego udziałem. Ciarki nie ze strachu czy obrzydzenia ale ciarki z zafascynowania i podniecenia. Nie wiem co jest w tym aktorze, ale zagrał tego gnojka tak prawdziwie, tak naturalnie, że nie umiem się jemu oprzeć. Czekam na ten moment, kiedy zagryzie w zębach narkotyk w jakiejś pigułce i kiedy wstrząsie nim niepokojąco.... Ktoś kojarzy?



c.d.n....

poniedziałek, 8 maja 2017

tak króciutko

"Your faith was strong but you needed proof
You saw her bathing on the roof
Her beauty and the moonlight overthrew ya
She tied you to a kitchen chair
She broke your throne, and she cut your hair
And from your lips she drew the hallelujah".

Nie mam wielkiej weny do napisania tego posta. Pora jest już zmierzchająca, moja uwaga i możliwości twórcze są zdecydowanie lepsze w pierwszej połowie dnia... Czuję się jednak w obowiązku napisać tych parę słów, a im dłużej zwlekam, tym trudniej przywołać w pamięci to, co istotne.
Chodzi o książkę. Jeśli nie powiem światu, że taka jest i że warto ją przeczytać, to już do końca moich dni mogę czuć, że coś zawaliłam. Wiecie, czasami tak się ma... Chodzi o "Syna szczęścia" Herbjorg Wassmo. To czwarta książka tej autorki, którą przeczytałam i trzecia, która mną zawładnęła. Przed nią były jeszcze "Stulecie" i "Księga Diny"  (o tej ostatniej gdzieś tu kiedyś pisałam...).

"Syn szczęścia" jest kontynuacją "Księgi Diny". Nie jest to kontynuacja na zasadzie serialu - jak nie widziałaś poprzedniego odcina, to nie będziesz wiedziała, o co chodzi. Nie. Spokojnie można tą książkę przeczytać bez tej pierwszej, choć zaklinam was na wszystko, co żyje i co was zachwyca - nie odpuszczajcie sobie "Księgi Diny", szkoda życia na takie straty.

Dina jest kobietą piękną, jest postacią, jaką sama chciałabym kiedyś stworzyć, ale nie mam ani tyle talentu ani tyle piękna w sobie. Dina jest kobietą, obok której nikt nie może przejść obojętnie. Mężczyzn zachwyca, obezwładnia, czaruje, uzależnia od siebie. Kobiety są jej zachowaniem albo zgorszone albo po prostu go nie komentują. Teraz przyszedł czas na jej syna, Beniamina, który na końcu "Księgi Diny" był dzieckiem, a który w "Synu szczęścia" dorasta, dojrzewa, próbując żyć z przeszłością ze swoją matką w tle. Nie będę wam pisać o czym jest ta książka, bo musicie ją przeczytać. Ostrzegam - jest tam naprawdę dużo emocji, dużo gniewu, strachu, szukania samodzielności, miłości. A wszystko to w świecie śmierdzącym rynsztokiem, w klimacie knajp i dzielnic z dziwkami.

I choć tytułowym bohaterem jest Beniamin i to jego życie śledzimy na kartkach książki, to dla mnie tam cały czas króluje Dina. Czasami chciałabym być taka jak ona: piękna nie zewnętrzną powłoką, ale wewnętrzną siłą, pasją, muzyką, niezależnością. Czasami chciałabym mieć siłę, żeby spakować się i wyjechać w poszukiwaniu innego świata. Bez względu na wszystko. Tak - ludzie, których opuszczała nienawidzili jej, tęsknili za nią, chcieli ją z powrotem, syn musiał kawał swojego życia bez matki przeżyć. A mimo to Dina pozostała w moich oczach dobrą osobą, bo żyła w zgodzie sama ze sobą.

Ja nie żartuję, przeczytajcie te książki. Czekam teraz na trzecią część, która nie została jeszcze wydana, ale która podobno ma się ukazać w Polsce jeszcze w tym roku.







niedziela, 16 kwietnia 2017

pozytywnie od A do Z

To będzie mój alfabet. Kto wie, może uda mi się znaleźć coś dla siebie czy o sobie przy każdej literze alfabetu 
(pomijając ą i ę, bo taka "ąę" raczej nie jestem ;))
Postanowiłam, że będą to rzeczy kojarzące mi się pozytywnie - jęczeć na swój temat umiem bezbłędnie, żadna to dla mnie sztuka. Ten alfabet ma być wyzwaniem - będę szukała takich wyrazów, które będą mi przyjemne. Z pełną świadomością pominę wszystkie te, które i tak już zajęły dużo miejsca w pisaninie.




J

języki obce
Języków obcych trzeba się uczyć. Tak mówią. Kto wie, może mają rację. Nie wiem, się zobaczy.
Ja w moim życiu z językiem innym, niż polski mam do czynienia od czwartej klasy ośmioklasowej szkoły podstawowej (oczywiście nie tej, co ma nastać, ale tej, co była 😉).

język rosyjski
Książki dostaliśmy wcześniej - pamiętam, bo w wakacje przeglądałam podręcznik do języka rosyjskiego z wielkim zaciekawieniem. Nie mogłam się doczekać, kiedy będziemy uczyć się tych nowych liter i pamiętam, jak niesamowitym wydawało mi się mówić w innym języku (swoją drogą, to ciekawe, jak szkoła potrafi sponiewierać czasami tą ciekawość dziecięcą...). W sumie nie mam żadnych złych wspomnień związanych z nauką rosyjskiego. Uczyła go nas pani Biernacka, zdaje się, że rodowita Rosjanka (zajeżdżała, i owszem). Powieki miała zawsze pomalowane na zielono i była duuuuża. Jeśli zdarzyło jej się nie pomalować oczu z jakiegoś powodu, to chodziła po szkole w wielkich okularach przeciwsłonecznych. W szkole był specjalny pokój przyjaźni polsko-radzieckiej. Człowiek czuł się wybrańcem, kiedy został wybrany do grupy sprzątającej tenże. Siedziałyśmy tam w czasie lekcji (YES!), gadałyśmy, kurze ścierałyśmy. Pamiętam figurki (np: małe leninki), jakieś medale, książki, obrazki - na bogato było.
Prenumerowaliśmy "Картинки", czasopismo dla dzieci. Przychodziło do nas regularnie, pewnie z samego ZSRR. Do dzisiaj potrafię przeczytać wyrazy napisane cyrylicą, może nawet napisać bym potrafiła, ale raczej bez zrozumienia.

język niemiecki
Ale byłyśmy wkurzone, kiedy okazało się, że zamiast obiecanego angielskiego będziemy mieć język niemiecki. To była pierwsza klasa liceum, przypadła na czasy upadku popularności języka rosyjskiego na rzecz tych zachodnich. W MTV mówili po angielsku, piosenki były po angielsku - chciałam się uczyć angielskiego! Niestety, dali nam niemiecki, więc przez 4 lata szkoły średniej uczyłam się tego języka. W pierwszej klasie uczyła nas go pani, której danych nie pamiętam, a która przekwalifikowała się z rosyjskiego właśnie. Nie zapomnę mąk moich ciężkich, kiedy pewnego dnia pani ta przyszła do pracy mniemam, że prosto od fryzjera. Myślałam, że nie wytrzymam, że parsknę zaraz głośnym śmiechem. Nie wiem, jej włosy przyprawiały mnie o tak dobry humor - wytrzymać te 45 minut było prawdziwą torturą, starałam się po prostu nie patrzeć w jej kierunku.... Tyle pamiętam. Ach, i jeszcze pamiętam jej przedziwny akcent, z jakim wypowiadała poszczególne słowa niemieckie. Kiedy później "przejął" naszą klasę młody człowiek prosto z filologii niemieckiej, śmiał się z naszej wymowy i z reguł, jakich nauczyła nas ta kobieta.
Miałam taki moment, kiedy naprawdę przysiadłam nad tym językiem. Nie bez znaczenia był fakt, że miałam kilku znajomych z kolegium językowego w Koninie - oni jakoś tak potrafili pokazać ten język z fajnej strony. No cóż, z jednym z nich miałam nawet moment "bycia razem".... 😈
Jak dzisiaj u mnie z tym językiem? No cóż, odmianę czasownika pamiętam, najprostsze zwroty też i tak......

język angielski
Z tych zagramanicznych mój ulubiony ;). Mój pierwszy z nim kontakt to kanał MTV. Prezenterzy, zawsze odlotowo ubrani, mówili do mnie w tym właśnie języku i puszczali piosenki śpiewane po angielsku. Sporo się z tym kanałem nauczyłam, choć pojęcia nie miałam, o czym oni do mnie mówią. Szkoła, jako się wcześniej rzekło, olała mój pociąg do nauki tego języka, no nie było mi dane. Uczyłam się trochę sama, próbowałam gramatykę przyswoić siedząc na kanapie w dużym pokoju (pamiętam, jak dzisiaj), ale wiadomo - nie tak się człowiek uczy języka. Ze szkolną formą nauki tego języka zetknęłam się dopiero w wieku lat około dwudziestu, kiedy zaczęłam naukę w Wyższej Szkole Zawodowej w Koninie. Wreszcie miałam podręcznik i ćwiczenia z tego języka, po tylu latach :)
Potem znowu była przerwa, na magisterskich na języki z innych krajów nie było czasu i miejsca, potem zaczęłam pracę, gdzie wymagano, jeśli w ogóle, poprawnej polszczyzny.
Teraz trzeci rok (trzeci, prawda Radułki?) uczę się angielskiego z własnej, nieprzymuszonej woli, nie tracąc przy tym nadziei, że opanuję ten język po prostu dobrze :)

Dziękuję za uwagę.


jesień
Postanowiłam w ramach tego cyklu (jak to profesjonalnie brzmi, prawda?) odszukać pozytywy każdej z pór roku. Należę do tych osobników, co to bardzo narzekają na pogodę "nietaką" i "śmaką", a w obliczu nieuchronności następowania po sobie określonych pór roku jest to raczej postawa mało sensowna i zupełnie nielogiczna. Stąd taka mało autoterapia ❤

Pozytywy jesieni. No cóż, z całą pewnością nie można jej odmówić talentów artystycznych w zakresie malarstwa. Potrafi być naprawdę piękna. Aż dziw człowieka bierze, że to tak samo z siebie, naturalnie, bez farb mieszania i człowieczego malowania. Tiaaaa, ładna to ona może i jest. Fakt, na początku tylko, ale trzymajmy się pozytywów, nie mieszajmy do tego listopada.
Co jeszcze? Są jakieś wolne o tej porze roku? Ależ tak, przecież mamy 1 i 11 listopada - jeśli tylko nie przypadają na sobotę czy niedzielę, to człowiek zawsze odsapnąć może. Że zimno i szaro? - no cóż, darowanemu koniowi i te sprawy, nie narzekajmy, kiedy pozytywy próbujemy znaleźć.
Szukajmy dalej. Co tam jeszcze mamy: krótsze dni - to nie..., zimniej się robi - to też nie pasuje....., w perspektywie zima - mhm, no nie bardzo......, o mam! - zaczynają grzać w mieszkaniach! 😁

Więcej wycisnąć z jesieni nie dam rady, naprawdę.


jajko
Jest tutaj tylko dlatego, że piszę tego posta w Wielkanoc, 16 kwietnia 2017 roku, normalnie nie było go w planie.
Czy jajko ma jakiś związek z moją osobą? No trochę ma... A konkretnie z jego białą częścią, z białkiem. Jako się rzekło w literze Be, onegdaj nazywałam się Białas. Kojarzą już państwo? Białas - białko.... W każdym bądź razie moje koleżanki i koledzy z klasy podstawowej kojarzyli i zawsze na zajęciach z biologii, kiedy była mowa o białku, część z nich odwracała się w moim kierunku z uśmiechem tej jedynej w swoim rodzaju radości, jaką czujesz, kiedy możesz się z kogoś ponabijać. Tak było :)

Ostatnio miałam w szkole zajęcia z dziećmi o jajku właśnie i mogę wam sprzedać jajeczno-kurczęcie ciekawostki. Chcecie?
CZY wiedzieliście, że kurczątko po wykluciu się z jaja ma w brzuchu (w tej części znaczy) żółtko i w związku z tym może przez dwa-trzy dni nic nie jeść po wykluciu, gdyż konsumuje owo żółtko?
A CZY mówił wam ktoś, że pisklaki znajdując się jeszcze w jajkach komunikują się ze sobą i kurą-mamą, żeby ustalić czas wyklucia się? Znaczy piszczą już tam w środku :)
KTO z was wiedział, że kura w ciągu doby znosi tylko jedno jajko? Ha!


c.d.n....


środa, 12 kwietnia 2017

pozytywnie od A do Z

To będzie mój alfabet. Kto wie, może uda mi się znaleźć coś dla siebie czy o sobie przy każdej literze alfabetu 
(pomijając ą i ę, bo taka "ąę" raczej nie jestem ;))
Postanowiłam, że będą to rzeczy kojarzące mi się pozytywnie - jęczeć na swój temat umiem bezbłędnie, żadna to dla mnie sztuka. Ten alfabet ma być wyzwaniem - będę szukała takich wyrazów, które będą mi przyjemne. Z pełną świadomością pominę wszystkie te, które i tak już zajęły dużo miejsca w pisaninie.




H

hybrydy
Mhm, zróbmy może z tego reklamę....

Marnujesz czas czekając, aż lakier wyschnie?
Masz już dość lakieru schodzącego z paznokci kilka godzin po nałożeniu?
Teraz twoje problemy mogą zniknąć za pomocą czarodziejskiej lampy! Tak, nie przesłyszałaś się!
Wystarczy, że kupisz lampę UV, lakier hybrydowy w wybranym kolorze, bazę, top i gotowe! Koniec z czekaniem, aż lakier wyschnie! Możesz zapomnieć o odpryskującym lakierze! Lakier hybrydowy utrwalony pod światłem UV będzie na twoich paznokciach dopóty, dopóki nie zdecydujesz, że czas na zmianę koloru.
Rewelacja!
Prawdziwa rewolucja!


handel
Jak sobie o tym pomyślę, to normalnie zdumiewa mnie, że byłam do tego zdolna. Dawno, dawno temu, nie wiem, ile mogłam mieć wtedy lat, ale zapewne był to wiek, kiedy człowiek jeszcze się tak nie wstydzi, zdarzyło się, że na targu stałam i sprzedawałam. Były nas trzy: ja, moja siostra i nasza wspólna koleżanka z bloku obok. Byłyśmy wtedy bardzo cool i nazywałyśmy siebie naszymi inicjałami: ja byłam RB, siostra moja rodzona była AB, a koleżanka była JR. Ktoś nam powiedział (podejrzewam moją babcię, TB, ale pewności nie mam....), że dzieci w naszym wieku to stoją na targu i sprzedają ubrania, z których wyrosły i tak zarabiają (kto wie, może nawet był w tym przekaz, że my natomiast siedzimy i nic nie robimy, ale pewności nie mam...). Jednakowoż się stało, że pomysł przypadł nam do gustu. Przejrzałyśmy z siostrą szafę, wyciągnęłyśmy rzeczy za małe, tudzież z innego powodu nieprzydatne, namówiłyśmy do procederu JR, bo to zawsze w trójkę raźniej i w piątek rano (dzień targowy) wyruszyłyśmy zarabiać pieniądze.
Ja nie wiem, jak to możliwe, że nikt nas nie przegonił, kiedy rozłożyłyśmy gazety na wolnym miejscu - przecież na targach to chyba trzeba za miejsce płacić?! Nie wiem też, jak to możliwe, że bez cienia wstydu jakiegoś powstrzymującego rozłożyłyśmy swoje towary (JR miała oddzielne stoisko, ja z siorą wrzucałyśmy do wspólnej kasy). I co najdziwniejsze - sprzedaż szła nam nawet dobrze. Nie pamiętam, ile zarobiłyśmy, nie pamiętam, czy dużo ubrań musiałyśmy zabierać z powrotem, ale nie mogło być źle, bo.... wróciłyśmy tam ponownie w kolejny piątek. Z innym towarem, w inne miejsce (bo tamto już było zajęte), znowu na czarno i znowu jakoś poszło (istnieje możliwość, że TB była sprawdzić, jak nam idzie, ale pewności nie mam...). Pamiętam, że w środku lata łyżwy sprzedałyśmy i była to spora część naszych całych zarobków. Wiecie - podchodziły panie, oglądały, pytały za ile, my (nie wiem skąd) podawałyśmy ceny i albo ktoś kupował, albo nie. Wszystko było elegancko rozłożone na gazecie na ziemi, higienicznie, efektownie..... TB musiała być ze swoich wnuczek dumna (ale pewności nie mam...).

Naprawdę, zdumiewa mnie, dorosłą, poważną kobietę, matkę swojego syna, poważaną żonę i nauczycielkę, skąd ja miałam tyle odwagi, żeby tak po prostu sprzedawać swoje (i AB) ubrania. I gdzie ta odwaga się teraz podziała?


I

internet
Moje drogie dzieci, był kiedyś taki czas, kiedy internetu na świecie nie było. Tak, tak.... Jak trzeba było jakieś informacje do szkoły zdobyć, to jeśli się miało szczęście i encyklopedię w domu, to się tam szukało. Gorzej, jak encyklopedii nie było - człowiek musiał albo do biblioteki iść i szukać, albo liczyć na to, że ktoś w rodzinie COŚ wie....

Dopiero POTEM nastał internet. Pamiętam moje pierwsze z nim doświadczenia. Zbiegło się to z innymi doświadczeniami, tymi z miłosnymi podrywami serca, kiedy to każdy kontakt z NIM powodował szybsze bicie w piersi. Zaczęło się od korespondencji tradycyjnej - listy do siebie pisaliśmy, znaczki na kopertę naklejaliśmy i czekaliśmy na odpowiedź. Nie powiem, czekanie trochę trwało, ale i swój urok miało.
Wtedy to jednak do akcji wkroczyła Joanna P., która miała w domu łącze internetowe i komputer (ja nie miałam ani jednego ani drugiego). Powiedziała, że coś mi tam założy i że będę mogła pisać maile (znaczy takie jakby listy). Za każdym razem wyglądało to tak: siadałyśmy u Joanny w pokoju przed komputerem i z niecierpliwością czekałyśmy, aż jej rodzice skończą korzystanie z telefonu. ALBOWIEM z internetem można było połączyć się tylko przez telefon. Kiedy telefon był wolny, brałyśmy go w swoje posiadanie. Należało połączyć się z siecią przez Telekomunikację Polską (hasło: ppp, czy jakoś tak). W słuchawce coś pikało, pikało, pikało, łączyło, łączyło, łączyło..... Jeśli próba połączenia kończyła się sukcesem, coś chyba na monitorze się zmieniało, bo pamiętam uczucie ulgi 😊. Joanna przeprowadziła mnie przez proces zakładania konta e-mailowego (chyba nigdy nie czułam się aż tak zagubiona, wygłupiona i głupia 😕) i tak nasza (znaczy moja i Mystera, a nie moja i Joanny) miłość nabrała tempa (nie pamiętam z jaką prędkością, może Joanna pamięta).

 A teraz? Teraz to człowiek zaczyna narzekać, jak mu się coś za długo ładuje, czy jak mu Wi-Fi wysiądzie na chwilę.
Ech, i znowu - fajne to kiedyś były czasy....



c.d.n....