sobota, 24 maja 2014

życie zaczyna się po....

Do pewnych rzeczy trzeba chyba dojrzeć. Poczekać. Nie spieszyć się z opiniami na własny temat, nie martwić się na zapas i nie przepłacać na psychoterapeutów. Przeżyć te kilkanaście z hakiem pierwszych lat życia z godnością, stoickim wręcz spokojem, przyglądając się sobie z przymrużeniem oka albo nawet dwóch. I czekać, cierpliwie, co przyniosą dni.
Tak chyba było i jest nadal ze mną. Po cóż ja się miotałam, w płacz uderzałam i bezsens życia przeklinałam. Szukałam w różnych miejscach, pukałam, a czasami właziłam w buciorach bez pukania, bo wydawało mi się, że skorom takam biedna, przez życie i los pokrzywdzona, to ktoś musi mi pomóc. A tymczasem, w ciszy mijających minut, godzin, dni i lat moje komórki nerwowe dochodziły do stanu swego finalnego (cały czas zresztą są w drodze). Niczym wielki komputer zapisywały wszelkie dane z doświadczeń moich na dysku roboczym, żeby z nich dopiero sklecić informacje i stany istotne. Ja, niepomna tego istotnego, choć powolnego procesu, próbowałam na własny rachunek przeprowadzić inwentaryzację, biorąc w podliczeniach pod uwagę to, co w istocie miało być tylko daną wyjściową - potrzebną, choć w izolacji zupełnie fałszywą przesłanką. Powstawały mi z tego różne obrazy, z reguły smutne, przygnębiające i dość dokuczliwe. Jak człowiek tak o sobie myśli, jak ja myślałam przez większość mojego życia to nie ma bata - musi być nieszczęśliwy i wiarę we wszelkie dobro i piękno tego świata zostawić na cmentarzu innych porzuconych idei i pięknych słów.

A gdzieś tam obok trwało i trwa nadal przerabianie danych, ich katalogowanie, oczyszczanie i nazywanie po imieniu. Powoli, z dnia na dzień. I wierzcie mi, jeśli jeszcze macie to jeszcze przed sobą - pewnego dnia wielki brat postanowi, że oto nadszedł czas, żeby niektóre z tych danych ujrzały światło dzienne. W pewnym momencie okazuje się, że komputerowa baza twoich doświadczeń jest na tyle bogata, że można z niej wyciągnąć całkiem sensowne bajty.

Właśnie tego doświadczam. Jestem pełna zdumienia, widząc i rozumiejąc to, co zaczynam widzieć i rozumieć. Nie wierzę własnym uszom mówiąc to, co mówię. Nie wierzę własnej głowie myśląc to, co myślę. I jak to jest możliwe, że robię to, co robię? Że zaczynam podejmować takie, a nie inne decyzje? Nie, nie jestem z tym sama, pomoc drugiego człowieka jest potrzebna, choćby po to, żeby powiedział ci, że to co się dzieje, właśnie się dzieje. Żebyś czasem tego nie przeoczyła. Żebyś z przyzwyczajenia nie myślała cały czas tak, jak myślałaś do tej pory. To wszystko dzieje się naturalnie, w swoim czasie, we właściwej porze i odpowiednim miejscu. Ale się dzieje.

Ja na przykład jestem w takim punkcie swojego życia, że nie boję się powiedzieć sobie, że w weekendy nie pracuję. I nie pracuję.
Potrafiłam podjąć DECYZJĘ bez pytania innych o zdanie i, o zgrozo, o zgodę. OŚWIADCZYŁAM jedynie, że taką to a taką decyzję podjęłam. Wyzwalające!
Coraz lepiej idzie mi mówienie o swoich potrzebach lub przynajmniej myślenie o nich ze zgodą na ich istnienie. Coś podobnego - mam potrzeby!
Uczę się podejmować decyzje w roli mamy - ćwiczę w każdej nadarzającej się okazji :).
Dwa dni temu zjadłam drożdżówkę z makiem - walę was, kalorie!
Zaczynam mówić o moich małych sukcesach na głos, co wbrew pozorom nie jest łatwe. Człowiek tak bardzo przywiązuje się do siebie poszkodowanego przez los, bezbronnego i skromnego...
I napisałam tego posta bez lęku, że pójdzie w świat ta oto wiadomość - że zaczynam sobie radzić :)

Kłaniam się.


czwartek, 17 kwietnia 2014

subiektywny słownik mój codzienny (ssmc)

16 kwietnia 2014

Mania wielkości - cecha właściwa niektórym homo sapiens, u zwierząt nie zaobserwowałam. Ludzie z manią wielkości uważają siebie za kogoś lepszego od innych ludzi chociażby dlatego, że: więcej zarabiają, piastują w pracy wyższe stanowisko, wydaje im się, że wiedzą lepiej, więcej i na każdy temat. Powodów może być więcej, jednak z punktu widzenia autora nie mają one większego znaczenia. Ludzie z manią wielkości lubią być obsługiwani - to takie księżniczki i książęta naszych czasów, tylko, że bez korony i karocy z zaprzęgiem. Potrzebują dworu obskakującego ich tyłek, bijącego pokłony, rzucającego pochlebstwa. Dzięki takiemu otoczeniu czują, że coś znaczą, że są kimś, z kim trzeba się liczyć. Tak naprawdę nikt takich ludzi nie lubi, są żałośni, często okazują się być głupimi i głuchymi na potrzeby innych, stroszącymi swe marne piórka gąskami. Ciekawym zjawiskiem jest jednak to, że mimo często deklarowanej niechęci wobec takiego człowieka, zawsze znajdzie się ktoś, kto rzuci małe "och" i "ach" na widok nowej sukienki czy fotki rodzinnej. Ktoś, kto w obecności takiej osoby nagle schyla się z lekka, zaczyna uśmiechać się służalczo, w ciszy czekając na polecenie czy choćby mrugnięcie okiem. Podejrzewa się, że właśnie to zjawisko powoduje, że ludzie z manią wielkości nie znikają z ziemi. Co jakiś czas odradza się na nowo - zakompleksiony, nierozgarnięty, szukający odpowiedniego środowiska, dzięki któremu może udawać lepszego niż jest w rzeczywistości. Szczerze współczuję tym, którzy muszą z takimi maniakami wielkości i ich dworem jakoś funkcjonować. Współczuję ludziom z manią wielkości - w istocie są dość samotnymi, otoczonymi "sztucznymi" przyjaciółmi ludźmi. Współczuję ludziom z dworu królewny czy królewicza. To musi być bardzo smutne żyć jako osoba tchórzliwa, dwulicowa, żyjąca pod dyktando zachcianek innych.

Zabawa w wojnę - sposób spędzania czasu przez dzieci od około 5. roku życia. W wojnę mogą bawić się chłopcy i dziewczynki, choć częściej obserwuje się w tej zabawie chłopców. Zabawa ta nie podoba się dorosłym, z uporem maniaka zabraniają dzieciom biegać z skonstruowaną przez siebie bronią i udawać, że strzelają. Tłumaczą przy tym swoim i cudzym dzieciom, że zabawa w zabijanie jest zła i że tak bawić się nie wolno. Dorośli obawiają się, że takie działania dzieci będzie w nich wzbudzać i potęgować (może nawet w przyszłości) zachowania agresywne. Według autorki jest to trochę po nie w czasie, ponieważ jeśli dzieci już zaczęły się w wojnę bawić, to pewnie już jakaś agresywność w nich jest. Więc może trzeba od niemowlaka zapobiegać zabawie w wojnę? Osobiście (moje zdanie nie przedstawia ogólnego stanowiska środowiska pedagogicznego, jest tylko i wyłącznie moim prywatnym) uważam, że należy sprawę zostawić taką, jaka jest. Dzieci bawiły się w wojnę (strzelanie, bitwę, pojedynek...) od zawsze. Zmieniała się tylko broń. Najpopularniejszym był i jest patyk - długi może być szablą, mieczem, karabinem, krótki świetny jest w roli pistoletu, sztyletu czy innej kosmicznej broni. Teraz dzieci mają też do dyspozycji klocki, z których tworzą swoje uzbrojenie. I biegają, wydając charakterystyczne dla swojej broni odgłosy. Co jakiś czas któryś padnie, że niby go zabili. I wyjąwszy wszelką ideologię (która w definicji jakiejkolwiek zabawy nie występuje) na tym i tylko na tym to polega. Na bieganiu, wydawaniu odgłosów i padaniu. Dzieciaki w miarę bezpieczny sposób pozbywają się nadmiaru energii, wchodzą w interakcje z innymi, ustalają zasady swojej zabawy i kto nie żyw, ten leżeć musi. Nie biją się naprawdę, nie robią sobie i innych krzywdy, a jedynie oko dorosłego to kole. Ale dorosły wiadomo - pamięć ma krótką i nie pamięta, że sam się w taką zabawę bawił i jakoś na ludzi wyszedł (no bo że wyszedł, sam nie ma najmniejszej wątpliwości).
Autor czuje się w obowiązku dodać jeszcze, że nie popiera kupowania dzieciom prawdziwie wyglądających broni, bo i pieniędzy szkoda i wyobraźnię dziecka to ogranicza. Podobnie z grami komputerowymi w strzelanie - odpada wtedy walor biegania, interakcji z innymi. Ale to już inna historia...

sobota, 12 kwietnia 2014

modlitwa

Nie wiem, w którą stronę zwrócić się mam w mej modlitwie błagalnej... Do góry? Tam, gdzie słońce, chmury, gdzie podobno bóg jakiś mieszka? A może ku dołowi, do matki ziemi, która na swych barkach nosi wszelkie trudy i problemy ludzkości od zarania dziejów? A może mam swe modły zwrócić ku sobie, do środka, w samo sedno jestestwa mego, aby duch mój, porozumiawszy się z rozumem i emocjami dał mi, to czego potrzebuję? Może do gwiazd, kosmicznej energii, z którą podobno jednym jesteśmy? No nie wiem - taki to problem człowieka, który nie wiem w co i czy w ogóle wierzy. Wyśpiewam więc swą modlitwę tutaj, bez wznoszenia rąk do czegokolwiek, w nadziei, że puszczona w eter trafi w dobre miejsce.

Bo ja się, o Wielki, nie mogę pozbierać. Wiosna niby za oknem, piękna pogoda, słońce energii powinno dodawać. A ja co? A ja śpię w środku, chrapię na całego. Powieki mam ciężkie, cały dzień walczę z chęcią zaśnięcia i przespania całego dnia. Cała śpię. Mój mózg zasypia nad książką, przytulając się do skupienia, więc zrezygnowane ręce odkładają książkę na półkę, na później. Jelita na spółkę z pęcherzem zasypiają (ja przepraszam tych wrażliwszych) na sedesie, odmawiając pełnienia swych, przypisanych przez naturę, funkcji. Nogi na buty patrzeć nie mogą, mówią, że najlepiej im się odpoczywa w skarpetkach, w pozycji co najmniej poziomej. A ręce? Ręce by tylko drapały ciało to tu to tam, brodę podpierały i unikały wszelkich czynności porządkowych. Włosy od nasady siwieją, lakier od paznokci odpryskuje, bo mu się podłoża nie chce trzymać mocniej, a tatuaż się leniwie goi. Pryszcze gromadnie na twarz mi wychodzą, działaniu maści się opierając, bo im się tak chce bądź nie chce. Żołądek trawienia odmawia, apetyt miast rosnąc w miarę jedzenia, zastrajkował haniebnie, więc na jedzenie patrzeć nie mogę. Serce uderza nieco wolniej, a energia wszelka porami mi wychodzi zamiast potu.
Buty moje oblały się jakimś nieznanego pochodzenia rumieńcem (żeby było ciekawiej, to tylko jeden but z pary), oblał się tak z góry do dołu i żadne zabiegi myjąco-peelingujące pomóc nie chcą i but jest nie do noszenia. Zresztą i tak mi się nie chce nigdzie wychodzić.
Kosmetykom kolorowym dałam dziś wolne, testując swoją wytrzymałość na widok pryszczy niczym nie pokrytych. W głowie coś mi dudni dudum dudum, tuż nad brwiami, więc jak mrugam oczami (choć mi się nie chce), to mnie boli.
Mówić dzisiaj do mnie nie ma sensu. Bo mi się gadać nie chce. Moje słowa mają dzisiaj wychodne, poszły gdzieś polatać po świecie, nowych związków frazeologicznych poszukać. A niech się gadułki trochę zabawią, co mi tam - to, że mnie się nie chce, nie oznacza, że innym zabraniam. Kazałam im wrócić jak najprędzej, zobaczymy, z czym przyjdą. Przytulić się można, byle nie za często, bo ciało moje wzbrania się dzisiaj przed tłumem. Lubi i owszem pobaraszkować, ale jeśli ma się wyspać, to musi mieć dla siebie sporo miejsca, wzdłuż i wszerz. Uszy kładą się po sobie, oczy w jeden punkt wpatrują. Nawet siły nie mają, żeby tak w prawo, w lewo, w prawo...

Najchętniej bym usiadła gdzieś w ciepłym i odosobnionym miejscu i bym tam siedziała. Nie wiem, jak długo. Do skutku. Do wielkiej pobudki wszelkich funkcji ciała mego. Czy jest, o Wielki, ratunek jakiś dla mnie? Czy dasz mi odpowiedź zanim znowu zasnę....?



piątek, 11 kwietnia 2014

i klaszczemy głośno na końcu

Żyć z czegoś trzeba, dlatego każdy zarabia jak może. A że człowiek jest istotą o mniej lub bardziej rozwiniętym pancerzu moralnym, lubi myśleć, że sposób, w jaki zarabia jest przynajmniej zgodny z prawem. To jednak nie wystarcza, żeby na rynku przepełnionym konkurencją w codziennych targach i przetargach sprzedać właśnie swój towar. Aby zdobyć klienta, trzeba być:
a) oryginalniejszym,
b) szybszym,
c) bardziej namolnym.
Sprzedawcy dóbr wszelakich nie wahają się pukać do każdych drzwi. KAŻDYCH. I jeśli podejrzewacie, że mam na to jakiś przykład, to oczywiście się nie mylicie. Ba, ów przykład właśnie sprowokował mnie do napisania tego tekstu. Ten wstępik to tylko tak, żeby zabajerować, zabłysnąć jakoś elokwencją i zdaniami złożonymi - słowem, żeby ten tekst wam jakoś sprzedać :)

W istocie mogłabym ten wpis zacząć tak:  obwoźne "teatrzyki" odwiedzające przedszkola i za niemałe pieniądze przedstawiające swoje dwuosobowe "przedstawienia" te jedna wielka żenada. Ja wiem - podobno niełatwo jest aktorom (przyznam, że z trudem przechodzi mi przez klawiaturę słowo "aktor" w przypadku rzeczonych komediantów). Pracy nie ma, seriale przepełnione, teatry bez etatów - a żyć za coś trzeba. No to przyatakujmy przedszkola. Rodzice lubią jak się coś w tych placówkach dzieje, im więcej tym lepiej - ma się wtedy wrażenie, że dziecka rozwija się z każdą godziną spędzoną poza domem. Skleci się kilka wystąpień, płachtę z tłem zawiesi się na sznurku, jakaś piosenka (z płyty oczywiście), strój z futerka czy z Tesco i jedziemy. Roześle się oferty mailowo po przedszkolach, to nic nie kosztuje - niejeden dyrektor skorzysta, żeby potem chwalić się na stronie internetowej, że "dużo u nas jest teatrzyków, co najmniej jeden miesięcznie". Jeździć do teatrów stacjonarnych wiadomo, że nie zawsze się chce, bo to wyprawa zawsze się robi. Nie ma to jak teatr na dywanie w sali.

I się zaczyna. To, że nie jeden aktorzyna na taki pomysł wpadnie to pewne. Trzeba zrobić tak, żeby być kupionym. Myśl! Po pierwsze, musi być dydaktycznie. Tak, nauczycielki lubią, kiedy jest dydaktycznie, jakiś temacik sobie sklecą przy okazji i mają z głowy. A więc można by na przykład o zdrowym odżywianiu, o nie rozmawianiu z nieznajomymi, o leniuchowaniu, że złe jest. Cztery pory roku to bardzo dobry temat, jak zimę wezmą, to wiadomo, że pozostałe trzy pory roku też ich skuszą, a o tym gada się co roku... Segreguj śmieci. Dobrem zło zwyciężaj. Bądź koleżeński. Słodycze psują zęby.... Sztuka w służbie nauce, to powinno chwycić. Po drugie - niech będzie komicznie. Jak nauczycielki widzą, że dzieci się śmieją, to chcą więcej. Trzeba jakieś żarciki do tekstu wrzucić, przewrócić się z trzy razy, potknąć o coś, lapsus słowny wtrącić. Świetnie, to już mamy. Po trzecie wrzucić by trzeba jakieś piosenki. No nic, tu się zainwestuje, podkład muzyczny nagra, się zaśpiewa. I nie wolno dać o sobie zapomnieć. Nie można ustać w słaniu ofert, konieczne są słowa profesjonalny, autorski, tani i uczący. Zrobi się ze trzy spektakle i objedzie się z nimi całą Polskę. Po roku zapomną, co było, dzieci się w przedszkolu zmienią, to się z tymiż spektaklami wróci. No, pasuje.

Tylko, że mnie wcale nie pasuje. Ja przepraszam, ale mnie te teatrzyki łagodnie mówiąc irytują. Zawsze jestem przeciw, uważam, że to pieniądze wyrzucone w błoto. Według mnie lepiej raz pojechać do teatru na porządne przedstawienie, niż co miesiąc oglądać szmirę. Z reguły wygląda to tak: płachta z namalowanym obrazkiem wywieszona na stojakach, dwóch "aktorów", którzy szybko za tą płachtą się przebierają, jak jest potrzeba, raz mówią jakimś tam wierszem, raz prozą, niewybredne żarty rzucają - generalnie wypaczają jakiekolwiek poczucie smaku u tych nic niewinnych istot, jakimi są dzieci. A te tematy? Błagam! Mnie zawsze bardziej pasowała Młoda Polska z jej sztuką dla sztuki, niż Pozytywizm czy Romantyzm z ich sztuką na sztandarach w służbie czemuś tam. Uważam, że sztuka jest po to, żeby jej odbiorca coś przeżył, poczuł i chodził z tym później jakiś czas, a nie po to, żeby nauczył się prawidłowo myć zęby. Te moralne przesłania, którymi występujący w mało subtelny sposób kończą swoje przedstawienia po prostu mnie osłabiają.

Poza tym, proszę państwa, ja mam za sobą traumatyczne przeżycie, kiedy to pani w roli łabędzie, podnosząc dość często ramiona do góry w tańcu pseudo-baletowym, jechała smrodem potu na całą salę, że aż nos wykręcało. A ja siedziałam w "pierwszym rzędzie"....  Brrrr. Na każde wspomnienie wstrząsa mną dreszcz obrzydzenia.

Podsumowując, jestem przeciw. Wyjątkiem są dla mnie tak zwane koncerty, kiedy to wykonawcy przyjeżdżają z prawdziwymi instrumentami, pokazując ich wielość, różnorodność brzmienia, bywają śpiewacy z prawdziwej sceny operowej czy tancerze. No, nie najgorzej. Ale tak poza tym, to jestem w opozycji, omijając "pierwsze rzędy", jak tłumu w tramwaju w upalny dzień.

Kłaniam się nisko i dziękuję za uwagę.


niedziela, 6 kwietnia 2014

dzisiaj

Uch, chęć, żeby coś napisać chodzi za mną już od dłuższego czasu. Tylko pomysłu na tekst nie mam żadnego. Czy to możliwe, że moje życie jest tak nudne, monotonne i przewidywalnie rutynowe, że nie ma już w nim niczego, co nadawałoby się do druku? Hy? Robię wszystko, by tak o nim nie myśleć, rozglądam się dookoła, szukam ciekawych wydarzeń, eventów godnych opisania. Jacyś ciekawi ludzie? Zaskakujące wydarzenia?? Cokolwiek??? Hej, wołam! Jestem gotowa na niespodzianki! Żyyycie!!!

Ok, nie szukajmy daleko, opiszmy dzisiejszą niedzielę. No nie może być tak, że 10 godzin z mała minęło mi na niczym. Pomyślmy. Obudziłam się dziś dość późno jak na mnie, odsypiając zapewne poprzednich 6 ranków, w które wprowadzał mnie brutalnie dźwięk budzika. Wstałam o dziwo, nie budzona przez własnego syna - oto jest, niespodzianka nr 1! Szeleszcząc folią przeszłam do łazienki dokonać porannych ablucji. Folią zresztą szeleszczę dzisiaj cały dzień. Ha, nie spodziewaliście się tego, co? Czyżby niespodzianka nr 2?
A i owszem, mam dzisiaj coś, czego nie miałam jeszcze dwa dni temu. Mam tatuaż, o który dbam jak przykazał tatuażysta (Zibi, pozdrawiam serdecznie!). Co 5 godzin obmywam mydłem, osuszam ręcznikiem papierowym, smaruję bepanthenem i owijam folią. Właściwie to mąż folią owija, cierpliwie i regularnie, bo mnie lewą ręką nieco niewygodnie. Mąż mojego tatuażu nie lubi, generalnie nie lubi żadnego "body-artu", ale mówi, że najważniejsze, że mi się podoba i bez słowa skargi folią mnie owija. Fajnie, co? Powiem wam, że cieszę się z tego tatuażu jak dziecko i nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła pokazać go światu bez foliowej szybki. Już niedługo.

No dobrze, czyli szeleszczę dzisiaj folią. Co jeszcze.... No to może zagadka: ile można mówić o butelce ice tea i jej zawartości? Otóż dużo, bardzo dużo. Niespodzianka? Oj, cholerna niespodzianka. Wkurzająca. Otóż mój syn, pijąc wspomniany wcześniej napój w jadłodajni na tak zwanym mieście, nawijał o niej irytująco dużo. Mhm, jaka zielona butelka. Łał, jaki pyszny smak, taki miętowo-orzeźwiający. O, zielona, butelka i zakrętka. Pyyyszna. Chcesz spróbować? Nie, dziękuję. Mniam, pyszna. Napój niegazowany, najlepiej pić schłodzony. Mniam, taki cytrynowy jakby, orzeźwiający. Miętowy. Och, proszę, przestań mówić, bo ci tą butelką zaraz przywalę! Skąd w nim tyle słów? Po co?? Ja przepraszam, ja pewnie grzeszę, ale czasami mam już dość jego blapaplaniny. Rozwala każdą wypowiedź na milion zdań, każdą swoją czynność opisuje ze szczegółami godnymi naukowca.
A może chcesz spróbować? Jest taka pyszna...

A potem zrobiłam ciasto, właśnie piecze się w piekarniku. Już czuję jego zapach, może się uda. Pierwszy raz je robię. Jakie? Ok, powiem wam w tajemnicy, ale zaklinam na wszystko, w co wierzycie, nie mówcie mojemu synowi. Jak nie będzie wiedział, z czego jest zrobione, są większe szanse, że spróbuje i że nawet mu posmakuje. Oficjalnie - ciasto jest bez żadnych owoców i warzyw. Choć w istocie jest inaczej. Jest z warzywem. Na "m". Warzywo jest koloru pomarańczowego, w naturze ma kształt podłużny, do ciasta zostało starte. W przepisie (Karina, pozdrawiam!) kazano zetrzeć "m" na najmniejszych oczkach, czego zrobić nie mogłam, gdyż posiadam tarkę o jednej tylko ściance, wybór wielkości oczek wykluczającą. Zobaczymy. W ogóle takie tarcie warzyw twardych jest stresujące. Po jednej stronie moja dłoń ze świeżo umalowanymi paznokciami na kolor czarny, a po drugiej stronie, niepokojąco blisko, narzędzie ostro zakończone. Donoszę, że paznokcie ze starcia wyszły cało :). O, czyżby niespodzianka nr 4? Ciasto pachnie wyśmienicie, nawet urosło, zapowiada się pysznie.

I tak.... Protokół jeszcze dzisiaj napisałam, bo taką fuchę w tym roku dostałam. Nudne i tylko pani jakiejś tam kurator do szczęścia potrzebne, ale zrobić trzeba. No to zrobiłam. Potem przygotowałam się na jutrzejsze zajęcia z jednym chłopcem (Filipku, pozdrawiam!), czego sensu akurat odmówić nie można.
O smarowaniu tatuażu maścią już mówiłam? Ach, no tak, o tym już było... Włosy dziś myłam (Dawid, pozdrawiam!) i ten tego... tatuaż.. A nie, to już było ;). Bo ja się tak cieszę z niego, że mówię wam...

No, i to by było z grubsza tyle. Nie tak źle, co? 4 niespodzianki, kilka osób do pozdrowienia. Dodam jeszcze kawkę na mieście z synem i mężem, w piękny słoneczny dzień.... No tak mi zeszło, choć jeszcze wieczór przede mną, kto wie, co się może wydarzyć.

A, i na ciacho bez owoców i warzyw chętnych zapraszam. Przy okazji tatuaż pokażę ;)


niedziela, 30 marca 2014

rzut oka na mężczyznę

Mężczyzna

Lubię, kiedy śpiewa przy akompaniamencie fortepianu. Może na nim grać, ale nie musi. Może stać obok lub siedzieć na takim wysokim krześle, trzymać mikrofon i śpiewać. Nie może to być jednak byle jaki mężczyzna. Elton John na ten przykład odpada i bynajmniej nie ze względy na swoją orientację seksualną. Ona nie ma w przypadku mężczyzny z fortepianem żadnego znaczenia. Ja bardzo przepraszam sir Eltona, ale mi nie odpowiada zarówno jego aparycja zewnętrzna jak i głos, którym śpiewa. Mimo fortepianu. Mnie przy takim fortepianie bardziej pasuje na przykład Adam Levine śpiewający "Sad". Piękny, szczupły, wysoki i z soulowym zacięciem. Jak go słyszę, to nawet widzieć nie muszę, żeby się wzruszyć i zamarzyć, że tam, obok niego sobie siedzę i słucham. Jak mi zaśpiewa w złym dniu mojego cyklu albo w depresyjny dzień trafi, to i poryczeć się mogę. Elton John tak na mnie nie działa. Mimo fortepianu.

Nie lubię, kiedy jest byle jaki. Pan ByleJaki ubiera się bez polotu i koncepcji. Byle spodnie nie piły w kroku, nie tarzały się po ziemi i z tyłka nie spadały - jest dobrze. Bluzkę co rano obwąchuje - jak nie śmierdzi potem - znaczy, że się nadaje. Mówiąc bluzkę, mam na myśli t-shirta, w ciemnym kolorze, obszernego (pewnie o rozmiar za duży, ale za to brzuch się nie odznacza), może być z napisem z przodu lub bez. Taki i taki do dżinsów pasuje, a i z bluzą szarą się nie gryzie. Do tego buty w fasonie sportowo-wyjściowym, plecak i gotowe. No nie lubię. Nie ma on w sobie niczego interesującego, oko nie ma się na czym zaczepić. Spojrzę jedynie obojętnie i przejdę dalej.

Lubię, kiedy w spojrzeniu ma to coś. Nie jest to figielek, pożądanie czy podziw dla urody kobiecej.  Nie, nie o to mi chodzi. Myślę raczej o spojrzeniu, które mówi "jestem inteligentny, wiem, czego chcę, podobasz mi się, mogę z tobą spędzić trochę czasu, ale nie dam ci wejść sobie na głowę". To coś w spojrzeniu faceta powoduje, że wydaje się on silną, pewną siebie, ale jednocześnie serdeczną i szczerą osobą. Wspomniany wcześniej Pan ByleJaki nie umie tak patrzeć. Gdyby umiał, gdyby miał to coś w sobie, to by tak nie wyglądał. Bo to COŚ w spojrzeniu to nie tylko błysk w oku, ale całość faceta: jego wygląd, głos, brak plecaka i koszmarnej fryzury. Z takim mężczyzną mogłabyś rozmawiać bez końca i o wszystkim. Ma w sobie coś z kobiety - rozumie ciebie i nie boi się "babskich" tematów, ale jednocześnie jest stuprocentowym mężczyzną, przyjacielem, na którym zawsze możesz polegać. Ta subtelnie wysmakowana mieszanka kobiecych i męskich cech zdarza się niestety rzadko wśród samców rasy ludzkiej. A szkoda.

Nie lubię, kiedy daje się wodzić kobiecie za nos. Matce, babci, siostrze, żonie czy teściowej. Nie jest wtedy mężczyzną, ale synalkiem, wnusiem, braciszkiem, mężulkiem. Brrr, ohyda! Nie da się tego nijak strawić, nawet popicie sporą ilością wina nic nie pomoże. Ciągnie się toto, paprze, w gardle staje. Szukasz w nim faceta, człowieka jakiegoś, szukasz kształtu, choć jednej twardej części, jakiegoś oparcia czy cechy stałej, ale nijak w tej mamałydze nie możesz tego znaleźć. Zdania swojego nie ma. Nosi, co mu matka/żona/siostra kupi, kumpli do domu nie zaprosi, bo mu nie wolno, a poprosić o zgodę się boi. Woli święty spokój, obiad mieć ciepły na stole, skarpety wyprane.

Widziałaś, poznałaś innych? Nie wątpię, jest tych facetów cała masa, choć podobno kobiet jest więcej. Jedni są wysocy, drudzy niżsi. Ten lubi sobie wypić w nadmiarze, tamten na każdym kroku poucza o szkodliwości picia alkoholu. Ów ciągnie cię do ślubu, a owemu do żeniaczki się nie spieszy. Są typy sportowe, kanapowe, mięsożerne, wegetariańskie, smarujące twarz kremem i kremu unikające jak diabeł święconej wody. Jeden uścisk dłoni ma porządny, mocny i ciepły, inny chwyci zaledwie twoje palce u rąk, potrząsając nimi góra-dół. Są osobniki, które meczu żadnego nie opuszczą, wiecznie kanały sportowe oglądające. A tuż obok nich żyją typy książkowo-komputerowe, z nosem zawsze nisko, w okularach, nieczuli na sportowe emocje. Pewien procent umie tańczyć, śpiewać, gra na różnych instrumentach - pozostały ułamek ma ucho i stopy przez słonia nadepnięte i poczucia rytmu żadnego. Niektórzy lubią pakować na siłowni, inni wybierają rower, a jeszcze inni preferują rozrywki stacjonarne, jak gra komputerowa czy film.

Jest ich tylu, że trudno zliczyć. Mają swoje wady i swoje zalety. Raz są wkurzający, a raz potrzebni od zaraz. Różnią się kolorami włosów, oczu czy długością przyrodzenia - ale to to już normalnie, tak jak u ludzi... ;D


środa, 26 marca 2014

cena pewnej znajomości

Ja i pieniądz to nie jest dobry pomysł na związek. Bo choć jedno z nas chce bliskości, wielości doznań i bogactwa doświadczeń, to drugie jakby się lekko miga. Tą stroną, która chce i pragnie jestem ja. Po drugiej stronie stoją monety i banknoty. Proszę jednak nie myśleć, że pragnę ich i pożądam dla ich wyglądu błyszczącego, dla ubrania szeleszczącego czy dla kształtu ergonomicznego. Nie jestem w końcu taka pusta. Jak kogoś kocham, to oddaję się przede wszystkim temu, co mój wybranek nosi w sobie, ów potencjał, wartość nie zawsze mierzalną, dla każdego inną i mało oczywistą. Nie interesuje mnie, czy banknot jest cieplutki, prosto z bankomatu czy też fałdy nosi i ślady używania. To wszystko nic w porównaniu z tym, ile mogę w takim związku otrzymać.

Tylko dlaczego on mnie nie chce? Bo chyba mnie nie chce... Ech, pamiętam nasze pierwsze nieśmiałe spotkania - kiedy sobie o tym pomyślę, to dreszcz przyjemności przechodzi mi po plecach. Młoda wtedy jeszcze byłam, smarkula można powiedzieć. Nowe miasto, studia, ich koniec, pierwsza praca. Spotykaliśmy się regularnie, najintensywniej w początkach każdego miesiąca (nauczycielki tak mają...). Był delikatny, nie zmuszał mnie do niczego, nie namawiał. Kiedy widział moje wahanie, ową niepewność, czy mi wolno, czy aby nie chcę dla siebie za dużo - delikatnie, małymi kroczkami oswajał mnie ze sobą. Na początku zabierał mnie w miejsca mało zaludnione, żeby nie powiedzieć tanie. Nie chciał mnie szokować wysokimi cenami, mamić pięknymi tkaninami czy ciekawymi książkami. Mówił, że na wszystko przyjdzie czas, że nie muszę się spieszyć, że nikt nas nie goni. Ach, piękne to były czasy. Wydają się takie odległe.

Taki początek powinien wróżyć długą i bezproblemową przyszłość, prawda? Oj, wiem, że nigdy nie jest przez cały związek tak, jak na początku. Motylki w brzuchu mijają,  człowiek w końcu zaczyna spać po nocach, odczuwać głód. Wiem o tym. Miłość zmienia swoją postać, staje się bardziej dojrzała, spokojna, co nie oznacza jednak, że przestaje być miłością. Chyba miałam prawo oczekiwać, że z nami też tak będzie?
I owszem, z mojej strony mogę zaręczyć, że pragnienia nie zgasły, odczuwam je może nawet silniej niż na początku. Nie znudziły mnie nasze spotkania, wyprawy wspólne do sklepów, serfowanie po necie w poszukiwaniu okazji. Czasami zastanawiam się, czy on mnie aby nie zdradza? Czy pan pieniądz nie ma kogoś na boku? Wpada w początkach każdego miesiąca - to się nie zmieniło. I wtedy jest jakby sobą - odświeżony, gotowy, pociągający i niewymuszenie atrakcyjny. Tylko że potem z każdym dniem jest coraz gorzej. Znika na coraz dłuższe okresy czasu, wymyka mi się z rąk, ma wrażenie, że mnie unika. Snuję się wtedy po salonach sprzedaży, po księgarniach, sklepach z ciuchami, samotna i bezradna. Omijam je omiatając jedynie wzrokiem wystawy, bo wiem, że bez niego niewiele tu wskóram, a przeglądać ciuchów bez niego nie lubię. Jest mi smutno, tęsknię. Patrzę na innych, na ich reklamówki wypchane - niosą je na wierzchu, żeby swoim szczęściem jeszcze bardziej mnie dobić. Jakby nie mogli złożyć tego jakoś, no  nie wiem, schować gdzieś, albo zamówić dostawę do domu. Nienawidzę ich wtedy. I nienawidzę jego. Jak mógł mnie znowu tak zostawić? Po co przyłaził na początku miesiąca, skoro nie miał zamiaru być ze mną do jego końca?! Może przestraszył się, bo zaczęłam napomykać o rozmnażaniu? O powielaniu? Żeby nie zamrażać tego, co można zwielokrotnić? Pewnie uważał, że to za bardzo go ze mną zwiąże, że wtedy to już jakby ostatecznie. No ale przecież miłość się ostateczności chyba nie boi, nie? Nie chodziło mi przecież o nadmiar, bardziej o trwałym zaklepaniu tej dziury jakiejś, która wraca ciągle i nie daje się niczym skleić. Kobieta się we mnie odezwała,  ów instynkt, by zachować fason do końca, owa potrzeba, by nie obudzić się za późno i żeby nic mnie w życiu nie ominęło. Czy to tak wiele? Nie wiem.

Mówią, że pieniądz nie może dać mi szczęścia. Że to tylko tak na krótką metę, na pewno nie na całe życie. Może i racja. Może czas urwać tę i tak cienką i nadwyrężoną już nić, która nie tyle nas ze sobą łączy, ile wiąże. Jeszcze inni mądrzy mówią, że to tylko ja już tę nić trzymam, że on tylko tak dolatuje od czasu do czasu, pociąga z lekka, żeby uśpić moją czujność, podsycić pragnienia, żebym o nim jednak nie zapomniała. Bo on lubi za sznurek pociągać. Może...

Ostatnio z moim synem zastanawialiśmy się nad tym, dlaczego wszystko, co smaczne, przyjemne i pożądane z reguły jest niezdrowe?