Ne wiem, czy wy też tak macie, ale jej zdarza się to często. Mówiąc "często" nie mam na myśli, że regularnie, dajmy na to codziennie, co godzinę czy raz w tygodniu. Pisząc "często" mam na myśli, że za każdym razem, kiedy nadarzy się ku temu okazja.
Zanim wyjaśnię, o co mi właściwie chodzi i w czym sęk, pozwólcie, że trochę wam o niej powiem. Niewiele, tyle zaledwie, ile musicie wiedzieć, żeby pojąć, w czym rzecz.
Na pewno nie jest alfą i omegą (któż zresztą jest), nie jest nawet wybitnie utalentowana w żadnej dziedzinie. Ot, przeciętna Ona, choć nie można jej odmówić pewnych sprawności. Są takie dziedziny życia, jej życia, z którymi czuje się dobrze. Lubi być blisko tego, co sprawia jej przyjemność i wtedy własnie czuje się kimś, kto ma coś do powiedzenia. Ostrożna byłabym w szafowaniu słowami, ale są nawet momenty, takie ciche i raczej dość osobiste i samotne, kiedy czuje się nawet wyjątkowa, UMIEJĄCA. Nie lubi o tym mówić, choć przecież każdemu z nas sprawia przyjemność usłyszeć, że coś tam nam się udaje i to nawet całkiem dobrze.
Niestety, brakuje jej cechy, która chroniłaby ją w tych momentach, o których zaraz opowiem - nie ceni sama siebie. Nie potrafi być POMIMO. Te przyjemne momenty, w których zaczyna czuć, że coś potrafi, bardzo łatwo ulatują w PORÓWNANIU.
Oj tak, niewiele trzeba. Zdarzyło wam się (pewnie parę razy), że zabrakło stopnia tam, gdzie się go spodziewaliście? Schodzicie po schodach, miarowo, bez namysłu - organizm zapamiętuje wysokość stopni, przyzwyczaja się do ich powtarzalności i tylko w pewnym momencie myli się w rachunkach - myśli, że stopni jest 9, a jest ich o jeden mniej. Mieliście tak kiedyś? Ten krótki moment przestrachu, przyspieszenie oddechu, jakby groził nam upadek do jakiejś głębokiej dziury. A to tylko stopnia brak. Na nasze szczęście po sekundzie, góra trzech, parametry wracają do normy i zapominamy o incydencie.
Ona tak nie umie. Nie, nie, nie mam na myśli, że przejmuje się brakującymi stopniami dłużej niż zwykły śmiertelnik. Ze schodami akurat radzi sobie podobnie jak większość z nas. Chodzi mi raczej o to uczucie ZAGROŻENIA spadkiem, które pojawia się na sekundę. A jej to zdarza się często. Zawsze wtedy, kiedy w swojej małej szczęśliwości poczucia bycia kimś nagle odkrywa kogoś, coś, co świadczy o tym, że jest ktoś lepszy, śmielszy, bardziej pomysłowy, bardziej energiczny, bardziej oczytany, osłuchany, ubrany, wygadany... Właściwie trzeba by tutaj wymienić wszystkie przymioty, jakimi może szczycić się człowiek. I niewiele jej trzeba - wystarczy impuls, wzrokowy, słuchowy, działający na węch, na dotyk. Nagle, bez ostrzeżenia, jej niskie poczucie własnej wartości wali ją z pięści prosto w brzuch. Boleśnie. I czuje, że spada. za każdym razem cholera tak samo. Niczego się nie uczy, na nic nie uodparnia, niczego nie przesiewa przez sito własnego rozumu. W sekundzie czuje, że znika wszystko, na czym zbudowała swój świat, swoją osobę, swoje życie. Cieniutko, prawda? Żyć na czymś, czego nie ma? Budować z cienkich patyczków dobrego samopoczucia, które z łatwością łamią się pod ciężarem tego, co potrafią inni ludzie? Jebs! I leży, skulona w embrionie swojej małości, miałkości i żałości.
Spokojnie, wstanie. Zapomni jako tako. Na tyle, że da się jakoś z dnia na dzień.... I śmiech mnie tylko ogarnia, jak sobie pomyślę, że ten scenariusz NA PEWNO się powtórzy. Głupiutka ona znowu za jakiś czas zacznie układać swoje patyczki w szałas, w którym zacznie tworzyć swoje koraliki, wierszyki i szkice. I jak już poczuje, tak troszeczkę, że może coś tam umie, że nie jest beznadziejna... Wiecie, co chcę dalej napisać, prawda?
Macie dla niej jakąś radę? Jakieś słowo? Nie żeby mi jakoś zależało, ale w sumie, jak już jest na tej ziemi i żyć jej przyszło, to szkoda, żeby się powietrze niepotrzebnie marnowało... Niech się tak ze sobą nie męczy. No nie wiem - niech siebie polubi? Jak mówicie?
sobota, 29 listopada 2014
niedziela, 16 listopada 2014
looking for
Poszukiwaczka - chyba tym zawsze była, jest i, nie daj boże, będzie. Zaczęło się jakieś 20 lat temu, może trochę później, ale jak już, to niewiele. Zaczęła nieświadoma swego szukania - tak to zwykle bywa u nastolatek. Niejako biologicznie są do tego predestynowane, żeby szukać: swojego stylu, znajomych, ulubionych książek - no słowem, jak to mówią, zaczynają szukać siebie. Tylko, że celem natury jest raczej, żeby znaleźć, przynajmniej na jakiś czas, coś, co będzie na pewno SWOJE, prawdziwe. Wiadomo, człowiek przechodzi przez różne fazy w swoim życiu, często to, co znalazł wcześniej przestaje mieć znaczenie, no nie wiem, ze względu na wiek, przeprowadzkę, skończone studia czy zaczętą pracę. Sprawa oczywista. Wtedy człowiek musi zaczynać poszukiwania od nowa, choć już nie z punktu zerowego, wchodzi wyżej, głębiej, w nową jakość, ale i z owym bagażem doświadczeń, które go definiują i pomagają szukać. Kto wie, może kolejne poszukiwania są łatwiejsze - w końcu nie raz się już szukało, prawda?
A (nigdy nie zaczynaj zdania od "A") z Poszukiwaczką jest problem. Problem, który zwie się BRAKIEM. Rezultatu, olśnienia, ulgi, dojścia do celu, znalezienia. Ona, mili czytacze, nigdy nie znalazła. Proszę nie mieć wątpliwości - ona naprawdę szukała wszędzie. Wprawdzie z początku nie martwiła się tym wcale - nie bardzo była świadoma tego, że szuka, więc niejako jasnym jest, że brak znalezienia nie obchodził jej zbytnio. Do czasu. Bo Poszukiwaczka głupia nie jest. Zaczęła dostrzegać, że inni jakby szukają i jakby znajdują. Takich łatwo w tłumie zobaczyć. Nie szamoczą się na co dzień z życiem, są z nim jako tako dogadani. Nie popadają w płacz bez powodu, nie siedzą w ciemnościach w nadziei, że nikt do pokoju nie wejdzie, nie biorą wszystkiego, co napotkają, tylko dokonują WYBORU. Poszukiwaczka zaczęła się z tym czuć naprawdę źle, zwłaszcza, że dobiegała wieku, w którym z reguły ludzie mają ODNALEZIONE.
Jako się rzekło, szukała wszędzie. Zaglądała w pudło gitary, w dziurki we flecie, próbowała wystukać na klawiszach pianina. Nic. Szukała w jedzeniu i w niejedzeniu. We włosach koloru rudego, czarnego i blond. Zgoliła nawet głowę, bo pomyślała, że może to coś jest tuż przy skórze głowy. I znowu pudło. Szukała w muzyce takiej, śmakiej i owakiej - znowu nic. Ok, pomyślała, może dadzą mi to dzieci, one są takie niewinne, radosne, nieskażone jakby. Najpierw spróbowała z dziećmi cudzymi, pomyślała, że tak bezpieczniej. A potem przyszło jej do głowy, że może to chodzi o to właśnie, żeby bezpiecznie nie było i wydała na świat dziecko własne. Szukała w jego oczach, rączkach malutkich, stópkach. Nic. Czekała, dziecko rosło - zaglądała w jego pierwsze kroki, w pierwsze słowo "mama", jego przedszkolne dzieła i szkolne sukcesy - a tam śmiech pustki tylko i nic więcej. I proszę jej nie osądzać, kochała i kocha swe dziecko, ale faktem jest, że w nim nie znalazła tego, czego szukała.
Pomyślała, że może chodzi w złych butach - zmieniła na inne. Potem zaczęła się malować - twarz podkładem, oczy cieniami i tuszem, kości policzkowe zaznaczała tak, by twarz wydawała się szczuplejsza, kupiła nawet błyszczyk do ust. Dołożyła pomalowane paznokcie i rąk i stóp, stanęła taka wypacykowana i krzyknęła głośno do siebie, ale nie do siebie, szeptem "jestem TU, kurwa, a gdzie TY jesteś? KIM jesteś? JESTEŚ w ogóle? HEJ!!" Cisza. Tylko kawałek emalii z paznokcia odpadł.
Szuka wciąż. W internecie, w książkach, w czasopismach. Na YouTube, na Facebooku, na koncie bankowym i w skrzynce mailowej. W rozmowach z innymi, z samą sobą, z psychoanalitykiem. Szuka w pigułkach, tych ze szczęściem i tych ze snem. W kofeinie i teinie.
Poszukiwaczka nie jest kimś dziwnym czy niezwykłym. Prowadzi swoje codzienne życie tak, żeby wyglądać na taką, co ZNALAZŁA. Pracuje - choć każdego dnia marzy o innej pracy, z innymi ludźmi, w inny sposób. Czyta - choć wydaje jej się, że nie powinna. Zaprowadza dziecko do szkoły, odbiera je ze szkoły. Pomaga w odrabianiu lekcji. Czasami gotuje, czasami nie. Czasami je, częściej nie je. Czasami oddaje swoje ciało mężczyźnie, choć niczego wtedy nie czuje. Przyzwyczaiła się.
Czasami tylko napada ją paniczny strach, że życie ucieka, a ona nie może znaleźć. Nie chce umierać bez TEGO, nie TAK, nie do końca.
I szuka.... swojego życia.
A (nigdy nie zaczynaj zdania od "A") z Poszukiwaczką jest problem. Problem, który zwie się BRAKIEM. Rezultatu, olśnienia, ulgi, dojścia do celu, znalezienia. Ona, mili czytacze, nigdy nie znalazła. Proszę nie mieć wątpliwości - ona naprawdę szukała wszędzie. Wprawdzie z początku nie martwiła się tym wcale - nie bardzo była świadoma tego, że szuka, więc niejako jasnym jest, że brak znalezienia nie obchodził jej zbytnio. Do czasu. Bo Poszukiwaczka głupia nie jest. Zaczęła dostrzegać, że inni jakby szukają i jakby znajdują. Takich łatwo w tłumie zobaczyć. Nie szamoczą się na co dzień z życiem, są z nim jako tako dogadani. Nie popadają w płacz bez powodu, nie siedzą w ciemnościach w nadziei, że nikt do pokoju nie wejdzie, nie biorą wszystkiego, co napotkają, tylko dokonują WYBORU. Poszukiwaczka zaczęła się z tym czuć naprawdę źle, zwłaszcza, że dobiegała wieku, w którym z reguły ludzie mają ODNALEZIONE.
Jako się rzekło, szukała wszędzie. Zaglądała w pudło gitary, w dziurki we flecie, próbowała wystukać na klawiszach pianina. Nic. Szukała w jedzeniu i w niejedzeniu. We włosach koloru rudego, czarnego i blond. Zgoliła nawet głowę, bo pomyślała, że może to coś jest tuż przy skórze głowy. I znowu pudło. Szukała w muzyce takiej, śmakiej i owakiej - znowu nic. Ok, pomyślała, może dadzą mi to dzieci, one są takie niewinne, radosne, nieskażone jakby. Najpierw spróbowała z dziećmi cudzymi, pomyślała, że tak bezpieczniej. A potem przyszło jej do głowy, że może to chodzi o to właśnie, żeby bezpiecznie nie było i wydała na świat dziecko własne. Szukała w jego oczach, rączkach malutkich, stópkach. Nic. Czekała, dziecko rosło - zaglądała w jego pierwsze kroki, w pierwsze słowo "mama", jego przedszkolne dzieła i szkolne sukcesy - a tam śmiech pustki tylko i nic więcej. I proszę jej nie osądzać, kochała i kocha swe dziecko, ale faktem jest, że w nim nie znalazła tego, czego szukała.
Pomyślała, że może chodzi w złych butach - zmieniła na inne. Potem zaczęła się malować - twarz podkładem, oczy cieniami i tuszem, kości policzkowe zaznaczała tak, by twarz wydawała się szczuplejsza, kupiła nawet błyszczyk do ust. Dołożyła pomalowane paznokcie i rąk i stóp, stanęła taka wypacykowana i krzyknęła głośno do siebie, ale nie do siebie, szeptem "jestem TU, kurwa, a gdzie TY jesteś? KIM jesteś? JESTEŚ w ogóle? HEJ!!" Cisza. Tylko kawałek emalii z paznokcia odpadł.
Szuka wciąż. W internecie, w książkach, w czasopismach. Na YouTube, na Facebooku, na koncie bankowym i w skrzynce mailowej. W rozmowach z innymi, z samą sobą, z psychoanalitykiem. Szuka w pigułkach, tych ze szczęściem i tych ze snem. W kofeinie i teinie.
Poszukiwaczka nie jest kimś dziwnym czy niezwykłym. Prowadzi swoje codzienne życie tak, żeby wyglądać na taką, co ZNALAZŁA. Pracuje - choć każdego dnia marzy o innej pracy, z innymi ludźmi, w inny sposób. Czyta - choć wydaje jej się, że nie powinna. Zaprowadza dziecko do szkoły, odbiera je ze szkoły. Pomaga w odrabianiu lekcji. Czasami gotuje, czasami nie. Czasami je, częściej nie je. Czasami oddaje swoje ciało mężczyźnie, choć niczego wtedy nie czuje. Przyzwyczaiła się.
Czasami tylko napada ją paniczny strach, że życie ucieka, a ona nie może znaleźć. Nie chce umierać bez TEGO, nie TAK, nie do końca.
I szuka.... swojego życia.
wtorek, 4 listopada 2014
powrót do przeszłości
Powiem Wam coś - myślałam, że w oświacie (również w przedszkolu) pracują ludzie dojrzali, którzy głupawki szkolnych (i przedszkolnych) lat mają już za sobą. No, wiecie, co mam na myśli: to staranie się na piątkę, zbieranie pochwał od pani w worku "jestem wzorowym uczniem", zbieranie punktów, plusów, spisywanie prac domowych na kolanie na przerwie, bo przyznanie się do jej braku groziło pałą. To wszystko jest normalne, ale w życiu ucznia (dziecka) Takie zachowania zostawiamy za sobą jako całkiem fajne wspomnienia wchodząc w dorosłe życie PRACOWNIKA.
Ha! Naprawdę tak myślicie? No cóż, nie wiem, jak jest w firmach prywatnych, nie pracowałam w takowych i nie wiem, cz będzie mi dane. Ale zapraszam na mały spacer w "przeszłość" do placówki, gdzie pracują takie jak ja - nauczycielki przedszkola. Zapnijcie pasy, bo za chwilę poczujecie na sobie ten dreszcz strachu, ściskający brzuch przed klasówką z matematyki. Za chwilę zaczniecie się modlić tak jak kiedyś "żeby tylko mnie nie wybrała, żeby tylko nie mnie...". Tutaj można być wyrwanym do odpowiedzi jak jakiś uczniak, bez względu na lata doświadczeń czy staż pracy, a zdania w wypracowaniu dziennikowym będą poddane wnikliwej analizie literackiej. Gotowi? Zapraszam.
Otóż w mojej pracy musisz się mieć na baczności przed tak zwanym kuratorium, ewentualnie "tymi z oświaty". Jak by ci to wyjaśnić... Wyobraź sobie, że to towarzystwo to nauczyciele, siedzący przy biurkach w swoim "pokoju nauczycielskim". Wychodzą z niego, gdy usłyszą dzwonek "czas kogoś skontrolować" i wyruszają do klas - przedszkoli, żeby zrobić im sprawdzian. Powszechnie wiadomym jest, że ci nauczyciele znawcami są miernymi, mało który przepracował choć parę lat w przedszkolu, znają się na tym jak ja na programowaniu, ale papier mają i się swoją ignorancją nie przejmują. Jest im ze sobą dobrze, a gdy widzą, jak dyrektorzy przedszkoli trzęsą się przed nimi ze strachu, to nie widzą powodu, żeby coś w temacie swych kompetencji zmieniać. Mają wytyczne (czytaj: tony papieru, formularzy, ankiet i testów), skostniałe ciała i lubią, jak się ich częstuje kawą i ciasteczkami. Pokłony wskazane.
W każdym przedszkolu (klasie) mamy nauczycielki i tak zwany personel administracyjny (uczniowie) i dyrektorkę (przewodnicząca klasy). Przewodnicząca ma wtyki - wie, kiedy należy się spodziewać kontroli (a nawet jeśli nie wie, to i tak jej się ciągle spodziewa...). Zależy jej, żeby wypaść jak najlepiej, bo jeśli jej klasa dostanie piątkę, to ona dostanie pochwałę i będzie się miała czym pochwalić mamie i tacie. Uwierzcie mi - gdyby mogła, to zapędziłaby uczniów do malowania trawy na zielono, żeby tylko zadowolić panią z "pokoju nauczycielskiego". Owszem, można by powiedzieć, że klasa - przedszkole ma duże sukcesy na polu wychowawczym, że radzi sobie z różnymi problemami w sposób celujący, ale KOGO TO OBCHODZI?! O wiele ważniejsze jest, czy:
- dzieci w przedszkolu mają zwierzątko? (jeśli nie, to wierzcie bądź nie, ale uczniaki z przewodniczącą na czele szybko zamawiają na allegro patyczaka, żeby zwierzątko BYŁO - piąteczka murowana!),
- czy zdanie w dzienniku brzmi "układanie puzzli Bob Budowniczy" czy "Bob Budowniczy - układanie puzzli" - uwierzcie mi, te zdania się między sobą różnią, i TYLKO jedno jest prawidłowe (pytanie, czy w ogóle pisać o tym, że się puzzle układało? bo może nie pisać...),
- dzieci w przedszkolu były na dworze godzinę czy 45 minut,
- czy siedząc przy stole trzymają łokcie:
a) na stole,
b) pod stołem,
c) odkładają łokcie na bok
i tak dalej, i tak dalej.
Dorośli, zdawałoby się, ludzie... Zamiast robić swoje najlepiej jak się da, pracować z dziećmi tak, żeby przedszkole spełniało swoje funkcje - przerabiają jedno zdanie 100 razy, żeby przewodniczącą zadowolić, żeby w porównaniu z innymi klasami - przedszkolami wypaść lepiej i żeby dostać wymarzone A. Powiem szczerze, że już nie wiem, czy płakać nad tym wszystkim czy śmiać się z tego. Ucieczka jest trudna, przewodnicząca dopadnie cię wszędzie. I nawet jeśli jesteś dobrym uczniem (nauczycielką), to jeśli nie masz na to papieru, setek ewaluacji i nie potrafisz sklecić zdania tak, żeby się przewodniczącej podobało, to gówno twoje zdolności znaczą. Ot co. Szkółka dla dorosłych. Niczym koszmarny sen o maturze....
Czy ktoś ze zwiedzających ma jakieś pytania czy wątpliwości? To proszę ich BROŃ BOŻE NIE ZADAWAĆ!
Ha! Naprawdę tak myślicie? No cóż, nie wiem, jak jest w firmach prywatnych, nie pracowałam w takowych i nie wiem, cz będzie mi dane. Ale zapraszam na mały spacer w "przeszłość" do placówki, gdzie pracują takie jak ja - nauczycielki przedszkola. Zapnijcie pasy, bo za chwilę poczujecie na sobie ten dreszcz strachu, ściskający brzuch przed klasówką z matematyki. Za chwilę zaczniecie się modlić tak jak kiedyś "żeby tylko mnie nie wybrała, żeby tylko nie mnie...". Tutaj można być wyrwanym do odpowiedzi jak jakiś uczniak, bez względu na lata doświadczeń czy staż pracy, a zdania w wypracowaniu dziennikowym będą poddane wnikliwej analizie literackiej. Gotowi? Zapraszam.
Otóż w mojej pracy musisz się mieć na baczności przed tak zwanym kuratorium, ewentualnie "tymi z oświaty". Jak by ci to wyjaśnić... Wyobraź sobie, że to towarzystwo to nauczyciele, siedzący przy biurkach w swoim "pokoju nauczycielskim". Wychodzą z niego, gdy usłyszą dzwonek "czas kogoś skontrolować" i wyruszają do klas - przedszkoli, żeby zrobić im sprawdzian. Powszechnie wiadomym jest, że ci nauczyciele znawcami są miernymi, mało który przepracował choć parę lat w przedszkolu, znają się na tym jak ja na programowaniu, ale papier mają i się swoją ignorancją nie przejmują. Jest im ze sobą dobrze, a gdy widzą, jak dyrektorzy przedszkoli trzęsą się przed nimi ze strachu, to nie widzą powodu, żeby coś w temacie swych kompetencji zmieniać. Mają wytyczne (czytaj: tony papieru, formularzy, ankiet i testów), skostniałe ciała i lubią, jak się ich częstuje kawą i ciasteczkami. Pokłony wskazane.
W każdym przedszkolu (klasie) mamy nauczycielki i tak zwany personel administracyjny (uczniowie) i dyrektorkę (przewodnicząca klasy). Przewodnicząca ma wtyki - wie, kiedy należy się spodziewać kontroli (a nawet jeśli nie wie, to i tak jej się ciągle spodziewa...). Zależy jej, żeby wypaść jak najlepiej, bo jeśli jej klasa dostanie piątkę, to ona dostanie pochwałę i będzie się miała czym pochwalić mamie i tacie. Uwierzcie mi - gdyby mogła, to zapędziłaby uczniów do malowania trawy na zielono, żeby tylko zadowolić panią z "pokoju nauczycielskiego". Owszem, można by powiedzieć, że klasa - przedszkole ma duże sukcesy na polu wychowawczym, że radzi sobie z różnymi problemami w sposób celujący, ale KOGO TO OBCHODZI?! O wiele ważniejsze jest, czy:
- dzieci w przedszkolu mają zwierzątko? (jeśli nie, to wierzcie bądź nie, ale uczniaki z przewodniczącą na czele szybko zamawiają na allegro patyczaka, żeby zwierzątko BYŁO - piąteczka murowana!),
- czy zdanie w dzienniku brzmi "układanie puzzli Bob Budowniczy" czy "Bob Budowniczy - układanie puzzli" - uwierzcie mi, te zdania się między sobą różnią, i TYLKO jedno jest prawidłowe (pytanie, czy w ogóle pisać o tym, że się puzzle układało? bo może nie pisać...),
- dzieci w przedszkolu były na dworze godzinę czy 45 minut,
- czy siedząc przy stole trzymają łokcie:
a) na stole,
b) pod stołem,
c) odkładają łokcie na bok
i tak dalej, i tak dalej.
Dorośli, zdawałoby się, ludzie... Zamiast robić swoje najlepiej jak się da, pracować z dziećmi tak, żeby przedszkole spełniało swoje funkcje - przerabiają jedno zdanie 100 razy, żeby przewodniczącą zadowolić, żeby w porównaniu z innymi klasami - przedszkolami wypaść lepiej i żeby dostać wymarzone A. Powiem szczerze, że już nie wiem, czy płakać nad tym wszystkim czy śmiać się z tego. Ucieczka jest trudna, przewodnicząca dopadnie cię wszędzie. I nawet jeśli jesteś dobrym uczniem (nauczycielką), to jeśli nie masz na to papieru, setek ewaluacji i nie potrafisz sklecić zdania tak, żeby się przewodniczącej podobało, to gówno twoje zdolności znaczą. Ot co. Szkółka dla dorosłych. Niczym koszmarny sen o maturze....
Czy ktoś ze zwiedzających ma jakieś pytania czy wątpliwości? To proszę ich BROŃ BOŻE NIE ZADAWAĆ!
niedziela, 5 października 2014
szalejąc za facetem z Bridget Jones
kilogramy: nie wiem i wolę nie sprawdzać; liczba myśli o tym, czy malować dzisiaj oczy czy nie: 15; ilość godzin w soczewkach kontaktowych: 4; ilość powtórzeń alfabetu z Kamilem: 5; liczba stron przeczytanych w książce: wszystkie, skończyłam
14: 10 No i po jaką cholerę kobieta kobiecie robi coś takiego? Po co pisać książkę, która rozgrzebuje, rozbudza w czytelniczce najskrytsze i zamknięte na siedem spustów pod hasłem, którego nikt już nie pamięta, marzenia i potrzeby? "Patrzcie na mnie, jestem Helen Fielding i sprzedaję wam trzecią część książki o Bridget - wszystko, co tam napisałam nigdy się wam nie zdarzy, możecie mnie pocałować głęboko gdzieś! A, i dzięki za zakup książki."
Chcecie wiedzieć, co o tym sądzę? Ta cała Bridget miała nam chyba pokazać, że wcale nie musimy być piękne, zawsze czyste i uczesane, żeby coś nas w życiu fajnego spotkało. No na przykład jakiś facet, zawsze pięknie umięśniony, czasem młodszy od nas, czasem nie. Do tego dowcipny, łapiący nasze poczucie humoru w lot, pojawiający się zawsze wtedy, kiedy znajdujemy się w tarapatach. Proste, prawda? No bo przecież na co najłatwiej złapać zapracowaną, zmęczoną, nie zawsze idealnie wystylizowaną kobietę, matkę, żonę czy singielkę? Dajmy jej na tacy taką Ją, ale przerysowaną, groteskową do granic możliwości. Niech jej się nic nie udaję, niech zawsze popełnia jakieś towarzyskie gafy i.... niech ma dzieci. Tak - dzieci to świetny motyw, bo one zawsze coś mogą przeskrobać, przez co nasza bohaterka będzie wyglądała jeszcze nędzniej. Poplamiona przez dziecko sukienka czy płaszcz, wszy przyniesione z przedszkola, ogólny bałagan i rozgardiasz w domu. Bohaterka jest oczywiście samotną matką, wdową, bo mąż zginął w wypadku, osierocając dwójkę dzieci (oczywiście chłopczyka i dziewczynkę). Matka to tyje, to chudnie, w rozmowach z pracodawcą ciągle coś ją rozprasza, ot choćby na przykład gdakający telefon w jej torebce. Śmiesznie, nie? No bo jak jest śmiesznie, to łatwiej da się przełknąć te klimaty niczym z harlequina.
14:30 Ok, pisarka ma łatwe pióro. Gagi potrafi takie stworzyć, że człowiek nie raz roześmieje się nad książką w głos. I to dobrze. Ale na miłość boską, jak można tworzyć postać tak nieprawdopodobnie, tak mocno i z uporem maniaka "bridgetowego"? No naprawdę nie można było trochę tej kobiecie odpuścić? Ma 50-tkę na karku, a człowiek czytając tę książkę ma wrażenie, że czyta o perypetiach ciągle tej samej 30-latki, jaką była w dwóch poprzednich książkach. Wszystko się wali, pali, piloty od telewizora są niemożliwe do opanowania (ale pojawi się mężczyzna, który za pierwszym razem wszystko uruchomi bez problemu, oczywiście!), przedmioty lecą z rąk, pomadka myli się z tuszem do rzęs... I TAK DALEJ. No błagam! I ci faceci w jej życiu.... Jeden przystojniejszy od drugiego, inteligentni, silni i kochający w Bridget wszystko, łącznie z jej poplamionym płaszczem. Po prostu nie znoszę książek, w których już od pierwszych stron człowiek wie, z którym z facetów bohaterka skończy w szczęśliwym związku. No proszę, trochę szacunku dla czytelniczek.
Czyta się szybko, gładko i w miarę przyjemnie, choć czasem może zemdlić. Mdłości jednak nie będą raczej przykre, bo jak się człowiek śmieje, to ich nie zauważa. Ja się śmiałam w drugiej połowie książki, a w trakcie pierwszej walczyłam ze sobą, żeby nie przerwać w trakcie czytania. Ale skończyłam i dlatego winna jestem OSTRZEŻENIE: jeśli jesteś kobietą wrażliwą, szukającą szczęścia, miłości i takie tam, to nie czytaj - zdołuje Cię bowiem fakt, że innym, mnie czystym od Ciebie kobietom tak łatwo zdarza się miłość, podczas gdy Ty, całkiem atrakcyjna, sobie nie radzisz. Po co Ci to?
Helen Fielding Bridget Jones. Szalejąc za facetem.
14: 10 No i po jaką cholerę kobieta kobiecie robi coś takiego? Po co pisać książkę, która rozgrzebuje, rozbudza w czytelniczce najskrytsze i zamknięte na siedem spustów pod hasłem, którego nikt już nie pamięta, marzenia i potrzeby? "Patrzcie na mnie, jestem Helen Fielding i sprzedaję wam trzecią część książki o Bridget - wszystko, co tam napisałam nigdy się wam nie zdarzy, możecie mnie pocałować głęboko gdzieś! A, i dzięki za zakup książki."
Chcecie wiedzieć, co o tym sądzę? Ta cała Bridget miała nam chyba pokazać, że wcale nie musimy być piękne, zawsze czyste i uczesane, żeby coś nas w życiu fajnego spotkało. No na przykład jakiś facet, zawsze pięknie umięśniony, czasem młodszy od nas, czasem nie. Do tego dowcipny, łapiący nasze poczucie humoru w lot, pojawiający się zawsze wtedy, kiedy znajdujemy się w tarapatach. Proste, prawda? No bo przecież na co najłatwiej złapać zapracowaną, zmęczoną, nie zawsze idealnie wystylizowaną kobietę, matkę, żonę czy singielkę? Dajmy jej na tacy taką Ją, ale przerysowaną, groteskową do granic możliwości. Niech jej się nic nie udaję, niech zawsze popełnia jakieś towarzyskie gafy i.... niech ma dzieci. Tak - dzieci to świetny motyw, bo one zawsze coś mogą przeskrobać, przez co nasza bohaterka będzie wyglądała jeszcze nędzniej. Poplamiona przez dziecko sukienka czy płaszcz, wszy przyniesione z przedszkola, ogólny bałagan i rozgardiasz w domu. Bohaterka jest oczywiście samotną matką, wdową, bo mąż zginął w wypadku, osierocając dwójkę dzieci (oczywiście chłopczyka i dziewczynkę). Matka to tyje, to chudnie, w rozmowach z pracodawcą ciągle coś ją rozprasza, ot choćby na przykład gdakający telefon w jej torebce. Śmiesznie, nie? No bo jak jest śmiesznie, to łatwiej da się przełknąć te klimaty niczym z harlequina.
14:30 Ok, pisarka ma łatwe pióro. Gagi potrafi takie stworzyć, że człowiek nie raz roześmieje się nad książką w głos. I to dobrze. Ale na miłość boską, jak można tworzyć postać tak nieprawdopodobnie, tak mocno i z uporem maniaka "bridgetowego"? No naprawdę nie można było trochę tej kobiecie odpuścić? Ma 50-tkę na karku, a człowiek czytając tę książkę ma wrażenie, że czyta o perypetiach ciągle tej samej 30-latki, jaką była w dwóch poprzednich książkach. Wszystko się wali, pali, piloty od telewizora są niemożliwe do opanowania (ale pojawi się mężczyzna, który za pierwszym razem wszystko uruchomi bez problemu, oczywiście!), przedmioty lecą z rąk, pomadka myli się z tuszem do rzęs... I TAK DALEJ. No błagam! I ci faceci w jej życiu.... Jeden przystojniejszy od drugiego, inteligentni, silni i kochający w Bridget wszystko, łącznie z jej poplamionym płaszczem. Po prostu nie znoszę książek, w których już od pierwszych stron człowiek wie, z którym z facetów bohaterka skończy w szczęśliwym związku. No proszę, trochę szacunku dla czytelniczek.
Czyta się szybko, gładko i w miarę przyjemnie, choć czasem może zemdlić. Mdłości jednak nie będą raczej przykre, bo jak się człowiek śmieje, to ich nie zauważa. Ja się śmiałam w drugiej połowie książki, a w trakcie pierwszej walczyłam ze sobą, żeby nie przerwać w trakcie czytania. Ale skończyłam i dlatego winna jestem OSTRZEŻENIE: jeśli jesteś kobietą wrażliwą, szukającą szczęścia, miłości i takie tam, to nie czytaj - zdołuje Cię bowiem fakt, że innym, mnie czystym od Ciebie kobietom tak łatwo zdarza się miłość, podczas gdy Ty, całkiem atrakcyjna, sobie nie radzisz. Po co Ci to?
Helen Fielding Bridget Jones. Szalejąc za facetem.
czwartek, 14 sierpnia 2014
czy ja jestem Dina?
Nie daje mi spokoju, odkąd zaczęłam ją poznawać. Wchodzi we mnie na jawie, odwiedza mnie w snach. Nie widzę jej, a wyraźnie jest. Czuję ją w moich trzewiach, w mojej kobiecości, w dziwnym pożądaniu, które pojawia się teraz częściej, odkąd ją poznałam. Jam jest Dina. jam jest tą, która czyta jej księgę i nie umie powiedzieć, dlaczego te kartki tak mnie pociągają.
Ja i Dina jesteśmy tak różne. Ona żyje tak, ja chce. Robi rzeczy, które w jej czasach nie przystoją kobiecie, za nic mając to, co inni o niej pomyślą. Dzięki temu raz ją lubię i podziwiam, a raz mam ochotę krzyknąć, żeby się opamiętała i choć przez chwilę pomyślała o innych. Ale ona jest Dina - gdy kocha, to zabija z miłości, jej wzrok, słowa, które mówi potrafią doprowadzić człowieka do samobójstwa. Przyjmuje te wszystkie śmierci ze spokojem, bo tak przecież musiało być. Kiedy pożąda, jej ciało pochłania kochanka łapczywie, po czym wypluwa z równą łatwością, jeśli za seksem nie kryje się miłość. A nie zawsze się kryje w Dinie miłość. Czasami jest to po prostu zwierzęcy instynkt, wściekłość lub rozpacz.
Dina pięknie gra na wiolonczeli. Ja nie potrafię. Powiadają, że kiedy gra to wszelkie życie mające uszy zatrzymuje się, by posłuchać. I wybaczają jej wtedy wszystko. To, że jako wdowa po zmarłym gospodarzu nie zajmuje się w ogóle domem, choć jest to każdej kobiety świętym obowiązkiem. To, że siada razem z mężczyznami w salonie po posiłku i paląc fajkę rozmawia na męskie tematy. To, że siada okrakiem na koniu i pędzi przed siebie z rozwianym włosem tam, gdzie niejeden bałby się wybrać konno. I te włosy, wiecznie rozpuszczone, poplątane - przecież nie tak powinna wyglądać dama, prawda? Ale Dina gra pięknie i ludzie wszystko to jej wybaczają, przyzwyczajają się i przyjmują do siebie. Dina żyje jak chce.
Dina jest duża, podobno piękna. Zupełnie inna niż ja. Ma w sobie coś, co powoduje, że mężczyźni, jeśli już zakochują się w niej to do szaleństwa. Potrafi opanować umysł i serce nieboraka tak, że nie ów nie umie myśleć o niczym i nikim innym. Mimo tych włosów. Mimo ciętego języka i niesamowitego uporu. Mimo fajki i tego, że posługuje się bronią jak mężczyzna. Jej duże ciało, pełne piersi, białe uda, którymi mocno ściska wiolonczelę podczas grania wzbudzają w mężczyznach bolesne pożądanie, bezsenność, tęsknotę za spełnieniem. A ona po nich sięga, jeśli ma ochotę, pozwala im wejść w siebie w dzikiej ekstazie w miejscach najmniej do tego odpowiednich, nie martwiąc się o konsekwencje. Nie troszcząc się o to, że biedak potem będzie chciał jej więcej, będzie chciał miłości i uwagi. Może ją dostanie, a może nie. Będzie tak, jak zechce Dina.
Dina zabija z miłości. Ja tak nie potrafię.
Dina opuszcza dom i syna, jeśli czuje taką potrzebę. Ja tak nie potrafię.
Dina nie boi się morza i duchów zmarłych. Widzi ich wszystkich, rozmawia z nimi. Ja nie widzę, choć czasami czuję.
Ja nie jestem Dina. Jestem tymi mężczyznami, którzy nie potrafili o niej długo zapomnieć. Jestem jej synem, Beniaminem, którzy zabiega o jej uwagę bezskutecznie, krzycząc, płacząc i klnąc w głos. Pragnę Diny, ale jej to nie obchodzi. Odwraca się do mnie swoimi dużymi plecami i odchodzi. Idzie tam, gdzie ma teraz ochotę być.
POLECAM GORĄCO książkę Herbjorg Wasmo "Księga Diny". A przy okazji również książkę tej samej autorki pt. "Stulecie".
Ja i Dina jesteśmy tak różne. Ona żyje tak, ja chce. Robi rzeczy, które w jej czasach nie przystoją kobiecie, za nic mając to, co inni o niej pomyślą. Dzięki temu raz ją lubię i podziwiam, a raz mam ochotę krzyknąć, żeby się opamiętała i choć przez chwilę pomyślała o innych. Ale ona jest Dina - gdy kocha, to zabija z miłości, jej wzrok, słowa, które mówi potrafią doprowadzić człowieka do samobójstwa. Przyjmuje te wszystkie śmierci ze spokojem, bo tak przecież musiało być. Kiedy pożąda, jej ciało pochłania kochanka łapczywie, po czym wypluwa z równą łatwością, jeśli za seksem nie kryje się miłość. A nie zawsze się kryje w Dinie miłość. Czasami jest to po prostu zwierzęcy instynkt, wściekłość lub rozpacz.
Dina pięknie gra na wiolonczeli. Ja nie potrafię. Powiadają, że kiedy gra to wszelkie życie mające uszy zatrzymuje się, by posłuchać. I wybaczają jej wtedy wszystko. To, że jako wdowa po zmarłym gospodarzu nie zajmuje się w ogóle domem, choć jest to każdej kobiety świętym obowiązkiem. To, że siada razem z mężczyznami w salonie po posiłku i paląc fajkę rozmawia na męskie tematy. To, że siada okrakiem na koniu i pędzi przed siebie z rozwianym włosem tam, gdzie niejeden bałby się wybrać konno. I te włosy, wiecznie rozpuszczone, poplątane - przecież nie tak powinna wyglądać dama, prawda? Ale Dina gra pięknie i ludzie wszystko to jej wybaczają, przyzwyczajają się i przyjmują do siebie. Dina żyje jak chce.
Dina jest duża, podobno piękna. Zupełnie inna niż ja. Ma w sobie coś, co powoduje, że mężczyźni, jeśli już zakochują się w niej to do szaleństwa. Potrafi opanować umysł i serce nieboraka tak, że nie ów nie umie myśleć o niczym i nikim innym. Mimo tych włosów. Mimo ciętego języka i niesamowitego uporu. Mimo fajki i tego, że posługuje się bronią jak mężczyzna. Jej duże ciało, pełne piersi, białe uda, którymi mocno ściska wiolonczelę podczas grania wzbudzają w mężczyznach bolesne pożądanie, bezsenność, tęsknotę za spełnieniem. A ona po nich sięga, jeśli ma ochotę, pozwala im wejść w siebie w dzikiej ekstazie w miejscach najmniej do tego odpowiednich, nie martwiąc się o konsekwencje. Nie troszcząc się o to, że biedak potem będzie chciał jej więcej, będzie chciał miłości i uwagi. Może ją dostanie, a może nie. Będzie tak, jak zechce Dina.
Dina zabija z miłości. Ja tak nie potrafię.
Dina opuszcza dom i syna, jeśli czuje taką potrzebę. Ja tak nie potrafię.
Dina nie boi się morza i duchów zmarłych. Widzi ich wszystkich, rozmawia z nimi. Ja nie widzę, choć czasami czuję.
Ja nie jestem Dina. Jestem tymi mężczyznami, którzy nie potrafili o niej długo zapomnieć. Jestem jej synem, Beniaminem, którzy zabiega o jej uwagę bezskutecznie, krzycząc, płacząc i klnąc w głos. Pragnę Diny, ale jej to nie obchodzi. Odwraca się do mnie swoimi dużymi plecami i odchodzi. Idzie tam, gdzie ma teraz ochotę być.
POLECAM GORĄCO książkę Herbjorg Wasmo "Księga Diny". A przy okazji również książkę tej samej autorki pt. "Stulecie".
piątek, 18 lipca 2014
spowiedź
Myślała, że to minie. Nie raz już przecież miała gorsze dni - coś ją pogryzło, pomęczyło i przechodziło. Nie należała do osób, które pozwalają, żeby byle smutek czy kłopot zwalał jej życie na łopatki. Nie. Raczej starała się problem w głowie bądź w rzeczywistości umniejszać, nie zauważać w przekonaniu, że jak nie będzie na niego zwracała uwagi, to się znudzi i sobie pójdzie. I z reguły odchodził, zostawiając czasami jakiś niemiły ślad w pamięci. Czemu więc teraz miałoby być inaczej? Tego nie wiedziała, ale w istocie coś było inaczej. Zaczęło się od kilku zdarzeń, które, nie wiedzieć czemu, nastąpiły po sobie w dość bliskich odstępach czasu. Pierwsze z nich prawie jej nie obeszło, nie dotyczyło jej bezpośrednio. Przy drugim zatrzymała się przez chwilę, ale krótko, tak tylko, żeby posłuchać. Trzecie zdarzenie spowodowało, że usiadła w drodze z pokoju do kuchni, żeby posłuchać, jak je opisują na kanale informacyjnym w telewizorze. Odechciało jej się pić. Po trzecim wydarzeniu nastąpiły jeszcze czwarte i piąte - im przyglądała się z uwagą, a w jej głowie, zupełni bez jej woli, zaczęły rodzić się pytania. I to było nowe. Nigdy nie dopuszczała do tego, żeby w głowie powstało pytanie, wiedziała, że pytanie oznacza szukanie odpowiedzi, a szukanie odpowiedzi to nic innego, jak dawanie uwagi problemowi. Nie tego chciała, chciała od problemów się uwalniać. Teraz PYTANIE się stało. Nie da się tego cofnąć - możesz się starać zapomnieć, nie myśleć o nim, zagłuszać i udawać, ale raz powstałe pytanie zostaje.
Nie trzeba było pytać...
Od pytania się zaczęło, a zacząć najlepiej od śniadania. Nie chciało jej się jeść. Pytanie zatykało jej przełyk i żołądek, nie potrafiła przełknąć nawet swoich najbardziej ulubionych potraw. Droga do i z pracy też nie była łatwa. Pytanie wyświetlało się na znakach drogowych niczym w kiepskiej jakości filmie, raz było światłem czerwonym, a raz zielonym. Przechodziło przez pasy, trąbiło na nią z agresją, a raz nawet zmieniło za nią bieg. Koszmar. O tym, że nie pozwalało jej spać to nawet nie ma co wspominać - standard. Zaczęła się bać, każdy zacząłby się bać na jej miejscu. Dotarło do niej, że jeśli nic z tym nie zrobi, to jej życie szlag trafi. Nie sposób przecież żyć z takim PYTANIEM w głowie.
Tej soboty wstała po męczącej nocy i postanowiła, że następną noc prześpi już spokojnie. Wiedziała, a przynajmniej tak jej się wydawało, gdzie ma iść i z kim porozmawiać, żeby uzyskać odpowiedź. Ubrała się zwyczajnie - pomyślała, że w sytuacji, kiedy nie wiadomo, jak się ubrać, lepiej nie kombinować. Postanowiła, że pójdzie pieszo - spacer uspokajał, a poza tym bała się, że tym razem PYTANIE może zawładnąć pedałem gazu. Jak na każdym osiedlu w mieście, tak samo w pobliżu jej domu stał kościół. Nigdy tam nie była - nie uczęszczała, ani regularnie, ani od święta do święta. Liczyła, że w sobotę rano kościół będzie "czynny", ale nie zatłoczony. Otwarte wejście zdawało się potwierdzać jej hipotezę. Weszła do środka. Cicho. Chłodno. Ciemno. Gdzieniegdzie, w ławce siedziały bądź klęczały pojedyncze osoby ze wzrokiem zwróconym w stronę ołtarza. To ją ośmieliło - nikt nie patrzył na nią. Przeszła dalej. Mhm, ten charakterystyczny zapach. Co tak pachnie? Sacrum? Woda święcona? Kadzidło? Mury pozbawione porządnego wietrzenia przez długi, bardzo długi czas? Rozglądała się na boki, bo o ile pamięć ją nie myliła, to właśnie tam rozstawiane są w kościołach te małe domki, w których siedzą księża i czekają na wiernych. Jak one się nazywały? Tabernakulum? Nie, już sobie przypomina - to konfesjonał. Tak, szukała konfesjonału, najlepiej zajętego przez jakiegoś duchownego, z którym mogłaby pogadać. Zadać pytanie. Cholera, no ale co - ma klęknąć, mówić do tych kratek czy lepiej poprosić go na zewnątrz? Przecież nie chciała się wyspowiadać, nie szukała wybaczenia czy pokuty - pomyślała tylko, że ksiądz może znać odpowiedzi na pytania, które nie pozwalają jej normalnie spać. Szlag, że też nie przemyślała tego lepiej - wszystko przez to, że nie wysypia się jak należy. Trudno, ma to gdzieś, nie wróci do domu bez niczego, nie po przekroczeniu tego progu.
Znalezienie konfesjonału nie było aż tak trudne - stały na prawo, trzy, jeden obok drugiego. W jednym siedział mężczyzna ubrany jak to księża mają w zwyczaju. Oprócz niego nie było tam nikogo, pewnie liczył na spokojny poranek. Wzięła głęboki oddech i podeszła tam, od strony kratkowanego okna. Konstrukcja konfesjonału nie dała jej dużego wyboru pozycji, mogła tylko uklęknąć, jeżeli chciała być słyszana i mówić możliwie najbliżej ucha słuchającego. Wiedziała, że istnieją jakieś formułki, które stosuje się przy takiej okazji i na pewno nie zaczyna się od "dzień dobry", ale w tym momencie nie miało to żadnego znaczenia. Była już tak blisko, że czuła zapach wody kolońskiej, jakiej rano po goleniu użył ksiądz, była na tyle blisko, że ją zauważył i przysunął głowę do kratek - sposób rozpoczęcia nie miał teraz dla niej żadnego znaczenia.
- Mam pytanie...
- Na wieki .... - powiedział ksiądz bez zastanowienia, zanim dotarło do niego, co powiedziała kobieta - Słucham - poprawił się.
- Czy ja mam prawo spokojnie żyć w swoim domu, w tym kraju? - powiedziała jednym tchem, nie przejmując się tym, jak brzmi to pytanie w uszach zaskoczonego księdza.
- Nie rozumiem - powiedział - dlaczego pytasz o coś takiego?
- Sporo się ostatnio wydarzyło. A ja nie chodzę do kościoła, nie wierzę. Myślałam, że dla innych to nie problem, że każdy może wierzyć bądź nie wierzyć w co lub kogo chce. Ale teraz nie jestem pewna. Wie pan... ksiądz... ja, jeśli będę miała dzieci, nie będę ich chrzciła - nie wierzę w chrzest. Moje dzieci nie będą chodziły na religię, nie będziemy uczestniczyć w żadnych kościelnych rytuałach. I ćwiczę jogę. I nie razi mnie ani nie rani moich uczuć to, że ktoś używa słowa Golgota w kontekście sztuki teatralnej. Nie przeszkadza mi krzyż w miejscu publicznym, ale też nie widzę powodu, żeby tam wisiał - powinien być chyba osobistą sprawą każdego, wisieć w domach. Uważam, że zapłodnienie in vitro czy aborcja to jest sprawa sumienia bądź portfela każdego człowieka. Nic do tego sąsiadce, lekarzowi czy księdzu. Tak uważam. W ogóle uważam, że wiara to sprawa bardzo wewnętrzna, osobista, taka w środku człowieka - jeśli ją widać czy słychać, to raczej w życiu tego człowieka, a nie na ambonie czy w sejmie. I razi mnie bogactwo kościołów. I jeśli okaże się, że moja córka lub syn jest homoseksualny, to mam zamiar to zrozumieć, uszanować i dalej kochać. Dlatego pytam: czy ja mam prawo tutaj być?
Skończyła. Powiedziała TO na głos.
Ksiądz poprawił się na krześle, głośno zaczerpnął powietrza jak osoba, która wie, że nie będzie łatwo.
- No cóż, sporo tego. Oczywiście, że masz prawo tutaj być, ALE....
Ona tego "ale" już nie słyszała. Odeszła, kiedy zaczerpywał powietrza. Nie chciała i nie potrzebowała słuchać, co ten człowiek w koloratce ma jej do powiedzenia. Bo niby po co? Dlaczego on lub ktokolwiek inny miałby jej pozwalać lub nie myśleć, czuć i żyć tak, jak chce, skoro nie łamie prawa, nie krzywdzi nikogo i nie namawia do złego? Nikt nie musiał jej już nic mówić. Usłyszała swoje pytanie i to jej wystarczyło. Opuściła zimne i ciche pomieszczenie z przekonaniem, że może spokojnie kłaść się dzisiaj spać.
BO MA PRAWO.
Życzę wszystkim spokojnych nocy.
Nie trzeba było pytać...
Od pytania się zaczęło, a zacząć najlepiej od śniadania. Nie chciało jej się jeść. Pytanie zatykało jej przełyk i żołądek, nie potrafiła przełknąć nawet swoich najbardziej ulubionych potraw. Droga do i z pracy też nie była łatwa. Pytanie wyświetlało się na znakach drogowych niczym w kiepskiej jakości filmie, raz było światłem czerwonym, a raz zielonym. Przechodziło przez pasy, trąbiło na nią z agresją, a raz nawet zmieniło za nią bieg. Koszmar. O tym, że nie pozwalało jej spać to nawet nie ma co wspominać - standard. Zaczęła się bać, każdy zacząłby się bać na jej miejscu. Dotarło do niej, że jeśli nic z tym nie zrobi, to jej życie szlag trafi. Nie sposób przecież żyć z takim PYTANIEM w głowie.
Tej soboty wstała po męczącej nocy i postanowiła, że następną noc prześpi już spokojnie. Wiedziała, a przynajmniej tak jej się wydawało, gdzie ma iść i z kim porozmawiać, żeby uzyskać odpowiedź. Ubrała się zwyczajnie - pomyślała, że w sytuacji, kiedy nie wiadomo, jak się ubrać, lepiej nie kombinować. Postanowiła, że pójdzie pieszo - spacer uspokajał, a poza tym bała się, że tym razem PYTANIE może zawładnąć pedałem gazu. Jak na każdym osiedlu w mieście, tak samo w pobliżu jej domu stał kościół. Nigdy tam nie była - nie uczęszczała, ani regularnie, ani od święta do święta. Liczyła, że w sobotę rano kościół będzie "czynny", ale nie zatłoczony. Otwarte wejście zdawało się potwierdzać jej hipotezę. Weszła do środka. Cicho. Chłodno. Ciemno. Gdzieniegdzie, w ławce siedziały bądź klęczały pojedyncze osoby ze wzrokiem zwróconym w stronę ołtarza. To ją ośmieliło - nikt nie patrzył na nią. Przeszła dalej. Mhm, ten charakterystyczny zapach. Co tak pachnie? Sacrum? Woda święcona? Kadzidło? Mury pozbawione porządnego wietrzenia przez długi, bardzo długi czas? Rozglądała się na boki, bo o ile pamięć ją nie myliła, to właśnie tam rozstawiane są w kościołach te małe domki, w których siedzą księża i czekają na wiernych. Jak one się nazywały? Tabernakulum? Nie, już sobie przypomina - to konfesjonał. Tak, szukała konfesjonału, najlepiej zajętego przez jakiegoś duchownego, z którym mogłaby pogadać. Zadać pytanie. Cholera, no ale co - ma klęknąć, mówić do tych kratek czy lepiej poprosić go na zewnątrz? Przecież nie chciała się wyspowiadać, nie szukała wybaczenia czy pokuty - pomyślała tylko, że ksiądz może znać odpowiedzi na pytania, które nie pozwalają jej normalnie spać. Szlag, że też nie przemyślała tego lepiej - wszystko przez to, że nie wysypia się jak należy. Trudno, ma to gdzieś, nie wróci do domu bez niczego, nie po przekroczeniu tego progu.
Znalezienie konfesjonału nie było aż tak trudne - stały na prawo, trzy, jeden obok drugiego. W jednym siedział mężczyzna ubrany jak to księża mają w zwyczaju. Oprócz niego nie było tam nikogo, pewnie liczył na spokojny poranek. Wzięła głęboki oddech i podeszła tam, od strony kratkowanego okna. Konstrukcja konfesjonału nie dała jej dużego wyboru pozycji, mogła tylko uklęknąć, jeżeli chciała być słyszana i mówić możliwie najbliżej ucha słuchającego. Wiedziała, że istnieją jakieś formułki, które stosuje się przy takiej okazji i na pewno nie zaczyna się od "dzień dobry", ale w tym momencie nie miało to żadnego znaczenia. Była już tak blisko, że czuła zapach wody kolońskiej, jakiej rano po goleniu użył ksiądz, była na tyle blisko, że ją zauważył i przysunął głowę do kratek - sposób rozpoczęcia nie miał teraz dla niej żadnego znaczenia.
- Mam pytanie...
- Na wieki .... - powiedział ksiądz bez zastanowienia, zanim dotarło do niego, co powiedziała kobieta - Słucham - poprawił się.
- Czy ja mam prawo spokojnie żyć w swoim domu, w tym kraju? - powiedziała jednym tchem, nie przejmując się tym, jak brzmi to pytanie w uszach zaskoczonego księdza.
- Nie rozumiem - powiedział - dlaczego pytasz o coś takiego?
- Sporo się ostatnio wydarzyło. A ja nie chodzę do kościoła, nie wierzę. Myślałam, że dla innych to nie problem, że każdy może wierzyć bądź nie wierzyć w co lub kogo chce. Ale teraz nie jestem pewna. Wie pan... ksiądz... ja, jeśli będę miała dzieci, nie będę ich chrzciła - nie wierzę w chrzest. Moje dzieci nie będą chodziły na religię, nie będziemy uczestniczyć w żadnych kościelnych rytuałach. I ćwiczę jogę. I nie razi mnie ani nie rani moich uczuć to, że ktoś używa słowa Golgota w kontekście sztuki teatralnej. Nie przeszkadza mi krzyż w miejscu publicznym, ale też nie widzę powodu, żeby tam wisiał - powinien być chyba osobistą sprawą każdego, wisieć w domach. Uważam, że zapłodnienie in vitro czy aborcja to jest sprawa sumienia bądź portfela każdego człowieka. Nic do tego sąsiadce, lekarzowi czy księdzu. Tak uważam. W ogóle uważam, że wiara to sprawa bardzo wewnętrzna, osobista, taka w środku człowieka - jeśli ją widać czy słychać, to raczej w życiu tego człowieka, a nie na ambonie czy w sejmie. I razi mnie bogactwo kościołów. I jeśli okaże się, że moja córka lub syn jest homoseksualny, to mam zamiar to zrozumieć, uszanować i dalej kochać. Dlatego pytam: czy ja mam prawo tutaj być?
Skończyła. Powiedziała TO na głos.
Ksiądz poprawił się na krześle, głośno zaczerpnął powietrza jak osoba, która wie, że nie będzie łatwo.
- No cóż, sporo tego. Oczywiście, że masz prawo tutaj być, ALE....
Ona tego "ale" już nie słyszała. Odeszła, kiedy zaczerpywał powietrza. Nie chciała i nie potrzebowała słuchać, co ten człowiek w koloratce ma jej do powiedzenia. Bo niby po co? Dlaczego on lub ktokolwiek inny miałby jej pozwalać lub nie myśleć, czuć i żyć tak, jak chce, skoro nie łamie prawa, nie krzywdzi nikogo i nie namawia do złego? Nikt nie musiał jej już nic mówić. Usłyszała swoje pytanie i to jej wystarczyło. Opuściła zimne i ciche pomieszczenie z przekonaniem, że może spokojnie kłaść się dzisiaj spać.
BO MA PRAWO.
Życzę wszystkim spokojnych nocy.
czwartek, 3 lipca 2014
o my Gok!
Po przeczytaniu autobiografii Goka Wana, człowieka, który swoimi programami telewizyjnymi zalazł mi mocno, ale pozytywnie za skórę (i nie tylko), mam kilka pytań. Pytania owe są do wszystkich i do nikogo. Puszczone w przestrzeń jakby pustą, a jednak wypełnioną ludźmi. Mówiąc "ty" nie mam na myśli konkretnie ciebie, choć w sumie mógłbyś, mogłabyś być to ty. Ale ponieważ nie ma takiej pewności, nie piszę ciebie z wielkiej litery. Choć pytania są wielkie. Dla mnie w większości kluczowe do zrozumienia tego, co działo się, dzieje bądź dziać będzie w moim życiu. Mam wrażenie, że gdybym znała na nie odpowiedź być może pewne nieprzyjemne rzeczy w moim życiu nigdy by mnie nie spotkały. Ale stały się. Pytanie brzmi: dlaczego?
LISTA MOICH PYTAŃ
Co komu przeszkadza drugi człowiek?
Co czyni nam drugi człowiek złego tym, że jest gruby, chudy, ma brzydkie zęby, jest niski, jest wysoki, chodzi krzywo, jest łysy, brzydki, ładny, bogaty, biedny, czarnoskóry, biały, żółty, wierzący, niewierzący, katolik, nie-katolik, idzie z tłumem, idzie wbrew tłumowi, ubiera się śmiesznie, inaczej, tak samo, odpowiednio do okazji, nieodpowiednio do okazji, jest brudny, jest czysty, je mięso, nie je mięsa, zna "wielką" literaturę, nie czyta w ogóle, lubi prawicę, lubi lewicę, jest gejem, jest hetero, słucha techno, disco, pop, metalu, muzyki poważnej, nie słucha muzyki w ogóle
?
Dlaczego ktoś inny od nas wymaga komentarza?
Jakim prawem jedna osoba uderza drugą osobę?
Co czyni cię lepszym w twoim podstawowym składzie, że dajesz sobie prawo mieć innego w pogardzie?
W czym jesteś lepszy, że wyśmiewasz się z innych?
Dlaczego twój wygląd jest lepszy od innego?
Myślisz, że gdybym mogła, nie zmieniłabym się tak, żeby móc na siebie patrzeć w lustro z uśmiechem?
Jaką część swojego ciała zawdzięczasz sobie?
Dlaczego tylko przez taki drobiazg jak wygląd jedni na świecie skazani są na sukces, a inni na samotność?
Jest tych pytań więcej, kotłują się po głowie z niedowierzaniem nie znajdując odpowiedzi. Pojawiają się, chowają, ale póki co nie znikają. Czytam autobiografię fajnego faceta, szczerego, prawdziwego i jest mi smutno i przykro, gdy opowiada o złu, które go spotkało ze strony innych ludzi TYLKO dlatego, że wyglądał inaczej. Mogłabym tutaj rozwodzić się o wyższości intelektu nad wyglądem, o sile charakteru, mocy wiary we własne siły, ale PO CO? Co to da? W czym nastąpi zmiana? Jak pomoże to człowiekowi zmierzyć się z samotnością bycia innym, z bólem walki o uwagę, z tęsknotą za byciem szczęśliwym?
Gok Wan "Lata chude, lata tłuste. Moja autobiografia."
LISTA MOICH PYTAŃ
Co komu przeszkadza drugi człowiek?
Co czyni nam drugi człowiek złego tym, że jest gruby, chudy, ma brzydkie zęby, jest niski, jest wysoki, chodzi krzywo, jest łysy, brzydki, ładny, bogaty, biedny, czarnoskóry, biały, żółty, wierzący, niewierzący, katolik, nie-katolik, idzie z tłumem, idzie wbrew tłumowi, ubiera się śmiesznie, inaczej, tak samo, odpowiednio do okazji, nieodpowiednio do okazji, jest brudny, jest czysty, je mięso, nie je mięsa, zna "wielką" literaturę, nie czyta w ogóle, lubi prawicę, lubi lewicę, jest gejem, jest hetero, słucha techno, disco, pop, metalu, muzyki poważnej, nie słucha muzyki w ogóle
?
Dlaczego ktoś inny od nas wymaga komentarza?
Jakim prawem jedna osoba uderza drugą osobę?
Co czyni cię lepszym w twoim podstawowym składzie, że dajesz sobie prawo mieć innego w pogardzie?
W czym jesteś lepszy, że wyśmiewasz się z innych?
Dlaczego twój wygląd jest lepszy od innego?
Myślisz, że gdybym mogła, nie zmieniłabym się tak, żeby móc na siebie patrzeć w lustro z uśmiechem?
Jaką część swojego ciała zawdzięczasz sobie?
Dlaczego tylko przez taki drobiazg jak wygląd jedni na świecie skazani są na sukces, a inni na samotność?
Jest tych pytań więcej, kotłują się po głowie z niedowierzaniem nie znajdując odpowiedzi. Pojawiają się, chowają, ale póki co nie znikają. Czytam autobiografię fajnego faceta, szczerego, prawdziwego i jest mi smutno i przykro, gdy opowiada o złu, które go spotkało ze strony innych ludzi TYLKO dlatego, że wyglądał inaczej. Mogłabym tutaj rozwodzić się o wyższości intelektu nad wyglądem, o sile charakteru, mocy wiary we własne siły, ale PO CO? Co to da? W czym nastąpi zmiana? Jak pomoże to człowiekowi zmierzyć się z samotnością bycia innym, z bólem walki o uwagę, z tęsknotą za byciem szczęśliwym?
Gok Wan "Lata chude, lata tłuste. Moja autobiografia."
Subskrybuj:
Posty (Atom)