Jak to nieraz wiele czasu człowiek potrzebuje, żeby zauważyć i nazwać jakąś oczywistą rzecz. Coś ciągle było obok albo w, towarzyszyło nam od zarania dziejów lub cechowało nasze postawy od zawsze, a my nagle jakoś, w zupełnie nieoczekiwanym i wcale nie szczególnym momencie stwierdzamy, że HA! MAM TO!
Otóż, nie dalej, jak w mijającym tygodniu doszło do mnie wyraźnie i z fanfarami, że nie może być inaczej - mam magiczną moc! Umieszczona gdzieś w pokładach fałd mózgu mojego uruchamia we mnie - w sposób konsekwentny i skuteczny - siłę ponadprzeciętną.
Chcecie dowodu, ludu niewierny? Pewnie, że chcecie. Masz moc, to ją pokaż! Bez dowodów to każdy może sobie wyjść na środek, ukłonić się publiczności i oznajmić, że ma magiczną moc! Jak myślisz, jak zareagują ludzie - brawami czy śmiechem?
Dowodzenie numer jeden
Z moim zdrowiem bywało różnie. Stan mojego ciała zmieniał się od dobrego z małymi brakami, przez dobry, prawie bez braków do niepokojącego z brakami wielkości wiadra tłuszczu. Kto mnie zna już czas jakiś to wie, co mam na myśli. Tak na oko było źle. Nawet lekarz musiał mnie w końcu zbadać.
Zdarzało się, że coś mnie bolało. Nie mówię tutaj o bólu głowy, w przypadku którego trafniejszym byłoby napisać, że zdarza się jej nie boleć. Miałam w swoim życiu niefajny czas, kiedy bolał mnie żołądek. Takie tam: mdliło, bolało, bolało, kłuło (dziwnie ten wyraz wygląda, tak w oczy kłuje..), zgagą podjeżdżało - same przyjemności. Trzymało mnie na tyle długo, że w końcu poszłam do lekarza...
Bez względu jednak na to, jak kiepski wydawał się mój stan zdrowia, za każdym razem WIEDZIAŁAM, że wyniki moich badań będą idealne. Nie było opcji. Oddawałam swoją krew do badania, prześwietlałam piersi, ekagiegowałam serce, bo tak mi kazali, ale z góry wiedziałam, że czynność jest zbyteczna i szkoda pracy ludzi - według wszystkich maszyn nic mi nigdy nie dolegało. Czyż to nie magia? Co innego, jak siła mojego twardego przekonania sprawiała, że za każdym razem wyniki wszelakich badań ciała mego były bez zarzutu? Moi mili, tu nie ma co owijać w bawełnę - mam moc trzymania się zdrowo!
Dzisiaj też oddałam krew, jutro wyniki - zgadnijcie, jakie będą? ;)
Dowodzenie numer dwa
Postury jestem, jakiej jestem. Bywała inna, trochę się zmieniała, nigdy jednak nie była duża. Dla zwykłego śmiertelnika zależność jest oczywista - mała postura, mała siła. Liche to to takie, co ona może. Otóż MOGĘ i nigdy nie myślę inaczej. Trzeba coś podnieść, przenieść, zanieść, udźwignąć czy przesunąć? Błagam, nie róbmy problemu! Podchodzę, podnoszę i przenoszę. Jak nie mogę przenieść, bo za wielkie, to napieram i przesuwam, bo siła we mnie nadprzyrodzona. Moja siostra wie, bo nie raz widziała, gdy pomocy potrzebowała. Nie ma co czekać na męża, nie wołaj sąsiada, bo może robi coś ważnego - powiedz, gdzie ma stać, a będzie stało! ;)
Aga, no powiedz!
Dowodzenie numer trzy
Tym razem niedowiarki mogą zapytać Mystera albo Juniora, których poproszę przy okazji, aby posłużyli mi tutaj za tło całego wyjaśnienia. Sytuacja w domu dosyć częsta: coś zginęło! Ostatnio zaginęła bez wieści książka, którą niecałe 15 minut temu obydwaj używali ucząc się programowania. 15 minut wcześniej! A teraz ani jeden, ani drugi nie wie, gdzie ona jest. Mieszkanie mamy małe, książka całkiem pokaźna, a oni jej nie widzą. Czekam cierpliwie, bo mi się wstawać nie chce, w końcu to nie ja używałam tej książki i nie ja jej teraz potrzebują znowu. Niech się trochę natrudzą, może to ich nauczy, żeby odkładać przedmioty świadomie i w miarę na miejsce (przepraszam najmocniej, ale pisząc ostatnie zdanie zakrztusiłam się ze śmiechu, musiałam odejść na chwilę od komputera, żeby złapać oddech ;)). W końcu daję za wygraną i wstaję. Jest dla mnie oczywistym, że jak tylko wstanę, to tę książkę znajdę. Taka jest bowiem moja magiczna moc. Pozwólcie, że wam wyjaśnię, odkładając znalezioną książkę na miejsce. Otóż potrafię znaleźć niemal wszystko. Wykopię, odsłonię, wyłuskam z najbardziej niemożliwych miejsc. Gdyby zliczyć ilość sytuacji,w których uratowałam rodzinkę z opresji, musieliby postawić mi duży kufel piwa. Każdego dnia.
Wystarczy? Trzy dowody na to, że MAM w sobie jakieś silne przekonania co do pewnych szczególnych własnych możliwości i te przekonania DZIAŁAJĄ! Jak sobie pomyślę, o czym jeszcze mogłabym przekonać swoją głowę, to aż głowa boli. Mogłabym na przykład mieć pewność, że się nie starzeję. Czujecie to? Jakie możliwości, jaka przyjemna perspektywa! Sława, media, flesze, ja w faktach, ja w wiadomościach (tutaj pewnie jako dzieło złego...), ja w pudelku! Ja...
Eeee, chyba jednak się nie skuszę. Czyż mało osób w historii świata straciło rozum, bo chciały więcej i więcej? Żona rybaka pewnie do dzisiaj pluje sobie w brodę, że na trzecim życzeniu się nie zatrzymała... Niech już będzie tak, jak jest. W zdrowiu, o własnej sile i wśród cennych przedmiotów. Czego i Wam, drodzy czytający, życzę :)
Pozdrawiam :)
sobota, 28 maja 2016
poniedziałek, 2 maja 2016
fatum i furia
fatum - zły los; w mitologii rzymskiej to personifikacja nieuchronnego, nieodwracalnego losu; nieodwołalna wola bogów, na którą nikt nie ma wpływu;
furia - nagły, silny napad wściekłości; w mitologii rzymskiej "każda z trzech bogiń zemsty"
https://pl.wikipedia.org/wiki/Fatum
furia - nagły, silny napad wściekłości; w mitologii rzymskiej "każda z trzech bogiń zemsty"
http://sjp.pwn.pl/slowniki/furia.html
No, usiądź i napisz. Wtedy łatwiej ci będzie zrozumieć, zawsze wolałaś pisać niż opowiadać, pisanie pomaga ci w analizowaniu. Siadaj i pisz. Wiedziała, że to, co stworzy będzie mijało się z prawdą, nie da się tak wymyślić czyjejść historii, żeby nie była fikcją. Istotą wymyślania jest jego fikcyjność. Ale czy w całej tej sprawie ma to jakiekolwiek znaczenie? Nieważne jest odkrycie prawdy, ważne jest takie ułożenie sobie opowieści, żeby było lżej. Żeby można było zapomnieć i spokojnie zasnąć. Usiadła więc i zaczęła pisać. Całą historię. Od nowa.
na kartce
Mieszkanie w suterenie, pomieszczenie jest małe, umeblowane z przepychem, na jaki stać tylko ludzi, którzy ledwo wiążą koniec z końcem: obraz, który wyciągnęła z kosza na śmieci, każda część umeblowania z innego kompletu. Sufit pomalowany złotą farbą - ich prywatne słońce. Za oknem widać nogi ludzi przechodzących obok ich okien.
On
M., powiedz, że to nieprawda, powiedz, że cała ta historia została wymyślona, że jest jakąś pomyłką.
Ona milczy
On
M., przez całe nasze wspólne życie wierzyłem, że w twoim jestem tylko ja, że jesteś mi wierna. Tak, tak - miałem dziewczyn na pęczki zanim ciebie poznałem, zaliczałem jedną za drugą, mogłem przebierać w kształtach piersi, wiekościach tyłków, kolorach skóry i miękkości ich brzuchów. Ale to wszystko było przed. Przed tobą. Kiedy ujrzałem ciebie wtedy, w tamtym klubie wszystko się dla mnie zmieniło. Słyszysz?! Wszystko! Odkąd spotkałem ciebie, odkąd stałaś się moją żoną, moim życiem - nie tknąłem żadnej innej kobiety. Nie mógłbym. Nie chciałem. Nie potrzebowałem, do diabła! Kochałem.... Kocham tylko ciebie. M., powiedz, że tak samo było z tobą, M! nie zabijaj mnie, bez ciebie nie dam rady!
Ona milczy. Patrzy gdzieś obok, nie potrafi spojrzeć mu w oczy. Przez chwilę chciała wiedzieć, kto mu powiedział, ale tylko przez chwilę. Jakie to miało znaczenie, kto? Co to zmieni, że dowie się, czyje usta wypluły z siebie te stare, śmierdzące jak gnijące śmieci słowa? Teraz to nieważne, teraz musi ratować siebie i swoją miłość. Musi ratować Lotta. Musi zrobić coś, powiedzieć coś, jakoś, tak, żeby nie zranić, żeby złagodzić, żeby skłamać, żeby nie skłamać. Jak ja mu to powiem? Dlaczego? Dlaczego to wyszło? Dlaczego ktoś chce jej zabrać jedyny dom, jaki ma? Mężczyznę, dla którego poświęciła całe swoje życie? Tę odrobinę spokoju?
Ona milczy.
On podchodzi do niej, klęka przy jej nogach, kładzie głowę na jej kolanach, obejmuje jej łydki.
M., nie zostawiaj mnie. Powiedz, że to nieprawda. M., kocham cię.
Ona chwyta jego głowę w dłonie, podnosi tak, że patrzą sobie teraz w oczy. On płacze, choć mówił, że mężczyźni nigdy nie płaczą. Nie pozostało jej nic innego, nie mogła już dłużej - on na to nie zasługiwał.
To prawda, Lotto. Przez cztery lata. Zanim poznałam ciebie i tylko wtedy. Odkąd jestem z tobą ani razu. Nigdy. Wierzysz mi?
koniec kartki
Przestała pisać. Kurdę, szmira mi jakaś wychodzi, nieprawdziwa, sama w nią nie wierzę, choć bardzo bym chciała. I pewnie dlatego skończyło się tak, a nie inaczej - inaczej byłoby po prostu nieprawdziwie. A nieprawdziwej historii nikt by nie chciał czytać, nikt by jej nie poczuł. Musi być jak jest, prawdziwie.
Spojrzała na książkę. Wzięła ją do ręki, przekartkowała. Piękna książka. Z jednej strony poczuła ulgę, kiedy ją przeczytała, z drugiej poczuła tęsknotę i żal jak zawsze, kiedy coś się kończy.
Napiszę o niej - pomyślała. Napiszę, że jest to świetna książka i że ją polecam. Nie jest łatwa, nie otwiera się na oścież od razu. Wiedziała jednak, że warto przejść tą inicjację, przecisnąć się przez to ciasne wejście - dla wszystkiego tego, co jest w środku.
Otworzyła laptopa, zalogowała się na swojego bloga i zaczęła pisać:
fatum - zły los......
Polecam książkę
Lauren Groff Fatum i furia; Wydawnictwo Znak
wtorek, 5 kwietnia 2016
Wiosna
Powiem wam trochę o sobie.... Mhm, w sumie, jak się tak dobrze zastanowić, to ja bez przerwy mówię tutaj o sobie, choć nie zawsze wprost i nie zawsze w pierwszej osobie. I owszem, zdarza mi się taka myśl przelotna w głowie, żeby napisać jakąś prozę, krótką choćby, taką nie-o-sobie. Majaczą mi się w głowie różne sceny, fragmenty dialogów między osobami mną nie będącymi, jakieś intrygi niedociągnięte, tajemnice tajemnicze nawet dla mnie. Czasami, o zgrozo, zamarzy mi się być autorką tekstu komediowego, takiego, przy czytaniu którego ludzie będą śmiać się aż miło :). Nie powiem - mam takie majaczenia, jakieś loty do marzeń o karierze pisarki, odkrytej przypadkowo, wyciągniętej z czeluści internetu przez Kogoś-Kto-Się-Zna i docenia. Bądźmy jednak szczerzy - nawet jeśli teksty wychodzą mi zgrabne, to tylko takimi pozostaną tu na zawsze - zgrabne teksty na blogu internetowym. I wcale nie jest mi z tego powodu smutno... (powiedziała dyskretnie wycierając z oka łzę samotną, która wypłynęła na fali chwilowego, ale jakże silnego i dojmującego smutku; to z tego żalu, z tej prawdy oczywistej, że nigdy już, nigdy nie zostanie sławna...)
No więc wracając do mnie :).
Otóż ja jestem jakaś dziwna. Bo z jednej strony osoba ze mnie raczej (no raczej!) depresyjna, zdecydowanie bardziej intro niż ekstra, a z drugiej strony, moi drodzy czytający, dochodzę do wniosku, że naturę to ja mam raczej z tych ciepłych. Już wyjaśniam - obrazami (cóż, pomyślała, może sławnam już nie będę, ale przynajmniej niech ta garstka wie, że drzemie we mnie talent ogromny, talent prawdziwy, talent, który się marnuje!)
*początek obrazu*
Obraz mnie w naturze zimnej (od listopada do marca)
Gdyby mnie przeskanować jakimś magicznym skanerem w tej, określonej tutaj z grubsza, porze roku, to okazałoby się, że nie we mnie połowy życia. Trudno powiedzieć, dlaczego. Zamarzło? Schowało się w najcieplejszym kącie ciała? Odleciało do ciepłych krajów? Nie wiem. W każdym razie na pewno nie ma we mnie całego mojego życia - zostawiło mi tyle, żeby serce mogło krew pompować, żeby płuca mogły powietrze przerabiać i żeby ciało mogło działać w trybie podstawowym. Bez żadnych dodatków. Żyję więc tak tylko, żeby przejść jakoś przez te miesiące, skulona, owinięta szalikiem, w pięciu warstwach odzieży, a jedyną moją aktywnością jest wtedy ruch oburącz (naprzemiennie) podczas skrobania szyb w samochodzie.
a teraz dla kontrastu
Obraz mnie w naturze ciepłej (mniej więcej pozostałe miesiące w roku)
Wraca! Razem z ptakami, razem ze słońcem, dłuższym dniem, ciepłem i kwiatami - moje życie do mnie wraca! Mięśnie się prostują, piersi rosną, sylwetka nabiera wyglądu pewnej siebie - wyprostowane plecy, brzuch wciągnięty (dałabym sobie rękę obciąć, że nawet nogi się wydłużają). Znowu czuję się cała, pełniuteńka, zintegrowana sama ze sobą. Jak pasożyt jakiś wyciągam od słońca cały ten seksapil, całą tą promienność i idę przed siebie, wciągając bez pytania wiosenne powietrze w nozdrza (czy tylko mnie się tak wydaje, czy mój nos zmniejszył się nieco...?). Wsiadam do samochodu (zimą jego zwyczajność przytłacza, smuci i dołuje), który też jakby nabrał wigoru, gazu chętniej dodaje, w zakręty wchodzi gładko. Zakładam na nos (nie no, naprawdę - wygląda inaczej...) okulary przeciwsłoneczne i ruszam przed siebie. Moje życie mnie rozpiera, mam wrażenie, że wszyscy patrzą tylko na mnie. Nie spuszczam wzroku, nie kulę się w sobie - mam gdzieś, że się patrzą - choć widzę ich patrzenie i patrzenie to wcale niemiłe dla mnie nie jest (o proszę - pomyślała, jakie ładne zgrabne zdania potrafię pisać, takie z polotem, niesztampowe, ze słowami ładnie ułożonymi!). Niech się patrzą, jestem przecież wyjątkowa! Jestem piękna! Mam w sobie to coś! Przecież to widać!
*koniec obrazu*
Ech... tak wiem, że tak naprawdę nie zmieniło się we mnie nic. Nos wciąż taki sam, piersi nic a nic nie urosły, a nogi nie są dłuższe nawet o centymetr. Wiem, że tak naprawdę się nie patrzą. Ja tylko czuję się tak, jakby to wszystko naprawdę się działo. Ja wiem?.... jakby młodość jakaś nie wiadomo która z kolei. Takie mam wiosenne omamy, schizofrenię zieloną i obłąkanie kwieciste (brawo! - pomyślała - jakie zwinne te metafory, jakie pomysłowe połączenie słów, cóż za sztukateria!).
No więc, jestem jakaś dziwna. Bo z jednej strony osoba ze mnie raczej (no raczej!) depresyjna, zdecydowanie bardziej intro niż ekstra, a z drugiej strony, moi drodzy czytający, naturę to ja mam raczej z tych ciepłych. Jak wiosna :)
(szkoda jej było, że to już koniec tekstu - był zdecydowanie za krótki na to, żeby pokazać pełnię jej możliwości... może gdyby jednak pokusiła się o jakieś małe dziełko, jakąś książeczkę średnich rozmiarów - kto wie, może wtedy poczułaby się naprawdę spełniona? poruszyła nad klawiaturą dłońmi niczym pianista przed wielkim koncertem, pojeździła palcami po klawiszach raz w prawo, raz w lewo, sprawdziła, czy komputer jest wystarczająco naładowany, przeciągnęła się mocno i.... ale to już zupełnie inna historia)
Pozdrawiam serdecznie, kłaniam się nisko i idę przypudrować mój mały, wiosenny nosek ;)
No więc wracając do mnie :).
Otóż ja jestem jakaś dziwna. Bo z jednej strony osoba ze mnie raczej (no raczej!) depresyjna, zdecydowanie bardziej intro niż ekstra, a z drugiej strony, moi drodzy czytający, dochodzę do wniosku, że naturę to ja mam raczej z tych ciepłych. Już wyjaśniam - obrazami (cóż, pomyślała, może sławnam już nie będę, ale przynajmniej niech ta garstka wie, że drzemie we mnie talent ogromny, talent prawdziwy, talent, który się marnuje!)
*początek obrazu*
Obraz mnie w naturze zimnej (od listopada do marca)
Gdyby mnie przeskanować jakimś magicznym skanerem w tej, określonej tutaj z grubsza, porze roku, to okazałoby się, że nie we mnie połowy życia. Trudno powiedzieć, dlaczego. Zamarzło? Schowało się w najcieplejszym kącie ciała? Odleciało do ciepłych krajów? Nie wiem. W każdym razie na pewno nie ma we mnie całego mojego życia - zostawiło mi tyle, żeby serce mogło krew pompować, żeby płuca mogły powietrze przerabiać i żeby ciało mogło działać w trybie podstawowym. Bez żadnych dodatków. Żyję więc tak tylko, żeby przejść jakoś przez te miesiące, skulona, owinięta szalikiem, w pięciu warstwach odzieży, a jedyną moją aktywnością jest wtedy ruch oburącz (naprzemiennie) podczas skrobania szyb w samochodzie.
a teraz dla kontrastu
Obraz mnie w naturze ciepłej (mniej więcej pozostałe miesiące w roku)
Wraca! Razem z ptakami, razem ze słońcem, dłuższym dniem, ciepłem i kwiatami - moje życie do mnie wraca! Mięśnie się prostują, piersi rosną, sylwetka nabiera wyglądu pewnej siebie - wyprostowane plecy, brzuch wciągnięty (dałabym sobie rękę obciąć, że nawet nogi się wydłużają). Znowu czuję się cała, pełniuteńka, zintegrowana sama ze sobą. Jak pasożyt jakiś wyciągam od słońca cały ten seksapil, całą tą promienność i idę przed siebie, wciągając bez pytania wiosenne powietrze w nozdrza (czy tylko mnie się tak wydaje, czy mój nos zmniejszył się nieco...?). Wsiadam do samochodu (zimą jego zwyczajność przytłacza, smuci i dołuje), który też jakby nabrał wigoru, gazu chętniej dodaje, w zakręty wchodzi gładko. Zakładam na nos (nie no, naprawdę - wygląda inaczej...) okulary przeciwsłoneczne i ruszam przed siebie. Moje życie mnie rozpiera, mam wrażenie, że wszyscy patrzą tylko na mnie. Nie spuszczam wzroku, nie kulę się w sobie - mam gdzieś, że się patrzą - choć widzę ich patrzenie i patrzenie to wcale niemiłe dla mnie nie jest (o proszę - pomyślała, jakie ładne zgrabne zdania potrafię pisać, takie z polotem, niesztampowe, ze słowami ładnie ułożonymi!). Niech się patrzą, jestem przecież wyjątkowa! Jestem piękna! Mam w sobie to coś! Przecież to widać!
*koniec obrazu*
Ech... tak wiem, że tak naprawdę nie zmieniło się we mnie nic. Nos wciąż taki sam, piersi nic a nic nie urosły, a nogi nie są dłuższe nawet o centymetr. Wiem, że tak naprawdę się nie patrzą. Ja tylko czuję się tak, jakby to wszystko naprawdę się działo. Ja wiem?.... jakby młodość jakaś nie wiadomo która z kolei. Takie mam wiosenne omamy, schizofrenię zieloną i obłąkanie kwieciste (brawo! - pomyślała - jakie zwinne te metafory, jakie pomysłowe połączenie słów, cóż za sztukateria!).
No więc, jestem jakaś dziwna. Bo z jednej strony osoba ze mnie raczej (no raczej!) depresyjna, zdecydowanie bardziej intro niż ekstra, a z drugiej strony, moi drodzy czytający, naturę to ja mam raczej z tych ciepłych. Jak wiosna :)
(szkoda jej było, że to już koniec tekstu - był zdecydowanie za krótki na to, żeby pokazać pełnię jej możliwości... może gdyby jednak pokusiła się o jakieś małe dziełko, jakąś książeczkę średnich rozmiarów - kto wie, może wtedy poczułaby się naprawdę spełniona? poruszyła nad klawiaturą dłońmi niczym pianista przed wielkim koncertem, pojeździła palcami po klawiszach raz w prawo, raz w lewo, sprawdziła, czy komputer jest wystarczająco naładowany, przeciągnęła się mocno i.... ale to już zupełnie inna historia)
Pozdrawiam serdecznie, kłaniam się nisko i idę przypudrować mój mały, wiosenny nosek ;)
poniedziałek, 28 marca 2016
DO NOT DISTURB
Nie przeszkadzaj. Nie: proszę, nie przeszkadzaj albo czy mógłbyś mi teraz nie przeszkadzać?. Krótko, zdaniem oznajmującym (na granicy rozkazującego): nie przeszkadzaj. Bo tak chcę. Bo teraz tego potrzebuję. Bo mam na to ochotę. Bo tak - zresztą, nie twoja sprawa.
Moje ciało to moja sprawa. Lubię je lubić. A nie umiem go lubić inaczej, niż wtedy, kiedy mnie słucha. Nie chcę go lubić inaczej. Ma być takie, jakim chcę żeby było. Szczupłe. Puste. Niedojedzone. Ma mieścić się w najmniejsze rozmiary, w przeciwnym razie uznam je za brzydkie i niegodne tego, żeby je lubić. Proste. I nic ci do tego. Nie przeszkadzaj. Moje ciało, moje życie, moje decyzje, moja ewentualna śmierć. Zamykam tobie drzwi przed nosem, bo twoje słowa niepotrzebnie psują mi humor. Te twoje wieczne:
- Zobaczysz!
- Wspomnisz moje słowa!
- Jak ty mnie ranisz!
- Co ja ci takiego zrobiłam!
- Błagam cię!
Bla, bla bla... Nie przeszkadzaj - liczę, ile kalorii dzisiaj zjadłam. Jak ty niczego nie rozumiesz, jesteś tak daleko od mojego świata, że te twoje "Zjedz chociaż trochę" śmieszą mnie i powodują, że gardzę tobą jeszcze bardziej. Zostaw już mnie, nie przeszkadzaj.
Nie, nie chcę. Nie dzisiaj. Może jutro, dobrze? Dzisiaj naprawdę nie mam ochoty, jestem śpiąca, miałam bardzo ciężki dzień, a jutro muszę wcześnie wstać. Zostaw, nie przeszkadzaj. Weź tą rękę, dzisiaj nie będziesz miał ze mnie pożytku. Zresztą, i tak nic nie czuję - zmęczenie uśpiło moje zmysły, połowa ciała już śpi. Właśnie ta połowa. Proszę, nie teraz. Nie dzisiaj. Może jutro - jak się nastawię, będę miała choć małą ochotę. Chcę spać. Zostaw...
Matka powinna mieć zawsze dla dziecka czas, duże pokłady cierpliwości i miłości. Nie wolno matce nie chcieć, nie wolno matce się lenić, nie wolno dziecku odmówić. Ciągle w głowie, te słowa, te ostrzeżenia i oczekiwania. Drżącą ręką sięgam po tabliczkę "do not disturb", jest prosta, z białej deski, przywiesili jakieś serduszko - w sumie nawet ładnie to wygląda. Jest otwór, żeby można było tabliczkę zawiesić na klamce. Pasuje idealnie - wiem, bo mierzyłam. Jak byłam sama w domu i nikt nie widział. Tabliczka nie była droga, kupiłam ją w Netto za niecałe 7 zł. Ręce mi się trzęsą. Chciałabym ją powiesić po drugiej stronie drzwi, choćby na jakieś 10 minut, na chwilkę, żeby sprawdzić jak to jest. Ale czy po angielsku to aby nie za trudne dla dziecka? Czy zrozumie? No bo jak nie zrozumie, to pewnie wejdzie, żeby zapytać, co to za tabliczka, a wtedy to już nie będzie to samo. Bo ma nie wchodzić. Trzeba było poszukać tabliczki w języku polskim. Nie przeszkadzać. Co to za moda dzisiaj, że wszystko po angielsku piszą. Ech, w ogóle głupoty jakieś mi po głowie chodzą, przecież nie można tak przed dzieckiem, drzwi zamknięte, mamy nie ma - że też w ogóle o tym pomyślałam.
Kiedy śpię, ma być cisza! Zrozumiano? Żadnych mi tu żadnych śmiechów, muzyki czy koleżanek. Kiedy śpię, cały dom ma być CICHO. Jestem po nocnej zmianie i muszę się wyspać. NIE PRZESZKADZAĆ!
Mmmm, gorąca - dokładnie taka, jak lubi. Bez piany, bez olejków. Czysta woda, gorąca i w dużej ilości. Na drzwiach wisi tabliczka. Muszą wiedzieć, że czas kąpieli jest jej czasem, tyle to sobie bez niej poradzą. Podkurcza kolana, co powoduje, że głowa zanurza się w wodzie. Oooo, aż jej gęsia skórka na ciele wychodzi. Ta woda jest tak zajebiście przyjemnie ciepła. Wbrew pozorom to nie tak łatwo trafić z temperaturą wody, bardzo łatwo przedobrzyć z ciepłem. Skóra wtedy robi się sucha, gorąca i zaczerwieniona. Z drugiej strony, trochę za dużo zimnej wody i czar szybko pryska, woda jest za chłodna, nie da się długo wysiedzieć. Mmmm, fajnie szumi w uszach, kiedy głowa jest pod wodą. Nie ma nic. Szszszsz.... Zamykam oczy. Nie ma nic. Nie przeszkadzać.
Czy ty to widziałeś??!! Chodź, zobacz co sobie twój syn powiesił na klamce!! Nie przeszkadzać! Nie przeszkadzać?! Smarkacz jeden, będzie nam tu dyktował warunki??!! No chodźże to w końcu, zobacz!! Zainteresuj się w końcu! Ja mówiłam, że tak będzie, wiedziałam, że w końcu twój synalek pokaże, jaki jest naprawdę! Nie przeszkadzać! Toż to są jakieś kpiny! To już przekracza wszelkie granice jakiegokolwiek przyzwoitego zachowania! Już ja ci dam nie przeszkadzanie! Zobaczysz! Ha, jeszcze się smarkacz zamknął na klucz! Otwieraj!! Otwieraj, słyszysz??! Ci ty tam robisz??!! Pewnie ćpa ten twój synalek! Skończy w kryminale, zobaczysz! Słyszysz?! Skończysz w kryminale! O-TWIE-RAJ-TE-DRZWI-!!!
Kończę już - nie chcę przeszkadzać.
P.S. Wszystkie postaci, ich doświadczenia czy myśli zostały przeze mnie zmyślone. W jakim stopniu, jeśli w ogóle, opierają się na doświadczeniach autorki, zostanie jej słodką tajemnicą.
Moje ciało to moja sprawa. Lubię je lubić. A nie umiem go lubić inaczej, niż wtedy, kiedy mnie słucha. Nie chcę go lubić inaczej. Ma być takie, jakim chcę żeby było. Szczupłe. Puste. Niedojedzone. Ma mieścić się w najmniejsze rozmiary, w przeciwnym razie uznam je za brzydkie i niegodne tego, żeby je lubić. Proste. I nic ci do tego. Nie przeszkadzaj. Moje ciało, moje życie, moje decyzje, moja ewentualna śmierć. Zamykam tobie drzwi przed nosem, bo twoje słowa niepotrzebnie psują mi humor. Te twoje wieczne:
- Zobaczysz!
- Wspomnisz moje słowa!
- Jak ty mnie ranisz!
- Co ja ci takiego zrobiłam!
- Błagam cię!
Bla, bla bla... Nie przeszkadzaj - liczę, ile kalorii dzisiaj zjadłam. Jak ty niczego nie rozumiesz, jesteś tak daleko od mojego świata, że te twoje "Zjedz chociaż trochę" śmieszą mnie i powodują, że gardzę tobą jeszcze bardziej. Zostaw już mnie, nie przeszkadzaj.
Nie, nie chcę. Nie dzisiaj. Może jutro, dobrze? Dzisiaj naprawdę nie mam ochoty, jestem śpiąca, miałam bardzo ciężki dzień, a jutro muszę wcześnie wstać. Zostaw, nie przeszkadzaj. Weź tą rękę, dzisiaj nie będziesz miał ze mnie pożytku. Zresztą, i tak nic nie czuję - zmęczenie uśpiło moje zmysły, połowa ciała już śpi. Właśnie ta połowa. Proszę, nie teraz. Nie dzisiaj. Może jutro - jak się nastawię, będę miała choć małą ochotę. Chcę spać. Zostaw...
Matka powinna mieć zawsze dla dziecka czas, duże pokłady cierpliwości i miłości. Nie wolno matce nie chcieć, nie wolno matce się lenić, nie wolno dziecku odmówić. Ciągle w głowie, te słowa, te ostrzeżenia i oczekiwania. Drżącą ręką sięgam po tabliczkę "do not disturb", jest prosta, z białej deski, przywiesili jakieś serduszko - w sumie nawet ładnie to wygląda. Jest otwór, żeby można było tabliczkę zawiesić na klamce. Pasuje idealnie - wiem, bo mierzyłam. Jak byłam sama w domu i nikt nie widział. Tabliczka nie była droga, kupiłam ją w Netto za niecałe 7 zł. Ręce mi się trzęsą. Chciałabym ją powiesić po drugiej stronie drzwi, choćby na jakieś 10 minut, na chwilkę, żeby sprawdzić jak to jest. Ale czy po angielsku to aby nie za trudne dla dziecka? Czy zrozumie? No bo jak nie zrozumie, to pewnie wejdzie, żeby zapytać, co to za tabliczka, a wtedy to już nie będzie to samo. Bo ma nie wchodzić. Trzeba było poszukać tabliczki w języku polskim. Nie przeszkadzać. Co to za moda dzisiaj, że wszystko po angielsku piszą. Ech, w ogóle głupoty jakieś mi po głowie chodzą, przecież nie można tak przed dzieckiem, drzwi zamknięte, mamy nie ma - że też w ogóle o tym pomyślałam.
Kiedy śpię, ma być cisza! Zrozumiano? Żadnych mi tu żadnych śmiechów, muzyki czy koleżanek. Kiedy śpię, cały dom ma być CICHO. Jestem po nocnej zmianie i muszę się wyspać. NIE PRZESZKADZAĆ!
Mmmm, gorąca - dokładnie taka, jak lubi. Bez piany, bez olejków. Czysta woda, gorąca i w dużej ilości. Na drzwiach wisi tabliczka. Muszą wiedzieć, że czas kąpieli jest jej czasem, tyle to sobie bez niej poradzą. Podkurcza kolana, co powoduje, że głowa zanurza się w wodzie. Oooo, aż jej gęsia skórka na ciele wychodzi. Ta woda jest tak zajebiście przyjemnie ciepła. Wbrew pozorom to nie tak łatwo trafić z temperaturą wody, bardzo łatwo przedobrzyć z ciepłem. Skóra wtedy robi się sucha, gorąca i zaczerwieniona. Z drugiej strony, trochę za dużo zimnej wody i czar szybko pryska, woda jest za chłodna, nie da się długo wysiedzieć. Mmmm, fajnie szumi w uszach, kiedy głowa jest pod wodą. Nie ma nic. Szszszsz.... Zamykam oczy. Nie ma nic. Nie przeszkadzać.
Czy ty to widziałeś??!! Chodź, zobacz co sobie twój syn powiesił na klamce!! Nie przeszkadzać! Nie przeszkadzać?! Smarkacz jeden, będzie nam tu dyktował warunki??!! No chodźże to w końcu, zobacz!! Zainteresuj się w końcu! Ja mówiłam, że tak będzie, wiedziałam, że w końcu twój synalek pokaże, jaki jest naprawdę! Nie przeszkadzać! Toż to są jakieś kpiny! To już przekracza wszelkie granice jakiegokolwiek przyzwoitego zachowania! Już ja ci dam nie przeszkadzanie! Zobaczysz! Ha, jeszcze się smarkacz zamknął na klucz! Otwieraj!! Otwieraj, słyszysz??! Ci ty tam robisz??!! Pewnie ćpa ten twój synalek! Skończy w kryminale, zobaczysz! Słyszysz?! Skończysz w kryminale! O-TWIE-RAJ-TE-DRZWI-!!!
Kończę już - nie chcę przeszkadzać.
P.S. Wszystkie postaci, ich doświadczenia czy myśli zostały przeze mnie zmyślone. W jakim stopniu, jeśli w ogóle, opierają się na doświadczeniach autorki, zostanie jej słodką tajemnicą.
niedziela, 27 marca 2016
wielki dzień
No proszę, od świąt do świąt mi wychodzi. Ostatni wpis był z okazji Bożego Narodzenia, teraz siadam w czas Wielkiej Nocy.. Trochę smutno mi, że czasu mam coraz mniej na takie przyjemności, jak pisanie. Albo go nie mam, albo czasu tego nie umiem sobie znaleźć - jakkolwiek.
W ogóle ostatnio nachodzi mnie myśl o przemijaniu... Starzeję się, cholera jasna, ciało robi się mniej sprężyste, coraz bardziej za to odczuwalne. Już nie nosi mi się go tak mimo chodem, zaczyna się cielsko to pokładać, opiera się na mnie swoim cielesnym ramieniem i prosi, żeby je trochę ponieść. A lekkie to ono nie jest, bierze sobie do spółki kości, mięśnie, tkankę tłuszczową (choć podobno u mnie w zaniku...), żyły i tętnice i bezczelnie mówi "nieś mnie". Niosę, bo co mam zrobić, ale powiem wam, że lekko mi nie jest.
Ale są święta, może by tak jakiś lżejszy temat...
Tylko że nie mam koncepcji. Zasiadłam tutaj bez koncepcji, serio. Różne tematy mi się po głowie przewalały, miałam ochotę je tutaj poruszyć, was nimi poruszyć, ale za każdym razem ciało mówiło, że mu się nie chce, że za długo mnie ono nosiło, że teraz moja kolej i chęć odchodziła... A temat jest dobry, kiedy jest świeży, kiedy możesz pisać poruszona jeszcze, oburzona bądź rozbawiona, od razu, a nie po jakimś czasie, kiedy to już musisz kombinować, wymyślać trochę, naciągać. Nie żeby naciąganie czy wymyślanie było w pisaniu złe - wcale tak nie uważam. Tylko że wymyślanie z ciałem leżącym ci na plecach jest dużo bardziej wymagające - o wiele łatwiej pisze się wtedy na "ciągu", kiedy to pisze się jakby samo.
Chciałam pisać na przykład o rodzicielstwie dzisiejszych czasów. Wiecie, mam niemałe doświadczenie z rodzicami wszelakimi, widzę jak układają sobie stosunki z własnymi dziećmi i myślę, że jest to niezły temat na jakiś tekst. Mogłabym też napisać o tym, jak niespełna czterdziestoletnia kobieta, dźwigająca swoje kości i skórę, uczy się asertywności. Tekst ten mógłby nawet pretendować do naukowego, gdyż jestem w stanie podeprzeć się w nim literaturą fachową.
Miałam też pomysł, żeby napisać o szachach - tak, uczę się gry w szachy. Chcąc nie chcąc. Pracodawca wysłał nas na obowiązkowe szkolenie z szachów (jeszcze jeden weekendowy zjazd nam został) - jest albowiem koncepcja, aby wprowadzić przedmiot "szachy" do obowiązkowego planu lekcji dzieci w naszej szkole. W sumie pomysł niezły, ta gra ma naprawdę w sobie ogromny potencjał. Wiele można się nauczyć, grając w szachy - może kiedyś jeszcze o tym napiszę...
A teraz siedzę tu jakby przed wami, w drugim pokoju chory syn i czytający Myster, i nie wiem, o czym do was napisać. No bo przecież nie o tym, że za oknem świeci słońce, a my się z domu ruszyć nie możemy, bo junior w gorączce czwarty dzień się męczy (tak na marginesie: umieranie na katar czy wysoką temperaturę mężczyźni mają już od małego). Nie będę też wam pisać (choć mogłabym i to długo nawet) o tym, że wygrałam kupon na zakupy w sklepie internetowym i otóż kuponu tego program nie chce zaakceptować, twierdząc, że nie jest prawidłowy (ha!ha! śmieszne, co?). Napisałam wczoraj w tej sprawie błagalnego maila (bo napaliłam się już, listę zakupów trzy dni układałam, zamieniałam, wykreślałam, dodawałam i w końcu, jak się zdecydowałam...), zaklinając panią, żeby mi mojej nagrody nie zabierali, żeby mnie wpuścili i dali te pędzle przepiękne. Pani póki co nie odpisała, o co żalu nie mam, bo kto w święta pracuje. Poczekam - tyle czekałam, to poczekam jeszcze te dwa dni. Nie będę wam też marudzić (i proszę to docenić, bo akurat marudzić literacko to mnie się akurat zdarza często), że fryzjerka fatalnie włosy mi obcięła, bez polotu, ot, zwyczajnie krótko po bokach, długo na czubku. No nie podoba mi się, nie lubię, nie patrzy mi się na siebie samą zbyt przyjemnie. Wiem - odrosną. Byłoby mi jednak łatwiej zaakceptować tę sytuację, gdyby ciało zechciało jeszcze trochę mnie ponieść. A tak?
Mazurek mi wyszedł, nie powiem, pyszny jest. Może nawet zaraz ukroję sobie kawałek. We'll see.
Czytam teraz "Face Paint" Lisy Eldridge. W oryginale ją czytam (innej wersji jeszcze nie ma). Nie jest łatwo, ale z każdym zdaniem człowiek się przyzwyczaja do angielskich wyrazów i czytanie staje się coraz łatwiejsze. Temat książki jest ciekawy, autorka opowiada o historii makijażu. Ale nie będę wam teraz o tym pisać, może pokuszę się o jakiś tekst, jak już całą książkę przeczytam.
Może jednak ukroję sobie kawałek tego ciacha...
Wygląda na to, że już do końca tygodnia nie pójdę do pracy. Pewnie będzie trzeba iść z Kamilem do lekarza we wtorek, przewiduję jakiś antybiotyk i opiekę nad dzieckiem zdecydowanie chorym.
Przepraszam, że śmieję się teraz szyderczo, ale ciało mi właśnie zaczęło jęczeć, że to ono jest tutaj w kiepskim stanie i że to jemu należy się wizyta u lekarza.
Ja przepraszam, że ten tekst jest w sumie o niczym i przepraszam, że takim już zostanie - idę jednak ukroić sobie trochę mazurka. Kajmakowego na dodatek ;)
Pozdrawiam świątecznie :)
W ogóle ostatnio nachodzi mnie myśl o przemijaniu... Starzeję się, cholera jasna, ciało robi się mniej sprężyste, coraz bardziej za to odczuwalne. Już nie nosi mi się go tak mimo chodem, zaczyna się cielsko to pokładać, opiera się na mnie swoim cielesnym ramieniem i prosi, żeby je trochę ponieść. A lekkie to ono nie jest, bierze sobie do spółki kości, mięśnie, tkankę tłuszczową (choć podobno u mnie w zaniku...), żyły i tętnice i bezczelnie mówi "nieś mnie". Niosę, bo co mam zrobić, ale powiem wam, że lekko mi nie jest.
Ale są święta, może by tak jakiś lżejszy temat...
Tylko że nie mam koncepcji. Zasiadłam tutaj bez koncepcji, serio. Różne tematy mi się po głowie przewalały, miałam ochotę je tutaj poruszyć, was nimi poruszyć, ale za każdym razem ciało mówiło, że mu się nie chce, że za długo mnie ono nosiło, że teraz moja kolej i chęć odchodziła... A temat jest dobry, kiedy jest świeży, kiedy możesz pisać poruszona jeszcze, oburzona bądź rozbawiona, od razu, a nie po jakimś czasie, kiedy to już musisz kombinować, wymyślać trochę, naciągać. Nie żeby naciąganie czy wymyślanie było w pisaniu złe - wcale tak nie uważam. Tylko że wymyślanie z ciałem leżącym ci na plecach jest dużo bardziej wymagające - o wiele łatwiej pisze się wtedy na "ciągu", kiedy to pisze się jakby samo.
Chciałam pisać na przykład o rodzicielstwie dzisiejszych czasów. Wiecie, mam niemałe doświadczenie z rodzicami wszelakimi, widzę jak układają sobie stosunki z własnymi dziećmi i myślę, że jest to niezły temat na jakiś tekst. Mogłabym też napisać o tym, jak niespełna czterdziestoletnia kobieta, dźwigająca swoje kości i skórę, uczy się asertywności. Tekst ten mógłby nawet pretendować do naukowego, gdyż jestem w stanie podeprzeć się w nim literaturą fachową.
Miałam też pomysł, żeby napisać o szachach - tak, uczę się gry w szachy. Chcąc nie chcąc. Pracodawca wysłał nas na obowiązkowe szkolenie z szachów (jeszcze jeden weekendowy zjazd nam został) - jest albowiem koncepcja, aby wprowadzić przedmiot "szachy" do obowiązkowego planu lekcji dzieci w naszej szkole. W sumie pomysł niezły, ta gra ma naprawdę w sobie ogromny potencjał. Wiele można się nauczyć, grając w szachy - może kiedyś jeszcze o tym napiszę...
A teraz siedzę tu jakby przed wami, w drugim pokoju chory syn i czytający Myster, i nie wiem, o czym do was napisać. No bo przecież nie o tym, że za oknem świeci słońce, a my się z domu ruszyć nie możemy, bo junior w gorączce czwarty dzień się męczy (tak na marginesie: umieranie na katar czy wysoką temperaturę mężczyźni mają już od małego). Nie będę też wam pisać (choć mogłabym i to długo nawet) o tym, że wygrałam kupon na zakupy w sklepie internetowym i otóż kuponu tego program nie chce zaakceptować, twierdząc, że nie jest prawidłowy (ha!ha! śmieszne, co?). Napisałam wczoraj w tej sprawie błagalnego maila (bo napaliłam się już, listę zakupów trzy dni układałam, zamieniałam, wykreślałam, dodawałam i w końcu, jak się zdecydowałam...), zaklinając panią, żeby mi mojej nagrody nie zabierali, żeby mnie wpuścili i dali te pędzle przepiękne. Pani póki co nie odpisała, o co żalu nie mam, bo kto w święta pracuje. Poczekam - tyle czekałam, to poczekam jeszcze te dwa dni. Nie będę wam też marudzić (i proszę to docenić, bo akurat marudzić literacko to mnie się akurat zdarza często), że fryzjerka fatalnie włosy mi obcięła, bez polotu, ot, zwyczajnie krótko po bokach, długo na czubku. No nie podoba mi się, nie lubię, nie patrzy mi się na siebie samą zbyt przyjemnie. Wiem - odrosną. Byłoby mi jednak łatwiej zaakceptować tę sytuację, gdyby ciało zechciało jeszcze trochę mnie ponieść. A tak?
Mazurek mi wyszedł, nie powiem, pyszny jest. Może nawet zaraz ukroję sobie kawałek. We'll see.
Czytam teraz "Face Paint" Lisy Eldridge. W oryginale ją czytam (innej wersji jeszcze nie ma). Nie jest łatwo, ale z każdym zdaniem człowiek się przyzwyczaja do angielskich wyrazów i czytanie staje się coraz łatwiejsze. Temat książki jest ciekawy, autorka opowiada o historii makijażu. Ale nie będę wam teraz o tym pisać, może pokuszę się o jakiś tekst, jak już całą książkę przeczytam.
Może jednak ukroję sobie kawałek tego ciacha...
Wygląda na to, że już do końca tygodnia nie pójdę do pracy. Pewnie będzie trzeba iść z Kamilem do lekarza we wtorek, przewiduję jakiś antybiotyk i opiekę nad dzieckiem zdecydowanie chorym.
Przepraszam, że śmieję się teraz szyderczo, ale ciało mi właśnie zaczęło jęczeć, że to ono jest tutaj w kiepskim stanie i że to jemu należy się wizyta u lekarza.
Ja przepraszam, że ten tekst jest w sumie o niczym i przepraszam, że takim już zostanie - idę jednak ukroić sobie trochę mazurka. Kajmakowego na dodatek ;)
Pozdrawiam świątecznie :)
piątek, 25 grudnia 2015
cud świąt
Kolega z pracy powiedział ostatnio podczas jednej z naszych rozmów, że przekleństwem człowieka jest świadomość. Nie wiem, czy sam to wymyślił czy gdzieś przeczytał, ale niech te słowa będą mottem tego tekstu.
Druga połowa grudnia, magiczny czas w naszej części globu. Wszędzie dzwonki, choinki, światełka, mikołaje. Czerwono, zielono, złociście i piernikowo. Mówią, że to magia. Magia świąt bożonarodzeniowych. Każdy czuje ją jakoś bardziej teraz niż wiosną, w czas wielkanocny. Zadziwiające.
Cud pierwszy
Prace idą pełną parą, trzeba zdążyć do świąt, bo tylko wtedy będzie to miało jakikolwiek sens. Nazwy są różne - Pogotowie Świętego Mikołaja, Szlachetna Paczka - więcej nie pamiętam. Różne są też formy: jedni zbierają przedmioty dla wybranej rodziny, inni stoją w supermarkecie z koszykiem na żywność wolno-się-psującą, owanci sprzedają aniołki hand-made. Ludzie ludziom, masowo, z dobroci serca, przecież zbliżają się święta. Nie pomagasz? Jesteś obojętny? W TAKI czas? Jak to o tobie świadczy, jak to o mnie świadczy, jeśli nie wrzucę tego grosika, jeśli nie kupię paczki ryżu i nie oddam bezinteresowanie potrzebującym! Ludzie patrzą, ludzie widzą, wielkie OKO widzi - kiedy, jak kiedy, ale w drugiej połowie grudnia w naszej części globu TRZEBA być dobrym.
Zastanawiam się, jak mama dwójki dzieci, wciągnięta na listę szlachetnej paczki rozmawia z dziećmi w, dajmy na to, czerwcu... Może tłumaczy im cierpliwie, że muszę wytrzymać w tych za małych butach jeszcze pół roku, bo dopiero w grudniu może ktoś da większe buty? A może płacze nad kolejną paczką darowanego makaronu, bo boi się, że to za mało dla rosnących dzieci? A może ma po dziurki w nosie tych cholernych świąt, bo wszystko przypomina jej o biedzie, niedostatku, o byciu na marginesie? No cóż, moja droga pani, ktoś musi pomóc innym czuć się dobrym, przecież to święta!
niech się nasza dobroć święci
żeśmy innymi przejęci
w święta trzeba po dobroci
ona serca nasze złoci
my, jak paczka ta, szlachetni
sami w swoich oczach świetni
Cud drugi
Jak byś chciała spędzić święta?
Chciałabym wyjechać, pobyć sama. Mam trochę wolnego, mogłabym te dni teraz wykorzystać.
Fajnie. Dokąd pojedziesz?
Zwariowałaś? W święta? Matka by mnie zabiła, ona by tego nie wytrzmała!
Ale przecież mówiłaś, że chciałabyś...
Och, przestań! Przecież wiadomo, że w święta takich rzeczy się nie robi! W święta TRZEBA być z najbliższymi! W święta trzeba być z mamą i tatą, trzeba być z mężem, żoną, dzieckiem! Wyobrażasz sobie, jak by to moja mama przeżyła, gdybym oznajmiła jej, że nie będzie mnie na święta w domu, bo postanowiłam jechać nad morze?! Nie... Ona by tego nie przeżyła. Byłoby jej smutno, byłoby jej przykro, że jej córka wybrała morze zamiast być z nią w ten szczególny czas. Przecież to wigilia, dzielenie się opłatkiem i wszystkie te potrawy. W wigilię trzeba być z rodziną!
w święta krzywd się nie pamięta
siedź przy stole uśmiechnięta
jedz, rozmawiaj, udawaj, że kochasz
nie mów nikomu, że przez nas szlochasz czasami
jam matka, jam ojciec, święta rodzina
niech święta tradycja cię przy nas trzyma
Cud trzeci
Zwierzęta przemawiają. Nie, wcale nie o północy, przemawiają dużo wcześniej. Na facebooku. Z czapeczkami na łbach, łebkach, głowach, ze wzrokiem rozumiejącym wpatrzone w obiektyw. Koń pozdrawia z rzeźni, widzisz, że niemal płacze błagając, byś go utarował. Ale nawet jeśli nie zdążysz, bo święta miną, to wiedz, że przed egzekucją myślał o tobie i życzył ci wesołych świąt.
O, a tutaj kotek - jaki słodki! W tej czapeczce mikołaja, z tymi okularami wygląda tak mizi mizi, chciałoby się go zjeść z tej jego rozkoszności. On też coś nam przesyła, też mówi, a mówi tak, jakby to człowiek te słowa wymyślił, bo tak pasują do tej mordki kochanej. Jacy ludzie jednak potrafią być wrażliwi, zwłaszcza w czas tych świąt, pamiętają o wszystkich, nawet tych maluczkich, bezrozumnych, poniewieranych zwierzątkach. Nawet jeśli nie ruszę się, żeby realnie jakoś pomóc, żeby zadziałać, jeśli mi konika żal, to przynajmniej lajka dam, udotępnię - no tak się do sprawy przyłożę. Pod te święta!
tutaj czapeczkę psu założymy
sztuczne wąsiska pod nos przykleimy
fajka do pyska - ludzie lubią fajki
świąteczne za to pozbieram lajki
trochę się z ciebie na "fejs" pośmiejemy
a potem wszystko pozdejmujemy
Cudnie, prawda?
Przytulać nad opłatkiem kogoś, kto cię skrzywdził, kogo nienawidzisz z całego serca, życząc mu zdrowia i długich lat życia? Cud świąt!
Dać innym, chociaż ma się ich głęboko w dupie przez cały rok, niech sumienie spokojnie napycha się pierogami? Cud świąt!
Znosić litość innych, bo tak im z tym dobrze, chociaż chciałoby się być w te dni samemu? Cud, och cud świąt!
Iść do kościoła - mój boże, chyba pierwszy raz jej się to zdarza! - bo tak trzeba? Toż to cud świąt!
Wybaczenie, wielkoduszności okazywanie, miłosierdziem obdarowywanie tak, żeby na te trzy dni wystarczyło? Wielki świąteczny cud!
Hej, w dzień narodzenia Syna jedynego,
Ojca przedwiecznego, Boga prawdziwego
wesoło śpiewajmy
chwałe Bogu dajmy,
hej kolęda, kolęda!
Druga połowa grudnia, magiczny czas w naszej części globu. Wszędzie dzwonki, choinki, światełka, mikołaje. Czerwono, zielono, złociście i piernikowo. Mówią, że to magia. Magia świąt bożonarodzeniowych. Każdy czuje ją jakoś bardziej teraz niż wiosną, w czas wielkanocny. Zadziwiające.
Cud pierwszy
Prace idą pełną parą, trzeba zdążyć do świąt, bo tylko wtedy będzie to miało jakikolwiek sens. Nazwy są różne - Pogotowie Świętego Mikołaja, Szlachetna Paczka - więcej nie pamiętam. Różne są też formy: jedni zbierają przedmioty dla wybranej rodziny, inni stoją w supermarkecie z koszykiem na żywność wolno-się-psującą, owanci sprzedają aniołki hand-made. Ludzie ludziom, masowo, z dobroci serca, przecież zbliżają się święta. Nie pomagasz? Jesteś obojętny? W TAKI czas? Jak to o tobie świadczy, jak to o mnie świadczy, jeśli nie wrzucę tego grosika, jeśli nie kupię paczki ryżu i nie oddam bezinteresowanie potrzebującym! Ludzie patrzą, ludzie widzą, wielkie OKO widzi - kiedy, jak kiedy, ale w drugiej połowie grudnia w naszej części globu TRZEBA być dobrym.
Zastanawiam się, jak mama dwójki dzieci, wciągnięta na listę szlachetnej paczki rozmawia z dziećmi w, dajmy na to, czerwcu... Może tłumaczy im cierpliwie, że muszę wytrzymać w tych za małych butach jeszcze pół roku, bo dopiero w grudniu może ktoś da większe buty? A może płacze nad kolejną paczką darowanego makaronu, bo boi się, że to za mało dla rosnących dzieci? A może ma po dziurki w nosie tych cholernych świąt, bo wszystko przypomina jej o biedzie, niedostatku, o byciu na marginesie? No cóż, moja droga pani, ktoś musi pomóc innym czuć się dobrym, przecież to święta!
niech się nasza dobroć święci
żeśmy innymi przejęci
w święta trzeba po dobroci
ona serca nasze złoci
my, jak paczka ta, szlachetni
sami w swoich oczach świetni
Jak byś chciała spędzić święta?
Chciałabym wyjechać, pobyć sama. Mam trochę wolnego, mogłabym te dni teraz wykorzystać.
Fajnie. Dokąd pojedziesz?
Zwariowałaś? W święta? Matka by mnie zabiła, ona by tego nie wytrzmała!
Ale przecież mówiłaś, że chciałabyś...
Och, przestań! Przecież wiadomo, że w święta takich rzeczy się nie robi! W święta TRZEBA być z najbliższymi! W święta trzeba być z mamą i tatą, trzeba być z mężem, żoną, dzieckiem! Wyobrażasz sobie, jak by to moja mama przeżyła, gdybym oznajmiła jej, że nie będzie mnie na święta w domu, bo postanowiłam jechać nad morze?! Nie... Ona by tego nie przeżyła. Byłoby jej smutno, byłoby jej przykro, że jej córka wybrała morze zamiast być z nią w ten szczególny czas. Przecież to wigilia, dzielenie się opłatkiem i wszystkie te potrawy. W wigilię trzeba być z rodziną!
w święta krzywd się nie pamięta
siedź przy stole uśmiechnięta
jedz, rozmawiaj, udawaj, że kochasz
nie mów nikomu, że przez nas szlochasz czasami
jam matka, jam ojciec, święta rodzina
niech święta tradycja cię przy nas trzyma
Cud trzeci
Zwierzęta przemawiają. Nie, wcale nie o północy, przemawiają dużo wcześniej. Na facebooku. Z czapeczkami na łbach, łebkach, głowach, ze wzrokiem rozumiejącym wpatrzone w obiektyw. Koń pozdrawia z rzeźni, widzisz, że niemal płacze błagając, byś go utarował. Ale nawet jeśli nie zdążysz, bo święta miną, to wiedz, że przed egzekucją myślał o tobie i życzył ci wesołych świąt.
O, a tutaj kotek - jaki słodki! W tej czapeczce mikołaja, z tymi okularami wygląda tak mizi mizi, chciałoby się go zjeść z tej jego rozkoszności. On też coś nam przesyła, też mówi, a mówi tak, jakby to człowiek te słowa wymyślił, bo tak pasują do tej mordki kochanej. Jacy ludzie jednak potrafią być wrażliwi, zwłaszcza w czas tych świąt, pamiętają o wszystkich, nawet tych maluczkich, bezrozumnych, poniewieranych zwierzątkach. Nawet jeśli nie ruszę się, żeby realnie jakoś pomóc, żeby zadziałać, jeśli mi konika żal, to przynajmniej lajka dam, udotępnię - no tak się do sprawy przyłożę. Pod te święta!
tutaj czapeczkę psu założymy
sztuczne wąsiska pod nos przykleimy
fajka do pyska - ludzie lubią fajki
świąteczne za to pozbieram lajki
trochę się z ciebie na "fejs" pośmiejemy
a potem wszystko pozdejmujemy
Cudnie, prawda?
Przytulać nad opłatkiem kogoś, kto cię skrzywdził, kogo nienawidzisz z całego serca, życząc mu zdrowia i długich lat życia? Cud świąt!
Dać innym, chociaż ma się ich głęboko w dupie przez cały rok, niech sumienie spokojnie napycha się pierogami? Cud świąt!
Znosić litość innych, bo tak im z tym dobrze, chociaż chciałoby się być w te dni samemu? Cud, och cud świąt!
Iść do kościoła - mój boże, chyba pierwszy raz jej się to zdarza! - bo tak trzeba? Toż to cud świąt!
Wybaczenie, wielkoduszności okazywanie, miłosierdziem obdarowywanie tak, żeby na te trzy dni wystarczyło? Wielki świąteczny cud!
Hej, w dzień narodzenia Syna jedynego,
Ojca przedwiecznego, Boga prawdziwego
wesoło śpiewajmy
chwałe Bogu dajmy,
hej kolęda, kolęda!
niedziela, 1 listopada 2015
z wysokości....
Noż kurwa, znowu tutaj jest!
Przestań przeklinać, nie wiesz, że stąd wszystko TAM słychać?
Ta, jasne. Już się boję.. Spójrz, tam, w dół. Widzisz? Mamusia do mnie przyszła! Płaszczyk ma z tamtego roku, bo ten kóry kupiła w tym jest za ciepły i musiała wybierać: nowy płaszcz plus przepocenie czy stary plus jako taki komfort. Och, dzięki ci mamusiu za te piękne wieńce na moim grobie, za te znicze przeogromne. Jak to miło, że wpadłaś, że przypomniałaś sobie o mnie, jak co roku zresztą...
Przestań tak mówić! Co w tym złego, że twoja matka przyszła na twój grób. To normalne, że ludzie odwiedzają groby swoich bliskich. To normalne, że matka przychodzi na grób swojej zmarlej córki..
Pieprzenie! Teraz przychodzi?! Raz kurwa do roku??!! Dziękuję bardzo za ten zbytek łaski, teraz już nie potrzebuję!
Znowu przeklinasz..
Pewnie kurwa, że znowu! Wiesz, jak mnie krew zalewa, kiedy widzę tą babę nad moim grobem? Zawsze się wtedy zastanawiam: gdzie byłaś, kiedy naprawdę cię potrzebowałam? Gdzie chowałaś tą wielką milość, którą teraz wkładasz raz do roku w kwiaty i znicze? RAZ w roku! Czy wiesz, że ona nawet do mnie nie zagada, kiedy siedzi w domu, kiedy już tego swojego kochanego oporządzi, kiedy już facet położy się spać, a ona siada z papierosem i w okno się gapi! Ani słowa! A wiesz o czym myśli? Och, o swojej utraconej młodości, o byciu matką, kiedy inni się bawią i biorą życie garściami, o mężu, którego nigdy nie miała i już mieć nie będzie, o konkubinacie, w którym przyszło jej żyć..
Twoja matka nie jest szczęśliwa...
To nie moja wina! Słyszysz?! To nie moja wina, ja nie pchalam się na ten świat, wcale nie musiało mnie tam być! Mam dosyć słuchania, że nieszczęście mojej matki jest moją winą! Nasłuchałam się tego od niej wystarczająco za życia, nie muszę tego znosić jeszcze po śmierci. ......
Nie powie do mnie ani słowa, nie zagada.... Przez cały rok nie poświęci mi ani jednej myśli, a teraz sterczy nad moim grobem z miną zbolałej matki, poprawia te kwiatki w nieskończoność, sztuczne cholerstwo. Wiesz, zastanawiam się, co jest z tymi wszystkimi ludźmi tam, na dole. Dlaczego nie dadzą swoim umarłym w spokoju poleżeć, po co trudzą się na ten cmentarz, forsę na kwiaty wydają, na płaszcze, na buty, na znicze.... Założę się, że niejeden z nich, tak jak ta moja, ani razu nie pomyślą o tych pochowanych. Założę się, że niejeden z nich ucieszył się, że w końcu ta zdzira, ten kat, pijak, narkowmanka kopnęła w kalendarz. Niejednemu z nich ulżyło, że już umarł, umarła, że w końcu będzie spokój..
Przestań, tak nie można!
Hej, tylko mi tutaj nie wyjeżdżaj ze świętym tematem śmierci! Że nie można się śmiać, żartować, kalać pamięci. Błagam.
Ocho, czas widzę się zbierać, mamusiu. Tak, tak, popraw jeszcze te znicze, bo krzywo stoją, mhm, koniecznie - jest mi to bardzo potrzebne. Nie no, naprawdę - patrzę i patrzę w tą jej głowę, szukam, slucham - nic, ani jednego słowa do mnie.
Przestań przeklinać, nie wiesz, że stąd wszystko TAM słychać?
Ta, jasne. Już się boję.. Spójrz, tam, w dół. Widzisz? Mamusia do mnie przyszła! Płaszczyk ma z tamtego roku, bo ten kóry kupiła w tym jest za ciepły i musiała wybierać: nowy płaszcz plus przepocenie czy stary plus jako taki komfort. Och, dzięki ci mamusiu za te piękne wieńce na moim grobie, za te znicze przeogromne. Jak to miło, że wpadłaś, że przypomniałaś sobie o mnie, jak co roku zresztą...
Przestań tak mówić! Co w tym złego, że twoja matka przyszła na twój grób. To normalne, że ludzie odwiedzają groby swoich bliskich. To normalne, że matka przychodzi na grób swojej zmarlej córki..
Pieprzenie! Teraz przychodzi?! Raz kurwa do roku??!! Dziękuję bardzo za ten zbytek łaski, teraz już nie potrzebuję!
Znowu przeklinasz..
Pewnie kurwa, że znowu! Wiesz, jak mnie krew zalewa, kiedy widzę tą babę nad moim grobem? Zawsze się wtedy zastanawiam: gdzie byłaś, kiedy naprawdę cię potrzebowałam? Gdzie chowałaś tą wielką milość, którą teraz wkładasz raz do roku w kwiaty i znicze? RAZ w roku! Czy wiesz, że ona nawet do mnie nie zagada, kiedy siedzi w domu, kiedy już tego swojego kochanego oporządzi, kiedy już facet położy się spać, a ona siada z papierosem i w okno się gapi! Ani słowa! A wiesz o czym myśli? Och, o swojej utraconej młodości, o byciu matką, kiedy inni się bawią i biorą życie garściami, o mężu, którego nigdy nie miała i już mieć nie będzie, o konkubinacie, w którym przyszło jej żyć..
Twoja matka nie jest szczęśliwa...
To nie moja wina! Słyszysz?! To nie moja wina, ja nie pchalam się na ten świat, wcale nie musiało mnie tam być! Mam dosyć słuchania, że nieszczęście mojej matki jest moją winą! Nasłuchałam się tego od niej wystarczająco za życia, nie muszę tego znosić jeszcze po śmierci. ......
Nie powie do mnie ani słowa, nie zagada.... Przez cały rok nie poświęci mi ani jednej myśli, a teraz sterczy nad moim grobem z miną zbolałej matki, poprawia te kwiatki w nieskończoność, sztuczne cholerstwo. Wiesz, zastanawiam się, co jest z tymi wszystkimi ludźmi tam, na dole. Dlaczego nie dadzą swoim umarłym w spokoju poleżeć, po co trudzą się na ten cmentarz, forsę na kwiaty wydają, na płaszcze, na buty, na znicze.... Założę się, że niejeden z nich, tak jak ta moja, ani razu nie pomyślą o tych pochowanych. Założę się, że niejeden z nich ucieszył się, że w końcu ta zdzira, ten kat, pijak, narkowmanka kopnęła w kalendarz. Niejednemu z nich ulżyło, że już umarł, umarła, że w końcu będzie spokój..
Przestań, tak nie można!
Hej, tylko mi tutaj nie wyjeżdżaj ze świętym tematem śmierci! Że nie można się śmiać, żartować, kalać pamięci. Błagam.
Ocho, czas widzę się zbierać, mamusiu. Tak, tak, popraw jeszcze te znicze, bo krzywo stoją, mhm, koniecznie - jest mi to bardzo potrzebne. Nie no, naprawdę - patrzę i patrzę w tą jej głowę, szukam, slucham - nic, ani jednego słowa do mnie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
