Pewnych sytuacji nie mogę zrozumieć. Wywołują one w moim środku oburzenie, sprzeciw i lekkie mdłości. Na przykład wtedy, kiedy kobieta opowiada o tym, jak rano wstaje i idzie do sklepu po świeże bułki, żeby jej syn - student, ponad dwudziestoletni facet - miał świeże pieczywo na śniadanie. Albo porada starszej, bardziej doświadczonej koleżanki, żeby nigdy, przenigdy nie krytykować męża - jakkolwiek coś zrobił, ciesz się, że zrobił, chwal - krytyka może go zniechęcić i już nigdy ci nie odkurzy. MI nie odkurzy. Albo kiedy widzę kobietę w wysokich szpilkach, trzymającą sztywno swoje ciało - nie wiem, żeby nie upaść albo żeby się nie garbić. Albo kiedy mijam na ulicy kolejne billboardy, na których wizerunek kobiety wykorzystywany jest do reklamowania po prostu wszystkiego: od (czyż to nie oczywiste?!) strojów kąpielowych czy innej garderoby przez (a cóż w tym złego?) kluby fitness po (no cóż...) materiały do ocieplania ścian na przykład.
Czy to sprawia, jestem feministką?
Z drugiej strony mam mieszane uczucia, kiedy czytam o kolejnych protestach kobiet, kiedy słucham ich wypowiedzi w radiu czy w internecie. A właściwie inaczej: w pełni popieram fakt, że osoby traktowane niesprawiedliwie, osoby, których prawa są łamane czy ograniczane - że wychodzą na ulicę. Uważam, że nie należy zgadzać się na coś, na co w sobie zgody nie czujemy. Protest - w naszej obecnej sytuacji politycznej - wydaje się jedną z niewielu możliwości i dobrze, że są. Wątpliwości budzi we mnie postawa niektórych osób. Nie umiem utożsamić się z kobietami, które do walki o swoje prawa używają siły, uciekają się do szyderstw czy haseł nawiązujących do konkretnych osób. Coś mi tu nie gra. TAK - jestem za tym, żeby każdy był traktowany z szacunkiem, żeby miał równe prawa, żeby mógł decydować o sobie, swoim losie, ciele, o tym, kogo będzie kochać i z kim stworzy związek (lub go nie stworzy). Bez dwóch zdań - zgadzam się z tym wszystkim i popieram w stu procentach. Nie zgadzam się natomiast ze stosowaniem języka takiego samego, jakiego używają ci, z którymi się nie zgadzamy. Jestem przekonana, że są inne sposoby na to, aby kobiety i mężczyźni byli traktowani z takim samym szacunkiem - nie krzykiem, nie wyśmiewaniem się, nie pokazywaniem "jestem silniejsza". Wrogość zawsze będzie wzbudzała wrogość.
Czy to znaczy, że jednak nie jestem feministką?
Wczoraj skończyłam czytać "Siłę" Naomi Alderman. Książka nie jest z tych, które wciągają mnie w
swój świat i potem długo mnie w nim trzymają. Ma jednak w sobie coś, co trzymało mnie przy jej kartkach do ostatniej kropki. Naomi - dość odważnie i bezkompromisowo moim zdaniem - pokazuje, jak mógłby wyglądać świat, gdyby kobiety poczuły w sobie moc pozwalającą im panować nad innymi. Czy był to lepszy świat? Czy kobiety traktowały mężczyzn z szacunkiem? Czy dobiwszy się do władzy skupiły się głównie na zemście za swoje własne krzywdy i poniżenia, których doznały od mężczyzn czy poszły inną drogą i - zgodnie ze swoimi hasłami - nie dzieliły świata ze względu na płeć? Czy umiały współpracować z mężczyznami tak, jak oczekują od mężczyzn, by współpracowali z nimi? Czy zdobycie władzy przez kobiety jest wyjściem z sytuacji, jaką mamy dzisiaj w wielu miejscach na ziemi, gdzie kobiety traktowane są jak przedmioty, własność mężczyzn? Czy silne kobiety potrafią zamazać historię, w której zawsze na pierwszym planie byli mężczyźni, bo nie widzieli powodu, dla którego mieliby kobietę traktować podmiotowo? Czy historia przez nie tworzona byłaby inna?
Warto przeczytać tę książkę, żeby zobaczyć jedną z alternatyw. Jasne - jest to fikcja. Oczywiście - wcale nie musiałoby być tak, jak w tej książce. Ale mogłoby....
Czy jestem feministką? Czy sama o sobie tak myślę? Szczerze? Nie mam potrzeby definiowania siebie jako za czy przeciw. Jeśli ktoś koniecznie chce mnie gdzieś zakwalifikować - jego problem. Uważam, że każdy człowiek - bez względu na wszystko, co go wyróżnia czy upodabnia do drugiego człowieka - ma prawo być w swoim życiu szczęśliwy. Ma prawo sam/sama wybierać, jak chce żyć. Nikt nie ma prawa ograniczać praw drugiej osoby, w żaden sposób. Nikt nie ma prawa powiedzieć mi, że mam tak czy tak myśleć, że mam w to czy tamto wierzyć, że mam tak a nie inaczej pracować, ubierać się, wychowywać syna - bez względu na to, czy jest to mężczyzna czy kobieta. Po prostu.
Uważam, że nie ma czegoś takiego, jak jeden prawidłowy, jedynie słuszny kierunek, w którym każdy powinien dążyć. Moim zdaniem nikt nie ma patentu na prawdę, na to co właściwe czy na to, jak należy. Każdemu należy się szacunek.
Książka "Siła" daje do myślenia. W sumie polecam :)
sobota, 30 czerwca 2018
niedziela, 17 czerwca 2018
moja walka
A niech cię, Karl Ove Knåusgard, wysoko się cenisz! Sporo musiałam zainwestować, żeby przeczytać sześć części twojej "Mojej walki" - nie dość, że przeczytanie sześciu tomów, gdzie każdy ważył tonę, zabrało mi sporo czasu z życia, to jeszcze musiałam przejść przez całą moją przeszłość, do której to podróży wepchnąłeś mnie z surową bezwzględnością. Dobrze, że wszystkie książki były dostępne w bibliotece - przynajmniej zaoszczędziłam trochę grosza.
I tak, jak koszt czasu poświęconego na przeczytanie opasłych tomów jestem w stanie ci wybaczyć - gdybym nie czytała twojej powieści, czytałabym pewnie coś innego - tak tego przywoływania obrazów z mojej własnej przeszłości nie jest już takie łatwe do wybaczenia.
Wiesz, ja nawet cię nie lubię. Z tego, co napisałeś wynika, że byłeś w młodości i jesteś teraz (a przynajmniej byłeś jakieś 7 - 10 lat temu) osobą, z którą nie miałabym ochoty na bliższą znajomość. W młodości byłeś zapijającym się do utraty świadomości i zarzygania chłopakiem, który później stał się mężczyzną potrafiącym zdradzić swoją żonę (oczywiście po pijaku). Z trudnością czytałam tą część, w której opisywałeś czas, kiedy przyjechałeś do Bergen, żeby studiować - nie lubię tego typu ludzi.
Tak się jednak zdarzyło, że przy całej tej mojej antypatii do ciebie, znalazłam w tobie człowieka, którego przeżycia i przemyślenia są tak bardzo bliskie moim własnym, że aż trudno uwierzyć, że zdarzyły się dwóm zupełnie niezwiązanym ze sobą osobom. Ty napisałeś opowieść o swoim życiu, ja sięgnęłam po nią i po początkowym oporze wejścia w powieść głębiej, nawet nie wiem kiedy zanurzyłam się w niej i przepłynęłam przez całe sześć części. W tej podróży wiele się działo, a najczęściej były to te przystanki z mojej przeszłości i teraźniejszości, których wolałabym unikać. Jednocześnie nie umiałam przestać czytać, połykałam kartkę za kartką, skończywszy jedną część biegłam do biblioteki po następną, z ulgą zauważając, że nikt jej przede mną nie wypożyczył. Czasami smęciłeś strasznie, niektóre opisy, wędrówki filozoficzne powodowały u mnie znudzenie, gubiłam się w gąszczu twoich przemyśleń. Zaraz jednak zaczynałeś opowiadać o czymś tak, jak ja bym o sobie opowiadała i nie mogłam przestać czytać.
I za to cię właśnie przeklinam. Za to, że przywróciłeś do życia mojego ojca, przypomniałeś mi, że kiedyś był - namacalny, realny, w pokoju tuż obok. Przez ciebie znowu zaczęłam się bać jego złości i czujności. Twoje słowa sprawiły, że znowu stałam się tą dziewczyną, dzieckiem, które poczucia bezpieczeństwa szuka w domach koleżanek, jednocześnie unikając zapraszania kogokolwiek do siebie. Ty sprzątałeś po swoim ojcu po jego śmierci, ja pamiętam, jak musiałam sprzątać po moim kiedy nie panując nad swoją fizjologią raz po raz zasrywał całą ubikację. Mój też już nie żyje, ale podobnie jak twój ojciec, zachował umiejętność odżywania i wracania od czasu do czasu.
Ty masz brata, ja mam siostrę - żadna to jednak różnica, jeśli podobnie jak u was sytuacja w domu pozbawiła nas możliwości uczenia się komunikowania ze sobą, pokazywania sobie nawzajem troski. Tobie trudno było podać Yngvemu rękę na powitanie, unikałeś patrzenia mu w oczy. Ja rękę podam, w oczy spojrzę, ale nie umiem już swobodnie ot tak przytulić swojej siostry i powiedzieć jej, jak bardzo się cieszę, że ją widzę. Yngve, twój brat, przeczytał o tym w twojej książce, moja siostra pewnie przeczyta o tym tutaj.... A niech cię szlag!
Nie podoba mi się to depresja twojej żony. Nie zgadzam się na to, żeby budziła moją własną, tę z przeszłości. Nie chcę tam zaglądać, rozumiesz? Jak to możliwe, że nawet to odgadłeś, że nawet ona pojawiła się w twoim życiu, podobnie jak w moim? Fakt, że to nie ty na nią cierpisz, tylko twoja żona nie jest żadnym usprawiedliwieniem - te fragmenty dotknęły mnie z taką samą mocą, jak te dotyczące ciebie. Jak śmiałeś?!
A najgorsze w tym wszystkim jest to, że jestem do ciebie tak bardzo podobna. Twoje myśli były prawie moimi, na świat patrzysz niemal tak samo, jak ja go postrzegam, też miewam lęki, też łapię się na tym, że nie dostrzegam tego, co mam i nie doceniam szczęścia, jakie mnie spotyka. Podobnie jak ty unikam ludzi - tych, którzy nawet nie znając mnie, patrzą i z całą pewnością oceniają. Też unikam sytuacji, w których musiałabym zagadać do kogoś, być bardziej taką, jakiej się mnie oczekuje. Piszesz, że odpoczywasz będąc sam - ja też tak lubię. Ja też nieraz biłam się (i biję) z myślami, że jestem kiepską matką, że nie troszczę się o syna tak mocno, jak powinnam i że najchętniej zostawiłabym całe to rodzinne życie i zamieszkała sama. I podobnie jak ty nie robię tego, bo te myśli pojawiają się i znikają, tak bardzo zależne od mojego nastroju.
Niby nic nas nie łączy. Ty jesteś mężczyzną, ja jestem kobietą. Ty masz trójkę dzieci, ja mam jedno. Jesteś Norwegiem, ja jestem stąd. Gdybyśmy się spotkali, nie bylibyśmy w stanie nawet sobie porozmawiać - no, chyba, że po angielsku. Skąd więc to poczucie więzi? Jak to możliwe, że przeglądałam jakiś czas temu w internecie twoje zdjęcia i myślałam sobie "ach, więc to ty..."?
A wiesz, co w tym wszystkim jest najdziwniejsze i jednocześnie bardzo okrutne? To, że właśnie skończyłam, przeczytałam całość od początku do końca i będzie mi cholernie tej książki brakowało. A niech cię, Karl Ove Knåusgard!
I tak, jak koszt czasu poświęconego na przeczytanie opasłych tomów jestem w stanie ci wybaczyć - gdybym nie czytała twojej powieści, czytałabym pewnie coś innego - tak tego przywoływania obrazów z mojej własnej przeszłości nie jest już takie łatwe do wybaczenia.
Wiesz, ja nawet cię nie lubię. Z tego, co napisałeś wynika, że byłeś w młodości i jesteś teraz (a przynajmniej byłeś jakieś 7 - 10 lat temu) osobą, z którą nie miałabym ochoty na bliższą znajomość. W młodości byłeś zapijającym się do utraty świadomości i zarzygania chłopakiem, który później stał się mężczyzną potrafiącym zdradzić swoją żonę (oczywiście po pijaku). Z trudnością czytałam tą część, w której opisywałeś czas, kiedy przyjechałeś do Bergen, żeby studiować - nie lubię tego typu ludzi.
Tak się jednak zdarzyło, że przy całej tej mojej antypatii do ciebie, znalazłam w tobie człowieka, którego przeżycia i przemyślenia są tak bardzo bliskie moim własnym, że aż trudno uwierzyć, że zdarzyły się dwóm zupełnie niezwiązanym ze sobą osobom. Ty napisałeś opowieść o swoim życiu, ja sięgnęłam po nią i po początkowym oporze wejścia w powieść głębiej, nawet nie wiem kiedy zanurzyłam się w niej i przepłynęłam przez całe sześć części. W tej podróży wiele się działo, a najczęściej były to te przystanki z mojej przeszłości i teraźniejszości, których wolałabym unikać. Jednocześnie nie umiałam przestać czytać, połykałam kartkę za kartką, skończywszy jedną część biegłam do biblioteki po następną, z ulgą zauważając, że nikt jej przede mną nie wypożyczył. Czasami smęciłeś strasznie, niektóre opisy, wędrówki filozoficzne powodowały u mnie znudzenie, gubiłam się w gąszczu twoich przemyśleń. Zaraz jednak zaczynałeś opowiadać o czymś tak, jak ja bym o sobie opowiadała i nie mogłam przestać czytać.
I za to cię właśnie przeklinam. Za to, że przywróciłeś do życia mojego ojca, przypomniałeś mi, że kiedyś był - namacalny, realny, w pokoju tuż obok. Przez ciebie znowu zaczęłam się bać jego złości i czujności. Twoje słowa sprawiły, że znowu stałam się tą dziewczyną, dzieckiem, które poczucia bezpieczeństwa szuka w domach koleżanek, jednocześnie unikając zapraszania kogokolwiek do siebie. Ty sprzątałeś po swoim ojcu po jego śmierci, ja pamiętam, jak musiałam sprzątać po moim kiedy nie panując nad swoją fizjologią raz po raz zasrywał całą ubikację. Mój też już nie żyje, ale podobnie jak twój ojciec, zachował umiejętność odżywania i wracania od czasu do czasu.
Ty masz brata, ja mam siostrę - żadna to jednak różnica, jeśli podobnie jak u was sytuacja w domu pozbawiła nas możliwości uczenia się komunikowania ze sobą, pokazywania sobie nawzajem troski. Tobie trudno było podać Yngvemu rękę na powitanie, unikałeś patrzenia mu w oczy. Ja rękę podam, w oczy spojrzę, ale nie umiem już swobodnie ot tak przytulić swojej siostry i powiedzieć jej, jak bardzo się cieszę, że ją widzę. Yngve, twój brat, przeczytał o tym w twojej książce, moja siostra pewnie przeczyta o tym tutaj.... A niech cię szlag!
Nie podoba mi się to depresja twojej żony. Nie zgadzam się na to, żeby budziła moją własną, tę z przeszłości. Nie chcę tam zaglądać, rozumiesz? Jak to możliwe, że nawet to odgadłeś, że nawet ona pojawiła się w twoim życiu, podobnie jak w moim? Fakt, że to nie ty na nią cierpisz, tylko twoja żona nie jest żadnym usprawiedliwieniem - te fragmenty dotknęły mnie z taką samą mocą, jak te dotyczące ciebie. Jak śmiałeś?!
A najgorsze w tym wszystkim jest to, że jestem do ciebie tak bardzo podobna. Twoje myśli były prawie moimi, na świat patrzysz niemal tak samo, jak ja go postrzegam, też miewam lęki, też łapię się na tym, że nie dostrzegam tego, co mam i nie doceniam szczęścia, jakie mnie spotyka. Podobnie jak ty unikam ludzi - tych, którzy nawet nie znając mnie, patrzą i z całą pewnością oceniają. Też unikam sytuacji, w których musiałabym zagadać do kogoś, być bardziej taką, jakiej się mnie oczekuje. Piszesz, że odpoczywasz będąc sam - ja też tak lubię. Ja też nieraz biłam się (i biję) z myślami, że jestem kiepską matką, że nie troszczę się o syna tak mocno, jak powinnam i że najchętniej zostawiłabym całe to rodzinne życie i zamieszkała sama. I podobnie jak ty nie robię tego, bo te myśli pojawiają się i znikają, tak bardzo zależne od mojego nastroju.
Niby nic nas nie łączy. Ty jesteś mężczyzną, ja jestem kobietą. Ty masz trójkę dzieci, ja mam jedno. Jesteś Norwegiem, ja jestem stąd. Gdybyśmy się spotkali, nie bylibyśmy w stanie nawet sobie porozmawiać - no, chyba, że po angielsku. Skąd więc to poczucie więzi? Jak to możliwe, że przeglądałam jakiś czas temu w internecie twoje zdjęcia i myślałam sobie "ach, więc to ty..."?
A wiesz, co w tym wszystkim jest najdziwniejsze i jednocześnie bardzo okrutne? To, że właśnie skończyłam, przeczytałam całość od początku do końca i będzie mi cholernie tej książki brakowało. A niech cię, Karl Ove Knåusgard!
sobota, 3 marca 2018
zakaz czytania
W trosce o rozwój ludzi młodych i starszych, w imieniu pasji, chęci, zapału i energii, jakie drzemią w każdym homo sapiens WNIOSKUJĘ o poważne ograniczenia w używaniu w stosunku do drugiego człowieka form nakazuję i zakazuję.
UWAŻAM, że formy nakazu i (lub) zakazu powinny być dopuszczalne tylko w prawodawstwie dotyczącym życia i bezpieczeństwa człowieka. Przepisy dotyczące ruchu drogowego, opieki nad własnymi dziećmi, opieki nad zwierzętami czy przyrodą - one, w uzasadnionych przypadkach, mogłyby czegoś zakazywać czy coś nakazywać. Ale na tym koniec!
Zastanawia mnie, jaki upór w człowieku, jaka cecha jego dumna i egocentryczna powoduje, że ciągle czegoś innym zakazuje czy coś komuś każe robić POMIMO braku zadowalających efektów? Stoi taki człowiek przed innym człowiekiem i uznaje, że nie tylko ma prawo czegoś od niego wymagać w postaci nakazu czy zakazu, ale jeszcze ma prawo oczekiwać posłuszeństwa. I owszem - w drodze doświadczania mogłaby taka sytuacja zaistnieć parę razy w życiu tego i owego, po czym powinna jednak zanikać w drodze zwykłego uczenia się: nie działa - nie stosuję.
Obserwuję sobie świat wokół mnie i doprawdy zadziwia mnie to, jak ludzie układają sobie wzajemne stosunki. Wszędzie: w szkole, w pracy, w domu - jakieś napięcie, potrzeba kontroli, sprawowania władzy mniej lub bardziej ukrytej, brak zaufania powodują, że ludzie uciekają się do mówienia innym, co mają robić.
Czuję się w obowiązku nadmienić, że sama nie jestem wolna od tej przypadłości, świadomie ją jednak w sobie obserwuję i staram się minimalizować :)
Chcecie ze mną popodglądać?
Chodźmy tam, gdzie czuję się najlepiej - do szkoły. Tutaj nauczyciele nakazują i zakazują uczniom do woli. Śmiem powiedzieć, że nakazami i zakazami szkoła polska stoi. Wystarczy zapytać pierwszego napotkanego ucznia, czy czuje się w szkole wolny, czy ma wpływ na to, co robi i co chce robić, czy może nie zgodzić się z jakąś "sugestią" nauczyciela - niemal na pewno taki uczeń zapyta, czy jest w ukrytej kamerze.
Patrzę sobie na mojego syna - ucznia publicznej szkoły podstawowej - słucham, co mówi i wynika mi z tego, że sporo czasu musi poświęcić na coś, na co w ogóle nie ma ochoty, co go w ogóle nie interesuje. MUSI, bo mu tak kazano w szkole. Zakazanym jest, aby lekcji nie odrabiać, bez względu na stosunek do podawanych treści (litościwie daje się uczniowi dwie-trzy szanse na zapomnienie, co oczywiście jest skrupulatnie notowane i liczone).
Tutaj należy się szacunek i pokłon w stronę szkół - a są takie - które zmieniają podejście do ucznia i w istocie biorą pod uwagę jego zdanie w kwestii jego własnej edukacji.
Jeśli ktoś myśli, że tylko w stosunku do dzieci dorośli sobie tak pozwalają, to się myli niestety. Zresztą, jak ma taki świeżo upieczony dorosły działać, skoro w szkole go nauczono, że żeby ktokolwiek wziął się do pracy, to trzeba go ograniczyć nakazami i zakazami, karać konsekwentnie i nie ufać za bardzo w jego chęci?
Ograniczony, według mnie, człowiek nie jest w stanie przyjąć do wiadomości, że inni mogą dobrze wykonywać swoją pracę tak po prostu - bo ich ona interesuje, bo są odpowiedzialni za swoje czyny, bo respektują zawartą umowę. Nie, nie! Taki człowiek wierzy w to, że ludzie będą pracować tylko wtedy, kiedy będzie się ich pilnowało, kiedy nakaże im się coś z góry i kiedy będzie się ich rozliczało ze wszystkiego, co zrobili.
Widzicie motywację takiego ucznia czy pracownika? Ta wewnętrzna jest w zaniku, a ta zewnętrzna jest uzależniona od poziomu lęku, stresu czy konieczności zarabiania na rodzinę. Najgorszy rodzaj motywacji, jaki można mieć. Dodajmy do tego poczucie sukcesu uzależnione od oceny nauczyciela czy pracodawcy, wymieszajmy z robieniem wszystkiego na pokaz (jak zobaczy, że pracuję, to może premię da?) i mamy człowieka, który większą część swojego dnia marnuje na coś, co robić po prostu musi.
Nie rozumiem tego. Dlaczego tak bardzo boimy się zaufać, że drugi człowiek jest w stanie dobrze pracować, uczyć się, rozwijać BEZ zewnętrznych nakazów czy zakazów? Dlaczego ciągle patrzymy innym na ręce, pilnujemy, przypominamy o wytycznych, oczekujemy, że coś będzie zrobione tak i tak i tylko tak. A gdyby tak pracować z ludźmi, którzy lubią to, co robią, mają głowę pełną pomysłów, CHCE im się - i po prostu pozwolić im działać? Czemu nie usiąść wspólnie z tymi ludźmi, pozwolić im powiedzieć o swoich pomysłach, RAZEM ustalić cele, kierunki, możliwości, budżet. Czujecie tą motywację? Mnie by się chciało. Noce bym zarywała, jeśli byłoby trzeba, gdybym tworzyła coś, co mnie pasjonuje, czego jestem ciekawa. Mogłabym to robić za nieduże pieniądze, nie czekałabym na pochwały i premie - przecież wiedziałabym, co robię, ile wkładam w to wysiłku, jak razem się staramy i że nam wychodzi lub nie. Nikt nie musiałby mnie do tego zmuszać, nie musiałby mnie sprawdzać, nie musiałby głośno doceniać mojej pracy.
A w szkole - przecież można powiedzieć uczniom, jaki jest cel działań, na czym nauczycielowi zależy i co uczniowie na to. Niech poczują, że to co robią w szkole jest ICH. Przecież jak coś jest MOJE to dbam o to, cieszę się tym i chcę, żeby odniosło sukces taki, jak JA go rozumiem.
W moim odczucie nakazując czy zakazując zakładam, że człowiek naprzeciwko mnie jest albo leniwy, albo głupi, albo nie zna się, albo kradnie, albo zależy mu tylko na pieniądzach, albo chce mojej porażki, albo..... Nie umiem jakoś pomieścić zaufania i szacunku do drugiej osoby z jednoczesnym dawaniem sobie prawa na zakazywanie i nakazywanie jej czegokolwiek.
A ty? Gdybyś robiła/robił (a może robisz) to, co kochasz - trzeba było by ci "pomagać" nakazami i zakazami? Czy świadomość, że jesteś ciągle pilnowana/pilnowany i linijką mierzona/mierzona byłaby dla ciebie motywująca? Z chęcią wracałabyś/wracałbyś do takiej pracy, szkoły, takiego domu? No powiedz, ale tak szczerze...
Podpisałabyś/podpisałbyś moją petycję?
Pozdrawiam :)
UWAŻAM, że formy nakazu i (lub) zakazu powinny być dopuszczalne tylko w prawodawstwie dotyczącym życia i bezpieczeństwa człowieka. Przepisy dotyczące ruchu drogowego, opieki nad własnymi dziećmi, opieki nad zwierzętami czy przyrodą - one, w uzasadnionych przypadkach, mogłyby czegoś zakazywać czy coś nakazywać. Ale na tym koniec!
Zastanawia mnie, jaki upór w człowieku, jaka cecha jego dumna i egocentryczna powoduje, że ciągle czegoś innym zakazuje czy coś komuś każe robić POMIMO braku zadowalających efektów? Stoi taki człowiek przed innym człowiekiem i uznaje, że nie tylko ma prawo czegoś od niego wymagać w postaci nakazu czy zakazu, ale jeszcze ma prawo oczekiwać posłuszeństwa. I owszem - w drodze doświadczania mogłaby taka sytuacja zaistnieć parę razy w życiu tego i owego, po czym powinna jednak zanikać w drodze zwykłego uczenia się: nie działa - nie stosuję.
Obserwuję sobie świat wokół mnie i doprawdy zadziwia mnie to, jak ludzie układają sobie wzajemne stosunki. Wszędzie: w szkole, w pracy, w domu - jakieś napięcie, potrzeba kontroli, sprawowania władzy mniej lub bardziej ukrytej, brak zaufania powodują, że ludzie uciekają się do mówienia innym, co mają robić.
Czuję się w obowiązku nadmienić, że sama nie jestem wolna od tej przypadłości, świadomie ją jednak w sobie obserwuję i staram się minimalizować :)
Chcecie ze mną popodglądać?
Chodźmy tam, gdzie czuję się najlepiej - do szkoły. Tutaj nauczyciele nakazują i zakazują uczniom do woli. Śmiem powiedzieć, że nakazami i zakazami szkoła polska stoi. Wystarczy zapytać pierwszego napotkanego ucznia, czy czuje się w szkole wolny, czy ma wpływ na to, co robi i co chce robić, czy może nie zgodzić się z jakąś "sugestią" nauczyciela - niemal na pewno taki uczeń zapyta, czy jest w ukrytej kamerze.
Patrzę sobie na mojego syna - ucznia publicznej szkoły podstawowej - słucham, co mówi i wynika mi z tego, że sporo czasu musi poświęcić na coś, na co w ogóle nie ma ochoty, co go w ogóle nie interesuje. MUSI, bo mu tak kazano w szkole. Zakazanym jest, aby lekcji nie odrabiać, bez względu na stosunek do podawanych treści (litościwie daje się uczniowi dwie-trzy szanse na zapomnienie, co oczywiście jest skrupulatnie notowane i liczone).
Tutaj należy się szacunek i pokłon w stronę szkół - a są takie - które zmieniają podejście do ucznia i w istocie biorą pod uwagę jego zdanie w kwestii jego własnej edukacji.
Jeśli ktoś myśli, że tylko w stosunku do dzieci dorośli sobie tak pozwalają, to się myli niestety. Zresztą, jak ma taki świeżo upieczony dorosły działać, skoro w szkole go nauczono, że żeby ktokolwiek wziął się do pracy, to trzeba go ograniczyć nakazami i zakazami, karać konsekwentnie i nie ufać za bardzo w jego chęci?
Ograniczony, według mnie, człowiek nie jest w stanie przyjąć do wiadomości, że inni mogą dobrze wykonywać swoją pracę tak po prostu - bo ich ona interesuje, bo są odpowiedzialni za swoje czyny, bo respektują zawartą umowę. Nie, nie! Taki człowiek wierzy w to, że ludzie będą pracować tylko wtedy, kiedy będzie się ich pilnowało, kiedy nakaże im się coś z góry i kiedy będzie się ich rozliczało ze wszystkiego, co zrobili.
Widzicie motywację takiego ucznia czy pracownika? Ta wewnętrzna jest w zaniku, a ta zewnętrzna jest uzależniona od poziomu lęku, stresu czy konieczności zarabiania na rodzinę. Najgorszy rodzaj motywacji, jaki można mieć. Dodajmy do tego poczucie sukcesu uzależnione od oceny nauczyciela czy pracodawcy, wymieszajmy z robieniem wszystkiego na pokaz (jak zobaczy, że pracuję, to może premię da?) i mamy człowieka, który większą część swojego dnia marnuje na coś, co robić po prostu musi.
Nie rozumiem tego. Dlaczego tak bardzo boimy się zaufać, że drugi człowiek jest w stanie dobrze pracować, uczyć się, rozwijać BEZ zewnętrznych nakazów czy zakazów? Dlaczego ciągle patrzymy innym na ręce, pilnujemy, przypominamy o wytycznych, oczekujemy, że coś będzie zrobione tak i tak i tylko tak. A gdyby tak pracować z ludźmi, którzy lubią to, co robią, mają głowę pełną pomysłów, CHCE im się - i po prostu pozwolić im działać? Czemu nie usiąść wspólnie z tymi ludźmi, pozwolić im powiedzieć o swoich pomysłach, RAZEM ustalić cele, kierunki, możliwości, budżet. Czujecie tą motywację? Mnie by się chciało. Noce bym zarywała, jeśli byłoby trzeba, gdybym tworzyła coś, co mnie pasjonuje, czego jestem ciekawa. Mogłabym to robić za nieduże pieniądze, nie czekałabym na pochwały i premie - przecież wiedziałabym, co robię, ile wkładam w to wysiłku, jak razem się staramy i że nam wychodzi lub nie. Nikt nie musiałby mnie do tego zmuszać, nie musiałby mnie sprawdzać, nie musiałby głośno doceniać mojej pracy.
A w szkole - przecież można powiedzieć uczniom, jaki jest cel działań, na czym nauczycielowi zależy i co uczniowie na to. Niech poczują, że to co robią w szkole jest ICH. Przecież jak coś jest MOJE to dbam o to, cieszę się tym i chcę, żeby odniosło sukces taki, jak JA go rozumiem.
W moim odczucie nakazując czy zakazując zakładam, że człowiek naprzeciwko mnie jest albo leniwy, albo głupi, albo nie zna się, albo kradnie, albo zależy mu tylko na pieniądzach, albo chce mojej porażki, albo..... Nie umiem jakoś pomieścić zaufania i szacunku do drugiej osoby z jednoczesnym dawaniem sobie prawa na zakazywanie i nakazywanie jej czegokolwiek.
A ty? Gdybyś robiła/robił (a może robisz) to, co kochasz - trzeba było by ci "pomagać" nakazami i zakazami? Czy świadomość, że jesteś ciągle pilnowana/pilnowany i linijką mierzona/mierzona byłaby dla ciebie motywująca? Z chęcią wracałabyś/wracałbyś do takiej pracy, szkoły, takiego domu? No powiedz, ale tak szczerze...
Podpisałabyś/podpisałbyś moją petycję?
Pozdrawiam :)
poniedziałek, 1 stycznia 2018
pozytywnie od A do Z
To będzie mój alfabet. Kto wie, może uda mi się znaleźć coś dla siebie czy o sobie przy każdej literze alfabetu
(pomijając ą i ę, bo taka "ąę" raczej nie jestem ;)).
Postanowiłam, że będą to rzeczy kojarzące mi się pozytywnie - jęczeć na swój temat umiem bezbłędnie, żadna to dla mnie sztuka. Ten alfabet ma być wyzwaniem - będę szukała takich wyrazów, które będą mi przyjemne. Z pełną świadomością pominę wszystkie te, które i tak już zajęły dużo miejsca w pisaninie.
Y, Z, Ź, Ż
youtube
Coś, co powstaje w czasie twojego życia i rozwija się w tempie zawrotnym, zasługuje na to, by znaleźć się w jakimś tekście. Pamiętam, jak dawno, dawno temu mój przyszły obecny mąż opowiadał mi o takiej stronie, na której można sobie filmiki przeróżne oglądać. Za darmo! Fajnie, fajnie, ale jakoś tak mnie wtedy nie wzięło.
Zaczęło się od szukania sposobu, w jaki należy nakładać na twarz kolorowe korektory. Aaa, bo kupiłam sobie i nie wiedziałam, co i jak. Po tym filmiku był następny i następny - wiadomo, wciągnęło mnie tak bardzo w temat makijażu, że bloga stworzyłam 😆.
Z makijażem mi minęło, z youtubem nie. Teraz szukam tam materiałów w języku angielskim - świetny sposób, żeby się tego języka w sposób miły i przyjemny uczyć. Oglądam też klipy muzyczne, szukam materiałów na lekcje z uczniami...
Pomyśleć, że jak byłam w wieku mojego syna, to youtube (ba! internet nawet!) nie istniał. To niesamowite ile i jakich zmian się dokonało w ciągu życia jednego pokolenia.
zdrobnienia
Drodzy Dorośli, dlaczego wasze dzieci dotykają rączką policzka, a mamusia sprawdza, czy nie ma tam jakiegoś ałka lub kuku? Z jakiej przyczyny kosmetyczka prosi, żeby zamknąć oczka, bo będziemy malować rzęski? Skąd pomysł, że zdrobnienie spowoduje, że zraniona osoba mniej będzie cierpiała, jeśli zamiast krwi poleci jej krewka z malutkiej ranki? Nie wiem.
Dla mnie słowa mają dużą moc. Sposób, w jaki się do innej osoby zwracamy przekazuje nie tylko to, co słowa niosą, ale też sporo tego, co "pomiędzy". Nie lubię zdrobnień, bo w mim odczuciu osoba ich używająca ma w stosunku do adresata stosunek co najmniej lekceważący. W najlepszej wierze oczywiście, z intencjami iście dobrotliwymi. Mówię do ciebie malutkimi słowami, żebyś poczuł się jeszcze mniejszy niż jesteś, a dzięki temu ja wydam ci się większa i poczujesz się bezpieczniej. Poczujesz się taki słodki, piękny, kochana i przyjemniejsza, kiedy nie płaczesz. Tak na przykład.
Nie lubię zdrobnień.
zima
O zimie pozytywnie? W sensie znaleźć pozytywne strony tego, że jest zimniej i ciemniej? Pomyślmy... O, mam! Niech będzie. Uwaga, piszę pozytyw zimy: samochód na parkingu nie nagrzewa się do temperatury 100 st.C i kierownica nie parzy w ręce, kiedy ruszasz. Fajnie, nie? 😄
zakupy
Ech, najlepiej bym się wcale do tego nie przyznawała.... I wcale nie chodzi o to, że lubię chodzić po sklepach i wydawać na prawo i lewo. Wcale nie! Powiem nawet, że wręcz przeciwnie - nie cierpię chodzić po sklepach, przymierzać, rozbierać się i ubierać, oglądać i wybierać. Bardziej chodzi tu o to, że internet tak wiele ułatwia, a ja, jak mam doła czy coś w tym rodzaju, to czuję, że jedna, mała, nowa rzecz tak wiele by zmieniła.... Nie, nie trzeba mi mówić, że to bzdura wierutna, że pustki w środku w ten sposób nie zapełnię, że to ślepa uliczka i tak dalej i tak dalej. Ja to wiem przecież. Ba! Zauważyłam już trzeźwym okiem, że trochę dużo mam tych t-shitrów, nie zdążam kolejki zrobić, a już te pierwsze są wyprane... Zaczęłam na spód stosika sobie te wyprane wkładać, żeby żadnej nie było przykro, że długi nienoszona jest 😈.
Tylko, że to takie przyjemne wejść na stronę internetową sklepu, wyszukać zajefajną koszulkę, kupić i czekać na pana kuriera. Potem otwierasz, przymierzasz - jest! pasuje! - i taka to radość. Krótkotrwała wprawdzie, ale zawsze.
No ok. Muszę znaleźć innym sposób pocieszania się w dołowaniu. Niech będzie.
żelki
Emilio, to hasło dedykuję Tobie.
Spróbujcie tylko postawić torebkę żelków przede mną. Nie da rady, nie powstrzymam się przed zjedzeniem tego pierwszego. Z całą pewnością sięgnę po żółty, pomarańczowy albo biały. Potem zapodam sobie drugiego, trzeciego, czwartego.... Lubię jeść je parami albo grupami. Mieszać w jamie ustnej na przykład zielony z białym. Albo czerwony z żółtym - czy powstanie pomarańczowy? Jedząc żelki grupami już się nie bawię w mieszanie barw. Jeśli jem grupami, to znaczy, że dojadłam się tego stadium, w którym nie kontroluję tego, co robię. Fakt, zdarzało mi się poczuć sytość żelkową, kiedy to - sama siebie zadziwiając - odstawiałam paczuszkę na bok, na później. Zdarza się najlepszym ;)
sobota, 2 grudnia 2017
pozytywnie od A do Z
To będzie mój alfabet. Kto wie, może uda mi się znaleźć coś dla siebie czy o sobie przy każdej literze alfabetu
(pomijając ą i ę, bo taka "ąę" raczej nie jestem ;)).
Postanowiłam, że będą to rzeczy kojarzące mi się pozytywnie - jęczeć na swój temat umiem bezbłędnie, żadna to dla mnie sztuka. Ten alfabet ma być wyzwaniem - będę szukała takich wyrazów, które będą mi przyjemne. Z pełną świadomością pominę wszystkie te, które i tak już zajęły dużo miejsca w pisaninie.
U
Uprzejmie informuję, że hasła na "U", jakie przychodziły mi do głowy nie zainspirowały mnie w żaden sposób, znudziły zanim pisać zaczęłam, więc daruję sobie tę samogłoskę.
W
włosy
Z hasłem tym cofam się w dość odległą przeszłość. Nie chcę pisać o włosach moich współczesnych - byłoby to nudne i w sumie nie ma nad czym się rozwodzić. Za to włosy moje w czasach dawnych, za lat moich nastoletnich - to dopiero jest historia! 😄
Kiedyś usłyszałam, że brzydkim dziewczynom, jak już bardzo chcesz powiedzieć komplement, to powiedz, że mają ładne oczy i (lub) włosy. No cóż.... jeśli słyszałam jakiś komplement, to właśnie taki 😕 - zdarza się. Włosy... miałam długie, naturalnie w kolorze takim nijakim (ni to blond, ni to szarość...) i kręcące się na końcach. Nie muszę chyba wspominać, że marzyłam o prostych, pięknie kasztanowych, prawda? Nie farbowałam ich chyba do czasu 4. klasy liceum - religia mi nie pozwalała... Zdarza się.
Wszystko to byłabym w stanie jakoś przeżyć, gdyby nie deszczowe lub wilgotne dni. Wystarczyło trochę wody w powietrzu lub z nieba, a moje włosy zaczynały żyć własnym życiem. Zaczynały puszyć się od nasady po same końce, ich objętość rosła co najmniej dwukrotnie i nienawidziłam ich wtedy całą swoją nastoletnią duszą. W mojej głowie głowa moja była wtedy wielka, chciałam się schować przed światem i tęskniłam za moimi wymarzonymi, prostymi i pięknie kasztanowymi. Zdarza się....
wartości
Moje są dla mnie najważniejsze 😇. Trzymam się ich i jak trzeba to walczę w ich imieniu.
właściwe
Słowo, które obok innych jeszcze sobie podobnych, sprawia, że włącza się we mnie czujność i podejrzliwość. No bo jak można stwierdzić z całą pewnością, że coś jest właściwe? Owszem, coś może być właściwe, ale jedynie z czyjejś perspektywy, z perspektywy czyjegoś doświadczenia, wiary, wartości, podejścia do sprawy. Jeśli czytam, że to i to jest jedynie właściwe, to zawsze rodzi się we mnie pytanie: skąd to wiadomo? Jeśli ktoś mi mówi, że tak trzeba, to pytam dlaczego? Co to znaczy, że ta książka jest właściwa, że to podejście jest właściwe, że takie, a nie inne zachowanie jest właściwe? Kto tak twierdzi? Inny człowiek? No cóż, właściwie nie mam już w takim razie nic do dodania.
widoczek
Sis, no powiedz, że robiło się kiedyś widoczki. Jak pytam czasami ludzi tutaj, w Poznaniu, to nie wiedzą, o czym mówię. Pamiętasz? Najważniejszą sprawą i połową sukcesu było znalezienie dobrego kawałka szkła - musiał być jasny i prosty. Tak, tak - kiedyś na dworze można było znaleźć, wziąć do ręki i użyć do zabawy kawałki szkła! Takie szkło było obiektem zazdrości, a szczęśliwy znalazca mógł czuć się wyróżniony przez los.
Jak już miałaś szkło, przystępowałaś do szukania elementów zdobniczych: sreberka i złotka po cukierkach, płatki kwiatów lub całe kwiatki nawet, trawa, liście - wszystko, co udało się znaleźć. Kiedyś dzieciom wolno było łazić po trawach, zrywać, podnosić z ziemi...
Kolejnym etapem było zrobienie z tego wszystkiego widoczku właśnie. Człowiek znajdywał jakieś dobre miejsce pokryte ziemią, wykopywał rękami głęboki dół i pięknie uklepywał dno tego dołu (tak, tak - kiedyś dzieci mogły grzebać w czarnej ziemi gołymi rękami). Na tym dnie z zebranych skarbów układał widoczek - kompozycję według własnego pomysłu i przykrywał ją szczelnie szkłem. Taki widoczek zakopywało się potem i pokazywało tylko tym, którzy w naszej ocenie byli tego warci. Do dzisiaj pamiętam to fajne uczucie odkopywania widoczku - trzeba było usunąć całą ziemię ze szkła, żeby ukazać całe piękno obrazu.
wzruszanie się
Nie lubię. Unikam wszelkich filmów, które grożą wzruszeniem się. W sytuacjach życiowych wzruszam się rzadko i z ogromnym trudem. Czasami aż mi głupio, że taka niewzruszona jestem 😉.
Wilki
Zobacz, tańczą policjanci,
facet z teczką trochę krwawi,
tu jest ławka, zdejmij bluzkę,
wypalimy całą trawę...
Do dzisiaj, jak mi się przypomni i w głowie zagra, stare piosenki Wilków zabierają mnie w sentymentalną podróż w miejsca, w których byłam, kiedy słuchałam ich w liceum. Płyty "Wilki" i "Przedmieścia" - ciągle reaguję tak samo, choć daaaawno nie słuchałam. W sumie.... muszę sobie chyba zapodać 😕
niedziela, 29 października 2017
znad grobu, czyli coroczny mój post listopadowy
Ło, ale wieje! Dobrze, że wzięłam czapkę, już widzę, jakby mi było zimno, gdybym wystąpiła bez czapki i kaptura!
Stanęła nad grobem i od razu poczuła się jak idiotka.
Co ja tutaj robię. Przejechałam 100 km, żeby tak tutaj stanąć?
- Nie mam żadnego znicza, w tym sklepie przy bramie same jakieś takie wieśniackie były. Wielkie i takie z krzyżami. Nie podobały mi się. Wiem, powinnam mieć znicz, ale naprawdę, nie kupię ci takiego badziewia.
Zauważyła, że skrzynka pod ławką nie jest zamknięta na kłódkę. Spróbowała otworzyć. Pierwsza myśl była błędna - szafka nie otwiera się od frontu. Dopieo później podniosła siedzenie ławki do góry i wieko podniosło się bez problemu.
Dobra, to może bym wytarła ten grób, jak już tak tutaj stoję...
Znalazła jakąś szmatkę. Po rozłożeniu okazało się, że to podkoszulek.
- To twój? Wygląda, jakby był twój. Tylko nie myśl sobie, że sprzątam, żeby się tobie przypodobać. Tak, wiem - mama mówiła mi, że lubiłeś za życia, jak wszystko było posprzątane, ugotowane i uprane. Tak, tak - człowiek poznaje bliskich całe życie, a nawet już po ich śmierci. Nie wiedziałam, że taki byłeś, skąd miałam wiedzieć. Ułożyłam sobie twój idealny obraz po tej całej wyprawie do Lublina, a tu taka niespodzianka!
Także wiesz - nie sprzątam dlatego, że lubiłeś, jak kobiety wokół ciebie sprzątały. Sprzątam, bo zimno tu cholernie, a ja nawet znicza nie mam, więc nie będę tak stała jak ta sierota.
Dobra, podkoszulek może i ładny i biały, ale wciąga słabo.... Co my tu jeszcze mamy...? O, grabki. Fajnie. Zagrabię tu wokół, bo nadeptałam, jak myłam.
Stwierdziła, że będzie chodziła po brzegach nagrobka, żeby nie deptać po tym, co pograbiła. Oczywiście nanosiła piachu na ten nagrobek, jak tak po nim łaziła. Na szczęście w schowku była zmiotka - pozamiatała więc po sobie, depcząc po tym, co tak ładnie zgrabiła.
- Szlag!
Wzięła grabki i - depcząc tym razem przed grabiami - zagrabiła raz jeszcze.
Ok, nie jest najgorzej. Tylko ten znicza brak... Tak chyba nie bardzo...
Postanowiła wrócić do sklepu. Na wszelki wypadek obejrzała się za siebie, żeby zapamiętać, gdzie jest jego grób, bo - umówmy się - trafiła tam przez przypadek.
W sklepie omiotła wzrokiem wielkie katolickie znicze - po moim trupie! - i postanowiła kupić ten dziwny wynalazek. Wkłada się do środka dwie wielkie baterie i lampka świeci niczym świeca prawdziwa. Nawet promień się porusza!
- Baterie do tego można u Państwa kupić?
Można było. Za bezcen. Dwie wielkie baterie i sztuczna świeczka. Pani baterie włożyła na czuja, sprawdziła czy działa, a że nie działało, to baterie wyjęła i włożyła odwrotnie, niż poprzednio. Zadziałało.
Nie jest źle - pomyślała - lepsze to niż te wielkie badziewia.
Wróciła nad grób, wyjęła lampeczkę z pudełka, przesunęła przełącznik i znicz zapłonął. Z dumą postawiła lampkę na grobie, popatrzyła na nią z różnych perspektyw i stwierdziła, że naprawdę fajnie to wygląda.
- A wiesz, że być może dzisiaj w nocy będziemy przestawiać zegarki przedostatni raz? Jacyś politycy, chyba z PSL, są za tym, żeby zostawić zegarki na czasie letnim i już ich nie ruszać. W sumie - niezły pomysł. Pamiętam, że to ty mnie nauczyłeś, że zegarki przesuwa się w ostatnie weekendy października i marca. Zaskoczyło mnie to - do tamtej pory myślałam, że te terminy przychodzą zawsze z zaskoczenia i że wszyscy ludzie zawsze są zdziwieni, że to już.
Tiaaaa.....
Nie, nie pójdę na grób taty. Nie w tym roku. W tym roku zrozumiałam, że to był zły człowiek i nie mam zamiaru tam do niego iść. Wystarczy tego wyciskania łez nad jego ciałem, za bardzo go teraz nie lubię. Ciebie lubię. Mimo tych kobiet, co ci sprzątać i gotować musiały. Za Lublin cię lubię, bo dzięki tobie tam pojechałam. Za ten Lublin masz u mnie dużego plusa. Tata niczego mi nie pokazał ani niczego nie dał. Nie licząc tego syfu w życiu. Nie idę tam i już.
Postała jeszcze chwilę. Nie za długo, bo naprawdę porządnie wiało.
Dobra, idę już.
I poszła.
P.S. Lampeczka przetrwała całą noc, mimo wichury i deszczu.
Stanęła nad grobem i od razu poczuła się jak idiotka.
Co ja tutaj robię. Przejechałam 100 km, żeby tak tutaj stanąć?
- Nie mam żadnego znicza, w tym sklepie przy bramie same jakieś takie wieśniackie były. Wielkie i takie z krzyżami. Nie podobały mi się. Wiem, powinnam mieć znicz, ale naprawdę, nie kupię ci takiego badziewia.
Zauważyła, że skrzynka pod ławką nie jest zamknięta na kłódkę. Spróbowała otworzyć. Pierwsza myśl była błędna - szafka nie otwiera się od frontu. Dopieo później podniosła siedzenie ławki do góry i wieko podniosło się bez problemu.
Dobra, to może bym wytarła ten grób, jak już tak tutaj stoję...
Znalazła jakąś szmatkę. Po rozłożeniu okazało się, że to podkoszulek.
- To twój? Wygląda, jakby był twój. Tylko nie myśl sobie, że sprzątam, żeby się tobie przypodobać. Tak, wiem - mama mówiła mi, że lubiłeś za życia, jak wszystko było posprzątane, ugotowane i uprane. Tak, tak - człowiek poznaje bliskich całe życie, a nawet już po ich śmierci. Nie wiedziałam, że taki byłeś, skąd miałam wiedzieć. Ułożyłam sobie twój idealny obraz po tej całej wyprawie do Lublina, a tu taka niespodzianka!
Także wiesz - nie sprzątam dlatego, że lubiłeś, jak kobiety wokół ciebie sprzątały. Sprzątam, bo zimno tu cholernie, a ja nawet znicza nie mam, więc nie będę tak stała jak ta sierota.
Dobra, podkoszulek może i ładny i biały, ale wciąga słabo.... Co my tu jeszcze mamy...? O, grabki. Fajnie. Zagrabię tu wokół, bo nadeptałam, jak myłam.
Stwierdziła, że będzie chodziła po brzegach nagrobka, żeby nie deptać po tym, co pograbiła. Oczywiście nanosiła piachu na ten nagrobek, jak tak po nim łaziła. Na szczęście w schowku była zmiotka - pozamiatała więc po sobie, depcząc po tym, co tak ładnie zgrabiła.
- Szlag!
Wzięła grabki i - depcząc tym razem przed grabiami - zagrabiła raz jeszcze.
Ok, nie jest najgorzej. Tylko ten znicza brak... Tak chyba nie bardzo...
Postanowiła wrócić do sklepu. Na wszelki wypadek obejrzała się za siebie, żeby zapamiętać, gdzie jest jego grób, bo - umówmy się - trafiła tam przez przypadek.
W sklepie omiotła wzrokiem wielkie katolickie znicze - po moim trupie! - i postanowiła kupić ten dziwny wynalazek. Wkłada się do środka dwie wielkie baterie i lampka świeci niczym świeca prawdziwa. Nawet promień się porusza!
- Baterie do tego można u Państwa kupić?
Można było. Za bezcen. Dwie wielkie baterie i sztuczna świeczka. Pani baterie włożyła na czuja, sprawdziła czy działa, a że nie działało, to baterie wyjęła i włożyła odwrotnie, niż poprzednio. Zadziałało.
Nie jest źle - pomyślała - lepsze to niż te wielkie badziewia.
Wróciła nad grób, wyjęła lampeczkę z pudełka, przesunęła przełącznik i znicz zapłonął. Z dumą postawiła lampkę na grobie, popatrzyła na nią z różnych perspektyw i stwierdziła, że naprawdę fajnie to wygląda.
- A wiesz, że być może dzisiaj w nocy będziemy przestawiać zegarki przedostatni raz? Jacyś politycy, chyba z PSL, są za tym, żeby zostawić zegarki na czasie letnim i już ich nie ruszać. W sumie - niezły pomysł. Pamiętam, że to ty mnie nauczyłeś, że zegarki przesuwa się w ostatnie weekendy października i marca. Zaskoczyło mnie to - do tamtej pory myślałam, że te terminy przychodzą zawsze z zaskoczenia i że wszyscy ludzie zawsze są zdziwieni, że to już.
Tiaaaa.....
Nie, nie pójdę na grób taty. Nie w tym roku. W tym roku zrozumiałam, że to był zły człowiek i nie mam zamiaru tam do niego iść. Wystarczy tego wyciskania łez nad jego ciałem, za bardzo go teraz nie lubię. Ciebie lubię. Mimo tych kobiet, co ci sprzątać i gotować musiały. Za Lublin cię lubię, bo dzięki tobie tam pojechałam. Za ten Lublin masz u mnie dużego plusa. Tata niczego mi nie pokazał ani niczego nie dał. Nie licząc tego syfu w życiu. Nie idę tam i już.
Postała jeszcze chwilę. Nie za długo, bo naprawdę porządnie wiało.
Dobra, idę już.
I poszła.
P.S. Lampeczka przetrwała całą noc, mimo wichury i deszczu.
sobota, 21 października 2017
od A do Z pozytywnie
To będzie mój alfabet. Kto wie, może uda mi się znaleźć coś dla siebie czy o sobie przy każdej literze alfabetu
(pomijając ą i ę, bo taka "ąę" raczej nie jestem ;)).
Postanowiłam, że będą to rzeczy kojarzące mi się pozytywnie - jęczeć na swój temat umiem bezbłędnie, żadna to dla mnie sztuka. Ten alfabet ma być wyzwaniem - będę szukała takich wyrazów, które będą mi przyjemne. Z pełną świadomością pominę wszystkie te, które i tak już zajęły dużo miejsca w pisaninie.
T
tatuaż
Dzisiaj (21 października 2017 roku naszej ery) dałam zrobić sobie na ramieniu trzeci tatuaż i pewnie dlatego zaczynam od tego hasła. Pierwszy tatuaż zrobiłam jakoś po 30-tce. Było to w kwietniu, szłam tam cała w strachu, ale też podekscytowana. Tatuaż robił mi dość bliski znajomy z czasów liceum (bliskim znajomym był wtedy, teraz jest to raczej znajomy dość daleki, ale z zachowaną obustronną sympatią :)). Zibi wykaligrafował mi na ramieniu napis "I will go my way". Maksyma ta leżała tam osamotniona dość długo, bo - tak pi razy drzwi - jakieś 5-6 lat (może dłużej, może krócej). Dopiero w tym roku, w lipcu, zakwitł pod nią kwiatek - zrobiony przez Jagodę. Kwiatek ma mi przypominać, że kwiaty nie konkurują z nikim obok siebie, one po prostu kwitną. Taki botaniczny motyw bardzo mi się spodobał, czułam pod skórą, że kiedyś coś sobie jeszcze dotatuuję, żeby więcej życia na tej mojej ręce było. I oto jest - naprawdę spontanicznie, naprawdę bez wielkich planów i czekania na termin. Zdarzył się "Walk in" w Matuszka Tattoo, zdarzyła się Emilia, która zapytała Idziemy? i zdarzył się jakiś niespotykany we mnie odruch spontaniczny. Pojechałyśmy i zrobiłam sobie trzeci tatuaż - piękna, różowo-pomarańczowo-czerwona gałązka listków w wykonaniu Ewy Dobrochny.
Ja dziecko - normalnie cieszę się jak dziecko :).
teatr,taniec
Ja chyba już wspominałam o tym przy okazji innych haseł - że jestem potencjalną gwiazdą scen teatralnych, prawda? Że zamrożony jest w moim ciele talent aktorski? Że gdybym tylko chciała, to tańczyłabym z największymi? Taaak...., chyba wspominałam 😉.
telefon
Inaczej się nie dało. Trzeba było zapisać się i stanąć w przysłowiowej kolejce, czekać latami i latami, żeby mieć w końcu telefon stacjonarny w domu. Kto miał telefon, ten miał w moim odczuciu FAJNIE. Uważałam, że miał wszystko, czego do szczęścia potrzeba. Ja, jak chciałam gdzieś zadzwonić, to musiałam iść do klatki w innym bloku - tam, między parterem a pierwszym piętrem był automat telefoniczny. Wrzucało się 5 gr i można było rozmawiać. Zazdrościłam tym, którzy mieszkali w tej klatce, mogli się czuć niemal tak, jakby mieli telefon w domu.
Kiedyś telefon to był naprawdę luksus. W ilóż to marzeniach moich był telefon, zabawka najlepiej imitująca aparat telefoniczny była na wagę złota. Świat z telefonem to był jakiś inny, lepszy świat. Pani na poczcie, sekretarka w biurze - czujecie ten klimat? Prestiżowi tych zawodów dorównywał chyba tylko ten kasjerki przy kasie - miała taką fajną, dużą kasę, z głośnymi przyciskami....
telewizor
Generalnie musi grać, żebym zasnęła. Jasne, jeśli spędzam noc gdzieś, gdzie nie jest to możliwe, to staram się znaleźć jakieś działające radio, a jeśli takowego nie ma, zawsze mam przygotowany zestaw ratunkowy: telefon ze słuchawkami. Podsumowując: w ciszy zasypia mi się najtrudniej.
Preferuję jednak odbiornik telewizyjny. Myster już się przyzwyczaił.... do spania z korkami w uszach ;).
tabletki
Nie może ich zabraknąć w moim alfabecie. Pamiętam ten pierwszy raz.... Było to dawno, dawno temu, uczęszczałam jeszcze do Szkoły Podstawowej nr 12 w Koninie. Pamiętam jak dziś: szafka stała pod oknem, usiadłam sobie na podłodze, szafkę otworzyłam i zażyłam swoją pierwszą Pyralginę na ból głowy. To był cud! Cud nad cudy, cudowny cud w cudowny sposób w moim mało cudownym życiu. Ból głowy odszedł, zniknął, normalnie jak ręką odjął.... Nie mogłam uwierzyć, że jest to w ogóle możliwe. A jednak.
Takich doświadczeń się nie zapomina. Wracam do niego czasami pamięcią, zwłaszcza w momentach, kiedy kolejna pigułka nie zadziała, a ból rozsadza mi mózgowincę. Chciałabym wtedy móc przeżyć ten pierwszy raz jeszcze raz... 😉
thompson
To był mój pierwszy, tak duży i poważny zakup. Kupiłam sobie mini-wieżę marki Thomspon. No co?! Była ładna, srebrna cała, miała ładne niebieskie głośniki, można je było rozstawić, bo były na kabelki. I pilota miała! Oglądałam, myślałam - siostra oczywiście była ze mną, takich zakupów nie robi się bez dobrego doradcy. Dość powiedzieć, że wieżę w końcu zakupiłam (za gotówkę - babcia miała jakiś rzut pieniędzy i rozdała wnukom po równo - chyba.... 😉).
I teraz tak: nie pamiętam, jak ją doniosłam do domu, nie pamiętam, jak ją rozstawiłam, nastawiłam, zaprogramowałam i uruchomiłam. Pamiętam, że generalnie byłam zadowolona, nawet budzik radiowy sobie nastawiałam i budziła mnie co rano.
Pamiętam też jak ze zgrozą odkryłam, że jeden głośnik nie działa! Że dźwięk jest MONO! Zapakowałam sprzęt do pudła i udałam się do serwisu (dobrze, że Konin niewielki, bo trochę ten sprzęt ważył, a jak się później okazało, trochę musiałam się z nim nachodzić...). Chodziłam tak jeszcze kilka razy - za każdym razem z tym samym: jeden głośnik nie działał i już. W końcu panowie powiedzieli mi, że bez sensu, żebym tak chodziła - ten jeden głośnik gra, tylko ciszej! Nic więcej nie da się zobić!
Wieży już dawno nie ma, teraz na naszej półce dogorywa już inny sprzęt. Nic jednak na to nie poradzę, że jeśli zdarzy się, że o niej pomyślę, to ZAWSZE w kotekście niedziałającego jednego głośnika. Zdarza się.
c.d.n....
Subskrybuj:
Posty (Atom)

