Całe szczęście, że słońce świeci. Gdyby do tego wszystkiego jeszcze pochmurność mnie otaczała, zwariowałabym. Od poniedziałku tkwię na opiece nad dzieckiem chorym. Junior się rozchorował, jak na niego dość spektakularnie. Już nie pamiętam, kiedy był chory, a kiedy był TAK chory, to już w ogóle.
Ta opieka nie działa na mnie dobrze.
Patrzenie na Juniora totalnie pozbawionego jakichkolwiek sił odbiera siły również i mnie. Moja lękliwa część w takich chwilach po prostu rozkwita. A jak mu nigdy nie przejdzie? Co ja zrobię, jeśli do poniedziałku nie wyzdrowieje? Nie chcę być dłużej na opiece! A jak w nocy się obudzi i będzie mnie potrzebował? Nie, nie mogę wyjść z pokoju, muszę tu siedzieć i być blisko - na wszelki wypadek. Dam radę bez spania, przecież to żadna sztuka. Nie, nie wolno mi zasnąć.... I tak dalej, coś w ten deseń. Godzina za godziną, dzień za dniem - dzień świstaka normalnie.
Siedzenie w domu bardzo służy za to mojemu niskiemu poczuciu własnej wartości (NPWW). Rośnie skubane, karmione moim poczuciem bycia bezużyteczną. Przecież powinnam być w pracy. Nie mogę tak po prostu nie pracować i zmuszać tym samym innych, żeby pracowali za mnie. Przecież nic mi nie jest! A jak poradzą sobie lepiej teraz, kiedy mnie tam nie ma niż wtedy, kiedy bym w pracy była? Jeśli okaże się, że jestem niepotrzebna?! Zbędna??!! NPWW rośnie w siłę, rozgaszcza się we mnie widząc, że nikt mu nic nie zrobi. A co! Niech się trochę pognębi! Ja tu posiedzę, kawę dobrą wypiję i trochę sobie popatrzę.
A teraz niespodzianka! W środę do chorego Juniora dołączył ze swoją chorobą Myster! Tadaaam! Fajnie, nie? Teraz tylko ja i Psica jesteśmy w tym domu zdrowe. I choć sytuacja wydaje się dość dramatyczna, to nie pozwólmy, żeby te minusy przysłoniły nam pewne plusy. Fakt, że Myster jest w domu umożliwił mi wyjście do biblioteki - Juniora bałam się zostawiać samego w stanie, w którym niczego nie da się przewidzieć. Mogłam też pojechać do empiku odebrać zamówione dla Juniora podręczniki. Ba! wybrałam się nawet do fryzjerki w klatce obok i powiedziałam, że ma być jeszcze krócej. Na głowie znaczy ;). Czyż to nie luksus? Móc wyjść z domu, gdzie wirus wirusa wirusem pogania? Zainteresowanych informuję, że ja trzymam się dobrze - nie zachorowałam i nie zamierzam chorować. Zdaje się, że Psica ma podobne plany.
Innym plusem tego tygodnia jest to, że wyrabiam się w dzwonieniu do innych ludzi. Konkretnie na infolinię. Infolinię "InPostu", jeśli chodzi o ścisłość. Od poniedziałku zarówno dzielnie, jak i bezskutecznie walczę o to, żeby jakiś kurier wyjął z paczkomatu paczkę, którą tam nadałam i puścił ją w świat (a konkretnie do Warszawy, gdzie czeka kobieta, która kupiła ode mnie puder). Aaaaa!!! Co za beznadzieja. Zaczynam wierzyć w to, że ten puder będzie tam tkwił w nieskończoność, że nie dostanie go ani Warszawianka, ani ja. Jak grochem o ścianę. Biedne kobiety po drugiej stronie linii piszą kolejne ponaglenia, wysłuchują z wyuczoną uprzejmością moich coraz bardziej zniecierpliwionych słów - i nic się nie zmienia. Dzisiaj znowu zadzwonię. Niedługo pyknie mi tydzień tego wydzwaniania - może by to jakoś uczcić? Pójdę pod paczkomat i wypiję za jego zdrowie - niech mu mrozy straszne nie będą. Szlag!
W bibliotece udało mi się dorwać książkę, której czytanie od pierwszej strony wzbudza we mnie ekscytację, zaciekawienie i daje mi wielką przyjemność. To "Uporczywe echo. Sztetl Konin. Poszukiwanie." Theo Richmonda. Nie miałam pojęcia, że istnieje książka mówiąca o losie ludności żydowskiej, która mieszkała w Koninie. I to spora książka. Napisana tak, że chce się czytać. Łał! To ja po Lublinach i Łodziach jeździłam nie wiedząc, że w moja rodzinna miejscowość kryje w sobie takie historie. Zamierzam to przeoczenie naprawić - najpóźniej w te wakacje wybiorę się do starej części Konina i pójdę tam, gdzie - jak pisze autor - (...)jedna z pierwszych gmin żydowskich w Polsce zapuściła korzenie, rozkwitała i w minionym wieku zginęła (...). Nie mogę się doczekać.
I to tyle z frontu. Z pokoju Juniora dobiega mnie regularne kaszlenie - znaczy, że żyje. Myster w ciszy patrzy się w monitor komputera - znaczy nie jest z nim tak źle ;). Psica śpi tutaj, obok mnie, przyjemnie mnie ogrzewając. Jakoś to będzie. Pozdrawiam :)
piątek, 8 lutego 2019
piątek, 18 stycznia 2019
#StopNienawisci
Joanna Ostrowska "Przemilczane. Seksualna praca przymusowa w trakcie II wojny światowej".
R.M. Romero "Lalkarz z Krakowa".
Heather Morris "Tatuażysta z Auschwitz".
Ka-Tzenik 135633 "Dom lalek".
David Grosman "Patrz pod: Miłość".
W podręcznikach do historii napisane jest, że w czasie II wojny światowej Polacy walczyli bohatersko, z poświęceniem, z miłości do ojczyzny i cześć ich pamięci.
Na różnych przemówieniach w związku z tą czy tamtą rocznicą tej czy innej bitwy czy wojny prezydenci, premierzy i inni ministrowie głoszą chwałę polskich żołnierzy, którzy z poświęceniem, bohatersko stawiali czoło wrogom naszej ojczyzny. Starsze osoby, siedzące w pierwszych rzędach nazywa się bohaterami, oddaje się im cześć, obwiesza medalami.
Powstanie Warszawskie wspomina się urządzając widowisko. Ot, ludzie przebierają się za powstańców i odtwarzają wydarzenia tamtego sierpnia. Taka zabawa w wojnę, żeby uczcić i nie zapomnieć.
W jakimś przedszkolu dzieci zostały przebrane za żołnierzy, uzbrojono je chyba w jakieś atrapy broni i tak odwalone klepały apel z okazji odzyskania przez Polskę niepodległości.
Każda uzbrojona chwila z naszej przeszłości, każde wysadzenie, każdy mord, przemoc, nienawiść, poniżanie człowieka przez człowieka są w naszym kraju przypominane, gloryfikowane, oddaje się im pokłon, dekoruje się je wieńcami, stawia się im pomniki.
Nie rozumiem.
To tak, jakby wojna była czymś, co nadaje sens życiu człowieka. Tak jakby tylko dzięki wojnie można było zostać bohaterem. Młodym ludziom mówi się niemal, że wojna uszlachetnia, że obudziła w nas odwagę do czynów godnych corocznego czczenia. Mówi się im, że był (jest?) ktoś taki, jak wróg, który ma w sobie wszystko, co złe. Nie każe się młodym ludziom o tym zapomnieć, tak jakby ten wróg tylko gdzieś tam usnął na jakiś czas, zniknął na chwilę . Nie pozwala się tym młodym ludziom zapomnieć, że CI Niemcy, właśnie, tak - ci sami, co tak niedaleko nas mieszkają, że to właśnie oni byli tymi złymi, podczas gdy my jesteśmy tymi dobrymi.
Nie rozumiem. Dlaczego nikt nie mówi głośno, że wojna to zło? Dlaczego nie głosi się przed pomnikami, że nienawiść prowadzi do wojny? Dlaczego nie maszeruje się ulicami z hasłami szacunku, tolerancji, wdzięczności za życie - tak żeby wyparły pamięć wojny, bohaterstwa, cmentarzy? Dlaczego nie mówi się o tym, że jeśli będziemy dzielić się na lepszych i gorszych, to wojna może się powtórzyć? Że dopóki będziemy mówili, że jesteśmy my i są jacyś oni, to będziemy usprawiedliwiać wszelką nienawiść? Dlaczego nie mówi się młodym ludziom, że wojna to wielkie gówno i że musimy zrobić wszystko, żeby o takim traktowaniu drugiego człowieka zapomnieć?
Nie rozumiem. Po co nam ta chora pamięć? Po co bije się tyle medali? Dlaczego o wojnie mówi się w wielkich, wzniosłych słowach? Jak to możliwe, że wojna gromadzi prezydentów, premierów i innych ministrów w jednym miejscu, jakby była kimś ważnym?
Znalazłam w necie opinię nauczycieli Anny Dzierzgowskiej i dr Pawła Laskowskiego. Podkreślają oni: „O tym, jak niewychowawcze - i jak sprzeczne z zasadą wychowywania w duchu pokoju - jest bezrefleksyjne wpajanie szczególnego podziwu dla żołnierzy, chyba nie trzeba przekonywać”.
Post ten zaczęłam od kilku tytułów książek, które w ostatnim czasie przeczytałam. Są o ludziach, którzy żyli w czasie wojny.
O kobietach, które zmuszano do prostytuowania się w burdelach dla żołnierzy. Po wojnie ludzie golili tym kobietom głowy na łyso i gnali z wyzwiskami przez ulice. Bo nie pasowały do obrazu bohaterki.
O miłości w obozie koncentracyjnym. Żeby móc się spotkać na osobności, trzeba było przekupić strażnika. A żeby mieć coś na łapówkę , trzeba były kombinować. A później trzeba było spojrzeć sobie w lustrze w oczy...
O życiu w getcie, miejscu, gdzie spędzono ludzi wbrew ich woli i kazano mieszkać na małym metrażu z obcymi ludźmi. Gdzie w każdej chwili mógł wpaść żołnierz i w ramach łapanki zabrać w przerażające nieznane. Gdzie ludzie chowali kawałek chleba, żeby móc się podzielić nim z kimś z rodziny.
O życiu po wojnie, kiedy niby pokój i wolność, ale jednak człowiek czuje się osaczony. Boi się. Nie może spać. Opycha się kolacją, bo zaznał głodu - aż do otyłości. O życiu, gdzie tajemnice, zmowa milczenia paraliżują i nie pozwalają niczym się cieszyć.
O strachu.
Głodzie.
Śmierci.
Uciekaniu.
Ukrywaniu się.
O wojnie.
Przeczytaj jedną z tych książek. Albo inną. Musimy przestać chwalić się wojnami i bohaterami, musimy okazać młodym ludziom miłość, tolerancję, piękno i różnorodność świata.
Żeby już nigdy więcej....
R.M. Romero "Lalkarz z Krakowa".
Heather Morris "Tatuażysta z Auschwitz".
Ka-Tzenik 135633 "Dom lalek".
David Grosman "Patrz pod: Miłość".
W podręcznikach do historii napisane jest, że w czasie II wojny światowej Polacy walczyli bohatersko, z poświęceniem, z miłości do ojczyzny i cześć ich pamięci.
Na różnych przemówieniach w związku z tą czy tamtą rocznicą tej czy innej bitwy czy wojny prezydenci, premierzy i inni ministrowie głoszą chwałę polskich żołnierzy, którzy z poświęceniem, bohatersko stawiali czoło wrogom naszej ojczyzny. Starsze osoby, siedzące w pierwszych rzędach nazywa się bohaterami, oddaje się im cześć, obwiesza medalami.
Powstanie Warszawskie wspomina się urządzając widowisko. Ot, ludzie przebierają się za powstańców i odtwarzają wydarzenia tamtego sierpnia. Taka zabawa w wojnę, żeby uczcić i nie zapomnieć.
W jakimś przedszkolu dzieci zostały przebrane za żołnierzy, uzbrojono je chyba w jakieś atrapy broni i tak odwalone klepały apel z okazji odzyskania przez Polskę niepodległości.
Każda uzbrojona chwila z naszej przeszłości, każde wysadzenie, każdy mord, przemoc, nienawiść, poniżanie człowieka przez człowieka są w naszym kraju przypominane, gloryfikowane, oddaje się im pokłon, dekoruje się je wieńcami, stawia się im pomniki.
Nie rozumiem.
To tak, jakby wojna była czymś, co nadaje sens życiu człowieka. Tak jakby tylko dzięki wojnie można było zostać bohaterem. Młodym ludziom mówi się niemal, że wojna uszlachetnia, że obudziła w nas odwagę do czynów godnych corocznego czczenia. Mówi się im, że był (jest?) ktoś taki, jak wróg, który ma w sobie wszystko, co złe. Nie każe się młodym ludziom o tym zapomnieć, tak jakby ten wróg tylko gdzieś tam usnął na jakiś czas, zniknął na chwilę . Nie pozwala się tym młodym ludziom zapomnieć, że CI Niemcy, właśnie, tak - ci sami, co tak niedaleko nas mieszkają, że to właśnie oni byli tymi złymi, podczas gdy my jesteśmy tymi dobrymi.
Nie rozumiem. Dlaczego nikt nie mówi głośno, że wojna to zło? Dlaczego nie głosi się przed pomnikami, że nienawiść prowadzi do wojny? Dlaczego nie maszeruje się ulicami z hasłami szacunku, tolerancji, wdzięczności za życie - tak żeby wyparły pamięć wojny, bohaterstwa, cmentarzy? Dlaczego nie mówi się o tym, że jeśli będziemy dzielić się na lepszych i gorszych, to wojna może się powtórzyć? Że dopóki będziemy mówili, że jesteśmy my i są jacyś oni, to będziemy usprawiedliwiać wszelką nienawiść? Dlaczego nie mówi się młodym ludziom, że wojna to wielkie gówno i że musimy zrobić wszystko, żeby o takim traktowaniu drugiego człowieka zapomnieć?
Nie rozumiem. Po co nam ta chora pamięć? Po co bije się tyle medali? Dlaczego o wojnie mówi się w wielkich, wzniosłych słowach? Jak to możliwe, że wojna gromadzi prezydentów, premierów i innych ministrów w jednym miejscu, jakby była kimś ważnym?
Znalazłam w necie opinię nauczycieli Anny Dzierzgowskiej i dr Pawła Laskowskiego. Podkreślają oni: „O tym, jak niewychowawcze - i jak sprzeczne z zasadą wychowywania w duchu pokoju - jest bezrefleksyjne wpajanie szczególnego podziwu dla żołnierzy, chyba nie trzeba przekonywać”.
Post ten zaczęłam od kilku tytułów książek, które w ostatnim czasie przeczytałam. Są o ludziach, którzy żyli w czasie wojny.
O kobietach, które zmuszano do prostytuowania się w burdelach dla żołnierzy. Po wojnie ludzie golili tym kobietom głowy na łyso i gnali z wyzwiskami przez ulice. Bo nie pasowały do obrazu bohaterki.
O miłości w obozie koncentracyjnym. Żeby móc się spotkać na osobności, trzeba było przekupić strażnika. A żeby mieć coś na łapówkę , trzeba były kombinować. A później trzeba było spojrzeć sobie w lustrze w oczy...
O życiu w getcie, miejscu, gdzie spędzono ludzi wbrew ich woli i kazano mieszkać na małym metrażu z obcymi ludźmi. Gdzie w każdej chwili mógł wpaść żołnierz i w ramach łapanki zabrać w przerażające nieznane. Gdzie ludzie chowali kawałek chleba, żeby móc się podzielić nim z kimś z rodziny.
O życiu po wojnie, kiedy niby pokój i wolność, ale jednak człowiek czuje się osaczony. Boi się. Nie może spać. Opycha się kolacją, bo zaznał głodu - aż do otyłości. O życiu, gdzie tajemnice, zmowa milczenia paraliżują i nie pozwalają niczym się cieszyć.
O strachu.
Głodzie.
Śmierci.
Uciekaniu.
Ukrywaniu się.
O wojnie.
Przeczytaj jedną z tych książek. Albo inną. Musimy przestać chwalić się wojnami i bohaterami, musimy okazać młodym ludziom miłość, tolerancję, piękno i różnorodność świata.
Żeby już nigdy więcej....
czwartek, 17 stycznia 2019
#rozmowyzsynem
Idziemy razem przez miasto. Rzadko się to zdarza, żebyśmy tak razem szli, bo mój syn nie jest miłośnikiem świeżego (???) powietrza. Dzisiaj ze mną wyszedł, bo czasami tak ma - chyba lubi mieć to poczucie spełnionego obowiązku i od czasu do czasu wychodzi ze mną na drugą stronę ściany. Jest nawet przyjemnie, nie pada, słońce świeci - da się tak iść przez to miasto. Przy sklepie, który właśnie mijamy stoi para, mężczyzna i kobieta pogrążeni w rozmowie ze sobą, elegancko ubrani i grzecznie się do siebie uśmiechający. Przed nimi stoją dwa stojaki z materiałami traktującymi o ich poglądzie na świat, wiarę i koniec wszystkiego.
- Ja bym się wstydził tak stać na ulicy - zagadnął syn.
- No, ja chyba też - odpowiadam - nie nadawałabym się do takiego zadania.
- A kim oni w ogóle są?
- To Świadkowie Jehowy. Jeden z różnych kościołów, jakie działają w Polsce.
- A ty mamo wierzysz? - nie "skąd się biorą dzieci?", nie "co to jest podpaska?", tylko pytaniem o wiarę zastrzelił mnie mój syn.
- Mhm..., to trudne pytanie. Z jednej strony nie umiem jakoś powiedzieć, że nie wierzę, ale też nie praktykuję żadnej wiary, nie należę do żadnego kościoła. Jakoś układam sobie życie bez tego wszystkiego.
Idziemy chwilę w milczeniu. Ja sobie myślę o czymś tam, syn myśli o czymś swoim. Parę za stojakami mamy już daleko za sobą. W pewnym momencie z mojej lewej strony pada kolejne pytanie:
- Skąd wiadomo, co jest prawdą?
Szlag! Że też musieli ustawić się z tymi swoimi gazetkami właśnie tutaj, właśnie teraz.
- Moim zdaniem nikt tak naprawdę nie wie, co jest prawdą. Dla Świadków Jehowy prawdą jest to, w co oni wierzą. Dla katolików prawdą jest to, w co oni wierzą. Tak jest z każdym kościołem. Są też ludzie, którzy nie wierzą w żadnego boga - i oni też są przekonani, że znają prawdę. Kto miałby powiedzieć ludziom, co jest jedną, obiektywną prawdą? No nikt. I chyba dlatego na świecie jest miejsce dla każdego człowieka, bez względu na to, co jest dla niego prawdziwe.
- No właśnie. Niektórzy mówią, że człowiek pochodzi od małpy, inni, że stworzył go Bóg. Mój kolega mówił, że to Bóg doprowadził do wielkiego wybuchu i tak powstał świat. Wiesz, takie dwa w jednym.
- Kto wie, może ma rację. A może nie - chyba nigdy się tego nie dowiemy.
- Ja nie czuję potrzeby chodzenia do kościoła.
- W porządku.
- Nie wiem, czy w coś wierzę czy nie.
- I tak jest dobrze. Masz prawo do szukania swojej prawdy tak długo, jak długo nie krzywdzisz tym innych. Dla ciebie też jest miejsce na tym świecie.
- I dla Psicy.
- I dla Psicy też.
P.S.
Ta rozmowa nigdy nie miała miejsca, choć istnieje możliwość, że jej fragmenty pojawiły się w naszych rozmowach. To taka próba szukania sposobu na pokazanie dziecku, że każdy ma prawo być takim, jakim jest - tutaj akurat bez względu na wyznawaną bądź nie wiarę. Ot, taka moja wewnętrzna potrzeba. O dziwo, wyszło mi na to, że wcale nie potrzeba tutaj używać wielkich słów.
- Ja bym się wstydził tak stać na ulicy - zagadnął syn.
- No, ja chyba też - odpowiadam - nie nadawałabym się do takiego zadania.
- A kim oni w ogóle są?
- To Świadkowie Jehowy. Jeden z różnych kościołów, jakie działają w Polsce.
- A ty mamo wierzysz? - nie "skąd się biorą dzieci?", nie "co to jest podpaska?", tylko pytaniem o wiarę zastrzelił mnie mój syn.
- Mhm..., to trudne pytanie. Z jednej strony nie umiem jakoś powiedzieć, że nie wierzę, ale też nie praktykuję żadnej wiary, nie należę do żadnego kościoła. Jakoś układam sobie życie bez tego wszystkiego.
Idziemy chwilę w milczeniu. Ja sobie myślę o czymś tam, syn myśli o czymś swoim. Parę za stojakami mamy już daleko za sobą. W pewnym momencie z mojej lewej strony pada kolejne pytanie:
- Skąd wiadomo, co jest prawdą?
Szlag! Że też musieli ustawić się z tymi swoimi gazetkami właśnie tutaj, właśnie teraz.
- Moim zdaniem nikt tak naprawdę nie wie, co jest prawdą. Dla Świadków Jehowy prawdą jest to, w co oni wierzą. Dla katolików prawdą jest to, w co oni wierzą. Tak jest z każdym kościołem. Są też ludzie, którzy nie wierzą w żadnego boga - i oni też są przekonani, że znają prawdę. Kto miałby powiedzieć ludziom, co jest jedną, obiektywną prawdą? No nikt. I chyba dlatego na świecie jest miejsce dla każdego człowieka, bez względu na to, co jest dla niego prawdziwe.
- No właśnie. Niektórzy mówią, że człowiek pochodzi od małpy, inni, że stworzył go Bóg. Mój kolega mówił, że to Bóg doprowadził do wielkiego wybuchu i tak powstał świat. Wiesz, takie dwa w jednym.
- Kto wie, może ma rację. A może nie - chyba nigdy się tego nie dowiemy.
- Ja nie czuję potrzeby chodzenia do kościoła.
- W porządku.
- Nie wiem, czy w coś wierzę czy nie.
- I tak jest dobrze. Masz prawo do szukania swojej prawdy tak długo, jak długo nie krzywdzisz tym innych. Dla ciebie też jest miejsce na tym świecie.
- I dla Psicy.
- I dla Psicy też.
P.S.
Ta rozmowa nigdy nie miała miejsca, choć istnieje możliwość, że jej fragmenty pojawiły się w naszych rozmowach. To taka próba szukania sposobu na pokazanie dziecku, że każdy ma prawo być takim, jakim jest - tutaj akurat bez względu na wyznawaną bądź nie wiarę. Ot, taka moja wewnętrzna potrzeba. O dziwo, wyszło mi na to, że wcale nie potrzeba tutaj używać wielkich słów.
niedziela, 18 listopada 2018
poważnie o lalkach
Przyklejona do żeber kaloryfera próbuję sobie przypomnieć swoje zabawy lalkami. Wierzyłam, że są żywe? Nie, raczej nie. Mhm.... wkładałam jednak w ich usta słowa, w ich głowy wkładałam myśli, w przekonaniu, że zmarzną ubierałam je cieplej w chłodne dni. Czyli jakby wierzyłam, że są żywe. Albo inaczej - pozwalałam im w doskonały sposób zastępować mi brak takiej czy innej osoby i nie miało wtedy znaczenia, że są zbudowane z plastiku. Po prostu się nimi (z nimi) bawiłam. Co ciekawe - żadne ze spotkanych dzieci czy dorosłych nie widziało niczego dziwnego w tym, że traktuję je jak istoty żywe. Z tymi pierwszymi zresztą tworzyliśmy świat, w którym wszystkie nasze zabawki miały status żywych, pełnoprawnych towarzyszy zabaw. Żadnej Ameryki zresztą nie odkrywam - pokażcie mi dziecko, które nie tworzy swojego świata przy udziale istot, które dziecko uważa za żywe, widzialne, w które nierzadko samo się zamienia. Jest jak jest.
Z latami przychodzi dorosłość ze swoim "bądźmy poważni", człowiek zapomina o magii zabawek, wyobraźni i udawania. Ta przeklęta dorosłość powodowała, że czułam na początku zażenowanie czytając "Lalkarza z Krakowa" R.M. Romero. Dla kogo jest ta książka?! Dla dzieci czy dla dorosłych?! Ciągnąć to czy dać sobie spokój i chwycić za poważniejszą książkę? Chyba nacięłam się na dobry PiAr tej książki nie doczytawszy, czy oby na pewno nie jest ona przeznaczona dla młodszego czytelnika.... Ta mówiąca lalka. Magia. Ten prosto przedstawiony świat, wszystko biało - czarne. Nie ma miejsca na zastanawianie się, kto jest dobry, a kto zły. Wszystko podane na tacy. Bohater pozytywny i negatywny. Książka wręcz stworzona do wypracowań szkolnych. "Scharakteryzuj głównego bohatera książki. Jak oceniasz jego postawę i dlaczego możemy nazwać go bohaterem pozytywnym?". Albo "Lalkarz i Brandt - znajdź różnice między dobrem a złem". Proste. Nie trzeba za dużo myśleć, książka tego nie wymaga.
A jednak doczytałam do końca. I myślę o niej. Bo magiczny, niemożliwy przecież świat, zmieszał się w niej z czasem II wojny światowej, getta w Krakowie i obozu w Oświęcimiu. Tak - dałam się przyłapać na "zabawie lalkami", wchodząc w nią z zaangażowaniem dziecka. Być może właśnie z myślą o czytelnikach dużo młodszych ode mnie, autorka świetnie w wyidealizowany świat ludzkich charakterów wplotła grozę czasu wojny. Razem z Karoliną, lalką zresztą, patrzyłam przez okno sklepu lalkarza na krakowski rynek i z przerażeniem obserwowałam, jak Niemcy wypełniają go strachem ludzi, łapankami i nienawiścią do Żydów. Z czasem przestałam wzdrygać się na górnolotne słowa lalki, przestały chyba razić zrównoważone nienawiścią, rasizmem, śmiercią i głodem. Takiej książki o wojnie jeszcze nie czytałam.
Kto mnie zna, ten wie, że nie lubię pięknych, miłosnych, idealistycznych, szczęśliwie kończących się, przesłodzonych (czy to w jedną czy w drugą stronę) książek. Ta książka momentami taka jest, przynajmniej w mojej ocenie, a mimo to potrafiła tak na mnie zadziałać, że ciągle noszę ją w głowie po skończeniu. Mówiłam sobie "dobra, jest lalką, więc ma prawo tak chrzanić" i czytałam dalej, bo chciałam. Autorka nie raczyła nas bowiem ugładzonym obrazem wojny - nie, ten obraz był w mojej ocenie jak najbardziej realistyczny i bolesny. I chyba ta równowaga, ten szacunek dla czytelnika, żeby nie wciskać mu kitu o bohaterach-bogach uratowała tą książkę w moich oczach. Nawet, jeśli jest to książka dla dzieci.
Polecam. Każdemu.
Z latami przychodzi dorosłość ze swoim "bądźmy poważni", człowiek zapomina o magii zabawek, wyobraźni i udawania. Ta przeklęta dorosłość powodowała, że czułam na początku zażenowanie czytając "Lalkarza z Krakowa" R.M. Romero. Dla kogo jest ta książka?! Dla dzieci czy dla dorosłych?! Ciągnąć to czy dać sobie spokój i chwycić za poważniejszą książkę? Chyba nacięłam się na dobry PiAr tej książki nie doczytawszy, czy oby na pewno nie jest ona przeznaczona dla młodszego czytelnika.... Ta mówiąca lalka. Magia. Ten prosto przedstawiony świat, wszystko biało - czarne. Nie ma miejsca na zastanawianie się, kto jest dobry, a kto zły. Wszystko podane na tacy. Bohater pozytywny i negatywny. Książka wręcz stworzona do wypracowań szkolnych. "Scharakteryzuj głównego bohatera książki. Jak oceniasz jego postawę i dlaczego możemy nazwać go bohaterem pozytywnym?". Albo "Lalkarz i Brandt - znajdź różnice między dobrem a złem". Proste. Nie trzeba za dużo myśleć, książka tego nie wymaga.
A jednak doczytałam do końca. I myślę o niej. Bo magiczny, niemożliwy przecież świat, zmieszał się w niej z czasem II wojny światowej, getta w Krakowie i obozu w Oświęcimiu. Tak - dałam się przyłapać na "zabawie lalkami", wchodząc w nią z zaangażowaniem dziecka. Być może właśnie z myślą o czytelnikach dużo młodszych ode mnie, autorka świetnie w wyidealizowany świat ludzkich charakterów wplotła grozę czasu wojny. Razem z Karoliną, lalką zresztą, patrzyłam przez okno sklepu lalkarza na krakowski rynek i z przerażeniem obserwowałam, jak Niemcy wypełniają go strachem ludzi, łapankami i nienawiścią do Żydów. Z czasem przestałam wzdrygać się na górnolotne słowa lalki, przestały chyba razić zrównoważone nienawiścią, rasizmem, śmiercią i głodem. Takiej książki o wojnie jeszcze nie czytałam.
Kto mnie zna, ten wie, że nie lubię pięknych, miłosnych, idealistycznych, szczęśliwie kończących się, przesłodzonych (czy to w jedną czy w drugą stronę) książek. Ta książka momentami taka jest, przynajmniej w mojej ocenie, a mimo to potrafiła tak na mnie zadziałać, że ciągle noszę ją w głowie po skończeniu. Mówiłam sobie "dobra, jest lalką, więc ma prawo tak chrzanić" i czytałam dalej, bo chciałam. Autorka nie raczyła nas bowiem ugładzonym obrazem wojny - nie, ten obraz był w mojej ocenie jak najbardziej realistyczny i bolesny. I chyba ta równowaga, ten szacunek dla czytelnika, żeby nie wciskać mu kitu o bohaterach-bogach uratowała tą książkę w moich oczach. Nawet, jeśli jest to książka dla dzieci.Polecam. Każdemu.
czwartek, 1 listopada 2018
rozmowa
Musimy pogadać. Serio. Wystarczy tego bezczynnego leżenia tam, głęboko. Leżysz tak dzień i noc, miesiąc za miesiącem od pierwszego do pierwszego. Zresztą spoko - jak już sobie pójdę, będziesz mógł znowu spokojnie leżeć.
Stała nad grobem i mówiła, kierując swoje słowa ku dołowi. Wiedziała, że to trochę bez znaczenia, bo jeśli ją słyszy, to nie tymi uszami z ciała i kości (teraz to już pewnie tylko z kości...), tylko tymi duchowymi, które - jak można by przypuszczać - odbierają dobrze nawet myśli. Takie tam ludzkie przyzwyczajenie, patrzenie w oczy rozmówcy.
Mam notatnik. Zapiszę sobie, jeśli powiesz mi coś ważnego, coś, co będzie mi potrzebne, żeby wytrwać. Wiesz, czasami wydaje się człowiekowi, że zapamięta, bo to takie ważne, a potem okazuje się, że ni w ząb nie może sobie przypomnieć. Dlatego nie denerwuj się, jeśli co jakiś czas będę notować - nie będzie to wcale znaczyło, że przestałam słuchać. Patrz, mam nawet podkładkę! Niezła jestem, co? Przewidująca.
Dobra, bo robi się zimno. Tak, wiem, tam pod ziemią pewnie cieplutko i przytulnie, ale tutaj na górze mamy już listopad, a wiesz, że w listopadzie robi się już zimno. Przejdę więc do tematu. Mam kilka pytań i liczę na twoją współpracę. Musisz wiedzieć, że nie jesteś pierwszym, którego proszę o pomoc - pozostali jednak nie mieli tego doświadczenia co ty, byli żywi i nie mogli zrozumieć, o co mi chodzi. Pomyślałam więc, że może ty - skoro masz to już za sobą - pomożesz mi w tych życiowych pytaniach.
Roześmiała się.
Czujesz? Zadaję umarłemu życiowe pytania! Ech, niezła jestem, naprawdę no. Czasami ma się jeszcze ten polot językowy.
- Zobacz na tą. Gada i śmieje się do siebie.
- Może ćpała? A może nienormalna jakaś...
- Kto wie, może umarł ktoś dla niej ważny i rozmawia z tym kimś.
- Ty też będziesz ze mną rozmawiała, jak już będę w grobie?
- Zwariowałeś?! Żeby mnie za wariatkę brali?
Wiesz, bo mam problem z życiem. Nie bardzo mi wychodzi. Niby czasami jakaś mądra myśl się pojawi, jakiś koncept, ale potem nie umiem się w sobie zebrać. Tak wiesz, jakbym żyć nie umiała w pełni. Czytałam milion książek o tym, jak żyć, ale ci co nie umarli często się powtarzają i myślą, że wszystko jest takie proste. Gówno, nie jest! Przepraszam za to gówno, ale wnerwia mnie to. Powiedz, warto? Teraz, kiedy tam leżysz.... myślisz, że było warto? Jakbyś miał wybór i mógł wstać stamtąd i pożyć jeszcze trochę, skorzystałbyś?
................................................................................................................................................
Powiedz, skorzystałbyś?! Jakbym ci powiedziała, że znam magiczne słowo, które budzi umarłych i pozwala im przeżyć w zdrowiu jakieś, powiedzmy, 5-10 lat, aż do drugiej śmierci. Wstałbyś? Gdybym ci powiedziała, że czasami myślę, żeby już z tym skończyć, żeby ulżyć i sobie i innym - próbowałbyś mnie powstrzymać czy raczej pochwaliłbyś taką decyzję? Co?! Powiedz coś! Powiedz, co myślisz o życiu teraz, kiedy już go nie masz? Tęsknisz za życiem? Uważasz, że to był najlepszy moment twojego ciała? Życie?
Znowu się zaśmiała.
"Najlepszy moment twojego ciała...." Nie no, niezła jestem. To dobre. Muszę sobie zapisać, bo to dobre było. A ty nie leż tak w milczeniu. Kurwa, nie leż tak bez słowa! Jesteś moją ostatnią nadzieją, wiesz? Nie pytałam, kiedy żyłeś, pytam teraz, kiedy już umarły jesteś i masz pewną perspektywę. Możesz porównać życie z nieżyciem. Które lepsze? Które byś wybrał? Fajnie tam się leży? Nic ci nie cierpnie, nic nie boli, dusza nie boli, życie nie uwiera.... W porządku jest?
Fuck, stoję tutaj i gadam do ciebie, ludzie się gapią jak na wariatkę, a ty nic? Nie rób mi tego.
Zaczyna rysować labirynty na kartce.
Nie wiem, jak to robić.... Nie wychodzi mi, wiesz? I jak czasami mi tak nie wychodzi kilka razy pod rząd, to zastanawiam się, czy nie fajniej byłoby iść tam, gdzie ty jesteś. Tam, gdzie idzie się po śmierci. Gdzie ty właściwie teraz jesteś? Jest tam jakieś niebo, piekło, jakiś kurwa czyściec? Ha! Ha! Ha! Nie śmiej się ze mnie, jak człowiek taki żywy jest, to nic nie wie o byciu nieżywym. Zresztą sam wiesz, też tak miałeś przecież.
Nie, nie opowiadaj mi o tym, czy jest światło czy nie. Czy jakiś tunel, jakieś wrota, czy się nad ciałem swoim człowiek unosi i widzi siebie z góry. To mnie nie interesuje. Bardziej ciekawi mnie, czy lepiej jest nie żyć. Nie chcę wpadki. Nie chcę, żeby okazało się, że tam jest jeszcze gorzej niż tutaj - wtedy to by była klęska na całego.
Siedzi.
Serio?! Nic?! To ja ci tu znicz piękny przyniosłam... Gadaj, słyszysz?! No powiedz coś!! Proszę! Chyba nie zostawisz mnie z tym najlepszym momentem ciała i bazgrołami na kartce?! Miałam tutaj odpowiedzi zapisywać! Złote myśli twoje! A ty jak ten Wołodyjowski, żałosne nic!
Kopnęła nagrobek. Chyba ma w nosie, że ludzie się patrzą.
Nie, to nie! Poradzę sobie.
Podeszła do grobu obok.
O, kobieta! Może pani ze mną porozmawia, bo ten facet obok języka w gębie zapomniał. My, kobiety, potrafimy się dogadać, prawda? Ile pani miała lat? No proszę, w chwili zaczęcia nieżycia była pani nieco starsza ode mnie, to może nam pomóc w rozmowie. Mam notatnik, na wypadek gdyby powiedziała pani coś, co warto zapamiętać - lubię mieć ważne rzeczy na piśmie. Możemy mówić sobie po imieniu? To zmniejsza dystans, pomaga zaufać sobie nawzajem. Mam kilka pytań.............................
Stała nad grobem i mówiła, kierując swoje słowa ku dołowi. Wiedziała, że to trochę bez znaczenia, bo jeśli ją słyszy, to nie tymi uszami z ciała i kości (teraz to już pewnie tylko z kości...), tylko tymi duchowymi, które - jak można by przypuszczać - odbierają dobrze nawet myśli. Takie tam ludzkie przyzwyczajenie, patrzenie w oczy rozmówcy.
Mam notatnik. Zapiszę sobie, jeśli powiesz mi coś ważnego, coś, co będzie mi potrzebne, żeby wytrwać. Wiesz, czasami wydaje się człowiekowi, że zapamięta, bo to takie ważne, a potem okazuje się, że ni w ząb nie może sobie przypomnieć. Dlatego nie denerwuj się, jeśli co jakiś czas będę notować - nie będzie to wcale znaczyło, że przestałam słuchać. Patrz, mam nawet podkładkę! Niezła jestem, co? Przewidująca.
Dobra, bo robi się zimno. Tak, wiem, tam pod ziemią pewnie cieplutko i przytulnie, ale tutaj na górze mamy już listopad, a wiesz, że w listopadzie robi się już zimno. Przejdę więc do tematu. Mam kilka pytań i liczę na twoją współpracę. Musisz wiedzieć, że nie jesteś pierwszym, którego proszę o pomoc - pozostali jednak nie mieli tego doświadczenia co ty, byli żywi i nie mogli zrozumieć, o co mi chodzi. Pomyślałam więc, że może ty - skoro masz to już za sobą - pomożesz mi w tych życiowych pytaniach.
Roześmiała się.
Czujesz? Zadaję umarłemu życiowe pytania! Ech, niezła jestem, naprawdę no. Czasami ma się jeszcze ten polot językowy.
- Zobacz na tą. Gada i śmieje się do siebie.
- Może ćpała? A może nienormalna jakaś...
- Kto wie, może umarł ktoś dla niej ważny i rozmawia z tym kimś.
- Ty też będziesz ze mną rozmawiała, jak już będę w grobie?
- Zwariowałeś?! Żeby mnie za wariatkę brali?
Wiesz, bo mam problem z życiem. Nie bardzo mi wychodzi. Niby czasami jakaś mądra myśl się pojawi, jakiś koncept, ale potem nie umiem się w sobie zebrać. Tak wiesz, jakbym żyć nie umiała w pełni. Czytałam milion książek o tym, jak żyć, ale ci co nie umarli często się powtarzają i myślą, że wszystko jest takie proste. Gówno, nie jest! Przepraszam za to gówno, ale wnerwia mnie to. Powiedz, warto? Teraz, kiedy tam leżysz.... myślisz, że było warto? Jakbyś miał wybór i mógł wstać stamtąd i pożyć jeszcze trochę, skorzystałbyś?
................................................................................................................................................
Powiedz, skorzystałbyś?! Jakbym ci powiedziała, że znam magiczne słowo, które budzi umarłych i pozwala im przeżyć w zdrowiu jakieś, powiedzmy, 5-10 lat, aż do drugiej śmierci. Wstałbyś? Gdybym ci powiedziała, że czasami myślę, żeby już z tym skończyć, żeby ulżyć i sobie i innym - próbowałbyś mnie powstrzymać czy raczej pochwaliłbyś taką decyzję? Co?! Powiedz coś! Powiedz, co myślisz o życiu teraz, kiedy już go nie masz? Tęsknisz za życiem? Uważasz, że to był najlepszy moment twojego ciała? Życie?
Znowu się zaśmiała.
"Najlepszy moment twojego ciała...." Nie no, niezła jestem. To dobre. Muszę sobie zapisać, bo to dobre było. A ty nie leż tak w milczeniu. Kurwa, nie leż tak bez słowa! Jesteś moją ostatnią nadzieją, wiesz? Nie pytałam, kiedy żyłeś, pytam teraz, kiedy już umarły jesteś i masz pewną perspektywę. Możesz porównać życie z nieżyciem. Które lepsze? Które byś wybrał? Fajnie tam się leży? Nic ci nie cierpnie, nic nie boli, dusza nie boli, życie nie uwiera.... W porządku jest?
Fuck, stoję tutaj i gadam do ciebie, ludzie się gapią jak na wariatkę, a ty nic? Nie rób mi tego.
Zaczyna rysować labirynty na kartce.
Nie wiem, jak to robić.... Nie wychodzi mi, wiesz? I jak czasami mi tak nie wychodzi kilka razy pod rząd, to zastanawiam się, czy nie fajniej byłoby iść tam, gdzie ty jesteś. Tam, gdzie idzie się po śmierci. Gdzie ty właściwie teraz jesteś? Jest tam jakieś niebo, piekło, jakiś kurwa czyściec? Ha! Ha! Ha! Nie śmiej się ze mnie, jak człowiek taki żywy jest, to nic nie wie o byciu nieżywym. Zresztą sam wiesz, też tak miałeś przecież.
Nie, nie opowiadaj mi o tym, czy jest światło czy nie. Czy jakiś tunel, jakieś wrota, czy się nad ciałem swoim człowiek unosi i widzi siebie z góry. To mnie nie interesuje. Bardziej ciekawi mnie, czy lepiej jest nie żyć. Nie chcę wpadki. Nie chcę, żeby okazało się, że tam jest jeszcze gorzej niż tutaj - wtedy to by była klęska na całego.
Siedzi.
Serio?! Nic?! To ja ci tu znicz piękny przyniosłam... Gadaj, słyszysz?! No powiedz coś!! Proszę! Chyba nie zostawisz mnie z tym najlepszym momentem ciała i bazgrołami na kartce?! Miałam tutaj odpowiedzi zapisywać! Złote myśli twoje! A ty jak ten Wołodyjowski, żałosne nic!
Kopnęła nagrobek. Chyba ma w nosie, że ludzie się patrzą.
Nie, to nie! Poradzę sobie.
Podeszła do grobu obok.
O, kobieta! Może pani ze mną porozmawia, bo ten facet obok języka w gębie zapomniał. My, kobiety, potrafimy się dogadać, prawda? Ile pani miała lat? No proszę, w chwili zaczęcia nieżycia była pani nieco starsza ode mnie, to może nam pomóc w rozmowie. Mam notatnik, na wypadek gdyby powiedziała pani coś, co warto zapamiętać - lubię mieć ważne rzeczy na piśmie. Możemy mówić sobie po imieniu? To zmniejsza dystans, pomaga zaufać sobie nawzajem. Mam kilka pytań.............................
niedziela, 26 sierpnia 2018
z serii: wyszperane w bibliotece
Jestem zła. Normalnie dałam się zrobić w konia i nie bardzo wiem, na kogo teraz zwalić winę: na bibliotekę, że wystawiła tą książkę na półkę? Na wydawcę, że postanowił tą książkę wydać w języku polskim? Na autorkę, że tak przebiegle stosując słowa przykuła moją uwagę i bezczelnie zajęła mój cenny czas? Tak, wiem - pewnie ja sama nie jestem bez winy - w końcu wiem, co czytam, mam władze nad książką, która będąc przedmiotem względnie lekkim i niegroźnym, z łatwością pozwoli się odłożyć na półkę. Mam jednak sporo argumentów na swoje usprawiedliwienie, więc siebie winiłabym najmniej ;).
Zacznijmy od okładki, a konkretnie od tytułu książki:
No? Kogo z was nie zaintrygowałaby książka pod tytułem "Mam łóżko z racuchów"? Kiedy trafiła w moje ręce, nie miałam żadnych wątpliwości, że chcę ją przeczytać. To nic, że nazwisko autorki nic mi nie mówiło - przekartkowałam, rzuciłam okiem na streszczenie z tyłu okładki i niczym niezaniepokojona wypożyczyłam ją zgodnie z regułami Biblioteki Raczyńskich w Poznaniu.
Zaczęłam czytać. Już od pierwszego rozdziału (rozdziały są tu krótkie, więc można rzec, że od pierwszych zdań) spodobał mi się styl autorki. Pisała nieco tajemniczo, jakby kawałkami oderwanymi od nieznanej mi jeszcze całości, które to kawałki zamieszkiwali intrygujący ludzie. Pani Moriarty bawiła się językiem, wykorzystywała nieporozumienia w komunikowaniu się między bohaterami książki, żeby tworzyć humorystyczne (ale nie śmieszne) sytuacje. Uwielbiam czytać książki tak napisane, zachwyca mnie takie pisarstwo. Nic więc dziwnego, że weszłam w ten australijski świat (bo wszystko dzieje się w Australii) bez najmniejszych oporów.
Pierwsze przeczucia pojawiły się jakby niechcący i zignorowałam je naprędce jako przypadkowe. Kolejne koleje losu bohaterów zaczynały jednak potwierdzać moje podejrzenia coraz wyraźniej, aż w końcu musiałam spojrzeć prawdzie w oczy: czytam najzwyklejsze w świecie romansidło!😧 Tak - napisane z pomysłem, oryginalnie, ale jednak romansidło! Więcej - przeczytałam tę książkę - z jej romansami, wybaczeniami, zdradami, powrotami i szczęśliwymi zakończeniami - do końca. ponosząc tego pełne konsekwencje! 😭
Konsekwencja nr 1
Motylki w brzuchu oraz ulatujące ku nierealnemu światu, cholernie romantyczne myśli. Brrr.....
Konsekwencja nr 2
Marzenie, żeby się pojawił, żeby mnie porwał, żeby zwrócił na mnie uwagę w tłumie i zdobywał mnie w dokładnie tak oryginalny sposób, jak to się działo w książce. Albo nie, nie musi mnie odnajdywać, może się okazać, że już się znamy i że on wyznaje mi, że nie może się przy mnie na niczym skupić, że mam być silna za nas oboje, bo i on zajęty i ja zamężna. 😂
Konsekwencja nr 3
Nierealne poczucie, że romans jest możliwy nawet w tak nudnym, normalnym świecie, jak mój. Że nawet ja mogę być dla kogoś piękna. 😁
Konsekwencja nr 4
Junior zobaczył właśnie ten tekst przez moje ramię (a bestia potrafi dobrze czytać) i teraz muszę się tłumaczyć, co to znaczy "żeby się pojawił" 😉. Pewnie jeszcze czeka mnie komentarz Mystera, jak to przeczyta...
I na co mi to wszystko?! Przecież właśnie dlatego nie czytam żadnych romansów! Nie lubię takich książek! Śmieszą mnie swoją naiwnością i nierealnością. Śmieszą mnie osoby (z całym szacunkiem, rzecz jasna), które takie książki czytają i się nimi zachwycają, że takie życiowe. Śmieszą mnie pisarki, które na romansach zarobiły krocie, wydając milion tomów o Niej i o Nim. Nie cierpię takich książek, takich filmów, takich seriali. Nie, nie, nie! A dzisiaj co? Dzisiaj przeczytałam ostatnie stronice "Mam łóżko z racuchów" i myślę sobie FUCK! Ale się dałam! Przecież nic, co było w tej książce nie mogłoby zdarzyć się w prawdziwym świecie prawdziwych ludzi! Po co, ja się pytam, po co to czytałam? I kto jest temu winny? Kogo mam sądzić za moje krzywdy, za głupie myśli, za motylki i stracony czas?! No?!
Książka ta powinna stać na półce w dziale Romanse, wtedy na pewno bym jej nie znalazła, bo się w te rejony nie zapuszczam. A więc winna jest biblioteka! Och, gdyby nie fakt, że jest tam mnóstwo książek i ciągle dokupują nowe, to bym się obraziła i nigdy już tam nie poszła. No cóż - nie pozostaje mi nic innego, jak szybko przykryć Konsekwencje treściami innych książek, dobranych ostrożniej i z większą uwagą.
A tak w ogóle - ale tylko dla wielbicieli gatunku - i owszem, polecam ;)
P.S. Myster, jeśli to czytasz - nie przejmuj się, minie ;)
Jaclyn Moriarty, Mam łóżko z racuchów, Wydawnictwo W.A.B.
Zacznijmy od okładki, a konkretnie od tytułu książki:
No? Kogo z was nie zaintrygowałaby książka pod tytułem "Mam łóżko z racuchów"? Kiedy trafiła w moje ręce, nie miałam żadnych wątpliwości, że chcę ją przeczytać. To nic, że nazwisko autorki nic mi nie mówiło - przekartkowałam, rzuciłam okiem na streszczenie z tyłu okładki i niczym niezaniepokojona wypożyczyłam ją zgodnie z regułami Biblioteki Raczyńskich w Poznaniu.
Zaczęłam czytać. Już od pierwszego rozdziału (rozdziały są tu krótkie, więc można rzec, że od pierwszych zdań) spodobał mi się styl autorki. Pisała nieco tajemniczo, jakby kawałkami oderwanymi od nieznanej mi jeszcze całości, które to kawałki zamieszkiwali intrygujący ludzie. Pani Moriarty bawiła się językiem, wykorzystywała nieporozumienia w komunikowaniu się między bohaterami książki, żeby tworzyć humorystyczne (ale nie śmieszne) sytuacje. Uwielbiam czytać książki tak napisane, zachwyca mnie takie pisarstwo. Nic więc dziwnego, że weszłam w ten australijski świat (bo wszystko dzieje się w Australii) bez najmniejszych oporów.
Pierwsze przeczucia pojawiły się jakby niechcący i zignorowałam je naprędce jako przypadkowe. Kolejne koleje losu bohaterów zaczynały jednak potwierdzać moje podejrzenia coraz wyraźniej, aż w końcu musiałam spojrzeć prawdzie w oczy: czytam najzwyklejsze w świecie romansidło!😧 Tak - napisane z pomysłem, oryginalnie, ale jednak romansidło! Więcej - przeczytałam tę książkę - z jej romansami, wybaczeniami, zdradami, powrotami i szczęśliwymi zakończeniami - do końca. ponosząc tego pełne konsekwencje! 😭
Konsekwencja nr 1
Motylki w brzuchu oraz ulatujące ku nierealnemu światu, cholernie romantyczne myśli. Brrr.....
Konsekwencja nr 2
Marzenie, żeby się pojawił, żeby mnie porwał, żeby zwrócił na mnie uwagę w tłumie i zdobywał mnie w dokładnie tak oryginalny sposób, jak to się działo w książce. Albo nie, nie musi mnie odnajdywać, może się okazać, że już się znamy i że on wyznaje mi, że nie może się przy mnie na niczym skupić, że mam być silna za nas oboje, bo i on zajęty i ja zamężna. 😂
Konsekwencja nr 3
Nierealne poczucie, że romans jest możliwy nawet w tak nudnym, normalnym świecie, jak mój. Że nawet ja mogę być dla kogoś piękna. 😁
Konsekwencja nr 4
Junior zobaczył właśnie ten tekst przez moje ramię (a bestia potrafi dobrze czytać) i teraz muszę się tłumaczyć, co to znaczy "żeby się pojawił" 😉. Pewnie jeszcze czeka mnie komentarz Mystera, jak to przeczyta...
I na co mi to wszystko?! Przecież właśnie dlatego nie czytam żadnych romansów! Nie lubię takich książek! Śmieszą mnie swoją naiwnością i nierealnością. Śmieszą mnie osoby (z całym szacunkiem, rzecz jasna), które takie książki czytają i się nimi zachwycają, że takie życiowe. Śmieszą mnie pisarki, które na romansach zarobiły krocie, wydając milion tomów o Niej i o Nim. Nie cierpię takich książek, takich filmów, takich seriali. Nie, nie, nie! A dzisiaj co? Dzisiaj przeczytałam ostatnie stronice "Mam łóżko z racuchów" i myślę sobie FUCK! Ale się dałam! Przecież nic, co było w tej książce nie mogłoby zdarzyć się w prawdziwym świecie prawdziwych ludzi! Po co, ja się pytam, po co to czytałam? I kto jest temu winny? Kogo mam sądzić za moje krzywdy, za głupie myśli, za motylki i stracony czas?! No?!
Książka ta powinna stać na półce w dziale Romanse, wtedy na pewno bym jej nie znalazła, bo się w te rejony nie zapuszczam. A więc winna jest biblioteka! Och, gdyby nie fakt, że jest tam mnóstwo książek i ciągle dokupują nowe, to bym się obraziła i nigdy już tam nie poszła. No cóż - nie pozostaje mi nic innego, jak szybko przykryć Konsekwencje treściami innych książek, dobranych ostrożniej i z większą uwagą.
A tak w ogóle - ale tylko dla wielbicieli gatunku - i owszem, polecam ;)
P.S. Myster, jeśli to czytasz - nie przejmuj się, minie ;)
Jaclyn Moriarty, Mam łóżko z racuchów, Wydawnictwo W.A.B.
niedziela, 12 sierpnia 2018
siła - post scriptum
OSTRZEŻENIE
Jeszcze nie wiem tego na pewno, ale istnieje duże prawdopodobieństwo, że wpis ten będzie naszpikowany idealistycznymi i wzniosłymi hasłami, w których być może będzie można wyczuć spory ładunek emocjonalny. Może też zdarzyć się, że brak zgody na moje słowa może czytającemu grozić nadciśnieniem, a mi z kolei utratą znajomego - istnieje takie ryzyko. Kto więc nie lubi czytać takich tekstów albo widzi jakiś interes w utrzymywaniu ze mną kontaktu, może niech lepiej skończy lekturę właśnie teraz - dla swojego dobra ;)
Tekst, który za chwilę napiszę, powstanie w wyniku dwóch, niezależnych od siebie zdarzeń, które jednakowoż w mojej głowie pobudziły tą samą ścieżkę myślową.
Pierwsze zdarzenie to tekst "siła", który napisałam w wyniku lektury książki o tym samym tytule. Poddawałam tam wątpliwości metody, jakimi kobiety walczą o równe traktowanie i możliwość decydowania o sobie i swoim ciele. Łatwo krytykować - trudniej wskazać alternatywne działania, którymi można dokonywać zmian w społeczeństwie. Chcę tutaj dopełnić dzieła.
Drugim zdarzeniem jest całkiem świeża dzisiaj sprawa - pracownicy poznańskiego MPK wyrazili (podobno na równi z pasażerami) sprzeciw wobec konieczności jeżdżenia tramwajami ozdobionymi tęczowymi flagami. Flagi te pojawiły się na pojazdach MPK w wyniku umowy z grupą Stonewall, która organizuje w Poznaniu Pride Week (Tydzień Równości). Flag już nie ma.
Obydwa te zdarzenia wymagają odpowiedzi na pytanie: co zrobić, żeby ludzie w końcu dali sobie nawzajem spokój, żeby każdy mógł żyć tak, jak chce? Jakimi sposobami (kolejna demonstracja?, strajk?, billboard?, blokada torów, dróg?, milczenie wobec obelg i poniżania?.......) sprawić, żeby nie dochodziło do aktów nienawiści, dyskryminacji, narzucania swojego światopoglądu innym? A może jest to niemożliwe? Bo tak było, jest i będzie? Więcej - może tak powinno być? Może niektórzy odmienni, ci wszyscy homo, aborcjo, lesbi, czarni, niekato - może oni powinni w końcu nauczyć się, gdzie jest ich miejsce i przestać rzucać się w oczy?
Fakt, że ośmielam się podjąć próbę odpowiedzi na te pytania czynić mnie może w waszych oczach pyszną i wymądrzającą się zanadto - trudno. Jakby co, ostrzegałam i biorę to na bary.
Oto, co uważam.
Każdy człowiek ma prawo być. Każdy. Koniec i kropka. Żaden człowiek nie ma prawa powiedzieć innemu, że ten drugi jest gorszy od niego. Żaden i w żadnym wypadku. Nie ma takiej instancji na ziemi, która miałaby prawo różnicować ludzi na lepszych i gorszych, dobrych i złych, normalnych i nienormalnych. Nie ma i już. Tak uważam.
Taki światopogląd nie pozwala mi czuć się bezradną wobec tego, co dzieje się wokół mnie. Poniżanie ze względu na płeć, orientację seksualną, kolor skóry, uprawiany zawód itp. powoduje we mnie złość i chęć dokonania zmiany. Jaką zatem proponuję drogą, skoro nie chodzę na manifestacje, nie wywieszam flag, nie zapalam światełka?
Otóż proponuję zaczynać od samego początku - zacznijmy od siebie i od edukacji. Fakt - jest to sposób mało spektakularny, nie widać go za bardzo, a na skutki trzeba długo czekać. Jestem jednak przekonana, że jeśli zaczniemy od początku, to skutki takich działań będą trwałe i realnie będą wpływały na zmiany w myśleniu i zachowaniu ludzi w przyszłości.
Jak sobie to wyobrażam? Będę pisała jako człowiek, kobieta, mama i nauczycielka.
Po pierwsze - akceptujmy i nie porównujmy siebie z innymi.
Zacznij od siebie. Na nic będzie gadanie o tolerancji, jeśli sama ze sobą nie będziesz czuła się w porządku. Pozwól sobie być taką, jaka jesteś. Niech taką widzą ciebie ci, na których możesz mieć wpływ. Bez krzyku i przepychania. Niech twój pracodawca wie, że jesteś kompetentną osobą, że nie czujesz potrzeby ścigania się z innymi, żeby coś mu udowadniać. Że potrafisz cenić swoją pracę i wiesz, na co cię stać. Niech twój syn widzi, że nie musisz mieć ochoty na codzienne gotowanie obiadów - niech widzi, że czujesz się z tym w porządku, bo taka jesteś. Niech twoja córka widzi i uczy się od ciebie, że bycie kobietą nie oznacza podobanie się mężczyźnie, że nie potrzebujesz koła adoratorów wokół siebie, żeby czuć się piękną, że nie ma czegoś takiego, jak ładna i brzydka kobieta, że nie to świadczy o jej wartości. Pokaż jej, że czujesz się ze sobą w porządku, że ubierasz się tak, jak chcesz i nie chcesz pytać męża o zdanie, czy tak może być. Niech twój partner/twoja partnerka widzi, że jeśli chcesz powiedzieć nie, to mówisz nie, jeśli masz na coś ochotę, to masz na to ochotę. Niech teściowie widzą, że jeśli nie chcesz, to nie będziesz chodziła do kościoła, bez względu na to, jakiego szantażu będą używać.
O co mi chodzi? Chodzi o to, że wszelkie pogadanki, hasła, pouczanie i rzucanie na prawo i lewo hasłem tolerancji nic nie da, jeśli nie dasz przykładu. A nie dasz prawdziwego przykładu, jeśli nie będziesz wierzyła w to, co robisz. Jeśli będziesz mówiła o tym, że agresja jest zła, a jednocześnie będziesz komentowała na ulicy strój mijającej cię osoby - to wierz mi, to zachowanie, a nie słowa będą tym, co przyswoi sobie dziecko, uczeń, mąż, koleżanka..... Jeśli nie jesteś katoliczką, nie posyłaj dziecka do komunii tylko dlatego, że inni to robią - pokażesz dziecku, że nie trzeba się bać być sobą. Jeśli pokażesz przy tym, że bycie wśród ludzi, którzy idą do komunii jest ok, bo każdy ma prawo do wyboru - będziesz uczyć dziecko tolerancji. I odwrotnie. Jeśli wierzysz szczerze - pokaż tą wiarę swojemu dziecku. Dzięki temu za parę lat wyrosną z nich ludzie nie bojący się żyć w zgodzie z sobą i szanujący innych. Takich przykładów mogłabym wypisać o wiele więcej, właściwie wszelkie postawy można ukształtować w ten sposób. Łatwe?
Po drugie - akceptujmy dzieci takimi, jakimi są.
Jeśli chcesz, żeby dziecko zaczęło czuć do innych odrazę, żeby zaczęło czuć się lepsze lub gorsze od innych (i jedno i drugie jest prostą drogą do nienawiści i agresji) - bez ustanku porównuj je z innymi. Daj mu odczuć, że w porównaniu z innymi wypada gorzej: jest niższe, chudsze, mniej je, ma gorsze oceny, mniej śpi, więcej je, szybciej brudzi ubrania, spędza mniej czasu na nauce, ma większy bałagan w pokoju, jest dziecinne, bardziej delikatne, bardziej lękliwe, jest wolniejsze, bardziej mrukliwe albo bardziej rozgadane.... Uff - rozpędziłam się, a mogłabym jeszcze tak długo.
Możesz też porównywać swoje dziecko na plus: ma lepsze oceny, jest pilniejsze niż...., bardziej męskie niż...., bardziej dziewczęce..., delikatniejsze, mądrzejsze, pilniejsze, grzeczniejsze (w kościele, w szkole, w gościach....) itd. Takie porównywanie to moim zdaniem prosta droga do budowania postawy nietolerancji, poczucia zagrożenia ze strony innych, poczucia, że nie jestem w porządku taki/taka jaki/jaka jestem. Jeśli w porównaniu z kolegą jestem za delikatny, to jaki ze mnie przyszły facet? Jeśli moje włosy są cieńsze niż u koleżanki, to nie jestem piękną dziewczynką. Jeśli łażę po drzewach, to jestem chłopczycą..... Łał, dużo tego - jest nad czym pracować :).
Jeśli chcemy, aby nasz kraj zamieszkiwali ludzie, którzy nie nienawidzą innych za to, kim są, musimy im pokazać, że tacy, jacy są, są w porządku. Że jest tu dla nich miejsce bez względu na to, kogo pokochają, jak się ubierają, w co wierzą, jaki mają kolor skóry, czym się zajmują, co i jak potrafią. Bez porównywania z innymi!
Jest jeszcze jeden myk: oczekiwania wobec dziecka. Czyż nie każdy by chciał, żeby jego syn był mądrym, wysokim, silnym mężczyzną? A córka? Najlepiej, żeby była mądra, ładna, umiała się zachować? Żeby syn w przyszłości miał żonę, dzieci, dobrą pracę? A córka żeby miała męża z dobrą pracą i dzieci? Ok, trochę przerysowałam (a może nie?), żeby pokazać, o co mi chodzi. Jeśli nie akceptujesz dziecka takim, jakie jest, jeśli oczekujesz, że będzie takie, jak oczekujesz - dokładasz cegiełkę do budowania społeczeństwa, w którym, żeby być akceptowanym trzeba być konkretnie jakimś. W Polsce na przykład trzeba być białym, ochrzczonym w kościele katolickim, dobrze uczącym się, szanującym dorosłych i starszych (bezwzględnie), czystym dzieckiem. Jeśli dziecko takim nie jest, to po pierwsze nie lubi siebie, a po drugie zaczyna nienawidzić tych, którzy tacy są. Żeby przetrwać, udaje takiego, jakim powinien być i szuka takich, co odstają, żeby się na nich odegrać.
Jeśli chcemy społeczeństwa bez nienawiści, pozwólmy dzieciom być takimi, jakimi się, kochajmy je takimi, jakimi są. Czynem i słowem.
Te dwa punkty są moim zdaniem podstawą, reszta się zmienia w zależności od okoliczności. Akceptacja siebie i innych - tego nam brakuje. Zamiast tego przeważa wywyższanie się i nienawiść do innych. Ja nie chcę żyć w takim świecie. I choć nie pokazuję tego na manifestacjach, to staram się jak mogę dać sobie wewnętrzne prawo do bycia sobą, żeby mój syn i moi uczniowie to widzieli. Bez nienawiści, bez wytykania innych palcami i bez porównywania się. Robię też wszystko, żeby mój syn wiedział, że jest w porządku taki, jaki jest. Bo przecież tak jest.
I Ty też - jesteś w porządku taka, jaka jesteś.
I Ty - dokładnie taki, jaki jesteś.
Dopóty, dopóki nie czynisz tym krzywdy innym - jesteś ok. :)
Jeszcze nie wiem tego na pewno, ale istnieje duże prawdopodobieństwo, że wpis ten będzie naszpikowany idealistycznymi i wzniosłymi hasłami, w których być może będzie można wyczuć spory ładunek emocjonalny. Może też zdarzyć się, że brak zgody na moje słowa może czytającemu grozić nadciśnieniem, a mi z kolei utratą znajomego - istnieje takie ryzyko. Kto więc nie lubi czytać takich tekstów albo widzi jakiś interes w utrzymywaniu ze mną kontaktu, może niech lepiej skończy lekturę właśnie teraz - dla swojego dobra ;)
Tekst, który za chwilę napiszę, powstanie w wyniku dwóch, niezależnych od siebie zdarzeń, które jednakowoż w mojej głowie pobudziły tą samą ścieżkę myślową.
Pierwsze zdarzenie to tekst "siła", który napisałam w wyniku lektury książki o tym samym tytule. Poddawałam tam wątpliwości metody, jakimi kobiety walczą o równe traktowanie i możliwość decydowania o sobie i swoim ciele. Łatwo krytykować - trudniej wskazać alternatywne działania, którymi można dokonywać zmian w społeczeństwie. Chcę tutaj dopełnić dzieła.
Drugim zdarzeniem jest całkiem świeża dzisiaj sprawa - pracownicy poznańskiego MPK wyrazili (podobno na równi z pasażerami) sprzeciw wobec konieczności jeżdżenia tramwajami ozdobionymi tęczowymi flagami. Flagi te pojawiły się na pojazdach MPK w wyniku umowy z grupą Stonewall, która organizuje w Poznaniu Pride Week (Tydzień Równości). Flag już nie ma.
Obydwa te zdarzenia wymagają odpowiedzi na pytanie: co zrobić, żeby ludzie w końcu dali sobie nawzajem spokój, żeby każdy mógł żyć tak, jak chce? Jakimi sposobami (kolejna demonstracja?, strajk?, billboard?, blokada torów, dróg?, milczenie wobec obelg i poniżania?.......) sprawić, żeby nie dochodziło do aktów nienawiści, dyskryminacji, narzucania swojego światopoglądu innym? A może jest to niemożliwe? Bo tak było, jest i będzie? Więcej - może tak powinno być? Może niektórzy odmienni, ci wszyscy homo, aborcjo, lesbi, czarni, niekato - może oni powinni w końcu nauczyć się, gdzie jest ich miejsce i przestać rzucać się w oczy?
Fakt, że ośmielam się podjąć próbę odpowiedzi na te pytania czynić mnie może w waszych oczach pyszną i wymądrzającą się zanadto - trudno. Jakby co, ostrzegałam i biorę to na bary.
Oto, co uważam.
Każdy człowiek ma prawo być. Każdy. Koniec i kropka. Żaden człowiek nie ma prawa powiedzieć innemu, że ten drugi jest gorszy od niego. Żaden i w żadnym wypadku. Nie ma takiej instancji na ziemi, która miałaby prawo różnicować ludzi na lepszych i gorszych, dobrych i złych, normalnych i nienormalnych. Nie ma i już. Tak uważam.
Taki światopogląd nie pozwala mi czuć się bezradną wobec tego, co dzieje się wokół mnie. Poniżanie ze względu na płeć, orientację seksualną, kolor skóry, uprawiany zawód itp. powoduje we mnie złość i chęć dokonania zmiany. Jaką zatem proponuję drogą, skoro nie chodzę na manifestacje, nie wywieszam flag, nie zapalam światełka?
Otóż proponuję zaczynać od samego początku - zacznijmy od siebie i od edukacji. Fakt - jest to sposób mało spektakularny, nie widać go za bardzo, a na skutki trzeba długo czekać. Jestem jednak przekonana, że jeśli zaczniemy od początku, to skutki takich działań będą trwałe i realnie będą wpływały na zmiany w myśleniu i zachowaniu ludzi w przyszłości.
Jak sobie to wyobrażam? Będę pisała jako człowiek, kobieta, mama i nauczycielka.
Po pierwsze - akceptujmy i nie porównujmy siebie z innymi.
Zacznij od siebie. Na nic będzie gadanie o tolerancji, jeśli sama ze sobą nie będziesz czuła się w porządku. Pozwól sobie być taką, jaka jesteś. Niech taką widzą ciebie ci, na których możesz mieć wpływ. Bez krzyku i przepychania. Niech twój pracodawca wie, że jesteś kompetentną osobą, że nie czujesz potrzeby ścigania się z innymi, żeby coś mu udowadniać. Że potrafisz cenić swoją pracę i wiesz, na co cię stać. Niech twój syn widzi, że nie musisz mieć ochoty na codzienne gotowanie obiadów - niech widzi, że czujesz się z tym w porządku, bo taka jesteś. Niech twoja córka widzi i uczy się od ciebie, że bycie kobietą nie oznacza podobanie się mężczyźnie, że nie potrzebujesz koła adoratorów wokół siebie, żeby czuć się piękną, że nie ma czegoś takiego, jak ładna i brzydka kobieta, że nie to świadczy o jej wartości. Pokaż jej, że czujesz się ze sobą w porządku, że ubierasz się tak, jak chcesz i nie chcesz pytać męża o zdanie, czy tak może być. Niech twój partner/twoja partnerka widzi, że jeśli chcesz powiedzieć nie, to mówisz nie, jeśli masz na coś ochotę, to masz na to ochotę. Niech teściowie widzą, że jeśli nie chcesz, to nie będziesz chodziła do kościoła, bez względu na to, jakiego szantażu będą używać.
O co mi chodzi? Chodzi o to, że wszelkie pogadanki, hasła, pouczanie i rzucanie na prawo i lewo hasłem tolerancji nic nie da, jeśli nie dasz przykładu. A nie dasz prawdziwego przykładu, jeśli nie będziesz wierzyła w to, co robisz. Jeśli będziesz mówiła o tym, że agresja jest zła, a jednocześnie będziesz komentowała na ulicy strój mijającej cię osoby - to wierz mi, to zachowanie, a nie słowa będą tym, co przyswoi sobie dziecko, uczeń, mąż, koleżanka..... Jeśli nie jesteś katoliczką, nie posyłaj dziecka do komunii tylko dlatego, że inni to robią - pokażesz dziecku, że nie trzeba się bać być sobą. Jeśli pokażesz przy tym, że bycie wśród ludzi, którzy idą do komunii jest ok, bo każdy ma prawo do wyboru - będziesz uczyć dziecko tolerancji. I odwrotnie. Jeśli wierzysz szczerze - pokaż tą wiarę swojemu dziecku. Dzięki temu za parę lat wyrosną z nich ludzie nie bojący się żyć w zgodzie z sobą i szanujący innych. Takich przykładów mogłabym wypisać o wiele więcej, właściwie wszelkie postawy można ukształtować w ten sposób. Łatwe?
Po drugie - akceptujmy dzieci takimi, jakimi są.
Jeśli chcesz, żeby dziecko zaczęło czuć do innych odrazę, żeby zaczęło czuć się lepsze lub gorsze od innych (i jedno i drugie jest prostą drogą do nienawiści i agresji) - bez ustanku porównuj je z innymi. Daj mu odczuć, że w porównaniu z innymi wypada gorzej: jest niższe, chudsze, mniej je, ma gorsze oceny, mniej śpi, więcej je, szybciej brudzi ubrania, spędza mniej czasu na nauce, ma większy bałagan w pokoju, jest dziecinne, bardziej delikatne, bardziej lękliwe, jest wolniejsze, bardziej mrukliwe albo bardziej rozgadane.... Uff - rozpędziłam się, a mogłabym jeszcze tak długo.
Możesz też porównywać swoje dziecko na plus: ma lepsze oceny, jest pilniejsze niż...., bardziej męskie niż...., bardziej dziewczęce..., delikatniejsze, mądrzejsze, pilniejsze, grzeczniejsze (w kościele, w szkole, w gościach....) itd. Takie porównywanie to moim zdaniem prosta droga do budowania postawy nietolerancji, poczucia zagrożenia ze strony innych, poczucia, że nie jestem w porządku taki/taka jaki/jaka jestem. Jeśli w porównaniu z kolegą jestem za delikatny, to jaki ze mnie przyszły facet? Jeśli moje włosy są cieńsze niż u koleżanki, to nie jestem piękną dziewczynką. Jeśli łażę po drzewach, to jestem chłopczycą..... Łał, dużo tego - jest nad czym pracować :).
Jeśli chcemy, aby nasz kraj zamieszkiwali ludzie, którzy nie nienawidzą innych za to, kim są, musimy im pokazać, że tacy, jacy są, są w porządku. Że jest tu dla nich miejsce bez względu na to, kogo pokochają, jak się ubierają, w co wierzą, jaki mają kolor skóry, czym się zajmują, co i jak potrafią. Bez porównywania z innymi!
Jest jeszcze jeden myk: oczekiwania wobec dziecka. Czyż nie każdy by chciał, żeby jego syn był mądrym, wysokim, silnym mężczyzną? A córka? Najlepiej, żeby była mądra, ładna, umiała się zachować? Żeby syn w przyszłości miał żonę, dzieci, dobrą pracę? A córka żeby miała męża z dobrą pracą i dzieci? Ok, trochę przerysowałam (a może nie?), żeby pokazać, o co mi chodzi. Jeśli nie akceptujesz dziecka takim, jakie jest, jeśli oczekujesz, że będzie takie, jak oczekujesz - dokładasz cegiełkę do budowania społeczeństwa, w którym, żeby być akceptowanym trzeba być konkretnie jakimś. W Polsce na przykład trzeba być białym, ochrzczonym w kościele katolickim, dobrze uczącym się, szanującym dorosłych i starszych (bezwzględnie), czystym dzieckiem. Jeśli dziecko takim nie jest, to po pierwsze nie lubi siebie, a po drugie zaczyna nienawidzić tych, którzy tacy są. Żeby przetrwać, udaje takiego, jakim powinien być i szuka takich, co odstają, żeby się na nich odegrać.
Jeśli chcemy społeczeństwa bez nienawiści, pozwólmy dzieciom być takimi, jakimi się, kochajmy je takimi, jakimi są. Czynem i słowem.
Te dwa punkty są moim zdaniem podstawą, reszta się zmienia w zależności od okoliczności. Akceptacja siebie i innych - tego nam brakuje. Zamiast tego przeważa wywyższanie się i nienawiść do innych. Ja nie chcę żyć w takim świecie. I choć nie pokazuję tego na manifestacjach, to staram się jak mogę dać sobie wewnętrzne prawo do bycia sobą, żeby mój syn i moi uczniowie to widzieli. Bez nienawiści, bez wytykania innych palcami i bez porównywania się. Robię też wszystko, żeby mój syn wiedział, że jest w porządku taki, jaki jest. Bo przecież tak jest.
I Ty też - jesteś w porządku taka, jaka jesteś.
I Ty - dokładnie taki, jaki jesteś.
Dopóty, dopóki nie czynisz tym krzywdy innym - jesteś ok. :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
