niedziela, 12 lutego 2017

pozytywnie od A do Z

To będzie mój alfabet. Kto wie, może uda mi się znaleźć coś dla siebie czy o sobie przy każdej literze alfabetu 
(pomijając ą i ę, bo taka "ąę" raczej nie jestem ;))
Postanowiłam, że będą to rzeczy kojarzące mi się pozytywnie - jęczeć na swój temat umiem bezbłędnie, żadna to dla mnie sztuka. Ten alfabet ma być wyzwaniem - będę szukała takich wyrazów, które będą mi przyjemne. Z pełną świadomością pominę wszystkie te, które i tak już zajęły dużo miejsca w pisaninie.



A

aktorstwo
Wiem to na pewno, choć nie wiem, jak i dlaczego, ale w głębi duszy jestem artystką. Czuję to, że stworzono mnie po to, żebym stała na scenie i zagadką wielką pozostanie już dla mnie, dlaczego to przeznaczenie się nie spełniło. Uwielbiam grać. Mogę być kim zechcę lub wy zechcecie, naprawdę. I nie chodzi mi o takie granie ról w życiu codziennym - tutaj akurat jestem raczej średniej klasy i słabo opłacaną aktorką, Mówię o scenie, o tych momentach, kiedy mogłam udawać jakąś postać. Zdarzyło mi się to parę razy w życiu - w liceum, kiedy z dziewczynami tworzyłyśmy naprawdę dobre przedstawienia (pozdrawiam was wszystkie!), w pracy z dzieciakami, kiedy udawałam tego czy owego, żeby wprowadzić jakiś temat (na baliku karnawałowym byłam tak przekonującą wiedźmą, że jeden z chłopców rozpłakał się ze strachu ;)). Uwielbiam czytać dzieciom na głos, bo wtedy też mogę trochę poudawać. Być może ktoś pomyśli, że jest to najbardziej żałosne granie na świecie, bez publiczności, która doceni, bez poklasku, oklasków, róż rzucanych na scenę przez wiernych fanów. Pewnie trochę tak... Tylko, że ja to UWIELBIAM. Kiedy mogę udawać, czuję dreszczyk podniecenia, emocje powodują, że chce mi się bardziej i bardziej. Nie ma we mnie grama wstydu czy tremy, nie interesuje mnie, jak wtedy wyglądam, jakie robię miny czy jak poruszam ciałem - jestem wtedy i tylko wtedy całkowicie w roli, a jednocześnie właśnie wtedy czuję się wolność bycia sobą. Taki mój mały paradoks.
Wiedzcie zatem, że mijając mnie gdzieś na ulicy czy spotykając w różnych okolicznościach macie niewątpliwą przyjemność obcowania z gwiazdą scen małych i jeszcze mniejszych ;)


alergie
Wszelkie alergie, jakie były dostępne w naszej rodzinie zabrała moja siostra - ja nie posiadam żadnej :)


alt
Kiedyś śpiewałam w chórze - to niesamowite móc obcować z ludźmi, którzy patrząc w nuty potrafią zanucić melodię tam zapisaną. W chórze niby człowiek jest tylko trybikiem w większej machinie, a jednak - rzecz oczywista i aż żal, że o tym piszę - jest niezbędny. Każdy jeden, głosy wysokie i niskie, męskie i kobiece. Ja śpiewałam altem - tym kobiecym niskim. Słyszałeś kiedyś siebie, jak wpasowujesz się w dźwięk całości, jak twój głos współgra z głosami tylu ludzi, jak niby twój głos ginie, ale jednak słyszysz go wyraźnie? Ja generalnie mam słabość do zespołów, zachwyca mnie zawsze, jak kilka głosów, instrumentów, ciał w tańcu potrafi stworzyć jedno. Dla mnie to jest cud, po prostu. Mój alt brał swego czasu udział w takim cudzie właśnie :).


automat
Pamiętam, jakby to było dziś. Warszawa (marka samochodu - wyjaśnienie dla młodszych czytających) dziadków podjechała pod nasz blok z zapakowaną pralką automatyczną. Miała od dzisiaj zastąpić miejsce Frani (pralka - j.w.) w naszej łazience. Kiedyś już chyba gdzieś o tym pisałam - kiedy ruszyło pierwsze pranie w tej sprytnej maszynie, siedziałam na podłodze w łazience i jak urzeczona gapiłam się w to okrągłe okienko, gdzie pojawiały się i znikały kolory piorącyc się ubrań. Nie wiem, co w sobie miał ten ruch kołowy, ale jego połączenie z szumem silinka i wody sprawiło, że mogłabym tak siedzieć i gapić się i gapić....



B

Białas
Takie nazwisko nosiłam do momentu, kiedy postanowiłam je zmienić po ślubie. Trochę żałuję, że go sobie nie zostawiłam, dodając po myślniku nazwisko Mystera. Czuję do tego nazwiska jakiś rodzaj przywiązania, jakaś nostalgiczna się robię, kiedy przypomnę sobie, że tak się nazywałam. Może to trochę dziwne, moje dzieciństwo nie było usłane różami - powinnam chyba raczej chcieć odrzucić wszystko, co wiąże się z czasem, kiedy nazywałam się Białas.
Tylko, że to nie tak. Razem z tym nazwiskiem przypominają mi się raczej fajne rzeczy. Poczucie humoru rodziny Białasów - do dzisiaj wiele powiedzonek z tamtych czasów pojawia się w moich rozmowach z siostrą (ba! z dumą przekazuję je Juniorowi, choć czasem muszę trochę tłumaczyć, co mam na myśli ;)). Muzykalność członków tej familii - każdy albo na czymś grał, albo przynajmniej dobrze tańczył. Kiedy spotykaliśmy się na rodzinnych imprezach w M3 dziadków (jejku, kiedy to było????!!!), w ruch zawsze szedł akordeon, tamburyno, dens z kuzynostwem - no mucha nie siada ;). Babcia często mówiła, że ona jest "biała sowa" i dopiero po paru latach zrozumiałam ów żart słownikowy :D. Nie da się ukryć - jestem Białas z krwi i kości, raczej nigdy nie poczuję się Racinowska tak bardzo, jak czuję się Białas.
P.S. Wszelkie skojarzenia rasowe z nazwiskiem proszę sobie darować - mnie nigdy nie kojarzyło się z podziałem na bałych i czarnych i chciałabym, żeby tak zostało :)


beza
Był czas, kiedy bazy były dla mnie najwspanialszą ucztą, jaką może mieć moje podniebienie. Pamiętasz, Joanno, jak kupiłyśmy sobie kiedyś tort bezowy (a właściwie bezowe krążki do zrobienia takiego torta służące) i zjadłyśmy wszystko same za jednym posiedzeniem? ;). I nic nie poszło nam w biodra, nic a nic. Ech, to były czasy....


bloki mieszkalne
W bloku mieszkałam zawsze i mieszkam do dnia dzisiejszego. Zmieniało się tylko miasto, adres, piętro, metraż no i współlokatorzy. Nigdy nie mieszkałam w domu jednorodzinnym, nie miałam ogrodu, tarasu, własnej furtki. I w sumie nigdy jakoś specjalnie mi się taki dom nie marzył. I tyle :)


c.d.n....



piątek, 10 lutego 2017

pod włos

Ach, to znowu ty! Zapraszam, zapraszam - czuj się jak u siebie, nie krępuj się. W końcu - co tu dużo mówić - jesteś u siebie, choć jednocześnie u mnie jesteś. Pan Brzuch ostatnio aktywny jakiś, pobudzony, wziął się z panem Strachem pod rękę i  z codzienną wizytą do mnie przychodzi. Zapraszam, zapraszam - czym chata bogata, tym rada! Co tam słychać? Jakież to wieści złe mi przynosisz, że w spokoju nie umiesz pozostać? A może nie są wcale złe? Może są tak ekscytujące, tak pobudzające i niecierpiące zwłoki, że nie możesz z podniecenia w spokoju z nimi czekać? Zamieniam się w słuch. Nie, nie musisz się spieszyć - mamy dla siebie dużo czasu. O ile mi wiadomo, zostaniesz ze mną po kres moich dni, a to, jak mniemam, jeszcze trochę potrwa.
Nie wiem, jak pan Strach - szczerze ci szeptem i w tajemnicy powiem, że tego jegomościa wolałabym się pozbyć nieco wcześniej, nie uśmiecha mi się zabierać go na wieczny mój spoczynek... Nie, nie - nie czuj się skrępowany - jak już z tobą przyszedł, to niech zostanie, znajdzie się tymczasowo jakieś miejsce dla niego, jest to jest. Jak mam do niego mówić? Panie Strachu? Samo Strachu, bez "panie"? Bo do ciebie to już nie krępuję się mówić po imieniu - jesteś moim Brzuchem od niemal 40 lat - tak długie bycie razem daje nam prawo mówić do siebie bez sztucznych uprzejmości. Ale z nim? Niby widzę i czuję go nie po raz pierwszy, niby wy dwoje to już prawie jak jedno dla siebie, ale jednak zawsze to rzecz nabyta, przyszedł to może i pójdzie sobie - nie chciałabym, żeby myślał, że się do niego przywiązałam. Wolałabym, żeby czuł się wolny, jeśli zechce odejść...

Mówisz, żeby po imieniu? No cóż, niech będzie - zawsze to krócej i zdecydowanie prościej...

No, to co tam u was, chłopaki, z czym do mnie przychodzicie? Pogadajmy otwarcie, bo nie uśmiecha mi się znosić waszych podchodów przez kolejny dzień. Macie na coś ochotę? Kubek herbaty, kawy, szklankę wody? Nie proponuję wam nic mocniejszego, bo będę jeszcze dzisiaj prowadzić samochów i wasze promile mogą mi tylko narobić kłopotu. Jakieś ciasteczko? Naleśnika? Usmażyłam wczoraj sporo, nawet niezłe mi wyszły, co wcale nie jest takie oczywiste w moim przypadku. Nie? Nic? Trudno, nie będę was zmuszać....

No, Brzuch, opowiadaj... Jak tam jelita, dobrze leżą? Wydaje mi się, że działają jak należy, ale może jest coś, o czym powinnam wiedzieć? Tak, wiem - w tłuszcz nie obrastasz, ale to tylko i wyłącznie dla twojego dobra! Wiesz, ile taki tłuszcz może przynieść brzuchowi kłopotów? Nie potrzebujemy takich, zresztą jeśli już masz do kogoś o to pretensje, to podziękuj Strachowi - to on trzęsie portkami przed samym dźwiękiem słowa "tłuszcz", że o jego materialnej postaci nie wspomnę.

Zresztą, nie kłóćmy się już, proszę. Nie po to was ugościłam (chociaż niczego nie chcieliście), żeby się z wami kłócić. Chcę się  d o g a d a ć.  Zawrzeć pokój. Ustalić jakieś zasady, na których nasze wspólne współbycie będzie przyjemne dla obu stron. Zrobimy burzę mózgów, każdy powie, czego mu potrzeba i postaramy się znaleźć jakiś złoty środek, żeby wszyscy - zarówno Brzuch, Strach oraz moja skromna osoba - byli zadowolony.

Jeśli o mnie chodzi, to mogę spróbować was polubić - tak, żeby wasza obecność nie powodowała mojego psychicznego rozstroju. Jeśli brakuje wam towarzystwa, mogę od czasu do czasu opowiedzieć wam jakąś anegdotkę, poczytać na głos, możemy razem obejrzeć "Przyjaciół" - jak pośmiejemy się wszyscy razem, to będzie nam ze sobą lepiej. Chętnie posłucham z wami muzyki, jak dla mnie możecie nawet śpiewać na głos - to podobno dobra terapia.

Mam tylko jeden warunek i tutaj nie ustąpię - przychodźcie, kiedy jestem sama. Nie chcę, żeby mój syn was widział, nie życzę sobie, żeby wiedział o waszym istnieniu. Jeśli któreś z was, zwłaszcza ty Strachu, zbliży się do mojego syna, nie zawaham się przed niczym. Jesteście u mnie i pewnie jeszcze jakiś czas zostaniecie - to już ustaliliśmy. Poznałam was trochę, wy mnie może trochę bardziej - taka już moja opowieść. Nie pozwolę jednak, żebyście stali się znajmymi mojego dziecka, zrobię wszystko, żeby was zniszczyć, jeśli zauważę, że dobieracie się do niego. Rozumiecie?!

No, to jak już sobie tak pogadaliśmy i pewne rzeczy wyjaśniliśmy, to może skusicie się na naleśniczka? Fakt, wczorajsze, ale podgrzać mogę i będą pierwsza klasa... Po jednym chociaż, żebyście posmakowali...



czwartek, 9 lutego 2017

nie chce mi się wymyślać tytułu...

Czwarty dzień urlopu. Od wczorajszego wieczoru zaczynam czuć nieprzyjemny niepokój w brzuchu. Co trzeba jeszcze zrobić? Dlaczego czas tak szybko posuwa się do przodu? Czy wystarczy mi czasu na to, co muszę jeszcze zrobić? Czy zdążę? Miałam tyle planów, tyle możliwości i nagle okazuje się, że nie mam na to czasu! Nie, wróć - mam czas, znajdę czas - musze tylko krócej spać, zwiększyć tempo wykonywania różnych czynności, mniej się zastanawiać, robić krótsze przerwy... Nie, najlepiej nie robić żadnych przerw! Przerwy są złe! Momenty nic-nierobienia są marnotrastwem, trzeba wyeliminować. Dzisiaj brzuch boli od samego rana, zaraz po otwarciu oczu on pierwszy mówi "dzień dobry wstawaj, już czwartek, nie ma tego wiele, więc jak się wyrobisz, to w nagrodę będziesz mogła na chwilę usiąść w fotelu - najlepiej z książką, którą MUSISZ przeczytać".  Wstrętny bezlitosny brzuch. Nawet na sikanie każe mi zabrać ze sobą telefon - może coś w tym czasie załatwię. Dzisiaj tak: zrób to, zrób tamto, szybko, nie marnuj czasu, nie siedź bezproduktywnie i pamiętaj, że twój wolny czas się kończy - czego nie zrobisz dzisiaj, będziesz musiała wepchnąć między lekcje z uczniami. Go! Go! Go! Bez marudzenia, zgodnie z planem, ZRÓB PLAN! Brzuch, boli mnie brzuch, mój brzuch się boi, że nie zdążę, że nie wypełnię, że zawiodę, że nie będzie efektu.


STOP!


Weź głęboki wdech.... Jeszcze jeden... I teraz posłuchaj mnie uważnie. Niczego nie musisz. Spójrz za siebie - nikogo nie ma. Nikt nie stoi z batem, nie mierzy ci czasu. Popatrz w prawo, popatrz w lewo - nikogo. Jesteś tylko ty. Ciebie, o tobie, w tobie, dla ciebie, DLA ciebie. Chcesz? Nie musisz. Możesz. Jeśli tylko masz ochotę. Nie masz ochoty? Nie szkodzi, nie musisz. Niczego nie musisz. Nic nie musisz. Weź zobie to wielkie NIC i zrób z nim, co chcesz. Nie chcesz? Nie bierz - możesz zrobić to, na co masz ochotę. To jest twój wolny czas. Jeśli chcesz, to marnuj ten czas, minuta po minucie - niech sekundy przepływają bez żadnego wymiernego efektu. Chcesz? Bo nie musisz.

Niczego nie musisz


niedziela, 29 stycznia 2017

między prawym a lewym oczkiem

tyk tyk, wkładam przeciągam, wyciągam, spuszczam, tyk, tyk, wkładam, przeciągam, wyciągam, spuszczam... Robię sobie szalik na drutach, w paski kolorowe, jeden rząd prawo, drugi rząd lewo - taki warkoczyk wychodzi. Nie powiem, lubię tę robotę, uspokaja mnie, sprawia mi prostą przyjemność. Winko sobie w tym czasie popijam, wafelki chałwowe wcinam i przerabiam rząd za rządem.
Robienie na drutach powoduje pewne rozluźnienie w mojej głowie - myśli zaczynają wypływać, przetaczją się pod czaszką między zwojami, z łatwością przeskakując z tematu na temat. A że generalnie jestem osobą masochistycznie mielącą myśli, patrzę na nie, jak tak sobie płyną, karzę im się chwilkę zatrzymać i przyglądam im się ciekawie....

Wczoraj dotarło do mnie, że jest koniec semestru, a ja nie wiem, jakie oceny na koniec I półrocza ma mój syn, że o ocenie z zachowania nie wspomnę. Zabijcie mnie - nie wiem. Czy ja jestem złą matką? - myślę przechodząc do następnego rzędu - czy ja aby nie powinnam wiedzieć, z jakimi ocenami kończy semestr w IV klasie mój pierworodny i jedyny? Mhm, jak się dobrze zastanowić, to jest to dość naturalna konsekwencja mojego podejścia do edukacji w ogóle. Odkąd świadomie o tym myślę, to uważam, że nie średnia ocen na świadectwie, nie opinia nauczycieli o twoim zachowaniu świadczy o tym, jakim jesteś i będziesz człowiekiem. To nawet naturalne, że skoro tak myślę, to nie rzucam się do karteczki ze spisem not za każdy przedmiot, nie wypytuję Juniora, jakich ocen mogę się spodziewać na jego "świadectwie" - po prostu. Nie zamierzam robić obchodu po rodzinie i po znajomych i z dumą pokazywać ocen mojego syna, jakby były moimi i przeze mnie zdobytymi. Czy to źle czy dobrze? Po co się w ogóle nad tym zastanawiać? Komu to potrzebne? Co to da?
Sorry, babciu, nie mam pojęcia jakie oceny ma Twój wnuk na koniec semestru ;)

Dobra, był czerwony, to teraz dołożę żółtego....

Są pewne rzeczy, na które mam ewidentną alergię. Powodują u mnie dreszcze złości, opuchnięcie porów z powodu zirytowania i zaczerwienienie powiek od zaciskania, żeby drganie zatrzymać. Takim alergenem są na przykład ulotki w mojej skrzynce. Zawsze kiedy je znajduję bierze mnie ochota, żeby napisać nie wiem do kogo, żeby sobie darował i omijał moją skrzynkę. Ja i tak ich nie czytam, z automatu zgniatam w dłoni i wyrzucam do pojemnika pod skrzynką.... Szkoda papieru, szkoda pieniędzy, szkoda pracy ludzi - to u mnie nie działa...

Fuck, chyba opuściłam oczko.. Muszę je przeliczyć. 2,4,6,8,10....., 52,54,56,58,60. Jest! Wszystko  w porządku!

Nie znoszę stron typu "twórcze dziecko", "twórczość malucha" i tak dalej. Z reguły pod tego typu hasłem znajduję albowiem szablony, przykłady, teksty typu "jak krok po kroku".... No nie wiem... Szablon i twórczość? Przepis, jak zrobić cudnie wyglądającą sówkię z gazety, kapsli, płyt CD i innych nietypowych materiałów - i twórczość? Pięknie wyglądająca, wymuskana, zrobiona pod linijkę laurka i twórczość? Nie znoszę, kiedy dorośli nazywają twórczością dzieci wystawę prac wyglądających niemal identycznie, zrobionych wg instrukcji. Chcesz znać moje zdanie? To służy tylko i wyłącznie dorosłym, ich potrzebie pokazania się, pochwalenia przed innymi, zrobienia zdjęcia i wstawienia na facebooka. Brrr...

Łał, wygląda na to, że do jutra szalik będzie gotowy. Nooo, jeszcze ze dwa-trzy kolory i będę kończyć. No proszę, jak ładnie mi poszło :)

Jejku, jak ja bym sobie coś kupiła! Jakieś cienie wypasione! Albo podkład! Ten fajny taki, w sztyfcie, podobno trwa na twarzy cały dzień i ma naturalne wykończenie. Jutuberki zagramaniczne się nim zachwycały onegdaj, teraz w Polsce też zbiera dobre recenzje. UUUUUU, jak mnie się chce czegoś nowego..! Wchodzę sobie na strony internetowe, oglądam, napalam się i pokornie zamykam. Kobieto - mówię sobie - kobieto ty głupia! Masz podkład? No mam.... W porządku jest? No w porządku.... A cienie jakieś masz? Mam... Są ok? Nooo, nie są najgorsze, ale te z Zoevy są lepsze... Ok, jeśli chcesz, to sobie kup, stówę wydasz, ale to będzie twoje stówa... I znowu wchodzę na stronę internetową, znowu oglądam i znowu zamykam... Wiem, że mi w końcu minie, już nie raz tak miałam. Niby niczego nie potrzebuję, a ciągnie mnie jak ćmę do ognia...

Jak skończę szalik, to zrobię sobie etui na telefon ;)

Szkoda, że nie mam ferii, jak nauzyciele w szkołach państwowych. Jutro muszę rano wstać i szorować do pracy na 8 godzin... Z drugiej strony to nie jest tak źle - jak człowiek wstaje rano, musi się wynurzyć z łóżka, ubrać, odszykować - to lepiej się czuje. Prawda?

Dobra, koniec na dzisiaj - od tego wina oczka zaczynają do mnie mrugać z druta, a to nie wróży dobrze mojemu szalikowi. Najwyżej ubiorę go we wtorek...

Kłaniam się :)


niedziela, 15 stycznia 2017

dobre owoce

Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą  do was w odzieniu owczym, wewnątrz zaś są wilkami drapieżnymi.
Po ich owocach poznacie ich. Czyż zbierają winogrona z cierni albo z ostu figi?
Tak każde dobre drzewo wydaje dobre owoce, ale złe drzewo wydaje złe owoce.
Nie może dobre drzewo rodzić złych owoców, ani złe drzewo rodzić dobrych owoców.
Każde drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, wycina się i rzuca w ogień.
Tak więc po owocach ich poznacie.

Mateusza 7; 15-20


15 stycznia 2017 roku
25. finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy

Na niedzielę czekam zawsze cały tydzień. Jest to jedyny dzień w tygodniu, kiedy mogę spać tak długo, jak tylko dusza moja niewyspana zapragnie. W inne dni tygodnia telefon budzi mnie bezwzględnie, nie zwracając uwagi na moje mniej lub bardziej uparte "drzemki" wciskanie. 
Dzisiaj było inaczej. Chcąc nie chcąc (bardziej nie chcąc) wynurzyłam się z pieleszy wcześniej niż zwykle w niedzielę, coby zdążyć na krótki pokaz Aikido, w którym to Myster i Junior mieli wziąć udział. Postanowiłam wspiąć się na te wyżyny poświęcenia i jako przykładna żona i matka być obecną na tymże pokazie. 
Jak już się wstanie to nie jest tak źle. Sanki wzięliśmy, bo napadało i ruszyliśmy do szkoły, gdzie miała być prezentacja. Czas imprezy nie był oczywiście przypadkowy - wszystko było częścią atrakcji przygotowanych w osiedlowej szkole podstawowej z okazji kolejnego finału WOŚP. Sanki zaparkowaliśmy, chłopaki poszli do szatni się w kimona przebrać, a ja usiadłam na ławce w holu szkoły, coby nie stać, skoro można usiąść, a przy okazji żeby sobie popatrzeć, co się w szkole dzieje. 

Pozwólcie na małą retrospekcję. 
Na wprost, pod ścianą, można było kupić książki. Obok mnie, po prawej stronie na jednym ze stołów siedziały panie i malowały chętnym dzieciom buzie, obok nich można było usiąść przy stole i własnoręcznie ozdobić lukrem serce z piernika. W centralnej części holu, na scenie, swój pożałowania godny popis dawał zespół Nemesis - poziom wykonywania przez nich piosenek wolę przemilczeć. Do szkoły cały czas dochodzili ludzie: kobiety, mężczyźni, dzieci, młodzież. Uczniowie szkoły chodzili z puszkami WOŚPu i zbierali pieniądze. Wszyscy (albo niemal wszyscy) nosili przyklejone na piersiach czerwone serduszka.

Kiedy tak siedziałam na tej ławce pod ścianą, pojawił mi się w głowie cytat z biblii "po owocach ich poznacie" i zaraz pod nim wielkie pytanie: czy to może być złe? Akcja, która sprawia, że uczniom chce się w niedzielę przyjść do szkoły, żeby zbierać pieniądze? Akcja, która sprawia, że całe (lub prawie całe) rodziny zbierają się w niedzielę rano, żeby przyjść, zobaczyć i pomóc? Czy złe drzewo, że zostanę przy symbolice biblijnej, może zrodzić dobry owoc uśmiechniętych ludzi, którzy za darmo, w dniu wolnym od pracy, zupełnie dobrowolnie i z dumą dają z siebie coś dla innych? Czy fundacja, która pomaga przez cały rok, w sposób stały, ciągły i w miejscach dostępnych dla wszystkich, może być owocem zła?
Pomyślałam sobie o wielu sezonowych akcjach dobra: o zbieraniu żywności tylko przed świętami zimowymi i wiosennymi, o rozdawaniu odzieży, kiedy robi się zimno, o robieniu programów telewizyjnych i zbieraniu pieniędzy na jedno konkretne dziecko... I myślę sobie: tak, to też jest dobre, ale to są tylko zrywy, krótkie, jednorazowe albo o bardzo ograniczonym zasięgu akcje. Nie dla wszystkich, nie dla mnie na przykład, jeśli zdarzy się, że będę bardzo chora i trafię do publicznego szpitala. Nie dla dzieci i młodzieży, która stanie oko w oko z umierającym człowiekiem i któremu będzie trzeba szybko i bez wahania pomóc. Nie dla dziecka tej pani w ciąży z parteru, która pewnie urodzi zdrowe dziecko, ale nigdy nic nie wiadomo...
Jak, do cholery, pytam głośno: JAK to możliwe, żeby fundacja, która działa na tak szeroką skalę i każdego dnia, CZY ona może być owocem zła? 

Takie miałam myśli, siedząc na ławce pod ścianą w osiedlowej szkle podstawowej...





wtorek, 1 listopada 2016

nowa świecka tradycja

Tak się jakoś składa, że już trzeci rok z rzędu jestem tutaj na okoliczność 1 listopada. Taka anty-tradycyjna niby jestem, a sama tradycję zaczynam ustanawiać. Dzisiaj nie będzie patrzenia na groby z góry, nie będzie głosów zza grobu ani rozdrapywania ziemi kryjącej zwłoki. Dzisiaj nie mam ochoty na przenośnie, alegorie i symbole. Nie chce mi się tworzyć podniosłego nastroju, nie mam w zamyśle nikogo skłaniać do zadumy. Dzisiaj nie.

Powiem tylko, że od dwóch dni jest mi smutno. Inaczej, niż co roku, byłam w rodzinnym mieście odwiedzić groby bliskich. Zawsze omijałam ten dzień i jego okolice z daleka, nie czułam jego związku z pamięcią czy jej brakiem o kimś umarłym. Czy jestem tu, czy tam, nad jego grobem - mogę być tak samo blisko wspomnień. Taki myślałam i nadal tak myślę, z tym, że w tym roku pojechałam. Dwa dni wcześniej, ale zawsze. Pojechałam ze względu na kogoś, kto żyje, żeby wiedział, że pamiętam o kimś, kto niedawno zmarł. Tak się zdarza.

Grobów przybyło i na pewno bym się tam zgubiła, gdyby ktoś mi nie towarzyszył. Odwiedziłam cztery groby. Każdy z nich z inną myślą i innym odczuciem. Nad jednym poczułam dojmujący smutek i żal, z głową pełną świeżych jeszcze wspomnieć zapaliłam i postawiłam tam czerwony znicz.
Drugi był mi dość obojętny - stosunek do grobu ma się taki sam, jaki się miało do tej osoby za życia. Byłam jednak blisko, więc znicz postawiłam. Biały.
Nad trzecim grobem poczułam narastającą tęsknotę, strach w środku zmieszał się z napływającymi do oczu łzami. Fuck, nie tak miało być. Nie tak, nie znowu. Ale było, wyznaję tutaj publicznie, że nic się w sprawie osoby tam leżącej nie zmieniło i ciągle jest trudno. Postawiłam tam biały znicz, w kontraście do stojących tam zniczy czerwonych.
Przy czwartym grobie zdziwiłam się, że osoba ta zmarła w stosunkowo młodym wieku, nie zauważyłam tego wcześniej. Tutaj postawiłam znicz czerwony, żeby wśród białych tam stojących się wyróżniał.

Cztery groby, cztery osoby, a wszystkie martwe. Żeby przestać za jedną z nich tęsknić potrzebuję czasu - czas daje radę w przypadku tęsknoty zdrowej, takiej w granicach normy. Czujesz ją za osobą, która nigdy cię nie skrzywdziła i przewijała się przez twoje życie od urodzenia po dojrzałą dorosłość. Nad drugą tęsknotą umówiona jestem pracować z terapeutą - to tęsknota, której czas nic nie zrobił, jest chora, nienormalna i natrętna. Potrzebna jest pomoc specjalisty, jeśli chcesz się tej tęsknoty pozbyć.

Smutno mi było, kiedy wracałam do domu. Zostawiałam jedną rodzinę, w części już martwą, a w części szczęśliwie żywą, i wracałam do tej drugiej, tej, którą rozpoczęłam. Chciało mi się płakać. Ci, którzy dali mi początek ciągle wpływają na tych, których zapoczątkowałam. Nawet zza grobu. Z nich w końcu jestem, prawda? Z nich jest też mój syn. Gdyby nie oni, nie byłoby ani mnie, ani mojego syna.

Dzisiaj też mi jest smutno. Dzisiaj tradycyjnie jestem nad grobami myślą (znowu tradycja). Upiekłam za to piernika, zupełnie tradycji wspak, bo przecież do Bożego Narodzenia jeszcze sporo czasu. Pachnie teraz w domu świętami :). W moim domu.

Szkoda, że pada deszcz. Pogasi wszystkie lampki świecące na grobach....



środa, 5 października 2016

lekcja w szkole

Czyli jak to teraz powinno być? Powinnam stawać każdego dnia przed dziećmi i mówić im, że ja i tylko ja znam całą prawdę? Powinnam kazać im pisać w zeszytach - w punktach - idee, dogmaty, zasady, którymi mają się w życiu kierować?

Mhm, to by było nawet interesujące. Miałabym nad nimi pełnię władzy, wyryłabym te kilka punktów im w głowach, napisałabym kaligraficznie na kartkach i powiesiła na tablicy, codziennie przepytywałabym ze znajomości tych punktów na pamięć... Zero wysiłku. Zero myślenia. Nie umiesz? Jedynka. Nie praktykujesz? Nagana z zachowania. Masz coś do powiedzenia? Wezwiemy matkę do szkoły i powiemy jej, że takich odmieńców tutaj się nie toleruje, że dziecko miesza innym w głowach i sieje zamęt. Jeśli rodzice czegoś z tym nie zrobią, szkoła nie będzie takiego dziecka przyjmować w swoje progi. Bo szkoła nasza jest jedynie słuszna, nauka nasza nie znosi sprzeciwu, a kto się sprzeciwia, ten błądzi i będzie się w piekle smażył za swoje myślenie.

Czyli co? Czyli, że jeśli państwo sobie tego życzą, to my dziecko nauczymy, jak żyć. Chyba nie chce pani, żeby jej córka żyła nie po linii, odmieńców się nie lubi, odmieńca trzeba leczyć. Proszę nam dać dwa tygodnie, nie wtrącać się, my ją prawdy nauczymy. Bo u mnie w klasie się innych nie toleruje. Nie chodzi na religię? Dostanie raz i drugi linijką po rękach, to zrozumie, że nie ma innej religii poza naszą. Nie podobają jej się nasze zasady? Proszę pani, nie takich tutaj mieliśmy. Dzieci nie będą się z nią bawić, wykluczą ją ze swoich grupek przyjaciół, będą ją palcami wytykać. Ile wytrzyma? Tydzień, dwa? W końcu zmięknie, zrozumie, że żeby być lubianą i akceptowaną musi jedynie słuszne zasady respektować. Nie ona pierwsza i nie ostatnia. Nie będziemy jej o nic pytać, nie będziemy z nią dyskutować, nawrócimy i zbawimy. Musi tylko wyznawać bez zająknięcia. Nie ma miejsca dla innych.

Czyli, że mam dzieciom nie pozwalać być sobą? Mam sądzić i oceniać ich po tym, jak ich rodzice wychowują i czy na pewno w duchu? Naprawdę jest tylko jedna słuszna linia? Mam zamykać im usta, kiedy wyrażają swój sprzeciw, kiedy mówią, że coś im się nie podoba? Mają siedzieć cicho i słuchać? Mają wierzyć mi na słowo? Nie sprawdzać? Nie wątpić? Nie pytać? Mam im mówić, że ja żyję dobrze, a ci w kościołach żyją źle? Czy może na odwrót? Mam ich przekonywać, że jeśli jedni drugich wyzywają od pisiorów, to mają rację? Bo po tamtej stronie racji nie mają? A może powinnam im mówić, że ci drudzy mają prawo nazywać tych pierwszych hitlerowcami, bo ci pierwsi chcą zabijać dzieci? Mam im przekazywać jeden tylko punkt widzenia i sprawić, żeby się bali myśleć inaczej? Mam ich nauczyć, że poniżanie, wyzywanie, bicie drugiego człowieka jest usprawiedliwione, jeśli robi się to w imię swojej prawdy?

Przykro mi, ale nie w mojej klasie, nie na mojej lekcji. To, co ja myślę, jest moją myślą i moim postrzeganiem. Nie wstydzę się tego i jeśli jest okazja i rozmowa, to otwarcie mówię dzieciom jak i co myślę na dany temat. I mówię im też, że to jak oni myślą, to też jest w porządku. Nawet, jeśli ich myśli są inne od moich. Bo jedni z nich mogą nie jeść mięsa, a drudzy mogą nie lubić koloru czerwonego. I dla tych, i dla tych jest miejsce w mojej klasie. Rodzice jednych może chodzą na pielgrzymki i pokutują za swoje grzechy, rodzice drugich może nie pozwolą na transfuzję krwi w chorobie - i ci i ci mają swoje miejsce w mojej klasie. Być może matka tego chłopca dokonała dwóch aborcji w swoim życiu, a matka tej dziewczynki ma już siedmioro dzieci i z ósmym jest w ciąży - obydwoje mają swoje miejsce w mojej klasie.

Ktoś kiedyś powiedział mi, że u niego w szkole lało się tych, którzy nie chodzili na religię - u mnie w klasie nikt nie ma prawa uderzyć drugiej osoby z jakiegokolwiek powodu. JAKIEGOKOLWIEK. Nie mnie oceniać, co jest dobre, a co złe dla tych dzieci - mają prawo być w mojej klasie takie, jakie są.